Browsing Category gospodarka

Limes superior

Czyli o tym, że świat uderza głową w sufit, media są niezbędne, a Iran nie jest jedynym krajem, który można by podbić.

Kiedy jesienią 1986 roku wydawało się, że już nic nie jest w stanie zapobiec rozpędowi irańskiej rewolucji, a szala w wojnie przechylała się coraz bardziej na stronę ajatollahów, na politycznej szachownicy pojawiła się figura, której istnienia nikt wcześniej nawet się nie domyślał. Otóż 5 października 1986 w obszernym artykule „The Sunday Times” ujawnił kulisy izraelskiego przemysłu atomowego wraz z informacją, że kraj ten posiada ponad 100 gotowych głowic bojowych. Te oraz inne szczegóły dotyczące izraelskiego ośrodka atomowego Dimona ujawnił Mordechaj Vanunu, technik zatrudniony od wielu lat w tym supertajnym ośrodku. W medialnej wrzawie, która wybuchła zaraz po publikacji nie brakowało zarzutów. Wiele znanych tytułów w tym oficjalne media izraelskie podważały wszystko, co „The Sunday Times” ujawnił w swoim raporcie. Co ciekawe swoich rewelacji nie mógł publicznie przedstawić sam Vanunu, ponieważ tuż przed publikacją… wyleciał do Rzymu z przygodnie poznaną kobietą. W Rzymie zniknął.

I choć oczywiście Izrael zaprzeczał jakoby technika porwał Mosad, światowe media popierające krucjatę przeciw kilotonom w gestii Knesetu domagały się prawdy. Wiadomość była jednak tak fantastyczna, a atomowy klub na tyle hermetyczny, że informacjom Vanunu nie dawano wiary. Nie bez przyczyny jego raport ujawniono w Wielkiej Brytanii, tamtejsi specjaliści od broni jądrowej zbadali prawdziwość raportu i nie mieli najmniejszych wątpliwości co do jego autentyczności. O ile zatem o broni dowiedziały się zachodnie rządy, to nadal nie skonsumowała jej odpowiednio opinia publiczna. I być może dlatego właśnie pewnego dnia świat obiegło następujące zdjęcie:

To właśnie Mordechaj Vanunu w drodze na rozprawę sądową. Napis na dłoni wyjaśniał wszystko. Świat dostał dowód. Rząd Izraela oficjalnie przyznał się do posiadania Vanunu na swoim terytorium a następnie w zamkniętym procesie skazał go na 18 lat więzienia. Co ciekawe, z prawnego punktu widzenia, Vanunu nie był już wtedy Żydem. Nawrócił się na chrześcijaństwo. Powyższe, jak łatwo sobie wyobrazić, dodatkowo zohydziło go w oczach izraelskiej opinii publicznej. Ale świat dostał dowód: bojownik o prawdę będzie gnił w więzieniu. Nad tym, że jedne z najlepszych służb na świecie nie zadbały o izolację więźnia, nie zastanowił się nikt. A czemu to jest istotne?

Otóż w sensie praktycznym informacje Vanunu niczego nie zmieniły. Izraelski program atomowy przez lata wspierała Francja i to jej technologia stała u podstaw budowy pierwszego, a potem głównego reaktora w Dimona. Nie inaczej było zapewne z USA. Atomowy tasak w rękach Izraela był w zasadzie tajemnicą poliszynela. Było nie było, próby jądrowe, choć prowadzone w RPA, nie mogły umknąć uwadze stosownych agencji.

Jest jednak zasadnicza różnica pomiędzy spekulacją a dowodem, szczególnie w tak specyficznej dziedzinie jaką jest polityka. Arsenału jądrowego trudno użyć w starciu z bezpośrednimi sąsiadami: efekt popromienny zagrozi w tym ujęciu w równym stopniu atakującym i atakowanym. Znaczenie rakiet sprowadza się do skutecznego odstraszania i to na większym dystansie. Tym samym adresatem komunikatu wysłanego przez Vanunu był w praktyce Ajatollach Chomeini. To tam izraelskie głowice mogły spadać bez ryzyka wtórego skażenia ziemi narodu wybranego.

Atomowy Izrael zmienił układ sił w regionie. Iran musiał się liczyć z nowym zagrożeniem a głoszenie „krucjaty do ziemi świętej” wymagało uwzględnienia efektu popromiennego w Teheranie. Poza tym Chomeini – „Człowiek roku 1980” tygodnika TIME, znał zasady jakim rządziła się światowa opinia publiczna. Wojna jądrowa była głównym straszakiem tamtych czasów. Walcząc dalej prowokował jej wybuch. Na efekty tej rozsądnej kalkulacji nie trzeba było czekać. W niecałe półtora roku od rewelacji Vanunu było już po wojnie. Bo o ile o atomie wiedziały nawet wszystkie rządy, to nie wiedziała o nim opinia publiczna.

Dzisiaj na naszych oczach dokonuje się niebywała eskalacja konfliktu na linii świat – Iran. Prawie codziennie otrzymujemy nowe informacje, wedle których (zdaniem takich czy innych źródeł) potwierdzają się kolejne informacje o tym, że Iran kontynuuje prace nad bronią jądrową. Ponieważ jak do tej pory nie elektryzowały opinii publicznej w stopniu wystarczającym, od ubiegłego piątku dowiadujemy się, że Iran jest być może gotowy do uderzenia jądrowego na… terytorium USA! Jeszcze dwa, trzy tygodnie, a zajmie miejsce ZSRR z czasów zimnej wojny. O tym, jak absurdalny jest tego rodzaju zarzut najlepiej świadczy następująca mapka

Taki praktyczny rzut oka na amerykański potencjał wojskowy wokół Iranu pozwala sobie odpowiedzieć na pytanie czy jakakolwiek rakieta z głowicą bojową opuści przestrzeń powietrzną tego kraju.

O co zatem chodzi? Izrael w powtarzających się seriami agresywnych wypowiedziach jest gotów bombardować instalacje nuklearne. Tamtejsi oficjele przyznają w zasadzie, że ich państwo jest politycznie i wojskowo gotowe do wojny. Pozostaje jednak jeden problem: ktoś to tego Iranu po takich uderzeniach będzie musiał wkroczyć. Armii Izraelskiej jest po prostu za mało tak więc swoje bazy musieliby ponownie opuścić amerykanie. I tu jest kłopot szczególnie w roku wyborczym. I zapewne dlatego Iran powoli staje się przeciwnikiem całego świata. Iran zmierzający do uderzenia jądrowego na USA to już globalny agresor i może mieć na celowniku również Londyn, Paryż a może i Moskwę. Tym samym to już nie wylęgarnia światowego terroryzmu. Niebawem dowiemy się, że to nowy nazizm.

I doprawdy trudno prorokować jak się rozstrzygnie ta partia szachów. Można jedynie liczyć na to, że podobnie jak poprzednio, w ostatniej chwili pojawi się jakiś czynnik zewnętrzny, który wpłynie na układ sił. Bo jeśli tak się nie stanie a amerykańscy chłopcy w akompaniamencie taktycznych uderzeń wkroczą do Teheranu, świat znajdzie się na bardzo niebezpiecznej krawędzi.

Nie jestem sympatykiem Iranu. Nie jestem islamistą. Nie jestem również syjonistą. Historia świata dowodzi jednak, że tam gdzie do polityczno-gospodarczych rozgrywek angażuje się wielkie masy ludzkie, plany analityków sprawdzają się rzadko.

I w takim ujęciu znacznie bardziej bym wolał, aby Bundeswehra najechała Norwegię w ramach stabilizacji własnej gospodarki. Długiej kampanii bym się nie spodziewał. Quisling ma zapewne do dzisiaj swoich zagorzałych fanów. W praktyce być może obyłoby się bez choćby jednego wystrzału. Ot, takie wcielenie do UE.

Norwegia druga na świecie pod względem eksportu gazu i siódma pod względem eksportu ropy naftowej. Niezadłużona. Z olbrzymimi rezerwami złota.

To po prostu niesprawiedliwe 🙂

1 Comment

Szczepionka

Czyli o tym, że choroby wieku dziecięcego mają się dobrze, prewencja kosztuje a koncerny zwiększają zyski.

Niezmordowana w donoszeniu o najnowszych nowinkach na każdym froncie Gazeta Wyborcza, tym razem poinformowała o zgubnej modzie nadchodzącej zza oceanu. Zdziwiłem się. Dla publicystów z tej formacji Stany Zjednoczone Ameryki Północnej to wylęgarnia samych nabożnych i godnych kultywowania idei. A tu – niespodzianka.

Mowa o robiącym karierę w USA „Pox Party”, czyli celowym zarażaniu dzieci ospą. Cóż, przyznam, że dokładnie taki sam pomysł przyszedł mi swego czasu do głowy, toteż przystąpiłem do lektury z prawdziwym zainteresowaniem. Było nie było dzieci mam dwoje, akcję ospa przechodziłem i swoje zdanie mam. Czego dowiadujemy się z artykułu? W zasadzie jednego: jedyna cywilizowana metoda unikania ospy u dzieci to szczepionka, a cytowany w artykule pediatra dr Aldona Kopeć celowe zarażanie wskazuje jako czynność absolutnie barbarzyńską, powołując się na potworne komplikacje związane z ospą. Gdyby nie 3 lata spędzone w branży medycznej, pani Aldona mogłaby mnie przekonać. Mogłaby, ale nabyta przez ostatnie lata świadomość czym naprawdę owa branża jest napędzana, wiarygodność pani Aldony skutecznie ogranicza, żeby nie powiedzieć znosi w całości.

Każdy rodzic bez większego trudu ustali, że przebieg ospy u dzieci jest zazwyczaj łagodny, a powikłania zdarzają się wyjątkowo rzadko. Ryzyko rośnie wraz z wiekiem i w zasadzie najbardziej dotyczy dorosłych, u których do powikłań dochodzi znacznie częściej, a i sama choroba ma ostrzejszy przebieg. Tym samym szczepienia dzieci mają bardziej wymiar lifestylowy : eliminują czynnik niepewności związany z zachorowaniem malucha, którego nie wysypie nam w trakcie urlopu albo przed ważnym wydarzeniem rodzinnym. Moja córka zaraziła skutecznie swoją mamę tuż przed… ślubem jej siostry, na którym miała być druhną.

Debata zwolenników i przeciwników szczepień trwa od lat, a od pewnego czasu toczy się również w Polandzie. Mniejsza o argumenty obydwu stron sporu. Znacznie bardziej interesujące jest co innego: kto i w jaki sposób poddaje kontroli koncerny farmaceutyczne, które zajmują się owych szczepionek produkcją. O ile w każdym kraju istnieje mniej lub bardziej nieprzenikniona machina badań klinicznych oraz zatwierdzania leków do dystrybucji na rynku, o faktycznym wpływie na dystrybucję najlepiej świadczy inicjatywa o nazwie GAVI. Powołana do życia w 2000 roku jest de facto finansowanym między innymi ze środków publicznych… kartelem zrzeszającym GlaxoSmithKline, Merck, Johnson&Johnson oraz Sanofi-Avensis. Żeby było jeszcze sprawniej, GAVI oważ – niosąca kaganek medycznej oświaty organizacja, jest zorganizowana jak fundusz inwestycyjny pozyskujący środki z rynku, a także od donatorów publicznych i prywatnych. Nie będę tu cytował ich własnej reklamy inwestycyjnej http://www.gavialliance.org/about/mission/why-invest/. Wypada mi jednak stwierdzić, że jest przekonująca.

Nie można bowiem nie zarobić na sprzedaży szczepionek do krajów, którym wcześniej udziela się pożyczek na zakup owych szczepionek. Oczywiście po cenach ustalonych w ramach kartelu.

Oczywiście znawca tematu wspomni w tym miejscu, że w czerwcu 2011 roku, rada GAVI zadecydowała o znacznym obniżeniu kosztów szczepionek oferowanych w krajach ubogich. Podano przykład szczepionki, której cena ulegnie zmniejszeniu z 50 do 2,5 USD. Piękna inicjatywa. Co zrozumiałe mogłaby zaniepokoić inwestorów przywiązanych do stabilnych zysków. Dlatego też w dokumentach finansowych możemy się upewnić, że oważ obniżona cena zapewnia jednak „sufficient profit margin”. Tym samym można sobie wyobrazić poziom rentowności w cenie regularnej! No, ale jak twierdzi szef Glaxo, „należy powrócić do inwestowania w nowe generacje szczepionek” czemu ma między innymi służyć system zapewniania sprzedaży szczepionek finansowany przez GAVI. Staje się tym samym oczywiste, że do takiej Etiopii gdzie w latach 2006 do 2010 GAVI przyznało 76 mln USD pomocy przekazanej producentom szczepionek, Glaxo najnowszych produktów nie przekazało. W interesujących zestawieniach dotyczących tego projektu przeczytamy o znacznie obniżonej śmiertelności zaszczepionych dzieci. Pytanie jest takie – co owe dzieci będą robić, gdy dorosną? Byłoby miło, gdyby przejmował je następie kartel producentów spożywczych, a po nim producentów motoryzacyjnych, ale trudno się spodziewać takiej hojności, gdyż na takich programach się nie zarobi. Duże kłopoty logistyczne i niska marża.

Ale wróćmy do naszej ospy. Skąd w ogóle debata? Sprawa jest dość prosta: szczepionki na ospę nie ma na liście szczepień obowiązkowym – tym samym rodzice mogą zadecydować sami o jej stosowaniu.

Tu, gdzie pojawia się możliwość decyzji, trzeba już nieco zainwestować. Poszukujący informacji o szczepieniach trafią na pewno na stronę akcji społecznej pod wiele mówiącym tytułem „Szczepię, bo kocham”. Ta wzniosła inicjatywa traci nieco na obiektywności, gdy zerkniemy w zakładkę, do której przeciętny rodzic zagląda rzadko. „Nota prawna” wyjaśni nam, że choć koncern Pfeizer jest właścicielem serwisu, to nie bierze odpowiedzialności za zawarte w nim informacje. Pfeizer to jeden z fundamentów NYSE i jeden z 3 medycznych przedstawicieli w indeksie Dow Jones Industrial Average zrzeszającym zaledwie 30 firm. Firma, której przychody zbliżają się do 70 mld USD a zysk netto do 20 mld USD informuje, że wśród planów na rok 2012 realizuje projekt obniżenia kosztów badań o prawie 2 mld USD. To niewątpliwie ucieszy posiadaczy akcji tym bardziej, że spółka szykuje się do kolejnego skupu akcji.

Analiza DJIA potwierdza przypuszczenie, że produkcja leków to bardzo rentowne przedsięwzięcie. Więcej, przedsięwzięcie bardzo perspektywiczne, ponieważ spożycie leków stale rośnie. Na tym tle doskonale wypada nasz bieżący spór lekarzy i aptekarzy. Ci pierwsi zostali zwolnieni z ustawowej odpowiedzialności za wadliwie przepisane leki, ci drudzy owej odpowiedzialności zostali poddani. W grze jest ponad 9 mld jakie państwo rocznie wydaje na refundację leków. Analiza zasad, w oparciu o które takie czy inne leki otrzymują refundację, to temat na inny artykuł. Obecny problem doskonale oddaje naturę polskiego środowiska medycznego: unikanie za wszelką cenę jakiejkolwiek odpowiedzialności za leczenie. Dlatego też możliwe jest kuriozalne założenie, że pani w okienku realizująca receptę może oceniać sensowność jej wystawienia. Ustawodawca uważa, że choć nie ma do tego uprawnień może ponosić odpowiedzialność za wadliwe wypisanie leku. Ciekawa konstrukcja.

Ale czemu ważna? Zwolnienie lekarzy z odpowiedzialności za wadliwie wypisaną receptę doskonale rozwinie rynek szczepionek, na którym refundacji podlegają wyłącznie te, które są wpisane do obowiązkowego programu szczepień. Znacznie trudniej ów program poszerzyć niż oddziaływać na przepisywanie kolejnych szczepionek poprzez szkolenie i inne inicjatywy dla pediatrów. To ważny kierunek wzrostu sprzedaży, bo przecież jeśli „nasza” zaufana pani doktor twierdzi, że przed pneumokokami trzeba się szczepić, to jak tego nie zrobić?

Szczepionkami, które GAVI przeceniły najbardziej są te przeciwko rotawirusom i pneumokokom. Kosztują po kilka dolarów. Być może te same pediatrzy zalecają masowo w Polandzie. Być może gdzieś jest to opisane w raporcie dla akcjonariuszy. Bo zdrowie jest ważne. Ale w zdrowiu najważniejsze są zyski.

20 komentarzy

Stagflacja cz.2

Czyli o tym, że syjonizm generalnie się nie sprawdził, USA rozgrywają ostatnie globalne rozdanie a Rosja wraca na pozycję mocarstwa

Napięcie rośnie: baryłka ropy prędzej czy później ustanowi kolejny rekord. Przez Ormuz przepływa ponad 16 ml baryłek ropy, co stanowi podobno 20% światowego obrotu tym paliwem. To sporo. Dociskanie sankcjami Iranu ma również swoje granice tym bardziej, że europejscy odbiorcy irackiej ropy to… Grecja, Włochy i Hiszpania, czyli bankrut i kandydaci na bankrutów. Co jak co, ale wzrost kosztów i ograniczenie w dostawach na sytuację gospodarczą tych krajów na pewno nie wpłynie dodatnio. No, ale Wujek Sam ma swoje wyraźne oczekiwania – szlaban na ropę Ajatollahów. Póki co Europa zagrała na czas: decyzja ma być podjęta do końca maja. Sprytnie. A nuż będzie już po balu? A zauważyć trzeba coś jeszcze: jakim cudem Iran istnieje mimo sankcji? I znów mała dygresja. Irak w wojnie z Iranem wspierały oba główne mocarstwa, Francja i kilkanaście innych krajów. Iran miał w zasadzie jedynego istotnego koalicjanta: Chiny. Dzisiaj Państwo Środka jest głównym partnerem handlowym Iranu toteż trudno się spodziewać, że będzie go można zaatakować bez zasięgnięcia opinii Hu Jintao. I to choćby dlatego, że do ataku przydałaby się pewnie jakaś rezolucyjka Rady Bezpieczeństwa ONZ. Nie jest wcale pewne, że politbiuro ma ochotę na popieranie inicjatywy, która niekoniecznie skończy się sukcesem. Bo wojen nie da się wygrać wyłącznie siłami mobilnymi – przekonał się o tym Guderian w Rosji w 1941 roku, przekonali Amerykanie w Afganistanie i Iraku. Do wygrania wojny potrzebni są również żołnierze. Tych Saddamowi nie brakowało. Wsparcia również. Ale mimo, że zaatakował pierwszy, przez 6 lat 8-letniej wojny wyłącznie się bronił. Jak wiadomo Hu Jintao o taktyce wojskowej ma pewne pojęcie. Zagadnienia tamtej wojny przyswoił sobie na pewno.

Uzasadnieniem tego całego zamieszania jest zablokowanie Teheranu w jego zabiegach o broń masowego rażenia. Warto zauważyć, że pod takimi samymi auspicjami dokonała się inwazja na Irak tyle, że żadnej broni masowego rażenia tam nie odnaleziono. O ile nie mam wątpliwości, że Iran takową broń posiadać chciałby, to trudno mi sobie wyobrazić, aby z ową bronią był znacznie bardziej niebezpieczny niż na przykład jego sąsiad Pakistan. Warto pamiętać, że to myśli kształtowane w Islamabadzie dały początek ruchowi Talibów. To tam ukrywał się Ben Laden i to tam umieszczono swego czasu rozsadnik rewolucji ideowej wspierającej opór przeciwko ZSRR. Mało tego, nie wspomina się dzisiaj, że to Amerykanie hojnie finansowali religijne ruchy „odrodzenia moralnego”, gdyż atakowały kabulski reżim wojskowy lansujący laicyzację i europeizację kraju. Tyle, że ze wsparciem Moskwy.

I wreszcie rzecz najważniejsza: wielu komentatorów sugeruje, że kolejna wojna w regionie mogłaby wywołać kryzys podobny do tego jaki powstał w wyniku pierwszego szoku naftowego. Przypomnijmy, że ów szok był reakcją arabskich eksporterów zrzeszonych w OPEC na poparcie USA udzielone Izraelowi w trakcie wojny Jom Kippur. W wyniku zastosowania broni ekonomicznej, cena baryłki eksplodowała z kilku na kilkanaście dolarów. O tym, jak ważny jest dla ropy ten region, najlepiej wskazują okoliczności kolejnego rekordu, który ropa ustanawia w trakcie rewolucji w Iranie osiągając 30 USD, a oba wydarzenia dzieli raptem niecałe 5 lat! Choć podkreśla się często, że produkcja ropy jest dzisiaj bardziej zdywersyfikowana niż podówczas, zapomina się dodać, że bez dostaw z Zatoki Perskiej reszta świata nadal sobie nie poradzi. Przekonuje o tym najlepiej zestawienie tabeli producentów i importerów ropy. Rozwój gospodarczy ma swoje prawa. Dlatego właśnie Indonezja, od 2008 roku nie jest już w OPEC, ponieważ sama jest zmuszona do importu tego surowca. Konsumuje więcej niż wydobywa. Niegdyś zaopatrywała cały okoliczny region.

Tym samym polityczną spiralą wszystkich wydarzeń na Bliskim Wschodzie jest istnienie lub zniszczenie państwa Izrael.

W większości wywodów dotyczących absurdalności arabsko-żydowskiego konfliktu podaje się jako dowód niewielką istotność żydowskiej wyspy w morzu arabskim. Taka kategoria nie ma najmniejszego znaczenia. Antyizraelskość to dla państw arabskich lustrzane odbicie żydowskiego mitu założycielskiego. Kiedy dochodzi do pierwszej wojny arabsko-żydowskiej, przeciwnikami Żydów nie są państwa o określonej historii czy specyfice, tylko terytoria, którym nadano osobowość prawną. Syria, Jordania, Irak, Egipt to pozostałości podziału Imperium Otomańskiego po I Wojnie Światowej. Pozostałości administrowane przez Anglię i Francję w ramach „mandatu” Ligi Narodów, czyli de facto ukazu fasadowej organizacji politycznej, która zezwoliła Anglii i Francji na kolonizację tych terenów.

Co więcej, pierwociny państwa Izrael to pieniądze i wsparcie z Moskwy. Na tym etapie konfliktu Arabów zbroi i zachęca do walki głównie Wielka Brytania. Tyle, że Arabom nie chciało się walczyć. I trudno im się dziwić, ponieważ syryjscy, egipscy czy jordańscy żołnierze nie mieli motywacji, aby ginąć w ramach niejasnej idei wypierania Żydów z jakiegoś kawałka terenu. Mieli ich przecież również u siebie i to od zawsze. I choć za nimi nie przepadali to nie na tyle, aby w ramach tej antypatii dać się zabić. Znacznie wygodniej było od czasu do czasu splądrować stragany lub pokrzyczeć. Było gdzie. Handel w regionie organizowali tradycyjnie Żydzi, a jeden z najsłynniejszych bazarów w Bagdadzie w zasadzie stworzyli i niepodzielnie trzymali w garści.

Powstanie Izraela umożliwiło wzniesienie sztandaru narodowego w walkach i jednocześnie pod nim facetów, którzy nie mieli własnej tożsamości państwowej. Dzisiaj jest już nieco inaczej, bo 70 lat i więcej budowania świadomości syryjskiej czy jordańskiej zrobiło swoje. Ba, skutecznie przekonano świat, że istnieje taki naród jak Palestyńczycy podczas, gdy w tej kategorii mieszczą się wyłącznie tacy sami Arabowie jak w krajach sąsiednich. Lepszym określeniem są „uchodźcy palestyńscy”, ale niewygodnym w użyciu i to w zasadzie dla każdego. Najdotkliwiej przekonała się o tym właśnie Jordania – swego czasu mekka owych uchodźców. Ci, stanowiąc prawie 1/3 populacji, postanowili… zorganizować sobie własne państwo odrywając kawałek Jordanii.

Obu stronom konfliktu męczeństwo jest w zasadzie niezbędne. Izraelowi do istnienia (dzięki tezie o nieustannym zagrożeniu jest od dziesięcioleci wspierany przez USA materialnie, logistycznie i wojskowo); Arabom – do kanalizowania narastających problemów społecznych. Arabska, czy raczej islamska, ulica w każdym z tak różnych przecież krajów wie doskonale, że głównym wrogiem jest Ameryka, a ciemiężcą Izrael, bez którego na Bliskim Wschodzie żyłoby się znacznie lepiej. Ów paradoks wzajemnego zapotrzebowania można by porównać z siłami zwalczającymi handel narkotykami oraz producentami tychże. Wiadomo powszechnie, że zarobki związane z narkotykami są gigantyczne, mimo że produkcja samego narkotyku niezwykle tania, porównywalna z produkcją ziemniaków. Tyle, że ograniczenia w dystrybucji i ryzyko jej prowadzenia windują cenę do tak wysokich poziomów. Dzieje się tak, ponieważ państwa wydają krocie na systemy powstrzymywania dystrybucji narkotyków.

Ciekawe jest to, że zamiast koncesjonować kolejną używkę, podobnie jak to się dzieje w przypadku papierosów i alkoholu, na świecie nagminnie powiela się popełniony i przećwiczony błąd jakim była prohibicja w USA. Akceptacja bądź sprzeciw wobec narkotyków to kwestia ściśle polityczna. Na tej samej zasadzie pornografia jest znacznie bardziej szkodliwa niż brutalna przemoc. Tym samym mój syn w drodze do kina na poranek obejrzy plakat filmu, na którym dżentelmen wymachuje ociekającą krwią piłą mechaniczną, a widoczna za nim kobieta składa się już tylko z poszatkowanych elementów. I choć jestem przekonany, że golizna zaszkodziłaby mu mniej, normę ustala większość, a ta dla przemocy ma od dawna znacznie więcej zrozumienia. A wracając do rzeczy: nie można nigdzie pozyskać zestawienia ile kosztowała wszelkiej maści „wojna” z narkotykami. Szkoda. Mogłoby się okazać, że samo jej prowadzenie jest dla wielu państw i organizacji dochodowym interesem.

W podobny sposób istnieje i napędza się konflikt żydowsko–arabski, który najprawdopodobniej nigdy się nie zakończy. Jest wymiernie potrzebny obydwu stronom. Najlepiej widać to na przykładzie Egiptu – niegdyś głównego i najbardziej agresywnego przeciwnika Izraela. Przyjmuje się uważać, że wojna Jom Kipur to kolejna wielka wygrana armii izraelskiej. W praktyce było nieco inaczej. Egipcjanom powiódł się spektakularny desant i w zasadzie zrealizowali wszystkie cele jakie sobie stawiali w pierwszym etapie wojny. Nie gorzej poszło Syryjczykom. Załamanie było tak głębokie, że do walki musieli się włączyć Amerykanie. I choć ostatecznie wojna zakończyła się zwycięstwem Izraela, to w znacznej mierze dzięki temu, że ani USA, ani ZSRR nie były gotowe do bezpośredniego starcia. Konflikt był o krok od III wojny światowej. Nawet towarzysz Tito, lider ruchu państw niezaangażowanych w tym konflikcie, postanowił stanąć po stronie ZSRR, czyniąc tym srogi zawód amerykańskim strategom, których od wielu lat kokietował. Amerykanów rozczarowała również postawa krajów europejskich bardzo niechętnych wojowaniu. Ale i ZSRR nie był w doskonałej kondycji. Towarzysze syryjscy i egipscy cofali się przed wzmocnioną sprzętem i logistyką armią i to by się jeszcze dało przeżyć. Ale na towarzyszy syryjskich mógł natrzeć doskonale wyekwipowany w amerykańską broń Szach Iranu Reza Pachlawi. Klasyczny pat.

O tym kto wygrał, a kto przegrał, najlepiej świadczą granice. Izrael wycofał się z terytoriów zajętych po wojnie 6-cio dniowej. Ale ważniejsze jest co innego: stało się jasne, że kolejnej wojny, bez bezpośredniego zaangażowania USA już się wygrać nie da, a należało zakładać, że jeśli wojen było już tyle, zawsze może wybuchnąć kolejna. I wtedy właśnie podjęto najrozsądniejszą decyzję w historii tego konfliktu. Zadecydowano, że pokój należy kupić. W efekcie Anwar Sadat zmienił całkowicie front i jako główny przeciwnik Izraela stał się jego pierwszym arabskim stronnikiem, podpisując układ pokojowy uznający istnienie państwa Izrael. Dzięki temu błyskotliwemu posunięciu przez kilka dziesięcioleci Egipt ustawił się tuż za Izraelem jako biorca wszelkiej maści pomocy finansowej i wparcia wojskowego. I jakkolwiek w chłonności i jakości otrzymywanego sprzętu ze swoim dawnym wrogiem nie może się równać, to rzut oka na listę beneficjentów US Foreign Military Financing Programme nie pozostawia wątpliwości: Egipt Mubaraka plasował się wysoko, generałowie pewnie nie obsuną się niżej. Dlaczego? Choćby dlatego, że Egipt jest drugim po USA operatorem czołgów Abrams i posiada ich grubo ponad 1000. Oczywiście nie mają na pewno wszystkich najnowszych bajerów, a nie zdziwię się jeśli się okaże, że sprzedano je z jakimś zgrabnym wyłącznikiem systemów uzbrojenia dostarczonym do Tel Awiwu, ale… w dzisiejszych czasach takie rozwiązania nie są już pewne. Wybitni programiści są wszędzie.

Lokalne status quo finansuje Ameryka. Jak zabraknie jej pieniędzy, wydarzyć może się wszystko i tego chyba nie wzięto pod uwagę, eskalując sankcje.

Izrael posiada dzisiaj oficjalnie więcej głowic jądrowych niż Wielka Brytania, a tego jakim potencjałem dysponuje naprawdę na pewno się nie dowiemy. W trakcie II Wojny w Zatoce, mimo ochrony baterii Patriot, kilka Scudów uderzyło w Tel Awiw, co nawiasem mówiąc stanowiło pierwszy udany atak na stolicę w całej historii konfliktu żydowsko–arabskiego. Mimo paniki okazało się, że rakiety wyposażono w głowice konwencjonalne, a nie gazowe, czyli te, których się naprawdę obawiano. Wniosek był oczywisty: Saddam uderzał z bezsilności. Atakiem chemicznym wywołałby pewnie jądrowy odwet. Ale po raz kolejny okazało się, że technika jest zawodna. Miało nie przelecieć nic, a tu niespodzianka. Daje do myślenia.

Świat zbliża się do kolejnego pata, przy czym każda perturbacja związana z wydobyciem prowadzi do wzrostu ceny ropy. Jeśli ten wzrost okaże się trwały, po raz pierwszy w ujęciu globalnym zetkniemy się ze stagflacja. Rosnące ceny paliw oraz wszelkich innych w większości ropopochodnych komponentów gospodarczych muszą wywołać inflację, której przy tak rozchwianym systemie finansowym nie da się niczym zahamować, a wzrostu na skutek bankructwa polityki pobudzania długiem nie będzie czym pobudzać. Oczywiście w prasie mainstreamowej przeczytamy na pewno, że wyższe ceny przełożą się na spadek zużycia. I choć w pewnym stopniu tak jest, ów mechanizm kompensacyjny zawodzi w skali makro, ponieważ zarówno wydobycie, jak i konsumpcja ropy cały czas rośnie ponieważ wzrasta konsumpcja w Chinach i Indiach. I nawet jeśli OPEC to już „tylko” 40 a nie 50% wydobycia, nadal stanowi bardzo istotny element w grze. Przy okazji warto odnotować, że OPEC nigdy nie było jednorodne i dzieli się w zasadzie na dwie podgrupy: tj. kraje, które mają duże wydobycie i małe populacje (Arabia Saudyjska, Kuwejt, ZEA) oraz całą resztę, gdzie ropa jest elementem polityki państwowej. Co ciekawe, współpraca producentów ropy pojawia się w zasadzie wyłącznie wtedy, gdy cena ropy jest niska a nie wysoka. W odwrotnej sytuacji nikt się nie kwapi do współdziałania. Tym samym, czego by nie powiedzieć o obecnym para konflikcie, leży on w interesie wszystkich sprzedawców ropy. Najbardziej w interesie Rosji, która odradza się właśnie jako mocarstwo surowcowe, a w jednostkowym wydobyciu ropy zajmuje w zasadzie miejsce pierwsze ex equo z Arabią Saudyjską. Nic dziwnego, że nagle pojawiają się w Rosji ruchy anty-Putinowskie. Satrapa w kraju zadłużonym to jedno. W kraju, który coraz efektywniej prowadzi politykę broni surowcowych – to drugie. Na miejscu Władimira Ilicza Putina inwestowałbym w ochronę. Może się okazać, że „wola ludu” urodzi jakiegoś zamachowca. Choć w światowych mediach przystojny blogger z Rosji robi ostatnio karierę, każdy kto zna zapyziałe imperium wie jedno: ani wielikoj oktriabskoj, ani żadnej innej inicjatywy nie zorganizowała w tym kraju „ulica”.

Dzienne zużycie ropy zbliża się do 90 mln baryłek dziennie i dzieje się tak w świecie, który oszczędza energię, wydaje krocie na źródła odnawialne itp. Konsumentem nr 1 jest USA, główny odbiorca ropy z OPEC. Ten sam kraj jest sponsorem obecnego bliskowschodniego układu sił. Ze względów oczywistych w tym równaniu coś się obecnie nie zgadza. Jednocześnie owo równanie doskonale wyjaśnia dlaczego USA wybrały bezpośrednią interwencję w Iraku – kraju, którego udokumentowane złoża ropy plasują zaraz po Arabii Saudyjskiej i Iranie.

Amerykańska obecność w Iraku zakończyła się tak samo jak radziecka w Afganistanie. Obie miały na celu dobranie się do zasobów Iranu. I obie się nie udały.

Światowe larum o irańskim programie nuklearnym zaczyna się od ostrzeżenia Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, która ustami swego szefa Yukiya Amano ostrzegła świat, że Iran pracuje nad bombą. Na jakiej podstawie – tego już nikt się nie dowiedział, ale i nie było to interesujące. Podobnie jak to, że poprzedni szef tej instytucji Mohammed el Baradei wybrał się do Iraku tuż przed atakiem USA z misją ostatniej szansy i przywiózł informację, że… broni jądrowej tam nie ma. Za tę misję dostał Nagrodę Nobla; Irak – interwencję.

Świat wchodzi w erę, w której rządzić będą ci, którzy kontrolują strategiczne surowce. USA – żandarm świata, z eksportera stał się importerem kluczowych surowców. O tym, jak wielkie znaczenie ma uzależnienie od strategicznych dostaw, Departamentu Stanu przekonywać nie trzeba. Pamięta się tam doskonale, że jeszcze w latach osiemdziesiątych pszenicę z USA importował… Związek Radziecki. Tym samym ani Imperium, ani jego główny protegowany bez kontroli nad zasobami nie mogą istnieć. Oba kraje mają jednak problem, którego rozwiązać nie są w stanie. Iran można zbombardować, ale do jego kontrolowania potrzebna jest liczebna armia. A ta właśnie wycofała się z Iraku, którego i tak nie była w stanie kontrolować.

Nie wierzę, aby służby izraelskie nie posiadały doskonałej orientacji w tym komu się podoba, a komu nie podoba obecny układ rządzący w Teheranie. Warto pamiętać, że wszelkiej maści marsze niezadowolenia zaczęły się właśnie w Iranie od „zielonego protestu” wiosną 2009 stłumionego brutalnie przy biernej postawie świata.

Obstawiałbym, że USA liczą na przewrót w Iranie dokonujący się w tle „ratowania kraju” przed nieuchronną wojną. Nowe demokratyczne władze miłujące pokój przejmują stery państwa, Halliburton otrzymuje koncesje wydobywcze, świat oddycha z ulgą. Tyle, że ten bardzo sympatyczny scenariusz może się nie zrealizować, a wtedy przed stagflacją świata nie uchroni nic. Nie wierzę w solidarny wzrost wydobycia producentów ropy świadomie przeciwdziałających inflacyjnej presji ropy. Nie wierzę, ponieważ demokratyczna, etyczna Norwegia nie ma najmniejszej ochoty na obniżanie swoich zysków z ropy. Jak zatem wymagać takiej postawy od Kazachstanu czy Wenezueli?

I w tym momencie można by dojść do wniosku, że świat uzależni się od ropy znajdującej się w posiadaniu zaledwie kilkunastu państw. Otóż nie, ponieważ taki scenariusz od lat przewidywały Chiny. Dlatego też zaangażowały się finansowo w Angoli, Kongu i Sudanie. Tam ropę wydobywa się za chińskie pieniądze i w oparciu o chińskie inwestycje.

Uważam, że do żadnej wojny w regionie nie dojdzie, ponieważ USA na nią nie stać, a Izrael taktycznie nie może sobie poradzić z Hamasem i Hesbollahem toteż poza jądrowym uderzeniem niczego innego zrobić nie może. Na naszych oczach Ameryka dokonuje pokerowej zagrywki. Flota Rosji wypłynęła na Morze Śródziemne a dwa okręty złożyły oficjalną wizytę w Syrii – kraju, który z pomocy ZSRR korzystał długo i chętnie. Dzisiaj sowieckie dywizje powietrznodesantowe nie są w stanie dolecieć na wzgórza Golan w 12 godzin. Ale co się stanie, jeśli Teheran poprosi o pomoc Chiny? Jeśli na oficjalne zaproszenie w Teheranie wylądują samoloty wiozące chińską misję stabilizacyjną, świat się zmieni. Nie wiem czy Państwo Środka stać na takie zagranie, ale jeśli ma ochotę zadebiutować na mocarstwowej scenie, lepszej okazji nie będzie.

Bo Recep Erdogan nie zasypuje gruszek w popiele. Na pewno ma gdzieś w gabinecie starą mapę z której wynika niezbicie, że wszystkie kraje od Maroka po Iran to dawne Imperium Osmańskie. Tyle, że tereny podówczas w porównaniu z Europą mało atrakcyjne, dzisiaj są roponośne. Nie, premier Turcji na pewno Imperium nie wskrzesza. Ale budowa Unii Islamskiej? Już dzisiaj, dzięki Al Jazeerze Erdogan jest najbardziej popularnym politykiem islamskim, a o Turcji mówi się, że jest dla państw wyznawców proroka tym, czym Niemcy dla Europy. Z ropą w garści Turcja stałaby się dla Niemiec partnerem numer 1. Były już kiedyś takie czasy kiedy Zjednoczona Republika Arabska obejmowała dwa państwa Egipt i Syrię. Wszystko zależy od kalibru przywódcy i jego rozpoznawalności. Odrodzenie moralne braci w islamie. Nowy kalifat ankarski. Pięknie.

W 2011 Turcy wyprzedzili Chiny jako inwestor w regionie. Cóż, bliższa koszula ciału. Nie mam najmniejszych wątpliwości, komu islamscy bracia wolą przekazać koncesje wydobywcze i inne atrakcyjne frukata. A że islam ma swoje odcienie? Cóż. Europa też je kiedyś miała.

Cokolwiek się nie wydarzy, 2012 rok na bliskim wschodzie będzie miernikiem zmiany światowego status quo. Kto wygra tego jeszcze nie wiadomo choć wskazówką może być jedno ze słynnych powiedzeń Napoleona Bonaparte: „Zwycięstwo w ręku Boga, ale Bóg jest zwykle po stronie silniejszych batalionów”.

A o tym kto był silniejszy dowiemy się post factum:).

16 komentarzy