Browsing Category gospodarka

Polowanie na łosie

Czyli o tym, że rozpoczęło się odliczanie, łosie muszą bardzo pilnować swojego poroża a propozycje doradców inwestycyjnych należy analizować wyjątkowo starannie.

Choć sezon ogórkowy w tym roku Polanda nie oddaje się urokom kanikuły. A już na pewno, nie dotyczy to rynku finansowego. Gdzie się nie ruszyć albo oferty które zaraz się pojawią albo informacje o kolejnych właśnie przygotowywanych. Kto żyw zasuwa na ranek w przekonaniu, że uda mu się jeszcze załapać na chętnych do inwestowania  equity. No właśnie equity.  Przeciętny czytelnik prasy nie dostrzega tej bynajmniej nie subtelnej różnicy pomiędzy długiem a kapitałem inwestorskim. Co więcej, w wielu przypadkach tłumaczy się, że koszty pozyskania kapitału są niejednokrotnie wyższe niż koszty długu. I tak jest w istocie tyle, dług trzeba zwrócić kapitału nie. To szczególnie ważne w recesji kiedy ogranicza się dostęp do kapitału. Polityka wyciskania kasy z przedsiębiorców skutecznie podcina korzenie biznesom a realizowana doktrynalnie generuje olbrzymie ryzyko dla firmy. Ponadto, oprocentowanie długu może wzrosnąć kapitał pozyskany z rynku kosztuje raz. Ostatnie półtora roku to prawdziwy wysyp zainteresowania instrumentami dłużnymi które skutecznie dostarczyły finansowania tam gdzie nie mogły lub nie chciały działać banki. Jaki będzie rezultat? Przekonamy się już niebawem bo obligacyjna hossa rozpoczęła się w 2010 roku.

Rynek inwestycyjny podobnie jak kania dżdżu łaknie pieniędzy. A te, jak widać powoli odpływają z naszego kontynentu. I nie jest to problem wyłącznie Polandy. Cała UE staje się coraz mniej atrakcyjna w inwestowaniu a krajom słabszym przy wszelkiej maści perturbacjach dostaje się w dwójnasób. Rozpoczęło się już systemowe skracanie portfeli, tyle że teraz nie chodzi już o dużych graczy które własne portfele pozamykali kilka miesięcy temu. Teraz skraca się portfele klientów usłużnie przedstawiając im „zweryfikowane” i „ostrożne” oczekiwania co do przyszłości. Można by się przez chwilę zastanowić co spowodowało, że rekomendacje jeszcze rok temu optymistyczne nagle już tak optymistyczne nie są. Można by, ale nie ma to sensu ponieważ rekomendacje inwestycyjne nie są niczym innym jak marketingiem i takimi samymi prawami się rządzą. Konia z rzędem temu kto uzasadni dla czego raz w tej samej branży P/E = 10 jest dobre, raz za wysokie a kiedy indziej bardzo atrakcyjne. Na przestrzeni czasu za zmiany oceny tej samej wielkości odpowiedzialny jest zawsze ten sam element SENTYMENT RYNKU. Owo magiczne określenie tłumaczy zazwyczaj wszystko. W rozmowach nie używa się wielopiętowych analiz rynku czy branży. Ot jest zły sentyment i tyle.

Czy zatem nadchodzi wielka recesja? Nie nadchodzi. W zasadzie cały czas trwa, tyle, że za drukowane zobowiązania Departamentu Skarbu USA usiłowano utrzymać w ruchu niezbędną machinerię finansową współczesnego świata. I uważam, że ten proces się w zasadzie powiódł. W 2008 żadne państwo nie było przygotowane na nagły szok systemowy. Od 3 lat można się było do niego przygotowywać. Jedni dali sobie radę lepiej inni gorzej. Wytworzono jednak mechanizmy polityczne do amortyzacji upadków, akceptacji euro secesji, przygotowano społeczeństwa na koniec ery wysokiej konsumpcji a wreszcie  zdano sobie dokładnie sprawę z tego, że okres rozwoju finansowanego wyłącznie długiem państwowym zakończył się bezpowrotnie. Warto zwrócić uwagę, że w obecnym modelu świat funkcjonuje już od 1945 roku a z recesji końca lat 80tych wybiła go gigantyczna zmiana popytu jaką było otwarcie rynków w dawnym soviet bloku, co podtrzymało rozwój na kolejnych 20 lat. To bezprecedensowy rekord w historii cywilizacji.

Nie spodziewam się jednak apokalipsy. Moim zdaniem nie dojdzie również do ostrego tąpnięcia podobnego do 2008 roku. Po prostu zaczynamy się zsuwać po równi pochyłej. Trudno mi oceniać cele inwestycyjne w skali świata ale już sama Europa jest mało sexy więc Polanda jest sexy proporcjonalnie mniej. Oczywiście zawsze będą jacyś inwestorzy zagraniczni. W Rumunii, ba nawet w Mołdawii są również i też mają swoje inwestycyjne scenariusze. Nie będzie jednak masowego pieniądza a bez niego nie ma płynności. Bez płynności ceny nie rosną. Brak płynności to dryf. I w takim położeniu zwanym zgrabnie trendem bocznym nasza giełda niebawem się znajdzie. Nie oznacza to, że nic nie urośnie. Coś tam czasem urośnie ale żniwa dotyczyć będą wytrawnych inwestorów i spekulantów. Dla łosi nie będzie tu już miejsca tym bardziej, że łosie po batach zebranych w 2008 roku postawiły na tezauryzację w bankach. Analitycy z optymizmem wpatrują się w owych Łosi oszczędności które pęcznieją sobie z miesiąca na miesiąc zbliżając się do imponującej kwoty 450 mld PLN. I tu jedna uwaga: jeśli depozyty rosną od dawna, a sytuacja gospodarcza była lepsza niż dzisiaj co miało by skłonić Łosi do przeniesienia części oszczędności na rynek kapitałowy? Opracowania analityków?

Otóż w moim przekonaniu, owe zasoby gotówkowe trafią na rynek konsumpcyjny a nie inwestycyjny czyli powtórzymy dokładnie to co działo się w latach 2001 do 2005 tyle, że nie trafi nam się kolejne wejście do UE. Rosnące oprocentowanie skutecznie zatrzyma środki w bankach tak długo aż ich dysponentom nie spodoba się ich ponowne inwestowanie albo okoliczności nie zmuszą do ich użycia. Tym samym nie należy spodziewać się sytuacji gdy w zbiorowym amoku będą się ładowali  w produkty o których dzisiaj, ich dawni bankowo – funduszowi oferenci wolą nie pamiętać.

I jak to już wcześniej miało miejsce uratuje nas silny popyt krajowy i cenna u rodaków chęć do wydawania pieniędzy tyle, że przez najbliższych parę lat mocno przytemperowana. Złotówka nam się jeszcze zdewaluuje choćby w efekcie wycofywania kapitałów tu zależność jest przecież automatyczna. Gospodarce zrobi to lepiej długowi publicznemu gorzej ale nasze sprytne państwo sobie jakoś z tym poradzi. Technika dostarczenia kasy do LOT jest ciekawym wskaźnikiem. Nie ma tu odrobiny finezji z czasów FOZZ ale widać, że lęk przed Brukselą wyraźnie osłabł bo nie ma chyba nikt wątpliwości, że tamtejsze czynniki zauważą ten toporny manewr. Zauważą, pogrożą palcem i nic nie zrobią. Może szkoda, że nasza prezydencja zaczyna się akordem który nieco przypomina włamanie do samochodu po radio ale w sumie nie ma to i tak większego znaczenia. Przewodzimy przecież w czasach kiedy problemy zaczynają się od poważniejszych cyfr. Ktoś już pewnie analizuje pomysły na obsługę długu w warunkach dewaluacyjnych albo szykuje się do podsunięcia dobrego pomysłu we właściwym momencie politycznym.

Prezydencja zaczyna bardzo ciekawy okres w historii Polandy. Od bardzo dawna tak wiele u nas od nas samych  nie zależało. I od bardzo dawna tak wiele nie było do stracenia.

5 Comments

Licence to kill…

…czyli o tym, że każde państwo potrzebuje morderców, a proces demokratyzacji wymaga ofiar bez względu na to, kto tę demokratyzację sponsoruje.

Przyjęło się już dzisiaj robocze założenie, że terroryzm to w zasadzie wynalazek dość współczesny i na wskroś arabski. Pomijając osiągnięcia Palestyńczyków na niwie światowej rewolucji i walki o prawo i sprawiedliwość warto przypomnieć, że prawdziwe fundamenty terroru budowali zupełnie inni ludzie. I nie chodzi mi tu o niewinne w sumie akcje eserowców w carskiej Rosji (wypadało by tu wspomnieć o słynnym napadzie w wykonaniu towarzysza Stalina ale to innym razem), ale o początki prawdziwego zorganizowanego terroryzmu. Palma pierwszeństwa należy się w tej materii Grupie Sterna. Kim byli?

Drodzy czytelnicy, proszę sobie wyobrazić, że było kiedyś tak, że w Palestynie rządzili niepodzielnie Anglicy i bardzo niechętnie patrzyli na wszelkiej maści żydowskie osadnictwo. Co więcej, prowadzili wyraźnie pro arabską politykę limitując zgody na osiedlanie (nawet w trakcie wojny) oraz faworyzując Arabów. Trudno się zatem dziwić, że żydowscy osadnicy w ramach własnych działań zaczepno – obronnych zorganizowali się w ramach pierwszej żydowskiej organizacji paramilitarnej Hagany. Jednym z najbardziej oddanych bojowców, był urodzony w Polsce Abraham Stern. Tu warto wspomnieć, że każdy w zasadzie ruch społeczny ma swoją lewicę i prawicę podobnie było z terroryzmem żydowskim. Stern związany z Zabotyńskim był zwolennikiem bardzo agresywnej walki z Arabami, a jednym z jego największych osiągnięć była „bomba Sterna”. Beczkę wypełnioną trotylem oraz wszelkiej maści żelastwem wrzucano przez okno do szkół koranicznych. Ów morderczy instrument szybko zyskał sobie uzasadnione uznanie. Warto w tym miejscu dodać, że prawdopodobnie był to produkt techników z polskiego wydziału II, dyskretnie wspierającego wszelkie formy emigracji i co zrozumiałe walki w Palestynie. Dlaczego dyskretnie? Ponieważ Palestyna była brytyjska a Polska z Brytyjczykami w sojuszu. Od wczesnych lat 30-tych prowadzono w Polsce szkolenie wojskowe, które wraz z utworzeniem przez Żabotyńskiego Betaru nabrało silnie faszystowskiego charakteru. Jako ciekawostkę warto wspomnieć, że szkoleni w Polsce Betarowcy pozdrawiali się „rzymskim gestem” a ich wiece ochraniał ONR Falanga co już samo w sobie zasługuje na osobny post. Warto w tym miejscu zauważyć jak doraźny interes polityczny łączy teoretycznie wrogie obozy. Eskalacja konfliktu arabsko – żydowskiego doprowadziła do powstania znacznie bardziej agresywnego niż Hagana, Irgunu. Tyle, że wraz z wybuchem wojny Irgun zadecydował o wstrzymaniu akcji przeciwko Brytyjczykom i Arabom. Grupa Sterna wprost przeciwnie. Wódz uważał, że należy walczyć wszelkimi sposobami z brytyjskim uciskiem i starał się nawet nawiązać współpracę z… Hitlerem.

Jak sobie łatwo wyobrazić tego już było dla lewicowej myśli syjonistycznej zbyt wiele. Stern skończył marnie. W lutym 1942 dopadli go w domu brytyjscy agenci. Ale prawica terrorystyczna nie umarła wraz z wodzem. Nowym szefem operacji wojskowych grupy Sterna został Icchak Szamir, dodajmy późniejszy premier Izraela i wieloletni funkcjonariusz Mosadu odpowiedzialny za operacje w Europie. Ale teraz sprawa najważniejsza: pierwszy atak terrorystyczny sensu stricte, ma miejsce 22 lipca 1946. Tego dnia „grupa Sterna” zdetonowała bombę w prestiżowym jerozolimskim hotelu „Król Dawid”. Był to pierwszy zamach w ramach nieustająco popularnej strategii  „niewielu zabitych setki przerażonych”. Można by oczywiście powiedzieć, że cel był wybrany przypadkowo bez konsultacji z jakimś promotorem. Można, ale trzeba zauważyć, że ktoś przecież musiał „sternowców” utrzymywać i wyposażać w broń i to w trakcie poważnej kampanii wojennej. Któż to mógł być? Otóż byli to Francuzi.

Jak wiadomo francuska Afryka północna do 1943 roku walczyła po stronie państw osi. Co prawda po lądowaniu amerykanów front zmieniła ale przekonań absolutnie nie. Tam właśnie Icchak Szamir znalazł bezpieczne schronienie po ucieczce z brytyjskiej Palestyny w 1943 roku uzyskując status uchodźcy politycznego. Skąd ten syjonistyczny duch? Po prostu w dominiach francuskich konflikt arabsko żydowski był nie mniej silny niż w Palestynie tyle że mniej medialny. W pełnej krasie ujawnił się dopiero w 10 lat po II wojnie światowej kiedy to na dobre rozpętała się wojna w Algierii. Z uwagi na niechętną wojnie politykę De Gaulla, w Algierii w 1958 powstała tajna organizacja terrorystyczna OAS założona przez znanego generała Raoula Salana. Silnym zapleczem organizacji byli algierscy Żydzi masowo atakowani przez arabskie bojówki. Wielu z nich, w czasie II wojny światowej aktywnie udzielało się w walkach przeciwko Brytyjczykom jako naturalnym wrogom w Palestynie. OAS została skutecznie rozbita podobnie jak każdy ruch prawicowy w tym okresie.

Jeśli w tym miejscu czytelnikom przyjdzie na myśl uwaga, iż wszystkie te wydarzenia są mało prawdopodobne przytoczę inne, również związane z terrorem a znacznie bardziej współczesne. Otóż nie pamięta się już dzisiaj, że hiszpański frankizm w latach 70-tych uosabiał nie stetryczały Caudillo (Generał Franco), ale jego główny pretorianin, premier rządu admirał Carrero Blanco. Admirał Blanco był de facto wielkorządcą Hiszpanii. Operatywny admirał, działając wspólnie z Opus Dei skutecznie podporządkował sobie większość ówczesnego system urządzenia na tyle sprawnie, że na 100% miał zostać następcą Franco. Ale mu się nie udało. Czemu? 20 grudnia 1973 dosłownie wyleciał w powietrze. Dosłownie ponieważ ETA wykonała podkop pod ulicą którą miał przejechać ów notabl i umieściła w podkopie prawie 100kg ładunek. Efekt był piorunujący. Admirał wraz ze swoim samochodem przeleciał nad kościołem z którego wyszedł i wylądował na balkonie na 2 piętrze budynku po przeciwnej stronie kościoła. Co w tym dziwnego? Sporo. Po pierwsze ETA robiła wcześniej znacznie mniejsze zamachy. Po drugie w śledztwie ustalono, że materiały wybuchowe pochodziły z amerykańskiej bazy wojskowej, po trzecie, zarówno śledczy hiszpańscy jak i czterej baskijscy uczestnicy zamachu tajemniczo ginęli. Co ciekawe, 21 grudnia 1978 roku a więc w 5 lat po zamachu, zginął ostatni z zabójców Blanco. Ostatni i jedyny który znał tożsamość, osoby która ….. ujawniła zmienianą codziennie trasę którą poruszał się Admirał. Dla tych którzy nadal mają wątpliwości mała zagadka. Kiedy USA uznały ETA za organizację terrorystyczną? W 2001 roku.

Zabójstwo Blanco pozostawiało frankizm bez sukcesji co niejako automatycznie torowało drogę demokratycznym przemianom czyli prywatyzacji i reformom gospodarczym. Franco namaścił Blanco a Blanco wykończył konkurentów tym samym system pozbawiony ich obu mógł się zawalić. Dlaczego nie dokonano zamachu na samego Caudillo? Niewiele by dał. Prawdziwą podporą systemu był właśnie Carrero Blanco. ETA ani wcześniej ani później nie dokonała już równie spektakularnego zamachu. Do grubych akcji trzeba mieć możnych protektorów i informatorów. Najwyraźniej i jednych i drugich zabrakło. Terroryzm podobnie jak wojna jest jednym ze środków prowadzenia polityki międzynarodowej. Choć nie ma już tej intensywności co w latach 70-tych (Fakcja Czerwonej Armii, Czerwone Brygady we Włoszech) to nadal terror zdumiewająco odpowiada interesom politycznych graczy. Zamach w białoruskim metrze najpierw odwracał uwagę od lawinowo sypiącej się gospodarki, potem lansował Łukaszenkę jako obrońcę narodu ale zbyt szybkie wykrycie przez KGB mało wiarygodnych sprawców roztrwoniło zbudowany na śmierci i ranach polityczny kapitał.

Władimir Iljicz Putin postępował znacznie roztropniej i wyciągał wnioski a między zamachem na teatr na Dubrowce (2002), a atakiem Basajewa na szkołę w Biesłanie (2004) poparcie dla reżimu i jego militarnych akcji wzrosło mimo niemałych ofiar, bo akcja w teatrze kosztowała życie i zamachowców i 129 widzów. W szkole w Biesłanie nie było wiele lepiej dodatkowo w trakcie szturmu zginęło tam ponad 200 dzieci.

Co ciekawe, w akcjach RAF bez problemu ujawnia się polityczny motyw ich inspiratorów z NRD i nikt nie ma problemu z traktowaniem powyższego jako swoistej cynicznej gry sowieckiego politbiura. Ale zachodnie demokracje? Fu! Kto by się zniżał do takich niedemokratycznych praktyk. Na marginesie warto zwrócić uwagę jakimi metodami zwalczano terroryzm w ówczesnym RFN. Baadera, Mainhof i kilku innych aktywistów schwytano już w roku 1972. Jak się okazało, był to duży błąd tamtejszego resortu siłowego. Osadzeni obrastali w legendę która skutecznie motywowała do działania kolejne grupy terrorystyczne. Jeden z osadzonych, Holger Meins zmarł w wyniku kilkakrotnych głodówek a jego śmierć w listopadzie 1974 wywołała ogólno niemieckie zamieszki. Co ciekawe, Meins domagał się między innymi uznania członków RAF za żołnierzy i tym samym traktowania ich jak jeńców wojennych. W październiku 1977 komando Palestyńczyków porywa na Majorce samolot Lufthansy. Domagają się uwolnienia przebywających w więzieniu członków RAF. Po wielu perypetiach samolot ląduje w Mogadiszu. To właśnie tu dojdzie do spektakularnej akcji niemieckiego GSG9 a tym samym pierwszego użycia wojsk niemieckich poza granicami RFN od zakończenia II wojny światowej. Oczywiście, formalnie GSG9 to nie wojsko tylko formacja jak sama nazwa wskazuje służby granicznej. Niemniej jednak, Niemcy zadebiutowali i to popisowo skutecznie odbijając zakładników.

Ciekawsze jest co innego. Tej samej nocy kiedy GSG9 szturmowało samolot, Baader, i pozostali wpływowi terroryści popełnili samobójstwa. Niektórzy po prostu się powiesili inni (Baader, Raspe) dla odmiany strzelili sobie w głowę za pomocą przemyconych do celi pistoletów. Nie trzeba dodawać, że byli trzymani w więzieniach o zaostrzonym rygorze. Tu ukłon w stronę naszych służb penitencjarnych: Baranina tylko się powiesił.

Tak czy inaczej noc z 17 na 18 października 1977 całkowicie zmieniła taktykę walki z terroryzmem w Niemczech. Przyjęto zasadę, że w tej walce aresztowania nie mają sensu a do terrorystów strzela się  aż do skutku. Strategia była efektywna, ponieważ aż do 1985 roku zamachów praktycznie nie było. Kiedy pojawiły się znowu całkowicie zmieniono cele ataków. Bomby zabijały wyłącznie przedstawicieli wielkiego biznesu i to nawet po publicznym samorozwiązaniu się RAF w 1989 roku.

Ostatnią ofiarą RAF był szef Treuhanda zabity 1 kwietnia 1991. I tu ważna uwaga, Treuhand był gigantycznym funduszem powołanym do prywatyzacji majątku byłej NRD. Organizacja ta jest najczęściej podawana jako doskonały przykład prywatyzacji. Uzasadnieniem zamachu na życie szefa tej organizacji była podobno polityka restrukturyzacyjna która z 4 mln enerdowców zatrudnionych w przejętych aktywach na wszelkiej maści miejscach pracy pozostawiła zaledwie 1,5 mln. I być może tak było. Być może, ponieważ Detlev Rohwedder zabrał ze sobą do grobu sporo niewygodnych prywatyzacyjnych tajemnic. Ale to pewnie zbieg okoliczności. Wersja z każącą ręką ludu w tle, jest przecież i bardziej nośna i bardziej wygodna.

5 Comments

Armia stoi nad Bosforem

Czyli o tym, że Grecja może się rozpaść na skutek społecznych niepokojów, armia turecka jest największa w tej części świata a chęć do wyrównania historycznych krzywd to zwykle silny motywator

Prasę wypełniają rozmaite scenariusze dla Grecji, a skutkami jej upadłości interesuje się również gazeta Fakt, co jest już najwyraźniejszym bodaj dowodem wyeksploatowania tematu. Za chwilę fala opadnie i media zajmą się czymś zupełnie innym, podobnie jak porzuciły tropienie przemian w Libii. Ktoś powie: ależ w Libii skończyła się wojna! Nic bardziej błędnego. Skończyło się wojną zainteresowanie. Medialno-internetowy atak na Afrykę Północną swoje zrobił, opinia publiczna w Europie zaakceptowała działania rządów i teraz niczyje zainteresowanie dalszymi wypadkami nie jest już potrzebne. Warto się nad tym zastanowić, bo za chwilę ten sam schemat może zostać zastosowany w zupełnie innym kraju.
We wszystkich opisach obecnej sytuacji w Grecji w przeszłość sięga się płytko. Jeśli nawet ktoś zanurkuje głębiej, to z wielkim trudem na potwornym wdechu sięga lat 90-tych. A szkoda. Bo problem Grecji jest ściśle związany z okolicznościami jej powstania. Narodowy zryw wspierali garściami pieniędzy Anglicy po to, aby słaniającej się Wielkiej Porcie przybył jeszcze jeden, i to zideologizowany, wróg. Co ciekawe, Grecja jako niepodległe państwo powstaje w 1830 roku co ogłoszono światu w Londynie, ponieważ jednym z gwarantów niepodległości miała być flota brytyjska. Dla Admiralicji wolna Grecja to kolejny etap osaczania Turków, którzy ciągle trzymali za twarz lewant i północną Afrykę. Ale od samego powstania Grecja była krajem niestabilnym, gdzie nieustająco zwalczali się republikanie i monarchiści. Wszystkich dość długo łączyła idea zwana wielką czyli odbudowa Grecji w jej antycznych granicach. Grekom szczęście dopisywało tak długo, jak długo ich możnym sprzymierzeńcom zależało na ograniczaniu pozycji Turcji. Szczytem tej polityki była rola Grecji w I wojnie światowej, a nagrodą przyznane Traktatem Wersalskim terytoria. Do pełnej realizacji celów wszystkich Greków brakowało już bardzo niewiele: Cypru i Konstantynopola.
I jak to zwykle bywa, w chwili największego sukcesu należy się zainteresować komu ów sukces przeszkadza i co na szachownicy zmienia. A zmieniło się sporo. Pierwotnie Anglia i Francja popierała Grecję na tyle, że już w 1919 roku doszło do kolejnej wojny grecko – tureckiej. Nowoczesna i dobrze wyposażona armia przy pomocy brytyjskiej floty wylądowała w Smyrnie. Początkowo sukcesy były spektakularne, bo warto pamiętać, że zachodnie wybrzeże Turcji to de facto antyczna Grecja, toteż Pont i Jonia, zamieszkałe w zasadzie wyłącznie przez Greków i Ormian, witały armie jako wyzwolicieli i tam gdzie struktura etniczna była po stronie greckiej walk w zasadzie nie prowadzono. Wszystko szło dobrze. Ale tymczasem w Grecji dokonał się kolejny zwrot. Zmarł, współpracujący z Brytyjczykami, król – Aleksander Grecki. W efekcie dalszych wypadków na tron powrócił zwolennik proniemieckiej polityki – Konstantyn I. Dla mocarstw zachodnich był to sygnał, że za bardzo utuczona Grecja może być równie, jeśli nie bardziej, niebezpieczna niż konające Imperium Osmańskie. Co więcej na polu gry pojawił się Kemal Pasza doświadczony turecki generał weteran wielu bitew. Ten doskonały strateg wykonał ruch, który natychmiast ostudził zapał Francji i Anglii do popierania Grecji: zwrócił się o pomoc do bolszewickiej Rosji. I tu, drodzy czytelnicy, warto zwrócić uwagę, że z perspektywy greckich polityków zdarzyło się coś, co nie miało prawa się wydarzyć. Czym bowiem Ataturk zapłacił bolszewikom za militarne wsparcie? Zrezygnował z odwiecznych ambicji na wschodzie Turcji, dając bolszewikom wolną rękę dla ich działań w Gruzji, Armienii i Azerbejdzanie. Nie była to cena niska.
I dalej wypadki potoczyły się już wartko: Grecy zostali odparci, a finał ich interwencji to spektakularna rzeź Smyrny, której przyglądali się ze swoich okrętów francuscy i brytyjscy marynarze. A było chyba czemu się przyglądać, bo Arystotelesowi Onasisowi nie starczyło życia, aby ową rzeź przypominać. Z drugiej strony, brytyjski świadek tamtych wydarzeń, spóźniwszy się na spotkanie z admirałem francuskim mitygował się tym, że ciała unoszące się na wodzie utrudniały manewry.
I teraz najważniejsze: mocarstwa zachodnie w ciągu zaledwie dwu lat zmieniły front o 180 stopni. Bez ich wsparcia do tej wojny w ogóle by nie doszło, a bez ich bierności nie zakończyłaby się tak krwawo. W wyniku rozejmu zadecydowano o wielkich migracjach ludności: z Grecji wysiedlono 300 tys. Turków z Turcji prawie 1,5 mln Greków. Jaki to miało wpływ na życie polityczne Grecji? Zamiast próby analizy tego niezwykle trudnego zjawiska przytoczę jeden fakt: za język narodowy uznano jeden z wielu używanych dialektów dopiero w…. 1976 roku.
Na początku lat 60-tych Grecji wyczerpało się już paliwo z amerykańskich planów pomocowych, a w 1964 roku do władzy doszła lewica. Warto pamiętać, że krwawa wojna domowa skończyła się w tym kraju zaledwie 10 lat wcześniej, toteż w niecałe trzy lata później władzę objęła junta wojskowa zwana później junta „czarnych pułkowników”. W apogeum swojej działalności junta postanowiła doprowadzić do połączenia z Cyprem i wskrzesić ideę wielkiej Grecji. I tutaj poszli już zbyt daleko. Zamiast opisu kalendarium:
1. 15 lipca 1974 dochodzi do zmontowanego przez Grecję przewrotu na Cyprze
2. 20 lipca 1974 Turcy desantują się na północy wyspy
3. 23 lipca 1974 junta oddaje władzę cywilom
4. 30 lipca 1974 zawieszenie broni na Cyprze
Oczywiście zbieżność dat może być przypadkowa:). I trzeba tylko dodać, że 8 grudnia 1974 Grecy w referendum opowiedzieli się za rezygnacją z monarchii i tym sposobem zakończyła w tym słonecznym kraju dominacja niemieckiej monarchii, która była powodem sporych, było nie było, perturbacji.
Antagonizm grecko-turecki jest niezwykle silny, a do dzisiaj żyją ofiary tej ponurej gry ówczesnych mocarstw. Choć dzisiaj o tym nie pamiętamy, w 1996 oba kraje znalazły się na krawędzi wojny, a w 2006 roku doszło do poważnych incydentów granicznych. Kość niezgody to, miedzy innymi, definicja wód terytorialnych, a co za tym idzie korzystania z dochodów z tamtejszej żeglugi. Potencjalny konflikt obie strony traktują bardzo poważnie.
2009 rok był rekordowym w wydatkach zbrojeniowych w Grecji, które osiągnęły 6,3 mld EUR. Ten astronomiczny (2,8% PKB) jak na współczesną Europę poziom, to właśnie rezultat nieustannego wyścigu zbrojeń z sąsiednią Turcją. Oczywiście jako efekt kryzysu wydatki spadły do 3,8 mln planowanych na 2011 r., ale i tak ich udział w PKB pozostanie na poziomie Francji ( 2% PKB ). Co uzyskano w zamian za tak intensywne nakłady? Marynarka i lotnictwo dotrzymują na razie kroku Turcji ( Grecja: 300 samolotów, w tym 150 F16, Turcja: 400 samolotów), ale siły lądowe, mimo znacznie niższej liczebności (100 tys. versus 600 tys.), są już dużo gorzej uzbrojone. Grecja zakupiła co prawda 170 czołgów Leopard 2A6 HEL, ale nie dała już rady zmodernizować piechoty zmechanizowanej, opierającej się nadal o archaiczny amerykański M113. Szczególnie w tym obszarze widoczna jest odmienna polityka Ankary, która w siłach lądowych stawia na wyroby własnego przemysłu i od lat kupuje krajowe transportery opancerzone, a na dodatek finansuje program budowy własnego nowoczesnego czołgu. W przypadku konfliktu lądowego to szczególnie ważne. Własny sprzęt to własne zaplecze dostawców, których nagle nie zniechęci do handlu Departament Stanu USA. Równowagę lotnictwa może zakłócić nowy wielki program zakupu 100 myśliwców F35. Nie ma chyba wątpliwości po czyjej stronie będą się lokowały amerykańskie sympatie. Spadkom wydatków wojskowych w Grecji towarzyszy ich rekordowy wzrost w Turcji. Na 2011 zaplanowano tam prawie 16 mld EUR! Tym samym w ciągu najbliższych 5 lat, Grecy będą już w taktycznej defensywie, bo może się okazać, że za pieniądze, które teraz mają, nie utrzymają w gotowości znacznej części sprzętu, którym dzisiaj dysponują.
Co ciekawe, armia grecka jest jedyną w regionie, która mogła by się przeciwstawić Turkom. Dalej jest już tylko gorzej, bo węgierska prawie nie istnieje, a rumuńska i bułgarska nie mają żadnej bojowej wartości. Warto o tym pamiętać, ponieważ Rumunia i Bułgaria już są w UE, a dla wielokrotnie od nich silniejszej Turcji jak wiadomo miejsca zabrakło. Lubimy przypominać sobie naszą dawna wielkość, ale lubimy też zapominać, że inni również bywali wielcy. Imperium Osmańskie panowało nad sporym kawałkiem globu przez kilkaset lat. Czy można zakładać, że już o tych latach triumfu nie pamięta? Na marginesie dodam, że w ramach NATO Turcja miała odpierać atak południowej flanki Układu Warszawskiego, czyli maszerować na Sofię i Bukareszt. Jakoś tak mi się wydaje, że te kierunki są na manewrach ćwiczone do dzisiaj. Po co mieliby się tam wybierać? Po surowce. Turcja nie ma ich praktycznie wcale i surowce strategiczne musi w całości importować. Ale tu też ma swoje atuty: przez jej terytorium przebiegają rurociągi i gazociągi, stanowiące południową drogę eksportu tego surowca. Dzięki opłatom przesyłowym i preferencyjnym cenom Turcy oszczędzają nieco na wydatkach na media. Ale przede wszystkim mają je dla siebie.
Jakikolwiek scenariusz nie odegrałby się w Grecji, kraj znajdzie się na krawędzi systemowego rozbicia. Jeśli dojdzie do poważnych niepokojów, ktoś będzie musiał je uśmierzyć. Jestem dziwnie przekonany, że turecki korpus ekspedycyjny bardzo chętnie by sobie poradził z tym zadaniem. I pewnie nawet nie będzie takiej potrzeby, wystarczy przyzwolenie na lądowanie na od dawna spornych wyspach i a Grecy się pozbierają dokładnie tak samo jak w roku 1974. Jeśli to nie wystarczy, może się okazać, że wojna znów zatli się w Europie. Ale czym tu się przejmować. Z Warszawy do Aten jest 2300 km. Do Vukovaru było zaledwie 1100. Jakoś nam to spokoju nie zakłóciło.

11 Comments

Co nie zabije to wzmocni.

Czyli o tym, że gospodarka hamuje, kierowcy nie ma albo jest pijany, a pasażerowie na własną rękę muszą kombinować jak wyjść z tego cało.

Kampania wyborcza coraz bardziej wypełnia horyzont, debata publiczna koncentruje się coraz bardziej na tym kogo upoluje PO i kto do upolowania jeszcze pozostaje. Media prześcigają się w informowaniu na kogo się obraził, kogo lubi i kogo poprze Premier, temperatury za oknem coraz bardziej wprowadzają w wakacyjny nastrój, słowem okoliczności przyrody zupełnie zniechęcają do krytycznej oceny rzeczywistości. W polityce trwa już wielkie zwieranie szeregów tym samym takimi duperelami jak gospodarka nie ma się co przejmować tym bardziej, że bezpośrednia jakość politycznego życia ze stanem gospodarki przecież związana nie jest. O kilkunastu lat towarzyszą nam programy „taniego państwa” w różnych mutacjach, ale ich jedynym efektem jest ….. nieustający wzrost kosztów administrowania państwem. Co ciekawe, dość powszechnie uważa się, że etatyzm w kwitł w czasach PRL. I faktycznie tak było tyle, że prywatyzowana gospodarka poprzez bolesne zwolnienia dostosowała się od realiów rynkowych. Służby publiczne nie. Od 1990 roku puchły i puchną konsekwentnie nadal.   Dzisiaj we wszelkich formach administracji ( rządowej, samorządowej innej publicznej ) znajduje zatrudnienie 750 tysięcy osób. Pod dodaniu wszelkiej maści organizacji wokół budżetowych a wprost przez budżet nie opłacanych przekraczamy 1 mln. Jeśli odniesiemy tą cyfrę do ogółu populacji wygląda może i znośnie. Ale czynnych zawodowo jest w naszym kraju wyłącznie 16 mln ludzi! Tym samym co 16ty z pobierających wynagrodzenie aktywnie pracuje nad poprawą naszego życia w naszym tanim państwie.

Biurokratyzację walnie wspiera system dystrybucji korzyści płynących z UE. Kiedy występując po raz pierwszy o dopłaty bezpośrednie ( jestem rolnikiem ) udałem się po wniosek do nowo stworzonego w tym właśnie celu urzędu. Podówczas, podobnie jak inni petenci dowiedziałem się niewiele, ale mogłem się zapoznać z przekrojem ówczesnej podwarszawskiej mody prezentowanej przez chłopców i dziewczęta za pewne dobranych w drodze drobiazgowego konkursu. W przypadku ówczesnej Pani kierownik jednym z punków oceny były na pewno tipsy które podobnie jak cała reszta zrobiły na mnie wtedy spore wrażenie. Ale musze uczciwie dodać, że już dwa lata później, ów personel bardzo merytorycznie udzielił mi pomocy w trakcie przenoszenia do nowego, właściwego mi terytorialnie ośrodka. Inna sprawa, że ciekaw jestem bardzo ile w trakcie tych 7 lat pojawiło się nowych etatów.
A w tle mamy hamującą gospodarkę. Maj stanowił moim zdaniem przykre preludium do faktycznego spowolnienia konsumpcji które powszechniej poczujemy za pewne  jesienią. Powód jest stary jak gospodarka. Na rynku zaczyna brakować pieniądza, podstawowego paliwa w krwiobiegu. Ratunkiem dla takich krajów jak nasz jest popyt wewnętrzny który pozwalał jak do tej pory skutecznie stabilizować recesyjne procesy. Pozwalał, ponieważ historyczne zadłużenie gospodarstw domowych było znacznie niższe niż ich zachodnich odpowiedników. I nadal jest niższe, choć relacja nie jest już taka jak choćby w 2006 roku. Okazać się może, że spora część nieruchomościowego boomu zaległa na hipotekach Kowalskich. I nawet jeśli przyjmiemy, że owi Kowalscy maja, lub mieli by zdolność kredytową do dalszego zadłużania to już się nie zadłużą na skutek zgodnej polityki państwa i banków w tym zakresie. Tego problemu już się nie da bagatelizować, ponieważ w stanie para „upadłości” znajduje się ca 2mln osób czyli dokładnie dwa razy  tyle co w 2008 roku. Tym samym z gorliwości rodaków do życia na kredyt, w najbliższej przyszłości rynek raczej nie skorzysta.

Cóż pozostaje? Jedyny makroekonomiczny czynnik który skuteczne pobudza gospodarki takie jak nasza. W powszechnej opinii analityków, w 2008 to właśnie dewaluacja złotówki o prawie 20% Euro pozwoliła osłabić uderzenie kryzysu. Czy będzie postępować dalej?  Jeśli dojdzie do bankructwa Grecji złoty ulegnie presji a jego wyprzedaż może zaprowadzić w rejony o których dzisiaj mało kto odważy się myśleć. Inna sprawa, że im głębiej sięgnie tym bardziej atrakcyjna stanie się nasza gospodarka choć koszty tej „atrakcyjności” poniesie jak zwykle społeczeństwo. Tak czy inaczej dla rodzimego rynku wytwórczego nie ma nic równie zbawiennego jak „rynkowo – przymusowa” koncentracja popytu na lokalnych produktach. Słaby złoty to marny import i atrakcyjny export w tym kilkakrotnie już opisywany eksport samej pracy która automatycznie staje się tańsza.

Osobiście spodziewam się dewaluacji również bez upadłości Grecji i to nie w efekcie celowych działań rządu ( nikt tam nie będzie chciał przekroczyć 50% zadłużenia PKB a renominacja długu na pewno by do tego doprowadziła ) ale wyprzedaży walut z naszej gospodarczej okolicy. Może się oczywiście okazać, że RPP podkręci stopami atrakcyjność polskiego długu ale to miecz obosieczny i gospodarka odczuje go na pewno. Drogi kredyt i mocny złoty to stan który pamiętam doskonale z lat 2001 2003.

Ale czy to koniec świata? Oczywiście, że nie bo jak zawsze w każdej sytuacji znajdują się branże które mają się lepiej niż inne. Koniunktura gospodarcza to sinusoida, tak było jest i będzie. Im kryzys będzie większy tym bardziej zmienią się nasze przyzwyczajenia. Jakie? Na przykład zrezygnujemy z samochodów w centrach miast korzystając z transportu publicznego. Potanieją mieszkania i domy na peryferiach, zdrożeją wszędzie tam gdzie można korzystać z dogodnego transportu a podróż zabiera jak najmniej czasu. Zawęzimy oczekiwania żywieniowe, producenci wydłużą serie nie podnosząc cen. Przyłożymy się znacznie bardziej do recyclingu i kosztów zużycia energii ponieważ to wydatki które zaraz po kosztach wyżywienia najbardziej dotykają większość budżetów domowych. Przekonamy się do kupowania większości artykułów w sieci a odbierać je będziemy z regionalnych centrów dystrybucji na osiedlach. Odkryjemy na masową skalę agroturystykę jako tańszą alternatywę od zagranicznych, drożejących ( dewaluacja złotówki ) wyjazdów. I pewnie tylko lody Coral będą się sprzedawać jak zwykle bo nieustająco dobra passa tej marki to już chyba temat na jakiś naukowy operat.

Jeśli tylko świat zachodni nie popełni finansowego harakiri jakoś przebidujemy zły 2012 i fatalny 2013. A potem będzie już lepiej a zgodnie z moją teorią dziesięciolatek w 2017 będzie po prostu super. Trzeba tylko dociągnąć. A Polak potrafi.

1 Comment