Browsing Category finanse

Sex, kłamstwa i video

Czyli o tym, że namiętność może pogrążyć każdego, cel uświęca środki a globalna gospodarka i globalne finanse to już niedługo mogą być bardzo różne pojęcia.

 
Dominique Strauss-Kahn składa właśnie na ołtarzu politycznej poprawności swoją doskonale rozwijającą się karierę. Teoretycznie wszystko jest cacy. Chutliwy staruch, do tego jeszcze hulaka i to na publicznej posadzie, zostaje błyskotliwe ujęty  dzięki niezwykle sprawnej akcji miłujących porządek i demokrację amerykańskich funkcjonariuszy. Cóż, nie zastanawia nas w tej historii, że decyzja o zatrzymaniu musiała zapaść w tempie iście ekspresowym tempie. No, ale wiadomo, że w USA ręka sprawiedliwości dosięga szybko, a doniesienia o gwałcie są zapewne traktowane priorytetowo. Tempo w jakim bardzo ważny europejski polityk z wielkimi szansami na wybór na stanowisko prezydenta Francji wiosną 2012 pożegnał się ze swoim stanowiskiem nie pozostawia wątpliwości: całe zajście dokładnie nagrano i odpowiednie służby owo nagranie w kilku ujęciach mają już gotowe do publikacji. W zasadzie nikogo nie zainteresował fakt, że DSK (tak się go nazywa we Francji) aresztowano w chwili, gdy wybierał się do Europy w pewnym drażliwym celu. W poniedziałek miał się bowiem spotkać z Angelą Merkel i przekonać ją do poparcia dalszego finansowania bankrutów. Zależność: DSK = finansowanie Irlandii, Portugalii i Grecji, media oczywiście zauważyły. Wszelkie obawy odparli śmiało funkcjonariusze MFW. Fundusz to dobrze naoliwiona maszyna i na jej decyzje takie duperele jak zapuszkowanie głównodowodzącego nie maja wpływu. Czyżby? Swego czasu wystarczyło tylko aresztować online prezesa Orlenu i jego amerykańskim akolitom natychmiast siadła chęć do udzielania poparcia. Nikogo potem ciąg dalszy tej historii nie interesował. Tu pewnie będzie podobnie. 

Temat molestowania nośny, DSK podobno niewinny, ale warto by się zastanowić skąd ta cała historia. Otóż, nasz niedoszły prezydent Francji dał się w 2010 roku poznać jako wieszcz „wojen walutowych”. Namiętnie wskazywał, że dotowanie pożyczkami jest lepsze niż secesja, bo powrót do walut narodowych niechybnie doprowadzi do celowych praktyk dewaluacyjnych. Od samodzielnej polityki walutowej do lekceważenia władzy MFW i UE tylko jeden krok, zatem krucjata DSK była bardziej niż uzasadniona. Historia Unii to w zasadzie historia relacji Francji i Niemiec, a zabiegi Francji o likwidację DM to materiał na kilka filmów. Marka nigdy by nie wyparowała, gdyby nie chęć zjednoczenia Niemiec. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby się okazało, że nikt nigdy w historii nie zapłacił za zjednoczenie kraju takich pieniędzy. A właściwe zapędziłem się. Wszak to tylko pieniądze. Lepiej płacić niż ginąć w okopie.

Ale co do tego wszystkiego ma Strauss-Kahn? Całkiem sporo. Niby w polityce wszyscy się znają, ale DSK na swoja pozycję pracował długo i wytrwale, toteż nie brakuje mu osobistych relacji wśród osób najbardziej wpływowych w Europie. Aszkenazyjskie urodzenie zapewniło mocne relacje, ale jak widać przed umiejętnie dobranym zarzutem już nie zdołało ochronić. Chwała politycznej poprawności. Gdyby Dreyfuss romansował nie byłoby jego sprawy. Ot, zmiana norm społecznych. Dzisiaj sex oralny kompromituje bardziej niż domniemanie szpiegostwa. Gdyby w MFW przepchał kolejne finansowanie mogłoby się okazać, że po pierwsze: to nie ostatnia inicjatywa tego typu, po drugie: USA musiałyby również sięgnąć do kieszeni. A na to nie mają ochoty, bo może się za chwilę okazać, że Cesarstwo Narodu Amerykańskiego za chwilę samo będzie potrzebowało każdej pomocy jakiej tylko można udzielić. Było nie było, obniżenie ratingu strażnika systemu skłania do myślenia każdego, kto zajmuje się finansami. Trudno zakładać, że funkcjonariusze w Departamencie Skarbu nie układają sobie planów awaryjnych.

Nie spodziewam się oczywiście, że wpływowego polityka europejskiego można ot tak sobie aresztować i to jeszcze na pokładzie samolotu Air France. Niby to nie terytorium ambasady, ale warto wiedzieć, że, po zamknięciu drzwi, statek powietrzny rządzi się prawem kraju, w którym został zarejestrowany. Oznacza to, ni miej ni więcej, tylko tyle, że Pałac Elizejski akcji, jeśli nie zainspirował, to przynajmniej aktywnie sekundował. Powodów miałby aż nadto: Sarkozy w sondażach nie miał szans z DSK, który na dodatek nie popierał awantury w Libii, w którą tak efektywnie zaangażował się obecny prezydent Francji. Może się oczywiście okazać, że była to gra warta grzechu, gdyby rezerwy złota zgromadzone przez Kadafiego znalazły cichą przystań w skarbcu Banku Francji. Ot, tak: dla zapewnienia im bezpieczeństwa.

Ale na razie sondaże były nieubłagane: francuski wyborca „Sarko” za odbudowę imperialnej Francji nie pokochał i gdyby nie obyczajowy skandalik rezultat wyborczy byłby zapewne przesądzony. Ale dzięki tej cudownej koincydencji, Sarkozy może spać dość spokojnie. Kolejny konkurent do tronu Francji już takiego poparcia jak DSK nie ma.

Kogo by nie wybrano na fotel dyrektora zarządzającego MFW okres supremacji europejskiej powoli dobiega końca. Wprawdzie USA i UE mają nadal przewagę we władzach Funduszu, ale to już nie to, co kiedyś. Chiny i ich klienci rosną w siłę. A jeśli faktycznie pojawi się na poważnie pomysł powrotu do zasobów walutowych, może być naprawdę różnie. Kończy się amerykańska hegemonia na świecie, a wraz z nią, wyczerpywać się będzie formuła agend, które tej roli USA towarzyszyły. Nie da się bowiem pogodzić ratowania własnego, opartego głównie na usługach, kraju z rozgrywaniem światowego interesu mocarstwowego. Przykładów historia dostarcza aż nadto.

Wypadałoby się zastanowić nad tym, jak działać w niedalekiej przyszłości, gdy autorytet UE siądzie, a na sięganie do brukselskiej sakiewki nie będzie szans. A stanie się to niebawem. Ponadto, niezwłocznie po EURO 2012 dopadnie nas kryzys inwestycji infrastrukturalnych napędzanych do tej pory dotacjami UE. Już dzisiaj wiadomo, że państwo wielu inwestycji nie przeprowadzi, mimo że są mniej lub bardziej istotne z punktu widzenia EURO. Jaki będzie powód, aby kontynuować je po tej imprezie?

Mówiąc o „wojnach walutowych” DSK miał pewnie na myśli również taki kraj jak Polanda. Było nie było, mamy jeszcze trochę przemysłu, a przy obecnym kursie odżywają nawet tak mało finezyjne  dziedziny jak przerób uszlachetniający. Dzięki temu te szwalnie, którym jeszcze udało się przetrwać robią dzisiaj znacznie lepszy biznes niż w latach 2006-2008. Dzieje się tak wyłącznie dzięki dewaluacji złotego (dodajmy dewaluacji hamowanej interwencjami NBP). To oczywiście nie dziwi, bo zazwyczaj jest to jeden z najważniejszych problemów zadłużonego walutowo państwa: dewaluacja powiększa dług, który należy spłacić. Osobiście uważam, że lepiej spłacać większe długi w pieniądzu, który się kontroluje niż w takim, gdzie dostało się tylko prawo emisji i to na dodatek bardzo ograniczone. Nie zdziwię się jeśli EURO/PLN wróci w okolice 4,75, a CHF – masowo przerażający kredytobiorców hipotecznych – może się wspiąć nawet do 3,75 (oby nie wyżej…) Nie zmieni to faktu, że oprocentowanie CHF będzie nadal znacząco niższe. W Polandzie mix polityki monetarnej i zapotrzebowanie na pożyczki z zagranicy będzie windować stopy do poziomu, w którym różnica w oprocentowaniu skutecznie wyrówna nieruchomościowe raty.

Obecna sytuacja gospodarcza to jedynie preludium do wydarzeń, których świadkami będziemy już niedługo. Państwo powinno się do nich szykować i to teraz – kiedy ma jeszcze jakieś pole do manewru. Przypadek Łotwy dowodzi, że da się utrzymać przy władzy również wtedy, gdy podejmuje się ostre niepopularne decyzje. Da się, jeśli przyniosą oczekiwane efekty.

Ale na takie eksperymenty obecna ekipa nie ma najmniejszej ochoty. Ponadto od 2004 roku polityka gospodarcza Polandy jest w całości i bezkrytycznie podporządkowana oczekiwaniom UE. To mnie oczywiście nie dziwi, ale racja stanu wymagać powinna zawsze badania alternatyw, w tym alternatywnych planów gospodarczych. Nie wiem czym dzisiaj zajmują się urzędy planowania. Wiem, że w mieście Warszawa jeżdżę wyłącznie po drogach zaprojektowanych w czasach PRL. Mam nadzieje, że myśl państwowotwórcza sięga dalej. Jeśli nie, kryzys może być bardzo bolesny. W zaistniałej sytuacji gospodarczo-politycznej potrzeba jest nam znacznie więcej niż spontanicznej działalności gospodarczej. W Polandzie nie istnieje praktycznie szkolnictwo zawodowe, a konstruktorzy odzieży, kierowcy automatów szklarskich czy technolodzy dożywają swoich dni do emerytury.

Jeśli Państwo nie uświadomi sobie przykrego faktu, że na UE liczyć już raczej nie można będzie niedobrze. Zamiast dumania o tym, kiedy wprowadzić Euro, należałoby raczej opracować plany pobudzania tych dziedzin, w których możemy być atrakcyjni jako producenci lub przetwórcy. Jest nad czy myśleć…. Ale pewnie będzie jak zwykle.

Miałeś, chamie, złoty róg…

9 komentarzy

Polski syndrom

Czyli o tym jak się ma Świątynia do idei, którą ma symbolizować, kto skorzystał a kto stracił na rozbiorach oraz o tym, że lud potrafi się upomnieć o sprawiedliwość.

W Wielką Sobotę wybrałem się wraz z rodziną ze święconką. W tym roku tradycyjne miejsce świeceń przegrało ze Świątynią Opatrzności Bożej jako że w tej właśnie okolicy świeżo ulokowała się część familii. Tym samym budynek widywany z perspektywy Alei Wilanowskiej zbadałem z bliska. Obiekt jest rzecz jasna nadal w budowie i wygląda na to, że proces ten potrwa jeszcze dość długo, a z pewnych względów  należałoby wypatrywać jak najrychlejszego owej budowy zakończenia. Czemu? Idea budowy świątyni sięga I Rzeczypospolitej, kiedy to Sejm w podzięce za Konstytucję 3 Maja zobowiązał się do erekcji i finansowania ze środków państwowych świątyni, która upamiętni owo historyczne wydarzenie jakim było uchwalenie konstytucji. I faktycznie, Król Stanisław August wskazał pole, znajdujące się dobrach koronnych, na którym z wielką pompą 3 maja 1792 wmurowano kamień węgielny. Budowę przerwano już po kilku miesiącach, jako że w granicach pojawili się zaborcy, gorliwie wsparci przez targowiczan. II rozbiór Polski skutecznie uniemożliwił dalsze celebrowanie „opatrznościowej” ustawy sejmowej. Niby wszyscy wiemy co było dalej. Niby, bo nie zwracamy uwagi na jeden niezwykle ważny element: gospodarkę. A tej przegrana wojna z Rosją z 1792 roku zadała niemały cios. Zachodnie sfery finansowe uznały po prostu, że Polska się niebawem skończy i… wstrzymały refinansowanie warszawskich banków! Skąd ta wiedza zachodnich bankierów? Dwór Katarzyny II planował całkowity rozbiór Polski  i poszukiwał do tego jedynie pretekstu. Na arenie gospodarczej spowodowało to de facto „upadłość Polski”, a nikt siłą rzeczy nie pospieszył ze stabilizacyjnym kredytem. W efekcie upadło kilka ważnych banków, w tym najważniejszy należący do Piotra Fergussona Teppera. Ten obrotny gentelman zgromadził majątek równy najzamożniejszym polskim rodom, a sam Stanisław August Poniatowski był mu winien ponad 10 mln ówczesnych złotych polskich, które król zużył na wyekwipowanie armii. W ówczesnym systemie politycznym Tepper pełnił poważną rolę. Otóż między innymi zajmował się wypłacaniem pensji (dzisiaj powiedziałoby się: łapówek) politykom, znajdującym się na utrzymaniu Rosji i Prus.  Jak sobie łatwo wyobrazić obniżenie ratingu Polski uderzyło we wszystkich. Szczęsny Potocki – jeden z przywódców Targowicy, był gotów sprzedać wszystkie swe wielkie majątki w zamian za sumę dwuletnich intrat, byleby ta suma została mu wypłacona natychmiast. Dla porównania majątek Teppera przed wojną 1792 roku był szacowany nawet na 70 mln złotych; Czartoryskich (familii słynącej z dobrze prowadzonej działalności gospodarczej) – na 100 mln, przy czym roczne przychody w gotowiźnie przekraczały 6 mln złotych. Cyfr tych dostarcza nie byle kto, bo Leon Dembowski – zaufany współpracownik Czartoryskich, a w trakcie Powstania Listopadowego – minister skarbu, więc osoba w realiach zorientowana. Ówczesną sytuację możnaby przedstawić następująco: system finansowy utracił płynność. W krótkim czasie wywołało to ostry kryzys, a inflacja dobiła rynek żywności. W takiej sytuacji do wybuchu prędzej czy później musiało dojść. Ale bunt narastał powoli. W 1794 nakazano ograniczenie armii, a rozformowanym żołnierzom – wcielenie do zaborczych armii. Skutkiem była Insurekcja Kościuszkowska i III – ostateczny, bo nie ostatni, rozbiór Polski. W efekcie wspomnianego załamania systemu bankowego oraz jego dalszych skutków zdewaluowano zaplecze kapitałowe polskich posiadaczy. To mniej więcej taki sam proces, jaki może nam się w tej chwili przytrafić. Bo przecież nasze aktywa są wyłącznie tyle warte na ile jest wymienialna nasza waluta.

No, ale miało być o Świątyni Opatrzności. Idea wróciła wraz z odzyskaniem niepodległości, a Sejm w 1921 r. postanowił kontynuować śluby i świątynię własnym sumptem wystawić. Ale tu rzecz ciekawa, mozolono się niezwykle z wyborem lokalizacji i projektu. Pierwszy konkurs ogłoszono w 1929 roku i w 1930 r. rozstrzygnięto (albo raczej wręcz przeciwnie), bo ostatecznie wybrano 3 równoważne projekty zaciekle krytykowane przez różne środowiska. Inicjatywa nabrała tempa dopiero po śmierci Marszałka Piłsudskiego, kiedy to postanowiono połączyć przyjemne z pożytecznym, tj. stworzyć dzielnicę Marszałka na Rakowcu, poprowadzić wspaniałą aleję jego imienia i u jej szczytu posadowić imponującą budowlę Świątyni. Finalnie do tego celu wybrano projekt Bohdana Pniewskiego, którego Warszawiacy znają z takich budowli, jak jego własna willa niedaleko Frascati, budynek NBP czy zrealizowany już po wojnie Dom Chłopa. I jak już wybrano ostateczny projekt i lokalizację, prace ruszyły, ale… była to wiosna 1939 r., więc nie zdołano wiele wybudować.

Jak sobie łatwo wyobrazić po 1945 roku idea celebracji Konstytucji 3 Maja nie była specjalnie popularna. Nawiasem mówiąc zawsze mnie zaskakiwało jak wschodnie imperium wrażliwe jest na punkcie swej ciągłości. Teoretycznie Konstytucję 3 Maja powinno się traktować jako rewolucyjny powiew bliski sercom tych, którzy poprowadzili lud do wielikoj oktriabskoj. Ale najwyraźniej każdy akt niezależności wobec wschodniego suwerena traktowany był jako politycznie niewygodny, a zatem niegodzien upamiętniania. Skądinąd w politbiurze rozumowano słusznie, skoro właśnie 3 maja stał się w latach 80-tych dyżurną datą organizowania patriotycznych demonstracji.  Mimo tych trudności, Kardynał Wyszyński (autor triady Polak = Katolik = Patriota) zdołał doprowadzić do wybudowania kościoła na Rakowcu właśnie, który był pierwszym po wojnie wybudowanym legalnie nowym kościołem w Warszawie. W 1979 roku w trakcie wizyty Jana Pawła II oświadczył, ze dzieło rozpoczęte przez Sejm Czteroletni zostało zrealizowane.

I tak by pewnie pozostało, ale Prymas Glemp był nieco innego zdania. W 1991 roku w rocznice 200-lecia Konstytucji 3 Maja, Senat RP ponownie nałożył na państwo obowiązek wybudowania Świątyni upamiętniającej to wydarzenie. Należy domniemywać, że polityczne prądy wiejące od 1993 do 1997 roku skutecznie umożliwiały realizację tej idei, ale dzięki gorliwej postawie zapomnianego dzisiaj nieco RS AWS w 1998 roku zobowiązanie odnowiono po raz kolejny, a już za chwilę wskazano grunt i 2 maja 1999 r. na Polach Wilanowskich odbyła się stosowna uroczystość.

I tu mała dygresja. W 1999 roku w promieniu kilku kilometrów od Świątyni pasły się krowy. Przysłowiowy koniec miasta wytyczała Aleja Wilanowska, a do rozpoczętej budowy nie było w praktyce dojazdu. 12 lat później Świątynia w budowie stoi już przy Alei Rzeczpospolitej w otoczeniu lepszej albo gorszej, ale generalnie udanej architektury. Dlaczego mimo państwowych dotacji budowa się jeszcze nie zakończyła? Łatwo się  nie dowiemy. Tak czy inaczej jest to najbardziej, jak do tej pory, zaawansowana budowa obiektu powołanego do życia w 1793 roku. Wolałbym, aby dobiegła końca, gdyż poprzednie dwie stanowią dość przykre memento dla naszej mało stabilnej państwowości. Dzięki obrotności posłów państwo jakoś środki znajdzie (budowę finansuje się obecnie jako przedsięwzięcie muzealno – narodowe). Pytanie: czy Świątynia znajdzie odpowiednią ilość wiernych?

Kiedy dotarłem tam ze święconką usłyszałem, podobnie jak pozostali przybyli w tym celu, że dzieci nie mogą przyjeżdżać rowerami, przychodzić w ubrankach sportowych i kaskach. Choć przybyłem na piechotę, nie mogłem się nadziwić skąd ten dogmatyzm, tym bardziej, że świecenie odbywało się w katakumbach, pod podłoga głównej nawy, jako żywo przypominających schron przeciwatomowy. Kiedy wychodziłem na powierzchnię przez pomieszczenie, które w niczym kościoła nie przypominało, jedno z dzieci z wyrzutem zwróciło się do mamy: „Przecież to zupełnie jak nasz garaż w bloku!”.

Cóż, najwyraźniej zarządzający parafią liczą na pielgrzymów z innych regionów, a nie na okolicznych mieszkańców. Założenie nie dziwi, szczególnie wobec silnie manifestowanej w Świątyni opcji politycznej.

Ale to i tak drobiazg, bo przecież najważniejsze jest to, że Kościół, jako taki, był jednym z podstawowych przeciwników Konstytucji 3 Maja, której upamiętnieniem jest miedzy innymi Świątynia. Skąd ta ówczesna niechęć? Powód był ten sam, co zwykle. Jeszcze przed uchwaleniem Konstytucji 3 Maja w 1789 roku Sejm zadecydował o przekazaniu części dochodów z diecezji krakowskiej na finansowanie armii. Ponadto unoszący się nad ustawą duch rewolucyjnej Francji pachniał nieprzyjemnie tamtejszymi zmianami. Dlatego też wśród najaktywniejszych Targowiczan znajdziemy biskupów: Józefa Kossakowskiego, Ignacego Massalskiego, Wojciecha Skarszewskiego i Michała Romana Sierakowskiego. Nawiasem mówiąc wszyscy w trakcie Insurekcji Kościuszkowskiej zostali skazani na śmierć: dwu powieszono, jednego wyreklamował Kościuszko, a jeden został skazany zaoczenie. Oczywiście gdyby nie warszawski zrewoltowany lud wyreklamowano by pewnie wszystkich ale Massalskiego tłum po prostu wywlókł z wiezienia a Kossakowskiego z pałacu.

Świątynia Opatrzności Bożej stoi zatem na grząskim gruncie. O ile w historii nikt nie będzie grzebał, przyszłość nie jest różowa, a do wybudowania pozostało jeszcze sporo. Dla mnie punkt odniesienia to Sagrada Familia, kościół budowany w Barcelonie od 1882 roku. Fakt, ze Gaudi uczynił sporo, aby nie był to budynek prosty w ocenie, ale ponad 100 lat budowy robi wrażenie, prawda? Co ciekawe Gaudi zmarł w 1926 roku. Koniec budowy planowany jest obecnie na 2026 rok. Ile to potrwa na Polach Wilanowskich? Trudno ocenić, podobnie jak to, czy skończona budowa przerwie złą passę poprzednich. Ale już dzisiaj polityczny manifest dekorujący oddaną wiernym część budowli nie pozostawia wątpliwości że nie buduje się tam Świątynia zgody narodowej, ale symbol podziału.

Sacrum Prawdziwych Polaków, Częstochowa w potopie klasy średniej na jej sztandarowym warszawskim osiedlu. Ale kto wie co z tego wyniknie bo jako naród wiemy przecież jedno od lat: jak trwoga to do Boga.

 

5 komentarzy

Wojna chciwych i strachliwych

Czyli o tym, że taka jest właśnie pointa 20 lat istnienia CDM, stara gwardia nie wymięka a realny kapitalizm ma wiele wspólnego z realnym socjalizmem i również zaklina rzeczywistość.

Rocznicowy event CDM ulokowano w eleganckich wnętrzach świeżo erygowanego Centrum Nauki Kopernik jednego z moich ulubionych wnętrz w Warszawie. Na marginesie dodam, jedynego w które wzorem zaczerpniętym z europejskich stolic przegląda się w Wiśle zamiast się od niej odwracać plecami. Frekwencją mile dopieściła organizatorów a nieco przydługi panel śledził w skupieniu prawdziwy panteon GPW. Nie brakowało filarów rynku, arcymistrzów spekulacji i tych którzy ciężką pracą pokonali międzygalaktyczną przestrzeń która dzieli kolorowe kartoniki zleceń od zacisza dyrektorskich gabinetów. Chapeau bas.

Ale, bo w nadwiślańskim kraju nie może się obejść bez łyżki dziegciu. Duch demonicznego Lesława Pagi unosił się wysoko pod powałą tworząc doskonałe tło dla niektórych myśli formułowanych śmiało przez panelistów. Po mocnym oświadczeniu Jacka Sochy „wierzę w człowieka i rynek kapitałowy” natychmiast zamajaczył mi przed oczami Bank Śląski i mityczna „lista beneficjentów” którą operował śp ojciec założyciel. Jacek Socha mówił a ja usiłowałem sobie przypomnieć czy kiedykolwiek poza przypadkiem śląskiego zdarzyło się aby własne biuro maklerskie emitenta sprzedawało jego emisję. Oj chyba nie:). Przewodniczący Socha ewangelizował i przypomniał jak to jeszcze w roli Dyrektora Biura Inspekcji marzył o software który wytropi wszelkie niebezpieczne odchylenia rynkowe. Westchnąłem z rozrzewnieniem bo jak się ma to antyczne niemalże pragnienie do metod i środków technicznych zgromadzonych dzisiaj przez Przewodniczącego Stanisława w nie mniej groźnym niż pozostałe 3 literkowce KNF.  I już wyłącznie dla porządku należy przypomnieć debiuty 1993:

Nazwa Data debiutu Cena
emisyjna
Kurs debiutu [%]
EFEKT
(EFK)
22.04.1993 5,00 5,70 14,00
POLIFARBC
(PLC)
17.05.1993 1,80 4,00 122,22
BZWBK
(BZW)
22.06.1993 1,44 4,38 204,17
SOKOLOW
(SKW)
10.08.1993 0,70 2,20 214,29
VISTULA
(VST)
30.09.1993 2,80 20,70 639,29
MOSTALWAR
(MSW)
14.10.1993 7,15 9,60 34,27

To były efektowne debiuty! Warto odnotować, że liderem była Vistula. Co ciekawe, dokładnie 13 lat później, tego samego dnia realizowałem fuzję Vistuli i Wólczanki. Nikt z nas wtedy nie zauważył, że fuzja dochodzi do skutku dokładnie w rocznicę pierwszego notowania. Ach ten 1993! WIG urósł wtedy o 1095%. To były czasy!

W kuluarach panowie i panie poszeptywali sobie na rożne tematy około rynkowe, wielokrotnie cytowany w wypowiedziach panelistów fundament maklerstwa w Polandzie Igor Chalupec dzielił się refleksjami słowem niemalże domowa atmosfera. Niemalże bo w tle przecież zyski i śmiałe plany układane w celu owych zysków realizacji. O tym, że może zbyt śmiałe nikt się nie zająknął. W sumie po co. Biuro Maklerskie to ostatni uczestnik rynku który namawia do umiaru:). Inna sprawa, że wśród zgromadzonych dominowały stare wygi, którzy celnie rzuconą przez jednego z panelistów uwagę iż, „wykształcenie wyłącznie przeszkadza w skutecznej grze na giełdzie” skwitowały dostojnym rechotem.  

 Dowiedziałem się dzisiaj, że strach jest 100% silniejszą emocją na giełdzie niż chciwość. I już miało mnie to uspokoić, gdy nagle zdałem sobie sprawę co to w praktyce oznacza. Rynki widzą przecież o tej prawidłowości a baty zebrane jesienią 2008 pamiętać będą długo. Czyli od wzrostów podobnie jak dawniej od socjalistycznej odnowy, nie ma już odwrotu. Wychodząc,  każdy z gości otrzymywał pozycję Alexandra Eldera „Zawód Inwestor giełdowy”. Symptomatyczne. Zafrasowany podjąłem lekturę już w drodze do domu. Na 239 stronie swej pozycji Dr Elder zakomunikował mi jasno: „rynek kapitałowy ma naturę maniakalno depresyjną”. Co za ulga.

2 komentarze

Niesmak pozostał?

Czyli o tym, że przepowiednie ważnych są zazwyczaj samo spełniające, niektórzy politycy mają cywilną odwagę a przyszłość jest dość niejasna.

Jakoś bez większych emocji przyjęto mrożący krew w żyłach raport Bank of America Merrill Lynch. Analitycy tego banku sugerują, że nasz bilans płatniczy podlegał delikatnie mówiąc czynnościom które w inwestycyjnym żargonie określa się jako „grzanie ksiąg”. Zdaniem BofA, nasza kondycja jest dużo gorsza, a na dniach możemy się spodziewać korekty danych o bilansie płatniczym. Jednocześnie sugeruje się, że zmiany były by tak istotne, że pociągały by za sobą konieczność podniesienia stawki VAT ze względu na spowodowane korektą danych przekroczenie 55% udziału długu w PKB. Kaliber sprawy ma być tak duży, że analitycy od razu zakładają, iż w roku wyborczym NBP się na taki ruch nie zdecyduje. Message jest zatem prosty: fikcyjne prosperity obecnie kryje polityczny interes ale bez zastrzyku kapitału z zewnątrz pozostanie nam tylko żebranina w Bundes Banku. Gem, set, mecz.

Równolegle nie dodaje nam otuchy Menachem Z Rosensaft Radca Generalny Światowego Kongresu Żydowskiego, nawołując do bojkotu gospodarczego Polski do czasu aż ta zmądrzeje i uchwali ustawę reprywatyzacyjną. Cóż, choć wielokrotnie pisałem o skrajnej nieodpowiedzialności naszego państwa które jak tylko może uchyla się od zobowiązań, to w tym akurat przypadku trudno nie zgodzić się ze zdumiewająco odważną postawą Radosława Sikorskiego. Nasz Szef MSZ w kolejnej już wypowiedzi polemizuje z coraz bardziej radykalnym stanowiskiem środowisk żydowskich, ale Radosław Sikorski ma za pewne znacznie lepsze rozeznanie w tych kwestiach niż którykolwiek z polityków w obecnym rządzie.

Abstrahując od tego czy problem poruszony przez analityków Merrill Lynch jest prawdziwy czy wydumany, jego skutki będą jak najbardziej realne. Sugestie, że nasze wyniki ekonomiczne są „szyte” z pewnością przełożą się na decyzje inwestycyjne dużych dawców kapitału. A raport skonstruowano sprytnie bo ryzyka się wskazuje jednocześnie sugerując, że ich ujawnienie może być odłożone w czasie z przyczyn politycznych. Złoty nam się dzisiaj obsunął a giełda skorekciła czyli inwestorzy wycofują się z rynku co po takim raporcie nie jest dziwne.

Ale co będzie dalej? Scenariusze są trzy: a) NBP koryguje dane i jest to niewielka korekta b)NBP koryguje dane i przewala namsię bilans płatniczy do góry nogami c)NBP nie koryguje danych. Paradoksalnie każda z tych strategii jest zła, ponieważ zawsze będzie można napisać w kolejnym raporcie, że brak korek lub skala korekt podważa zaufanie do podwalin naszej gospodarki. Cokolwiek by się nie wydarzyło w najbliższym czasie tak czy inaczej spodziewam się systemowej erozji zaufania do buchalterii finansowej Polandy. Dalsza dewaluacja złotówki utrudni rządowi prowadzenie jakiejkolwiek samodzielnej polityki bo kraj balansujący na granicy magicznych 55% nie może sobie przecież na taki komfort pozwolić.

Bank of America skoncentrował się na naszym bilansie płatniczym nieprzypadkowo. Państwa na krawędzi są zawsze łatwym celem ataków walutowych i taki się moim zdaniem właśnie szykuje, obym się w tej kwestii mylił. W podobnej sytuacji znalazła się kiedyś Wielka Brytania kiedy broniąc parytetowego związku z DM praktycznie stopiła swoje rezerwy walutowe. Nam grozi obrona 55% status quo a efekt może być taki sam tyle że jesteśmy państwem biedniejszym. Karnawał gospodarczej prosperity najwyraźniej się kończy. Pytanie jak dojmujący będzie post.

7 komentarzy

Afrika Korps 2.

Czyli o tym co to jest Greenstream, jak się ma NATO do OKW oraz o tym, kto stworzył Libię i kto się szykuje do jej rozmontowania.

W prasie modny jest obecnie spór włosko-francuski z Libią w tle, który czytelnikom może się wydawać abstrakcyjny. Otóż nic bardziej błędnego. Rywalizacja Francji i Włoch w tym regionie datuje się właściwe od XIX wieku i być może wejdzie teraz ponownie w fazę ostrą. Otóż warto zauważyć, że Libia, jaką dzisiaj znamy, to w zasadzie wyłącznie twór włoskiego kolonializmu, który połączył w jedno Trypolitanię, Cyranejkę i Fezzan. Włochy – państwo zjednoczone skutecznie dopiero w 1871 roku poszukiwało rynków zbytu dla swojego prężącego muskuły przemysłu. Młode Królestwo Włoch nie miało jednak wielkich szans na północy Europy, toteż interesowało się Afryką jako terenem potencjalnie łatwiejszym. Warto pamiętać, że liderami kolonializmu byli podówczas Anglicy i Francuzi bardzo niechętnie patrzący na konkurentów. No, ale od czego są wojny. W efekcie porażki z Prusami w 1871 dokonało się, jak wiemy, zjednoczenie Niemiec, tak więc wśród chętnych na posiadłości zamorskie zrobił się spory tłok. W tym kontekście strategicznie najważniejsza była flota. A tego obszaru zazdrośnie broniła Francja i Anglia. Pod bokiem zaczęły im jednak wyrastać floty Niemiec i Włoch, których budowę lobbowały silne środowiska przemysłowców. Od 1882 roku dzięki zabiegom Bismarcka, Włochy przytuliły się do Niemiec, co dodatkowo zaostrzyło europejskie podziały. I nie wiadomo jakby się to wszystko ułożyło, gdyby nie to, że w 1890 r. Bismarck został odwołany ze swojego kanclerskiego stołka. Powód był prozaiczny: nowy cesarz pozbył się faceta, którego kiedyś wielbił; statek nie potrzebuje zazwyczaj dwóch kapitanów. Cesarz – zatwardziały militarysta, widział wojnę jako cel, Bismarck – jako element polityki. Ta ważna zmiana w prowadzeniu polityki zaczęła być widoczna prawie od razu i odbiła się na relacji Francja – Włochy. Francja zraziła sobie Włochy zajmując w 1881 r. Tunezję, ale teraz zaproponowała sprytnie Włochom poparcie w przypadku, gdyby zdecydowali się na lądowanie w zitalianizowanej Trypolitanii, w której trzymało się jeszcze Imperium Osmańskie. Tak też się stało i, pod pretekstem wyzwolenia tamtejszych obywateli, włoski desant w lutym 1911 r. zajął Trypolis w zasadzie bez większego problemu. Ale że apetyty były większe, wojownicy wybrali się na podbój Cyranejki i tu również szło dobrze aż dostali łupnia pod Tobrukiem. I mogłoby być bardzo niedobrze, gdyby nie wybuch I wojny bałkańskiej, który zmusił Turków do ewakuacji wojsk na ważniejszy teatr działań. W efekcie od 1912 roku Włosi zawładnęli całością obszaru, który nazwali Libią.

Aż do wybuchu II wojny światowej wszystko układało się doskonale. W zgrabnie rozwiniętych obozach koncentracyjnych przetrzymywano ok. 100.000 Arabów i nie tylko, a przemysł włoski dynamicznie rozwijał handel oraz poszukiwał ropy i gazu. Ale ponieważ Duce miał poważne ambicje, we wrześniu 1940 r. włości zaatakowali Egipt z marzeniem o zamoczeniu butów w Kanale Sueskim. Stało się jednak inaczej, bo już po kilku miesiącach Brytyjczycy zajęli całą Cyranejkę i doprowadzili front prawie dokładnie do tego samego miejsca, w którym znajduje się obecnie. No, ale na tym etapie pojawili się Niemcy z bratnią pomocą i w efekcie już w lutym 1941 w Libii pojawił się Afrika Korps, która w błyskotliwym pochodzie dociera aż do El Alamein, by tam – jako pokonany, opuścić ostatecznie kontynent w lutym 1943 r. Dodać należy, że DAK (czyli Deutsche Afrika Korps) zapisał się na zawsze w historii taktyki broni pancernej i nie tylko, a jej dowódca: Erwin Rommel, stał się jednym z najbardziej znanych dowódców II wojny światowej. Dzisiaj byłby na pewno militarnym celebrytą.

Równie znana, jak on sam, (zarówno w Niemczech jak i w krajach alianckich) była dowodzona przez niego formacja, opisywana namiętnie i często. Świadectwa obu stron konfliktu dowodzą, że były to walki prowadzone w sposób całkowicie odbiegający od wówczas znanego z innych teatrów działań. Na porządku dziennym były wymiany jeńców, wzajemne prowadzenie chorych, a zdarzały się nawet dostawy materiałów strategicznych, w tym benzyny! Być może miał tu swój udział TE Lawrence, którego „Siedem Filarów Mądrości” stanowiło lekturę oficerów po obydwu stronach frontu, a być może – niska zapalczywość walczących, którzy potykali się przecież na całkowicie abstrakcyjnym froncie. Mimo to walki były zacięte, a włoskie dywizje takie, jak choćby „Ariete”, walczyły dzielnie nie ustępując niemieckim. Tam, gdzie pojawiał się kontekst etniczny, robiło się bardziej krwawo i mniej rycersko. To forma walki stała się udziałem Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich wykrwawionej w Tobruku.

Ta przydługa dygresja ma na celu jedno: wskazanie, że polityka regionalna nie prowadzi się sama i jest zawsze funkcją czegoś. W tym regionie prowadzi się ją w funkcji surowców strategicznych i to, jak widać, od wielu lat. Tym samym nagłaśniany w mediach konflikt Francji i Włoch musi mieć swoje uzasadnienie. I ma. Uzasadnienie nazywa się Greenstream i jest podwodnym gazociągiem, który wprost z gazonośnych pól zachodniej Libii biegnie sobie do terminalu rozładunkowego na Sycylii. Tym samym ponad połowę libijskiego gazu odbierają Włochy, a resztę Europa Zachodnia, poprzez terminal NLG w Marsa El Brega. W przypadku ropy jest równie ciekawie, bo Włochy to ponad 40% libijskiego eksportu, a na dalszych pozycjach są Niemcy (10%), Francja (9%) i Hiszpania (8%), co tym samym daje prawie 70% eksportu alokowane do tych 4 krajów!

Tym samym Włochy są dosłownie „podłączone” do Libii, a struktura libijskiego eksportu wyraźnie dowodzi, że dla Amerykanów to sprawa drugoplanowa toteż przekażą prędzej czy później dowodzenie operacją w ręce NATO czyli i tak samym sobie bo przecież od zarania sojuszu dowodzą nim amerykańscy generałowie. Co ciekawe, poza NATO legalna wojna jest w tym regionie w zasadzie niemożliwa wiec Amerykanie w każdym wariancie trzymają rękę na pulsie, a jedyne co marginalnie łamie ich monopol to militarna współpraca francusko niemiecka.

Uzależnienie Włoch od Libii rzuca światło na inny aspekt sprawy. Współpraca z Kadafim była najwyraźniej niezwykle udana, i żadne zmiany nie były z perspektywy Włoch potrzebne stąd pewnie niegdysiejsze Włoskie ostrzeżenia o tłumach uchodźców. Reżim dbał, aby sycylijskie plaże nie musiały przyjmować tysięcy Libijczyków. Jak będzie z demokratycznym rządem ludowym? Nie wiadomo. Czy to dziwne, że Francja tak namiętne wyrywa się do dowodzenia operacją i bombardowania Libii w przypadku, gdy nie ma tam żadnej instalacji? Warto dodać, że Greenstream należy w znacznym stopniu do włoskiego Agipa i pewnie jest ubezpieczony, ale raczej nie od nalotów. Duża by to była strata. Ale wojna w Libii to nie tylko straty włoskie. Nasze media jakoś tak nie wspominają o tym, że w dniu 9 grudnia 2007 r. PGNiG uzyskało prawo do prowadzenia prac poszukiwawczych i podpisało z Libią umowę o ich przyszłej eksploatacji prawdopodobnego złoża w Murzuq w Zachodniej Libii. I co teraz? Czy nowy rewolucyjny rząd aby na pewno utrzyma koncesję?vOczywiście można dojść do wniosku, że to po prostu lud się burzy i mamy do czynienia z kolejnym usprawiedliwionym zrywem uciśnionych. Owi uciśnieni mają jednak broń i amunicję, a tej jak wiadomo nie sprzedaje się w supermarketach, więc musieli ją od kogoś dostać. Media donosiły, rzecz jasna, o przechodzących na ich stronę jednostkach, ale to całkowicie sprawy przecież nie wyjaśnia. Warto zwrócić uwagę na co innego. Obszar od Maroka do Tunezji od lat pozostaje we francuskiej strefie wpływów. Mimo niepodległości w każdym z tych krajów elity posługują się francuskim, który jest również drugim językiem w tych krajach. Mimo kolonialnych doświadczeń, Francja pozostała metropolią, która bardzo poważnie wpływa na sposób myślenia swoich dawnych klientów. W Libii choć takich uzależnień nie ma, pozostała skłonność do słonecznej Italii. Ale to przecież Francja od początku obecnych rebelii nagłaśnia je i ostentacyjnie udziela im poparcia.

Dzisiaj, kiedy świat trzeszczy w szwach, a kryzys energetyczny w całej rozciągłości puka do drzwi, wojna w Libii staje się kolejnym testem spójności Unii, tyle że tym razem chodzi o interesy w starym stylu gdzie na szali jest coś więcej niż kolejne miliardy deficytów budżetowych na programy równości. Kontrola zasobów będzie wymagała zastosowania jakiejś realnej siły.

A w Libii prędzej czy później jakaś mutacja Afrika Korps pojawić się musi, nawet jeśli odgrzebie się stare granice i na nowo podzieli Libię na Cyranejkę i Trypolitanie połączoną z Fezzanem. Sarkozy ma ochotę odbudować potęgę Francji w regionie, a ma ku temu lepsze predyspozycje niż Berlusconi, jako że armia francuska jest nie tylko dwa razy większa od włoskiej, ale też dysponuje własnym potężnym arsenałem atomowym oraz, co chyba najważniejsze, bazami wojskowymi w Afryce, w tym w sąsiadującym z Libią Czadzie, a na odległej o dwie godziny lotu Korsyce – utrzymuje w ciągłej gotowości elitarny 2 regiment powietrzno desantowy Legii Cudzoziemskiej.

Czas pokoju  się kończy a Libia to pierwsza europejska wojna o zasoby które trzeba kontrolować samemu bo ceny surowców strategicznych mogą wywalić w powietrze budżety najmocniejszych krajów.  Francja to najwyraźniej wie: było nie było, po raz pierwszy od wielu lat otworzyła nową wojskową bazę zagraniczną. W Emiratach Arabskich. Wraca do łask doktryna Clausewitza: wojna to nadal polityka tyle, że  prowadzona innymi środkami.

6 komentarzy

Aguirre Gniew Boży

Czyli  o tym, że historia uczy nas głównie tego, że nigdy nikogo niczego nie nauczyła.

Rozwój wypadków  w Afryce ponownie skłania do namysłu nad scenariuszami użycia wojsk obcych do zabezpieczenia zasobów surowców w krajach obecnie zrewoltowanych. Nie ma to jak bratnia pomoc w czym co prawda ostatnio celuje armia USA ale nie jest wcale powiedziane, że ta „demokratyzująca” misja pozostanie wyłącznie jej domeną. W jednym z wcześniejszych postów pozwoliłem sobie na sugestię, że w taki właśnie celu mogą być użyte na przykład chińskie zasoby wojenne. Jeden z internautów, zwrócił mi uwagę w liście, że to twierdzenie dość nierozważne, ponieważ poza amerykanami nikt nie prowadził i nie prowadzi operacji zamorskich o dużej skali. Otóż pragnę zapewnić, że międzykontynentalna wyprawa po surowce pod pretekstem umacniania wolności jak najbardziej się odbyła. Nie firmowała jej Ameryka tylko Kuba i miała miejsce w Angoli.

Portugalia delikatnie mówiąc nie maszeruje dzisiaj w awangardzie europejskich państw, ale były czasy kiedy Lizbona dyktowała swoje warunki na sporych połaciach kuli ziemskiej. Że w podbojach poszło jej nieco gorzej niż Hiszpanii to osobna sprawa, ale miała też szczęście trafić na zasoby których wartość doceniono w czasach kiedy kolonie hiszpańskie były już tylko wspomnieniem. Posiadłości którymi w Afryce subsaharyjskiej władała Portugalia to Gwinea Portugalska, Mozambik i właśnie Angola. Gwinea i Mozambik o ile mi wiadomo, mieszczą się w czołówce najbiedniejszych państw świata i od czasu zakończenia walki o niepodległość ( 1974 ) pogrążają się w otchłani niekończących się wojen. W Angoli historia potoczyła się inaczej.

Kolonia obficie wyposażona w kopaliny ( ropa, złoto, diamenty ) długo dostarczała metropolii atrakcyjnych profitów ale jak wiadomo, kontynent stał się areną zimnowojennej walki a rodzącym się nacjonalizmom arabskim i afrykańskim finansowanym obficie przez ZSRR przyszła jeszcze w sukurs Francja przyznająca niepodległość na prawo i lewo. ( De Gaulle w 1958 roku przyznał niepodległość wszystkim koloniom francuskim ). Polityka tonącej Francji skutecznie pokrzyżowała szyki innym posiadaczom afrykańskich aktywów. Najbardziej stratni na tym procesie byli Belgowie. Bo to w ich posiadaniu znajdował się prawdziwy afrykański skarb czyli Kongo a  przede wszystkim jego niezwykle bogata prowincja Katanga. W owych czasach 60% światowej produkcji diamentów i 30% światowej produkcji miedzi pochodziło z tej unikalnie zasobnej krainy. To co się w tym kraju działo zasługuje na osoby post choćby dlatego, że wśród wielu najemników walczył tam Jan Zumbach ( weteran dywizjonu 303 ) a Mike Hoare dowódca najemników z Katangi to pierwowzór bohatera „Psów wojny” Frederica Forsytha. Miarą determinacji państw europejskich do kontroli tych zasobów może być to, że po raz pierwszy i chyba jedyny w WALCZĄCYCH siłach OZN znalazła się armia szwedzka! No ale trzeba przyznać, że rzadko kiedy tak doskonale splatały się interesy państw i prywatnych koncernów. Chciało by się zauważyć w tym miejscu, że podobna symbioza występować zaczyna dzisiaj.

Nas interesuje jednak Angola w  której Portugalczycy trzymali się mocno i mimo wydarzeń w sąsiednim Kongo systematycznie zwiększali zaangażowani intensyfikując akcję osiedlania białych której szczyt przypada na 1970 rok. W Angoli mieszkało wtedy 335.000 białych, a Luanda była trzecim po Lizbonie i Porto miastem portugalskiego świata.  Akcja osiedleńcza była rezultatem desperacji władz w metropolii które namiętnie eksportowały pozbawionych pracy Portugalczyków. Warto w tym miejscu zauważyć, że dla Salazara i jego junty wojskowej eksport obywateli był w zasadzie podstawowym sposobem rozwiązywania problemów społecznych. Liczono na to, że proces „wybielania” Angoli zapewni skuteczną kontrolę nad tym bogatym obszarem.

Tyle że, jak już wspominałem wyżej,  od 1961 roku toczyła się tu mniej lub bardziej agresywna,  zrodzona wypadkami w Kongo wojna domowa. Wojna, w   której uczestniczył systematycznie zwiększany kontyngent wojsk portugalskich. Jak sobie łatwo wyobrazić, w coraz większym stopniu kontyngent składał się z poborowych a nie zawodowych żołnierzy co systematycznie obniżało wartość bojową armii. Portugalskie siły zbrojne w 1973 roku spuchły do niebotycznych 150 tysięcy z pośród których 87 tysięcy znajdowało się w Angoli, Gwinei i Mozambiku. W szczycie konfliktu wojna była już tak krwawa i nieefektywna, że wymusiła „rewolucję Goździków” w samej metropolii. Młodzi oficerowie obalili dyktatora Antonio Salazara. Nie mieli już ochoty ginąć na wojnie która pozbawiała życia coraz większe zastępy młodzieży a co gorsza….. rujnowała metropolię. Przypominam, że akcja toczy się głównie przed kryzysem naftowym toteż obfite zasoby ropy nie ratują sytuacji. Doszło do sytuacji absurdalnej, Portugalia zamiast na Angoli zarabiać, trwoniła budżet na działania wojenne.

Paradoksalnie, Portugalczycy tracą Angolę w momencie kiedy stanie się najbardziej atrakcyjna. Dla nich jest jednak zarówno społecznym ( ofiary ) jak i ekonomicznym obciążeniem dlatego też po nieudanych próbach politycznego kontrolowania sytuacji wycofują się ostatecznie w 1975 roku.

Ich miejsce zajęli ochoczo, uwiedzeni internacjonalistyczną misją towarzysze kubańscy. Tryskająca tu ropa była dla nich niejaką zachętą i z dużym prawdopodobieństwem poprawiała ekonomikę dość ubogiej w surowce Kuby.  Każdego komu może się wydawać, że była to jakaś mała batalia wyjaśniam, że wedle szacunków w chwili największego zaangażowania Kuba utrzymywała w Angoli ponad 50 tysięczny kontyngent, a o skali walk najlepiej świadczy ofensywa angolańsko – kubańska z 1985 roku w całości zaplanowana ( a od szczebla batalionu wzwyż ) dowodzona przez Rosjan. Operację poprzedziły dostawy wartego ponad miliard dolarów sprzętu ( 30 Migów 23, 8 Su 22, 33 Mi 24, 69 Mi 8, 27 śmigłowców Alouette, 150 T34, 350 T55 i 50 PT76 ) Co ciekawe, uważa się ( Krzysztof Kubiak, autor unikalnej książki o tej wojnie również tą tezę wspiera ), że mięknąca w Europie Moskwa, bynajmniej nie zamierzała zrezygnować z obecności w Angoli. Za pewne, kontrola nad jej zasobami, dla ówczesnego Biura Politycznego i samego Gorbaczowa miała bardzo istotne znaczenie. Powyższego celu nie tracił również z oczu Fidel Castro, którego żołnierze stanowili przecież podstawową siłę interwencyjną w tym kraju.

Wspominanie tych wypadków ma jednak swój cel. Uzasadnia tezę, iż podlewana politycznym sosem międzykontynentalna operacja militarna realizowana przez inne siły niż USA, jest jak najbardziej możliwa.

Wszystkich zainteresowanych tym niezwykle ciekawym z wojskowego punktu widzenia konfliktem ( znacznie słabsze wojska RPA skutecznie opierały się silnej przewadze angolańsko kubańskiej ) odsyłam do wspomnianej już książki Kubiaka. Niniejsza historia służy jednak innemu celowi niż prezentacja militarnych zmagań i ma dwie pointy:

  1. W 1931 roku uruchomiono w Angoli budowaną przez wiele lat kolej benguelską. Łączy ona zagłębie wydobywcze Katangi ( Kongo ) z atlantyckim portem Lobito. Z 1697 km tej linii 1344 leży na ternie Angolii. Linia ta była podstawowym kanałem wywozu kopalin w tej części Afryki ale została praktycznie zniszczona w trakcie wojny w latach 1975 1991.W 2001 roku stała się ponownie częściowo przejezdna, a w 2008 ponownie uruchomiona w całości. Głównym sponsorem ponownego uruchomienia tej linii dzięki wsparciu wynoszącemu ponad 500 mln USD jest ……. rząd chiński!
  2. Od 2008 roku, w Portugalii ujawnił się nowy exodus ludności. Biali specjaliści zabiegają dzisiaj o wizy do ….. Angoli kuszącej  opartą na drożejących kopalinach prosperitą gospodarczą.

Jeśli towarzysze kubańscy wyprawili się przez ocean po angolańskie złote runo, nie widzę powodów aby z podobną motywacją nie pojawili się tam prędzej czy później towarzysze chińscy, których inwestycje angolańskie to dzisiaj już nie tylko wspomniana wyżej linia kolejowa. W tych niepewnych czasach, oczekiwane przez komentatorów lądowanie obcych wojsk w Libii, może być wyznacznikiem nowego trendu i znów może się okazać, że na zaproszenie „ludu” można wkroczyć gdzie się chce.

Metale szlachetne, spowite kajdanami angolskich skał czekają na wyzwolenie.

5 komentarzy

Polanda: imperium z drewna.

Czyli o tym, że są aktywa Skarbu Państwa poza zasięgiem Skarbu Państwa, umundurowani czynownicy czają się w zagajnikach nietypowej ustawy a amunicja energetyczna powoli nabiera mocy.

Przeciętny obywatel RP nie zdaje sobie sprawy, że cichuteńko rośnie nam kolejny strategiczny sektor w gospodarce. Rośnie, bo choć strategiczny jest od dawna, to skutecznie pozostawał w cieniu. Rośnie w dosłownym sensie tego słowa, a cień który owemu wzrostowi towarzyszy niezwykle skutecznie ukrywa mechanizm  od lat peklujący państwo w państwie. Co więcej, towarzyszy temu zadziwiająca symbioza związków zawodowych, zarządzających i ministerstwa. Oraz polityków wszystkich opcji.  

Ci wszyscy ludzie słuchają sobie od lat….  jak rośnie las. A w zasadzie lasy, konkretnie Państwowe Lasy, bo o nie właśnie chodzi. Co najciekawsze, owo zielone imperium jest państwowe niejako z samej istoty ponieważ przedsiębiorstwo nie posiada osobowości prawnej! I tu niespodzianka, ta przedziwna konstrukcja nie jest bynajmniej spadkiem po PRL czy finezyjnym osiągnięciem III RP.  Powstała w rządzie Grabskiego w 1924 roku. Tym samym, ten sprytny zabieg uczynienia lasów samą istotą Skarbu Państwa jest już dość wiekowy, ale dzięki temu Lasy Państwowe są jednym ze starszych narodowych istnień, bo nie instytucji przecież.

W tym miejscu można by zapytać: a co w tym takiego ciekawego? Zamiast odpowiedzi, kilka cyfr. Lasy Państwowe to ponad  7 mln ha czyli jakieś 26% powierzchni Polandy. Już się robi ciekawiej, prawda? Ale dodajmy do tego, że przeciętna wydajność z ha to ok. 250m3 drewna co daje statystyczny zasób w postaci:  1,8 miliarda m3! No i teraz najważniejsza sprawa: ile kosztuje taki statystyczny kubik? 

Na takie pytanie nie ma prostej odpowiedzi. Bo tu wszystko zależy przede wszystkim od Leśniczego na ścince. Pana Leśniczego, bo że to ważna figura wie każdy kto się kiedykolwiek zajmował procesem kupowania drewna. Cena powstanie w matni klas, części odziomkowych a potem gatunków samego drewna, które w ekstremalnych przypadkach mogą iść w tysiące złotych za kubik, choć będą to oczywiście unikaty ( dla przykładu: niedawno Nadleśnictwo Baligród sprzedało kłodę jaworu falistego o objętości 1,5 m3 za 11,5 tys złotych ).

Toteż nie podejmę się szacowania średniej ceny kubika w zielonym imperium, ale każdy może sobie wykonać proste ćwiczenienie: przemnożyć x przez 1,8 miliarda m3 zasobów, gdzie x to pobrana z internetu lub rocznika GUS średnia cena drewna. W zasadzie w każdym przypadku osiągamy wycenę idącą w  setki miliardów złotych. Słabo?

 Tym feudalnym księstwem, w ścisłym rozumieniu tego słowa, włada Dyrektor Generalny, powoływany przez ministra środowiska. Pan Dyrektor powołuje następnie 17 wasali w osobach Dyrektorów Regionalnych Dyrekcji Lasów Państwowych, a ci z kolei ponad 400 nadleśniczych, a oni z kolei – kilkudziesięciu leśniczych. Dodajmy jeszcze, że panowie są umundurowani i uzbrojeni, a do swojej służby podchodzą śmiertelnie poważnie.

Skarb Państwa chwali się w gierkowskim stylu osiągnięciem 31,2 mld PLN przychodów prywatyzacyjnych w rekordowym 2010 roku. Ma się czym chwalić, ponieważ to niewiele mniej niż całość przychodów prywatyzacyjnych w latach 1991 do 2007, jeśli tylko wyjmiemy z tego podsumowania rok 2000, równie magiczny jak 2010, kiedy to „polskie ręce” opuściły takie okręty flagowe, jak choćby TP SA.

I tu ciekawostka, że wobec takich cyfr o prywatyzacji lasów nigdy się jakoś za mocno nie dyskutuje, choć, vide przytoczona wycena, byłoby czym wesprzeć prywatyzację. Ale tę zagadkę można nadspodziewanie łatwo rozwiązać. Lasy Państwowe to nadal ponad 30 tys. Pracowników, co w kategoriach wyborczych jest nie do pogardzenia. Wprawdzie to gorszy zasób wyborców niż PKP, ale za to ci wyborcy są bardzo zdyscyplinowani, żeby nie powiedzieć: zmobilizowani. Poza tym gdzież tu porównywać chronicznego bankruta z przedsiębiorstwem o mocnych przychodach, pozbawionym kredytów, za to wyposażonym w spore zasoby gotówki (dodajmy, pozostające WYŁĄCZNIE w jego dyspozycji).

O ile nie ma sensu analiza spolegliwości poprzednich ekip względem lasów, to warto by się zastanowić, jak ich istnienie ma się do polityki wszystko prywatyzującej Platformy Obywatelskiej. Otóż ma się doskonale, o czym przekonuje nas lektura Stanowiska Platformy Obywatelskiej w sprawie lasów z 28 kwietnia 2004. Da je się streścić następująco: ręce precz od Lasów!

Ta śmiała wyborcza strategia nie wytrzymała jednak próby czasu, a rząd podjął małą próbę zamachu na lasy, starając się przesunąć je z ministerstwa środowiska do ministerstwa finansów i tym samym odebrać  prawo do posiadania własnych niemałych nadwyżek finansowych. I co? Nic. Nie udało się.

Zwracam uwagę na fakt, że rząd obrabował emerytów atakując OFE, a ugiął się pod presją lobby, które strzeże borów dla naszej przyszłości. Skarb nie zdołał przeprowadzić operacji, w ramach której pozyskałby od razu 2 mld PLN i to, uwaga: w gotówce.

Umundurowani leśni generałowie szczycą się również tym, że uwalili w latach 1997 – 2001 projekt przekazania 2 mln ha lasów na cele reprywatyzacyjne. Pomijając już wszystko inne, właśnie mniej więcej tyle lasów zostało znacjonalizowanych w 1945 roku; choć to dzisiaj nie jest pewne, ponieważ Dyrekcja, wedle słów Dyrektora  Generalnego, „szacuje” ile lasów zabrano.  Strażnicy zielonego imperium po prostu storpedowali zwrot mienia prawowitym właścicielom.

Obecnym Dyrektorem Generalnym jest Marian Pigan, dawniej działacz „leśnej” Solidarności walnie wspierającej PO przed wyborami. Przysługa, jak widać, się opłaciła.

Na stronie www.bip.lasy.gov.pl każdy może sobie obejrzeć dane finansowe tej organizacji, a przychody i zysk plasują  Lasy  w ścisłej czołówce przedsiębiorstw w Polandzie. Wiedział to oczywiście Grabski, który w owym 1924 roku usiłował wesprzeć reformę walutową dochodami z lasów. I rzecz ciekawa: jemu również  się to nie udało, a lasy otrzymały autonomię finansową. Drodzy Obywatele, Lasy Państwowe również dzisiaj są POZA sferą finansów publicznych, czyli są faktycznym księstwem. Unikalna konstrukcja.

Z powodów czysto politycznych zielone imperium rządzi się samo, a jego kolejni władcy pracowicie inwestują w naszą przyszłość, chroniąc las.  Co do zasady nie mam nic przeciwko temu. Nie wydaje mi się jednak, aby organizacja, z którą miałem okazję przez kilka lat współpracować, mogła istnieć dalej jako państwo w państwie, które autorytarnie ustala co jest dla niego dobre. A nabiera to szczególnego znaczenia wobec faktu, że drewno ponownie staje się  surowcem energetycznym, co oznacza, że jego cena za chwilę (jeśli już tak nie jest) indeksować się będzie do innych mediów energetycznych. Jeśli tak się stanie, Pan Dyrektor Lasów Państwowych wyrośnie na nielichego sternika gospodarki. Lasy to literalnie ponad ćwierć kraju, w którym płacę podatki. W cieniu drzew PSL poluje dzisiaj na PO. Kto będzie następny? Wybory już za chwilę, leśnicy ponownie pojawią się przy urnach. Co będzie dalej? Ktoś kreatywny rzuci się w końcu na ten skarbiec, toteż wolę Lasy na GPW niż wizyty w niewiadomo czyim lesie. Szczególnie że mogłyby to być wizyty wyłącznie w roli „łosia”.

Darz Bór!

8 komentarzy

Ryk Afryki

Czyli o tym, że każdy satrapa prędzej czy później oddaje władzę, głodny lud powstanie przeciw czołgom oraz o tym, że brak perspektywy szkodzi i państwu i obywatelom.

Jeszcze kilka miesięcy temu nikt by nawet nie pomyślał, że w takich, jakby się zdawało, spacyfikowanych krajach jak Tunezja czy Egipt, może nagle dojść do wybuchów społecznych. Nie zdziwię się, jeśli 2011, choć niestety nieparzysty, przejdzie do historii, jako kolejny rok Afryki tyle że tym razem północnej. W 1960 oniemiały świat oklaskiwał narodziny 17 nowych państw w tym roku równie oniemiały może powitać nowe republiki islamskie a jak pójdzie źle może nawet jakiś kalifat. Wszystkie kraje począwszy od Egiptu skończywszy na Algierii, to de facto reżimy wojskowe ukształtowane w latach zimnej wojny. Najciekawszym egzemplarzem w tym panteonie satrapów jest autor zielonej książeczki, czyli Wódz Libii – towarzysz Kadafi. Dla przeciętnego czytelnika europejskich gazet każdy Arab to prawie terrorysta, więc nie spodziewam się, aby opinia publiczna nadmiernie interesowała się obecną sytuacją. Faktycznie, islamiści zbiorą spore żniwa, ale trudno się temu dziwić skoro wszystkie reżimy poza libijskim opierają się na wojsku i świeckiej administracji a’la wczesna Turcja Ataturka. Dobrej recepty chyba nie ma. Izrael nie ma szans na rolę wiodącej siły gospodarczo politycznej a Arabia Saudyjska za pomocą eksportowanych masowo wahabickich wojowników nadaje się na pewno na replikę Talibanu ale to nie jest najciekawsza opcja dla było nie było społeczeństw nieco innych niż afgańskie. Problemem regionu który teraz doprowadzi do destabilizacji na niespotykaną skalę, jest brak wyraźnego lidera.

Aby właściwie zrozumieć powody, należałoby jak cofnąć się nieco w przeszłość. Trop, jak to w ostatnich czasach bywa, zaprowadzi nas do Amerykanów. Reagan był pierwszym prezydentem USA, który na masową skalę zastosował broń gospodarczą. Lektura opracowań (National Security Decision Directives) wskazuje na to aż nadto wyraźnie. RR uważał, że opłaca się ostre finansowanie zbrojeń, jeśli się coś za nie uzyska. Doktryna Reagana przewidywała podstawianie nogi ZSRR wszędzie gdzie się da, tyle że przy użyciu amerykańskich dolarów zamiast amerykańskich żołnierzy. Z ówczesnych opracowań strategicznych wyłania się jasno konieczność kontroli zasobów. Dlaczego to ważne? Mało kto wie skąd USA importuje ropę. Na miejscu pierwszym jest…. Kanada, następnie Meksyk, Wenezuela i dopiero na 4 miejscu Arabia Saudyjska. Ale tak jest dzisiaj. W latach 80-tych ranking wyglądał inaczej. Ameryka chciała kontrolować wszystkich strategicznych dostawców surowca dlatego też bliskim wschodem i Afryką północną musiała się interesować. Europa wschodnia była tylko jednym z boisk, na których angażowano zasoby ZSRR. Tu zresztą doktryna walki długiem sprawdziła się celująco.

Ale w chwili dojścia Reagana do władzy Ameryka w zasadzie ledwo zipie. Dwucyfrowa inflacja, recesja, a właściwie ładnie rozwinięta stagflacja i, delikatnie mówiąc, solidny spadek prestiżu USA na świecie. 5 lat po wycofaniu z Wietnamu to najprawdopodobniej najgorszy okres we współczesnej historii USA, zwieńczony podwójną kompromitacją w Iranie. Z jednej strony bezbronność wobec napastników (studenci wdarli się do ambasady USA i aresztowali wszystkich funkcjonariuszy), z drugiej strony nieudolność desantu wysłanego z odsieczą (komandosi Delta Force pogubili się na pustyni, zniszczyli sprzęt i ledwo uszli z życiem).

Ale Ronald Reagan był prawdziwym odkrywcą. O ile jego poprzednicy żyli w cieniu podlejącego po 1971 roku dolara, RR odkrył, że zamiast bać się zadłużenia należy korzystać z obfitości środków, jakie owo zadłużanie stwarza. A ponieważ wiadomo, że najszybciej pobudza się gospodarkę militaryzacją, RR już w przemówieniu inauguracyjnym nie pozostawiał wątpliwości wyborcom, jaki kurs będzie realizował. Finansowane długiem zbrojenia pozwoliły Ameryce dokonać testującego świat desantu na Grenadzie (1983) i odbudowywać pozycję w Europie i na świecie. Czy RR zamierzał faktycznie zaatakować Związek Radziecki? Wątpię. Jego doktryna oparła się na założeniu, że ZSRR jest słaby ekonomicznie i nie wytrzyma nacisku zarówno materialnie, jak i psychologicznie. Jadwiga Staniszkis w swojej wspaniałej pracy o rewolucji militarnej oddaje rację temu podejściu wskazując na konflikt pomiędzy sztabem generalnym a partią w ZSRR. Politycy bali się wojny. Wojskowi parli do wojny konwencjonalnej zakładając, że Reagan blefuje. Tak czy inaczej najlepszym interesem dla USA było wygrać wojnę budując siły, które zajmą nowe dochodowe terytoria w zasadzie bez walki. Co najciekawsze do arsenału militarnego wciągnięto tu nową, finansową broń. Zakładano operowanie długiem celem uzależnienia państw na terenie przeciwnika, choć równocześnie warto zauważyć, że właśnie w latach 80-tych przypada rekord zadłużenia ówczesnych państw komunistycznych. Długi przekraczają 100 mln USD i poważnie obawiano się, że ZSRR może nakazać swoim wasalom odrzucenie długów (zrobiła tak Rosja sowiecka z długiem carskim). Otoczenie Reagana twierdziło jednak, że to tego nie dojdzie z uwagi na zapotrzebowanie tamtejszych gospodarek na import towarów, którymi same nie dysponowały. Równolegle jednak, za pomocą szeregu dyplomatycznych nacisków RR wymusił na RPA obniżenie cen złota, a uzależniając Bliski Wschód od dostaw amerykańskiej broni skutecznie zaniżał światowe ceny ropy. Tym samym ZSRR tracił na przychodach ze swoich dwu najbardziej strategicznych surowców eksportowych. W takiej skali i zakresie nikt jeszcze gospodarczo nie wojował.

USA wygrały rozgrywkę z ZSRR już w 1985 roku. Warto pamiętać, że Gorbaczow został wybrany na genseka 11 marca 1985, a już w marcu wznowiono radziecko-amerykańskie rozmowy pokojowe w Genewie. Trudno o lepszy sygnał. Od tej pory Ameryka zmieniła priorytety. Teraz liczyło się przede wszystkim zabezpieczenie surowców na Bliskim Wschodzie.

Na tym trudnym odcinku jedynym kłopotem była otwarcie wojująca z USA Libia. Towarzysz Kadafi, mistyk a dodatkowo jeszcze zaangażowany muzułmanin, operował retoryką bardzo podobną do irańskich ajatollahów. O ile jednak z tymi drugimi Ameryka potrafiła robić interesy ( Iran Contras), to z Kadafim zupełnie nie szło. Po 1985 roku relacja z ZSRR zmieniła się na tyle, że Ameryka mogła już dać wyraźny sygnał, że powinien się jednak towarzysz nieco pilnować. 15 kwietnia 1986 bez wypowiedzenia wojny samoloty amerykańskie zbombardowały Trypolis i Bengazi niszcząc cele wojskowe i, oczywiście „przypadkiem”, cywilne. Jaki był powód? 10 dni wcześniej, w berlińskiej dyskotece w wyniku libijskiego zamachu zginęło 5 żołnierzy amerykańskich (230 innych osób odniosło rany). Jeśli ta reakcja nadal nie wydaje się dziwna, dodam, że w 1983 roku w zamachu libijskim w Libanie zginęło 240 żołnierzy Marines. Wtedy RR musiał przełknąć taki policzek bojąc się reakcji ZSRR. W 1986 mógł sobie już pozwolić na ostrą zagrywkę. Choć w rewanżu Kadafi zmasakrował pasażerów samolotu Pan Am (Lockerbie) to lekcję odebrał i on, i reszta świata: Ameryka będzie pilnować źródeł ropy. Taktyka „zastraszania” przynosiła, zatem wspaniałe rezultaty. Świat nie tylko nie potępił amerykańskiej akcji, ale niebawem potraktował Libię wszelkiej maści embargami, co jak się można spodziewać, wymiernie wpłynęło na wydobycie ropy i dostawy technologii. Kadafi wprawdzie nie znalazł się na deskach, ale zaliczył techniczny knock out. 

Ponieważ system działał, należało zwiększać skalę długu. Paul Volcker, ówczesny szef FED, już się do tak agresywnej polityki nie nadawał. Dlatego zapewne, stery drukarni pieniędzy objął Allan Greenspan – entuzjasta, agresywnych technik, a jednocześnie dobrze ułożony towarzysko polityk. Rynki powitały go spadkami, ale prawdziwym problemem był dzień określany do dzisiaj, jako „Czarny poniedziałek”, kiedy to DJ posypał się o 22%. Drodzy czytelnicy, to był 1987 rok. Allan Greenspan na lata wyznaczył wtedy kierunek, jakim było zasypywanie pieniądzem każdego kryzysu. Tym samym wykreował niespotykany wcześniej okres ciągłego wzrostu podaży pieniądza. Uznał, że nieustanne pompowanie do systemu jest lepsze niż regres gospodarczy, do którego musi dojść w wyniku kryzysów.

Ale nas interesuje Afryka. Pod koniec lat 80-tych wszystko dzieje się dokładnie tak, jak sobie tego życzą Stany Zjednoczone. W Algierii trwa w zasadzie wojna domowa, rośnie zadłużenie zagraniczne, a wydobycie ze znacjonalizowanych w 1971 roku złóż ropy jest limitowane przez odbiorców. Kadafi w Libii już intensywnie czuje efekt embarga i powoli robi się skłonny do oddania czci Imperium. Na mapie pozostaje wyłącznie problem Iracko-Irański, ale ten jak wiadomo rozwiązano dzięki pierwszej wojnie w Zatoce, o czym już wcześniej obszerniej pisałem.

Tym samym, od 1990 roku aż do dzisiaj, Ameryka prowadziła własną politykę imperialną w tej części świata. Handel ropą do dzisiaj jest rozliczany w USD, a tym samym sprzedaż ropy jest w każdym kraju rodzajem subsydiowania budżetu USA. (Wyjaśnienie dla niedowiarków: jeśli USA drukują pieniądze bez pokrycia (czemu już nawet nie zaprzeczają), to w zamian za „zielone kawałki papieru”, jak dolara po 1971 roku nazywał Richard Nixon, otrzymują całkiem prawdziwe produkty.)

Chciałoby się powiedzieć „do dzisiaj”, ponieważ wieloletnia polityka rosnącego sprzedawania własnego deficytu innym, doprowadziła w końcu do ujawnienia się silnej presji inflacyjnj.

Zaraz, czy w tej tabelce nie ma błędu? Indonezja, Chiny, Indie? Jak to się ma do Afryki?! Otóż ma się, ponieważ pokazuje pewien przykry kierunek. Indonezja ( dawniej Holenderskie Indie Wschodnie ) była przez przez wiele lat dużym eksporterem ropy naftowej. Od 2009 roku nie jest już nawet w OPEC, ponieważ została IMPORTEREM ROPY. Mimo miana azjatyckiego tygrysa nie poradziła sobie z tym, że żywność importować musi. Jeśli tak marnie na tle gospodarek znacznie lepiej rozwiniętych wygląda Indonezja, która jednak sporo w siebie inwestowała, to można sobie wyobrazić jak prezentuje się kondycja Algierii, Libii, Iraku czy wreszcie Egiptu. ( Dodajmy, że właśnie Algieria, Libia i Irak to dawne agresywne skrzydło w OPEC forsujące agresywne rozwiązania polityczne ).

W moim przekonaniu rewolty w tych krajach nie powstrzyma nic. Tamtejsze władze nie mają po prostu środków, a dławienie demonstracji przemocą nic nie da. W mediach mówi się dużo o Tunezji i Egipcie, ponieważ tam leje się krew. Nie wspomina się wiele o Algierii, gdzie władze obiecały obniżki cen strategicznego w Afryce północnej cukru. Obiecały, więc demonstranci wrócili do domów – niektórzy z siatami pełnymi fantów z rabowanych sklepów. Ale owe władze nie są w stanie dotrzymać obietnicy, więc lud na ulicach pojawi się znowu.  Ponura prawda jest taka: kraje, które w latach 70-tych rzuciły na kolana cały świat ( w 1973 roku podniesiono cenę za baryłkę z 3$ do 11$ ) nie zdołały wybudwać własnych gospodarek, a sporą część petrodolarów przeżarły, wydały na zbrojenia i zainwestowały w obligacje USA.  

Nie zdziwię się, jeśli sytuacja w regionie doprowadzi do rozpadu OPEC. Ciężko będzie pogodzić intersy Wenezueli i pozostałych państw. Może się okazać, że Libijczycy i Algierczycy pójdą w zwiększone wydobycie przy stałej cenie. Gdyby Peak Oil zmaterializował się szybciej niż myślimy, miliony ludzi na tamtym kontynencie nagle straci jakiekolwiek środki do życia.

Zapomina się często jakim upokorzeniem zakończyła się angielska i francuska obecność militarna na tym niezwykle ważnym obszarze. W 1956 roku Anglia, Francja i Izrael wspólnie zaatakowały Egipt z chęcią ponownego zajęcia znacjonalizowanego Kanału Sueskiego. Wszystko szło pięknie, krwią płacili główne Izraelczycy, a dwa niezależne desanty: brytyjski i francuski, zakończyły się powodzeniem. Ale w końcu zdenerwowała się Ameryka, której ta impreza była absolutnie nie na rękę. Wezwała Anglię i Francję do zabrania zabawek, ale bez skutku. I wtedy prezydent Eisenhower, przedstawił Anglikom następującą propozycję: albo się wycofają, albo zacznie wyprzedaż funta szterlinga. Wycofali się natychmiast.

W historii politycznej to symbol upadku Imperium Brytyjskiego, które utraciło wtedy globalną autonomiczność. W historii gospodarczej pierwsze bezpośrednie użycie broni walutowej.

Ostatnie 100 lat intryg na bliskim wschodzie i w Afryce północnej wskazuje wyraźnie, że żandarm jest w tym rejonie bardzo potrzebny. Problemem jest to, że jedni się już do tej roli w zasadzie nie nadają, a drudzy tej roli jeszcze pewnie nie rozumieją. Afryka Północna pozostawiona sama sobie może eksplodować, a skutki tej eksplozji z AK-47 w dłoniach mogą przemaszerować przez Półwysep Apeniński w poszukiwaniu żywności.

9 komentarzy

Sztywni elastycznie.

Czyli o tym, że nie ma to jak kolonie, że warunki ekonomiczne zmieniają się w czasie, sojusze zależą od kryteriów etnicznych, a Królowie bywają niemoralni.

Z Pulsu Biznesu dowiadujemy się, że Belgia traci zaufanie rynków ponieważ od 6 miesięcy nie jest w stanie powołać rządu. Ponieważ gazeta jest biznesowa a nie polityczna nie dowiadujemy się skąd taki impas. Powód jest prosty: Belgia jest choć zabrzmi to dziwnie tworem sztucznym podzielonym na dwa różne i mocno niechętne społeczeństwa, a właściwie narody: Flamandów i Walonów.

Jest coś przewrotnego w tym, że na siedzibę emanacji zjednoczonej Europy wyznaczono stolicę najsłabszego w tym systemie państwa. Być może, urzędnikom chodziło o swoiste instytucjonalne sklejenie dziwoląga. Tak uważa większość komentatorów. Ale może było zupełnie odwrotnie? Przecież unia wspiera wszelkiej maści regionalizmy. Alokuje budżety do wskrzeszania języków czy wręcz obyczajów etnicznych. Koncesjonowanie, pęknięcie na dwa osobne państwa lub co bardziej ciśnie się na usta „stany”, może być dla brukselskich władyków swoistym wyznacznikiem trendu. UE osłodzi sobie ewentualne rozstanie z Belgią jeśli łączne wpływy do budżetu unijnego decydowane przez Walonię i Flandrię nie ulegną zmianie. W zasadzie taki wzorowy podział pod okiem euro deputowanych powinien natchnąć nas wszystkich nową nadzieją bo przecież małe jest jak wiadomo piękne. To by była w sumie zgrabna pointa, państwo powstałe pośrednio w efekcie dyplomatycznych zabiegów ( Kongres wiedeński 1815 ) zostało by elegancko, dyplomatycznie rozmontowane.

Jakkolwiek zabrzmi to nieelegancko Belgia w zasadzie od początku jest państwem niejako z przypadku. W dzisiejszej formie istnieje od rewolucji w roku 1830 kiedy to oddzieliła się od Królestwa Zjednoczonych Niderlandów. Podział jak zwykle związany był z pieniędzmi i wiarą. Holandia jest głównie protestancka, Belgia przeciwnie. Dominują w niej katolicy a przynajmniej było tak w roku 1830 kiedy dochodziło do secesji. W Brukseli usłyszymy od tubylców, że Walonowie to nieco gorsi Francuzi a Flamandowie to nieco lepsi Holendrzy. Paradoks wspólnego wyznania spowodował, że znaleźli się w jednym państwie w którym od zarania funkcjonowali odrębnie tworząc wzajemnie hermetyczne społeczności. Flamandowie podlegali licznym prześladowaniom i jako gorzej sytuowani masowo emigrowali do nowych kolonii głównie holenderskich. W trakcie I wojny światowej podziały pogłębiły się jeszcze bardziej jako że gross żołnierzy stanowili Flamandowie, kadry dowódczej Waloni. Rozbicie narodowe było jednym z najważniejszych powodów biernej postawy armii w trakcie wojny w 1940 roku choć liczny udział zarówno Walonów jak i Flamandów w utworzonych w Belgii formacjach SS ( SS Walonia 15 tys SS Langemerck 25 tys ) daje również pewne świadectwo o tym jak kształtowały się w tym kraju sympatie w tych czasach.

Po drugiej wojnie światowej wieloletnia gospodarcza dominacja Walonów zaczęła się zmniejszać. Rozwinięty przemysł ciężki zaczął tracić na znaczeniu wraz z utratą wielkiej surowcowej skarbonki jaką było Kongo. Flamandowie, skutecznie rozwijali firmy rodzinne a przede wszystkim innowacyjne. Flandria stała się jednym z centrów biotechnologii, a olbrzymie znaczenie zdobył port w Antwerpii.

Ciekawe jest to, że w naszych demokratycznych, lewackich czasach najbardziej belgijski w tym kraju jest Król który nie zawsze był jednak symbolem zjednoczenia. Ojciec obecnego władcy zasłynął samodzielną decyzją o kapitulacji przed Niemcami a także tym, że nie wyjechał z kraju wraz z rządem i poddał się osobiście Niemcom. Opuścił kraj dopiero w 1944 roku wywieziony przez Niemców. Wrócił w roku 1950 co wywołało krwawe zamieszki w efekcie których abdykował na rzecz syna.

Jeśli kryzys finansów publicznych rozłoży Belgię na łopatki problem rozłamu ujawni się w całej okazałości. W większości analiz rozłamów państwowych zazwyczaj gubi się ten drobny aspekt. Wielokrotnie pisano o zadłużeniu zagranicznym byłej Jugusławii. Czy ogłaszające niepodległość republiki pobrały porcję swoich długów? Jak reagowali na to wierzyciele?

Deficyt Walonii finansuje dzisiaj Flandria. Czy zapłaci za samodzielność? Cóż, kto by nie dopłacił za pokój z widokiem na morze? Pytanie tylko kiedy pojawi się taka oferta.

1 Comment