Browsing Category historia

U-boot

Czyli o tym, że wszystko ma drugie dno, niemiecka myśl techniczna jak zawsze pobudza wyobraźnię a czasem nawet zalane słońcem plaże  mają  swoje tajemnice.

Każdy kto stanie przy bramie cmentarza w Cofete i rozejrzy się dookoła natychmiast zauważy zadziwiający budynek prężący się u podnóża niebotycznych z tej perspektywy skał. Liche krzyżyki na wpół przysypanym piaskiem cmentarzu, który zdaje się mozolnie pełznąć do oceanu złowieszczo dają do myślenie. Cofete to co najwyżej 6 ludzkich siedzib i niepozorna knajpa. Smagana wiatrem nekropolia zaświadcza o 244 nieboszczykach, których ziemskie truchło utknęło tuż przy plaży. Jeśli znaleźć się tu w słoneczne południe, słońce rozproszy rzucany przez nagrobki cień. Jeśli, Drogi Czytelniku, znajdziesz się tam o zachodzie słońca, ten dziwny budynek na skale będzie do ciebie mówił. Nie. Nie mówił. Szeptał. Kiedy cień pokrywa dolinę i niestrudzenie podąża ku oceanowi, w atmosferę wkrada się nieuchwytny, ale wyczuwalny klimat grozy żywcem ze Stephena Kinga. I choć mieszkańcy wydają się być nadal przychylni, w ich ukradkowych spojrzeniach można się dopatrzeć jakiegoś dziwnego błysku, a propozycja noclegu zdecydowanie zachęca do wyjazdu. Wyjazdu, który nie jest taki prosty.

Bo do Cofete prowadzi tylko jedna, kręta górska droga. Uważne oko dostrzeże natychmiast jak ogrom pracy włożony w jej drążenie niewspółmierny jest do atrakcyjności wieńczącego ją celu. Najbardziej wizjonerski urzędnik UE nie zdecydowałby się na sfinansowanie tego drogiego kaprysu. Staje się zatem oczywiste, że siła, która zaprzęgła ludzi do tej pracy musiała być ziemska, ale z dużym prawdopodobieństwem – nieczysta. Domysł jest słuszny, bo kolejne metry w morderczym wysiłku wykuwali więźniowie z obozu koncentracyjnego w Tiefe, resocjalizacyjnej placówki założonej dla przeciwników reżimu Franco. Czy zatem ów mroczy budynek miał być letnią rezydencją Caudillo?

Nie, zwalista fuzja wiejskiej posiadłości ze średniowiecznym zamkiem nosi niewinną nazwę Willa Winter. I choć oważ nazwa budynku ani trochę do niego nie pasuje, to ujawnia coś innego: swojego właściciela i architekta. Gustav Winter był postacią niezwykle zagadkową. Urodził się w Niemczech, pierwsza wojna światowa zastała go … w Anglii w której znalazł się przypadkiem w drodze z Argentyny. Udając Brytyjczyka przedostał się do Hiszpanii i z tego też okresu datowane są pierwsze doniesienia jakoby był  niemieckim agentem. W 1921 roku ukończył studia inżynierskie w Madrycie, a następnie rozpoczął karierę biznesową na Wyspach Kanaryjskich. W latach 30-tych, po odbyciu kilkunastu rejsów w towarzystwie niemieckich kartografów zainteresował się leżącym na południu Fuertavetury półwyspem Jandia. Mroczny, spacerujący z olbrzymim czarnym dogiem Niemiec jest tu w zasadzie udzielnym księciem, ponieważ należąca do niego spółka, obficie udrapowana hiszpańskimi notablami, wydzierżawia praktycznie cały półwysep. To nawet dzisiaj bezludne terytorium, wówczas było praktycznie pustynią gdzieniegdzie zamieszkaną przez tubylców.

Niebawem teren, który ma być objęty wielkimi inwestycjami agrotechnicznymi, zostaje zmilitaryzowany. Dzięki temu możliwe staje się przesiedlanie mieszkańców i to bez stosownych odszkodowań. Winters daje się również poznać jako filantrop. Morro Jable otrzymuje kościół, szkołę i reprezentacyjną ulicę. Ale to tylko przykrywka, bo właściwe prace trwają już gdzie indziej. Osada przekształca się w port, a z dala od ludzkich oczu, w Cofete,  za masywem górującym nad miasteczkiem rusza budowa tajemniczej willi. Mimo, że całą okoliczną ludność wysiedlono, dostępu do terenu budowy bronią uzbrojeni strażnicy, a na jej teren wpuszcza się jedynie tych, których tożsamość osobiście potwierdzi Winter. Choć pierwsze prace wykonują przywożeni na dzień i wywożeni przed zmrokiem tubylcy, ich miejsce szybko zajmują fachowcy sprowadzeni z Niemiec. To głównie górnicy i to ich obecność przyczyni się do powstania większości otaczających mroczną budowlę legend.

W 1938 roku w Cofete odwiedzi Wintersa podobno sam Wilhelm Canaris, co najlepiej świadczy o istotności wykonywanych tu prac dla hitlerowskiej machiny wojennej. W tym czasie równolegle do wybrzeża rozciąga się już pas startowy. Na wieży willi zostają zamontowane urządzenia nadawczo-odbiorcze oraz latarnia morska. Dzisiaj po tych i innych urządzeniach  pozostają tylko instalacje elektryczne sugerujące zapotrzebowanie na wielkie moce. Co je dostarczało i gdzie znajduje się dzisiaj?

W trakcie II Wojny Światowej „Kanary” miały dla podwodniaków niezwykle istotne znaczenie. O ile wiadomo na pewno, że U booty kilkakrotnie stacjonowały w porcie Las Palmas, to ich tutejsza aktywność wymagała na pewno znacznie bezpieczniejszego i przychylniejszego ukrycia niż łatwy do inwigilacji port na Gran Canarii. Bezludny półwysep Jandia do takich celów nadawał się doskonale, szczególnie jeśli przyjąć, że niemieccy technicy zdołali wykorzystać istniejące pod górskimi masywami wulkaniczne tunele i groty. Wedle przekazów łodzie pojawiały się również w niedalekiej od Cofete zatoce Ahuj. I choć dowodów na to akurat nie ma, warto wspomnieć, że w 1940 roku Winters został zmobilizowany i skierowany do portu w Bordeaux gdzie…. znajdowała się wtedy baza niemieckich oceanicznych U Bootów. Winters służył tam do ostatniej chwili. W hiszpańskim San Sebastian znalazł się dopiero jesienią 1944. W stopniu pułkownika.

I właśnie co do końca wojny na Jandii jest najwięcej domysłów. To wtedy mieszkańcy nabiorą najwięcej podejrzeń, a zamknięty półwysep ujawni nieco ze swoich tajemnic. Na wyspie codziennie ląduje wiele samolotów, pojawiają się w dużej liczbie ewakuujący się z Europy Niemcy. Nic dziwnego. To idealny przystanek na drodze do Ameryki Południowej.

Ponieważ do dzisiaj nie wiadomo co dokładnie kryje się w kompleksie Reise, podobnie jak w wielu innych pozostawionych przez Niemców budowlach, także w Polsce, willa Winter na długo zachowa dla siebie tajemnice II Wojny Światowej. Wedle lokalnych badaczy była punktem nawigacyjnym dla niemieckich łodzi podwodnych, których baza kryła się w podwodnych grotach głęboko pod powierzchnią wulkanicznej wyspy. Robotnicy wspominali o podziemnych korytarzach, do których nie było im wolno wchodzić; korytarzach, po których nie ma dzisiaj śladu. Resztki linii kolejowej ciągnące się od willi w kierunku gór sugerują poważne prace prowadzone również poza budynkiem. W latach 70-tych w Cofete pojawiła się grupa hiszpańskich i austriackich turystów poszukujących dwóch łodzi podwodnych, które miały nadal pozostawać w podziemnym basenie portowym. Statek, na którym bazowali, eksplodował i zatonął a grupa, która wybrała się do podziemnych tuneli wulkanicznych zginęła bez wieści.

Wyjaśnianiu tajemnic Cofete nie pomogą na pewno hiszpańskie władze. Zaledwie 30 km w linii prostej od tajemniczej willi znajduje się bowiem ulubiony poligon jednostek specjalnych hiszpańskiej armii, w tym hiszpańskiej Legii Cudzoziemskiej której tercio „Juan de Asturia” stacjonowało tu po wycofaniu w 1976 z Sahary Zachodniej. Widok samolotów bojowych nad plażami Fuerty nie jest niczym rzadkim, a pamiętać należy, że turyści znajdują się głównie na wschodnim wybrzeżu wyspy, więc ich oczom ukażą się tylko te manewry lotnicze, których inaczej wykonać się nie da. Utyskiwania lokalnych władz nie odnoszą również skutku w innej sprawie: wojsko nadal prowadzi tu ostre strzelania.

Winters pojawił się na Fuertaventurze dopiero w 1947 roku. I choć jego żona twierdzi, że willa wielości koszar miała służyć wyłącznie rodzinie a jej mąż był tylko inżynierem jego nazwisko znalazło się na listach niemieckich agentów których wydania alianci domagali się od Franco. I choć wydany nie został to …. w latach 60tych zniknął. Co ciekawe Andreas, syn Gutava, chciał odzyskać willę i wybudować w niej hotel. Władze hiszpańskie odmówiły mu zgody. Dzisiaj willa jest własnością hiszpańskiej firmy, która ma wobec obiektu pewne plany. Eksploracji jej przeszłości absolutnie nie przewiduje.

Sielskie i słoneczne Wyspy Kanaryjskie mają swoje tajemnice i starsze, i nieco bardziej współczesne. Mało kto pamięta, że Francisco Franco rozpoczął swój udział w buncie przeciwko Republice właśnie jako głównodowodzący Wysp Kanaryjskich. To właśnie z Las Palmas uprzejmie dostarczony przez współpracowników spiskowców samolot „Dragon Rapide”, należący do Olley Air Services, a opłacany przez potentata Juana Marcha,  zabierze Franquito do Tetuanu, gdzie obejmie on dowództwo zbuntowanych wojsk marokańskich jedynej liczącej się siły, która faktycznie poprze rebelię.

Ale to nie koniec, bo w gorących latach 60-tych na Wyspach powstanie konspiracja niepodległościowa, która dzięki finansowaniu z Algierii w latach 70-tych przekształci się w terrorystyczne Fuerzas Armadas Guanches. Organizacja zasłynęła kilkoma atakami bombowymi, z których najsłynniejszy – zdetonowanie bomby w kwiaciarni na lotnisku w Las Palmas 27 marca 1977, doprowadził do zaburzeń w przestrzeni powietrznej, a te zakończyły się katastrofą dwu Boeningów. Zginęły 583 osóby i do dzisiaj jest to najtragiczniejszy wypadek w historii lotnictwa cywilnego.

Ciekawe to Wyspy.

Hola!

0 Comments

Stagflacja cz.2

Czyli o tym, że syjonizm generalnie się nie sprawdził, USA rozgrywają ostatnie globalne rozdanie a Rosja wraca na pozycję mocarstwa

Napięcie rośnie: baryłka ropy prędzej czy później ustanowi kolejny rekord. Przez Ormuz przepływa ponad 16 ml baryłek ropy, co stanowi podobno 20% światowego obrotu tym paliwem. To sporo. Dociskanie sankcjami Iranu ma również swoje granice tym bardziej, że europejscy odbiorcy irackiej ropy to… Grecja, Włochy i Hiszpania, czyli bankrut i kandydaci na bankrutów. Co jak co, ale wzrost kosztów i ograniczenie w dostawach na sytuację gospodarczą tych krajów na pewno nie wpłynie dodatnio. No, ale Wujek Sam ma swoje wyraźne oczekiwania – szlaban na ropę Ajatollahów. Póki co Europa zagrała na czas: decyzja ma być podjęta do końca maja. Sprytnie. A nuż będzie już po balu? A zauważyć trzeba coś jeszcze: jakim cudem Iran istnieje mimo sankcji? I znów mała dygresja. Irak w wojnie z Iranem wspierały oba główne mocarstwa, Francja i kilkanaście innych krajów. Iran miał w zasadzie jedynego istotnego koalicjanta: Chiny. Dzisiaj Państwo Środka jest głównym partnerem handlowym Iranu toteż trudno się spodziewać, że będzie go można zaatakować bez zasięgnięcia opinii Hu Jintao. I to choćby dlatego, że do ataku przydałaby się pewnie jakaś rezolucyjka Rady Bezpieczeństwa ONZ. Nie jest wcale pewne, że politbiuro ma ochotę na popieranie inicjatywy, która niekoniecznie skończy się sukcesem. Bo wojen nie da się wygrać wyłącznie siłami mobilnymi – przekonał się o tym Guderian w Rosji w 1941 roku, przekonali Amerykanie w Afganistanie i Iraku. Do wygrania wojny potrzebni są również żołnierze. Tych Saddamowi nie brakowało. Wsparcia również. Ale mimo, że zaatakował pierwszy, przez 6 lat 8-letniej wojny wyłącznie się bronił. Jak wiadomo Hu Jintao o taktyce wojskowej ma pewne pojęcie. Zagadnienia tamtej wojny przyswoił sobie na pewno.

Uzasadnieniem tego całego zamieszania jest zablokowanie Teheranu w jego zabiegach o broń masowego rażenia. Warto zauważyć, że pod takimi samymi auspicjami dokonała się inwazja na Irak tyle, że żadnej broni masowego rażenia tam nie odnaleziono. O ile nie mam wątpliwości, że Iran takową broń posiadać chciałby, to trudno mi sobie wyobrazić, aby z ową bronią był znacznie bardziej niebezpieczny niż na przykład jego sąsiad Pakistan. Warto pamiętać, że to myśli kształtowane w Islamabadzie dały początek ruchowi Talibów. To tam ukrywał się Ben Laden i to tam umieszczono swego czasu rozsadnik rewolucji ideowej wspierającej opór przeciwko ZSRR. Mało tego, nie wspomina się dzisiaj, że to Amerykanie hojnie finansowali religijne ruchy „odrodzenia moralnego”, gdyż atakowały kabulski reżim wojskowy lansujący laicyzację i europeizację kraju. Tyle, że ze wsparciem Moskwy.

I wreszcie rzecz najważniejsza: wielu komentatorów sugeruje, że kolejna wojna w regionie mogłaby wywołać kryzys podobny do tego jaki powstał w wyniku pierwszego szoku naftowego. Przypomnijmy, że ów szok był reakcją arabskich eksporterów zrzeszonych w OPEC na poparcie USA udzielone Izraelowi w trakcie wojny Jom Kippur. W wyniku zastosowania broni ekonomicznej, cena baryłki eksplodowała z kilku na kilkanaście dolarów. O tym, jak ważny jest dla ropy ten region, najlepiej wskazują okoliczności kolejnego rekordu, który ropa ustanawia w trakcie rewolucji w Iranie osiągając 30 USD, a oba wydarzenia dzieli raptem niecałe 5 lat! Choć podkreśla się często, że produkcja ropy jest dzisiaj bardziej zdywersyfikowana niż podówczas, zapomina się dodać, że bez dostaw z Zatoki Perskiej reszta świata nadal sobie nie poradzi. Przekonuje o tym najlepiej zestawienie tabeli producentów i importerów ropy. Rozwój gospodarczy ma swoje prawa. Dlatego właśnie Indonezja, od 2008 roku nie jest już w OPEC, ponieważ sama jest zmuszona do importu tego surowca. Konsumuje więcej niż wydobywa. Niegdyś zaopatrywała cały okoliczny region.

Tym samym polityczną spiralą wszystkich wydarzeń na Bliskim Wschodzie jest istnienie lub zniszczenie państwa Izrael.

W większości wywodów dotyczących absurdalności arabsko-żydowskiego konfliktu podaje się jako dowód niewielką istotność żydowskiej wyspy w morzu arabskim. Taka kategoria nie ma najmniejszego znaczenia. Antyizraelskość to dla państw arabskich lustrzane odbicie żydowskiego mitu założycielskiego. Kiedy dochodzi do pierwszej wojny arabsko-żydowskiej, przeciwnikami Żydów nie są państwa o określonej historii czy specyfice, tylko terytoria, którym nadano osobowość prawną. Syria, Jordania, Irak, Egipt to pozostałości podziału Imperium Otomańskiego po I Wojnie Światowej. Pozostałości administrowane przez Anglię i Francję w ramach „mandatu” Ligi Narodów, czyli de facto ukazu fasadowej organizacji politycznej, która zezwoliła Anglii i Francji na kolonizację tych terenów.

Co więcej, pierwociny państwa Izrael to pieniądze i wsparcie z Moskwy. Na tym etapie konfliktu Arabów zbroi i zachęca do walki głównie Wielka Brytania. Tyle, że Arabom nie chciało się walczyć. I trudno im się dziwić, ponieważ syryjscy, egipscy czy jordańscy żołnierze nie mieli motywacji, aby ginąć w ramach niejasnej idei wypierania Żydów z jakiegoś kawałka terenu. Mieli ich przecież również u siebie i to od zawsze. I choć za nimi nie przepadali to nie na tyle, aby w ramach tej antypatii dać się zabić. Znacznie wygodniej było od czasu do czasu splądrować stragany lub pokrzyczeć. Było gdzie. Handel w regionie organizowali tradycyjnie Żydzi, a jeden z najsłynniejszych bazarów w Bagdadzie w zasadzie stworzyli i niepodzielnie trzymali w garści.

Powstanie Izraela umożliwiło wzniesienie sztandaru narodowego w walkach i jednocześnie pod nim facetów, którzy nie mieli własnej tożsamości państwowej. Dzisiaj jest już nieco inaczej, bo 70 lat i więcej budowania świadomości syryjskiej czy jordańskiej zrobiło swoje. Ba, skutecznie przekonano świat, że istnieje taki naród jak Palestyńczycy podczas, gdy w tej kategorii mieszczą się wyłącznie tacy sami Arabowie jak w krajach sąsiednich. Lepszym określeniem są „uchodźcy palestyńscy”, ale niewygodnym w użyciu i to w zasadzie dla każdego. Najdotkliwiej przekonała się o tym właśnie Jordania – swego czasu mekka owych uchodźców. Ci, stanowiąc prawie 1/3 populacji, postanowili… zorganizować sobie własne państwo odrywając kawałek Jordanii.

Obu stronom konfliktu męczeństwo jest w zasadzie niezbędne. Izraelowi do istnienia (dzięki tezie o nieustannym zagrożeniu jest od dziesięcioleci wspierany przez USA materialnie, logistycznie i wojskowo); Arabom – do kanalizowania narastających problemów społecznych. Arabska, czy raczej islamska, ulica w każdym z tak różnych przecież krajów wie doskonale, że głównym wrogiem jest Ameryka, a ciemiężcą Izrael, bez którego na Bliskim Wschodzie żyłoby się znacznie lepiej. Ów paradoks wzajemnego zapotrzebowania można by porównać z siłami zwalczającymi handel narkotykami oraz producentami tychże. Wiadomo powszechnie, że zarobki związane z narkotykami są gigantyczne, mimo że produkcja samego narkotyku niezwykle tania, porównywalna z produkcją ziemniaków. Tyle, że ograniczenia w dystrybucji i ryzyko jej prowadzenia windują cenę do tak wysokich poziomów. Dzieje się tak, ponieważ państwa wydają krocie na systemy powstrzymywania dystrybucji narkotyków.

Ciekawe jest to, że zamiast koncesjonować kolejną używkę, podobnie jak to się dzieje w przypadku papierosów i alkoholu, na świecie nagminnie powiela się popełniony i przećwiczony błąd jakim była prohibicja w USA. Akceptacja bądź sprzeciw wobec narkotyków to kwestia ściśle polityczna. Na tej samej zasadzie pornografia jest znacznie bardziej szkodliwa niż brutalna przemoc. Tym samym mój syn w drodze do kina na poranek obejrzy plakat filmu, na którym dżentelmen wymachuje ociekającą krwią piłą mechaniczną, a widoczna za nim kobieta składa się już tylko z poszatkowanych elementów. I choć jestem przekonany, że golizna zaszkodziłaby mu mniej, normę ustala większość, a ta dla przemocy ma od dawna znacznie więcej zrozumienia. A wracając do rzeczy: nie można nigdzie pozyskać zestawienia ile kosztowała wszelkiej maści „wojna” z narkotykami. Szkoda. Mogłoby się okazać, że samo jej prowadzenie jest dla wielu państw i organizacji dochodowym interesem.

W podobny sposób istnieje i napędza się konflikt żydowsko–arabski, który najprawdopodobniej nigdy się nie zakończy. Jest wymiernie potrzebny obydwu stronom. Najlepiej widać to na przykładzie Egiptu – niegdyś głównego i najbardziej agresywnego przeciwnika Izraela. Przyjmuje się uważać, że wojna Jom Kipur to kolejna wielka wygrana armii izraelskiej. W praktyce było nieco inaczej. Egipcjanom powiódł się spektakularny desant i w zasadzie zrealizowali wszystkie cele jakie sobie stawiali w pierwszym etapie wojny. Nie gorzej poszło Syryjczykom. Załamanie było tak głębokie, że do walki musieli się włączyć Amerykanie. I choć ostatecznie wojna zakończyła się zwycięstwem Izraela, to w znacznej mierze dzięki temu, że ani USA, ani ZSRR nie były gotowe do bezpośredniego starcia. Konflikt był o krok od III wojny światowej. Nawet towarzysz Tito, lider ruchu państw niezaangażowanych w tym konflikcie, postanowił stanąć po stronie ZSRR, czyniąc tym srogi zawód amerykańskim strategom, których od wielu lat kokietował. Amerykanów rozczarowała również postawa krajów europejskich bardzo niechętnych wojowaniu. Ale i ZSRR nie był w doskonałej kondycji. Towarzysze syryjscy i egipscy cofali się przed wzmocnioną sprzętem i logistyką armią i to by się jeszcze dało przeżyć. Ale na towarzyszy syryjskich mógł natrzeć doskonale wyekwipowany w amerykańską broń Szach Iranu Reza Pachlawi. Klasyczny pat.

O tym kto wygrał, a kto przegrał, najlepiej świadczą granice. Izrael wycofał się z terytoriów zajętych po wojnie 6-cio dniowej. Ale ważniejsze jest co innego: stało się jasne, że kolejnej wojny, bez bezpośredniego zaangażowania USA już się wygrać nie da, a należało zakładać, że jeśli wojen było już tyle, zawsze może wybuchnąć kolejna. I wtedy właśnie podjęto najrozsądniejszą decyzję w historii tego konfliktu. Zadecydowano, że pokój należy kupić. W efekcie Anwar Sadat zmienił całkowicie front i jako główny przeciwnik Izraela stał się jego pierwszym arabskim stronnikiem, podpisując układ pokojowy uznający istnienie państwa Izrael. Dzięki temu błyskotliwemu posunięciu przez kilka dziesięcioleci Egipt ustawił się tuż za Izraelem jako biorca wszelkiej maści pomocy finansowej i wparcia wojskowego. I jakkolwiek w chłonności i jakości otrzymywanego sprzętu ze swoim dawnym wrogiem nie może się równać, to rzut oka na listę beneficjentów US Foreign Military Financing Programme nie pozostawia wątpliwości: Egipt Mubaraka plasował się wysoko, generałowie pewnie nie obsuną się niżej. Dlaczego? Choćby dlatego, że Egipt jest drugim po USA operatorem czołgów Abrams i posiada ich grubo ponad 1000. Oczywiście nie mają na pewno wszystkich najnowszych bajerów, a nie zdziwię się jeśli się okaże, że sprzedano je z jakimś zgrabnym wyłącznikiem systemów uzbrojenia dostarczonym do Tel Awiwu, ale… w dzisiejszych czasach takie rozwiązania nie są już pewne. Wybitni programiści są wszędzie.

Lokalne status quo finansuje Ameryka. Jak zabraknie jej pieniędzy, wydarzyć może się wszystko i tego chyba nie wzięto pod uwagę, eskalując sankcje.

Izrael posiada dzisiaj oficjalnie więcej głowic jądrowych niż Wielka Brytania, a tego jakim potencjałem dysponuje naprawdę na pewno się nie dowiemy. W trakcie II Wojny w Zatoce, mimo ochrony baterii Patriot, kilka Scudów uderzyło w Tel Awiw, co nawiasem mówiąc stanowiło pierwszy udany atak na stolicę w całej historii konfliktu żydowsko–arabskiego. Mimo paniki okazało się, że rakiety wyposażono w głowice konwencjonalne, a nie gazowe, czyli te, których się naprawdę obawiano. Wniosek był oczywisty: Saddam uderzał z bezsilności. Atakiem chemicznym wywołałby pewnie jądrowy odwet. Ale po raz kolejny okazało się, że technika jest zawodna. Miało nie przelecieć nic, a tu niespodzianka. Daje do myślenia.

Świat zbliża się do kolejnego pata, przy czym każda perturbacja związana z wydobyciem prowadzi do wzrostu ceny ropy. Jeśli ten wzrost okaże się trwały, po raz pierwszy w ujęciu globalnym zetkniemy się ze stagflacja. Rosnące ceny paliw oraz wszelkich innych w większości ropopochodnych komponentów gospodarczych muszą wywołać inflację, której przy tak rozchwianym systemie finansowym nie da się niczym zahamować, a wzrostu na skutek bankructwa polityki pobudzania długiem nie będzie czym pobudzać. Oczywiście w prasie mainstreamowej przeczytamy na pewno, że wyższe ceny przełożą się na spadek zużycia. I choć w pewnym stopniu tak jest, ów mechanizm kompensacyjny zawodzi w skali makro, ponieważ zarówno wydobycie, jak i konsumpcja ropy cały czas rośnie ponieważ wzrasta konsumpcja w Chinach i Indiach. I nawet jeśli OPEC to już „tylko” 40 a nie 50% wydobycia, nadal stanowi bardzo istotny element w grze. Przy okazji warto odnotować, że OPEC nigdy nie było jednorodne i dzieli się w zasadzie na dwie podgrupy: tj. kraje, które mają duże wydobycie i małe populacje (Arabia Saudyjska, Kuwejt, ZEA) oraz całą resztę, gdzie ropa jest elementem polityki państwowej. Co ciekawe, współpraca producentów ropy pojawia się w zasadzie wyłącznie wtedy, gdy cena ropy jest niska a nie wysoka. W odwrotnej sytuacji nikt się nie kwapi do współdziałania. Tym samym, czego by nie powiedzieć o obecnym para konflikcie, leży on w interesie wszystkich sprzedawców ropy. Najbardziej w interesie Rosji, która odradza się właśnie jako mocarstwo surowcowe, a w jednostkowym wydobyciu ropy zajmuje w zasadzie miejsce pierwsze ex equo z Arabią Saudyjską. Nic dziwnego, że nagle pojawiają się w Rosji ruchy anty-Putinowskie. Satrapa w kraju zadłużonym to jedno. W kraju, który coraz efektywniej prowadzi politykę broni surowcowych – to drugie. Na miejscu Władimira Ilicza Putina inwestowałbym w ochronę. Może się okazać, że „wola ludu” urodzi jakiegoś zamachowca. Choć w światowych mediach przystojny blogger z Rosji robi ostatnio karierę, każdy kto zna zapyziałe imperium wie jedno: ani wielikoj oktriabskoj, ani żadnej innej inicjatywy nie zorganizowała w tym kraju „ulica”.

Dzienne zużycie ropy zbliża się do 90 mln baryłek dziennie i dzieje się tak w świecie, który oszczędza energię, wydaje krocie na źródła odnawialne itp. Konsumentem nr 1 jest USA, główny odbiorca ropy z OPEC. Ten sam kraj jest sponsorem obecnego bliskowschodniego układu sił. Ze względów oczywistych w tym równaniu coś się obecnie nie zgadza. Jednocześnie owo równanie doskonale wyjaśnia dlaczego USA wybrały bezpośrednią interwencję w Iraku – kraju, którego udokumentowane złoża ropy plasują zaraz po Arabii Saudyjskiej i Iranie.

Amerykańska obecność w Iraku zakończyła się tak samo jak radziecka w Afganistanie. Obie miały na celu dobranie się do zasobów Iranu. I obie się nie udały.

Światowe larum o irańskim programie nuklearnym zaczyna się od ostrzeżenia Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, która ustami swego szefa Yukiya Amano ostrzegła świat, że Iran pracuje nad bombą. Na jakiej podstawie – tego już nikt się nie dowiedział, ale i nie było to interesujące. Podobnie jak to, że poprzedni szef tej instytucji Mohammed el Baradei wybrał się do Iraku tuż przed atakiem USA z misją ostatniej szansy i przywiózł informację, że… broni jądrowej tam nie ma. Za tę misję dostał Nagrodę Nobla; Irak – interwencję.

Świat wchodzi w erę, w której rządzić będą ci, którzy kontrolują strategiczne surowce. USA – żandarm świata, z eksportera stał się importerem kluczowych surowców. O tym, jak wielkie znaczenie ma uzależnienie od strategicznych dostaw, Departamentu Stanu przekonywać nie trzeba. Pamięta się tam doskonale, że jeszcze w latach osiemdziesiątych pszenicę z USA importował… Związek Radziecki. Tym samym ani Imperium, ani jego główny protegowany bez kontroli nad zasobami nie mogą istnieć. Oba kraje mają jednak problem, którego rozwiązać nie są w stanie. Iran można zbombardować, ale do jego kontrolowania potrzebna jest liczebna armia. A ta właśnie wycofała się z Iraku, którego i tak nie była w stanie kontrolować.

Nie wierzę, aby służby izraelskie nie posiadały doskonałej orientacji w tym komu się podoba, a komu nie podoba obecny układ rządzący w Teheranie. Warto pamiętać, że wszelkiej maści marsze niezadowolenia zaczęły się właśnie w Iranie od „zielonego protestu” wiosną 2009 stłumionego brutalnie przy biernej postawie świata.

Obstawiałbym, że USA liczą na przewrót w Iranie dokonujący się w tle „ratowania kraju” przed nieuchronną wojną. Nowe demokratyczne władze miłujące pokój przejmują stery państwa, Halliburton otrzymuje koncesje wydobywcze, świat oddycha z ulgą. Tyle, że ten bardzo sympatyczny scenariusz może się nie zrealizować, a wtedy przed stagflacją świata nie uchroni nic. Nie wierzę w solidarny wzrost wydobycia producentów ropy świadomie przeciwdziałających inflacyjnej presji ropy. Nie wierzę, ponieważ demokratyczna, etyczna Norwegia nie ma najmniejszej ochoty na obniżanie swoich zysków z ropy. Jak zatem wymagać takiej postawy od Kazachstanu czy Wenezueli?

I w tym momencie można by dojść do wniosku, że świat uzależni się od ropy znajdującej się w posiadaniu zaledwie kilkunastu państw. Otóż nie, ponieważ taki scenariusz od lat przewidywały Chiny. Dlatego też zaangażowały się finansowo w Angoli, Kongu i Sudanie. Tam ropę wydobywa się za chińskie pieniądze i w oparciu o chińskie inwestycje.

Uważam, że do żadnej wojny w regionie nie dojdzie, ponieważ USA na nią nie stać, a Izrael taktycznie nie może sobie poradzić z Hamasem i Hesbollahem toteż poza jądrowym uderzeniem niczego innego zrobić nie może. Na naszych oczach Ameryka dokonuje pokerowej zagrywki. Flota Rosji wypłynęła na Morze Śródziemne a dwa okręty złożyły oficjalną wizytę w Syrii – kraju, który z pomocy ZSRR korzystał długo i chętnie. Dzisiaj sowieckie dywizje powietrznodesantowe nie są w stanie dolecieć na wzgórza Golan w 12 godzin. Ale co się stanie, jeśli Teheran poprosi o pomoc Chiny? Jeśli na oficjalne zaproszenie w Teheranie wylądują samoloty wiozące chińską misję stabilizacyjną, świat się zmieni. Nie wiem czy Państwo Środka stać na takie zagranie, ale jeśli ma ochotę zadebiutować na mocarstwowej scenie, lepszej okazji nie będzie.

Bo Recep Erdogan nie zasypuje gruszek w popiele. Na pewno ma gdzieś w gabinecie starą mapę z której wynika niezbicie, że wszystkie kraje od Maroka po Iran to dawne Imperium Osmańskie. Tyle, że tereny podówczas w porównaniu z Europą mało atrakcyjne, dzisiaj są roponośne. Nie, premier Turcji na pewno Imperium nie wskrzesza. Ale budowa Unii Islamskiej? Już dzisiaj, dzięki Al Jazeerze Erdogan jest najbardziej popularnym politykiem islamskim, a o Turcji mówi się, że jest dla państw wyznawców proroka tym, czym Niemcy dla Europy. Z ropą w garści Turcja stałaby się dla Niemiec partnerem numer 1. Były już kiedyś takie czasy kiedy Zjednoczona Republika Arabska obejmowała dwa państwa Egipt i Syrię. Wszystko zależy od kalibru przywódcy i jego rozpoznawalności. Odrodzenie moralne braci w islamie. Nowy kalifat ankarski. Pięknie.

W 2011 Turcy wyprzedzili Chiny jako inwestor w regionie. Cóż, bliższa koszula ciału. Nie mam najmniejszych wątpliwości, komu islamscy bracia wolą przekazać koncesje wydobywcze i inne atrakcyjne frukata. A że islam ma swoje odcienie? Cóż. Europa też je kiedyś miała.

Cokolwiek się nie wydarzy, 2012 rok na bliskim wschodzie będzie miernikiem zmiany światowego status quo. Kto wygra tego jeszcze nie wiadomo choć wskazówką może być jedno ze słynnych powiedzeń Napoleona Bonaparte: „Zwycięstwo w ręku Boga, ale Bóg jest zwykle po stronie silniejszych batalionów”.

A o tym kto był silniejszy dowiemy się post factum:).

16 komentarzy

Stagflacja cz.1

Czyli o tym, że interesy małych państw wywoływały światowe wojny, Saddam był łosiem, a gospodarka światowa bez ropy już sobie nie poradzi.

Kiedy 22 września 1980 roku irackie czołgi przekraczały granicę Iranu wydawało się, że operacja pozbawiania ajatollahów ich roponośnego południa przebiegnie szybko i bezboleśnie. Chomeini nie zdołał jeszcze podporządkować sobie całego kraju, a armia była podzielona i rozpolitykowana. Co więcej, koncepcja republiki islamskiej – owej unikalnej hybrydy religijno-demokratycznej, w najmniejszym stopniu nie przypadła do gustu feudalnym władcom roponośnych państw. Więcej: urażona w swym majestacie Ameryka, wielki sponsor obalonego przez rewolucję Szacha Rezy Pachlawiego, życzliwym okiem popatrywała na zmierzające na wschód kolumny pancerne, a ich radziecka proweniencja nie obniżała satysfakcji Departamentu Stanu. Nic dziwnego, Saddam realizował podówczas politykę odpowiadającą prawie wszystkim w regionie.

Choć może się to wydawać dziwne, na przełomie lat 60 i 70-tych ulice w Bagdadzie, Damaszku, Kairze, Bejrucie czy Teheranie były znacznie bardziej laickie niż dzisiaj. Na ten egzotyczny z dzisiejszego punktu widzenia klimat miały wpływ całkowicie różne czynniki: z jednej strony umacnianie się wojskowych reżimów zasilanych przez ZSRR; z drugiej rosnąca zamożność eksporterów ropy. W obu przypadkach tyle, że z różnym natężeniem, rosło zapotrzebowanie na tanią siłę roboczą, a ta przybywała masowo z tradycyjnych i zachowawczych wsi. Recesja w drugiej połowie lat 70-tych najbardziej uderzyła właśnie w te warstwy. Tracący pracę i utrzymanie ludzie nie mieli dokąd pójść. W Europie Zachodniej taka grzybnia wydałaby masowe ruchy lewicowe. W rzeczywistości bliskowschodniej ów wrzący kapitał najefektywniej zagospodarowali działacze religijni. A w szczególności jeden z nich: Ruhollach Chomeini. Ów gruntownie wykształcony duchowny kumulował społeczną niechęć wobec coraz bardziej krwiożerczych rządów Szacha opisanych niezwykle plastycznie w słynnej książce Kapuścińskiego. Warto wiedzieć, że zmuszony do emigracji znalazł bezpieczną przystań… w Iraku. Co więcej: ojciec rewolucji islamskiej nie był jedynym orędownikiem zmian. Był jednak owych zmian orędownikiem najbardziej znanym. Co ciekawe, ów zadeklarowany przeciwnik rozmaitej maści szatańskich wynalazków zdobył ogromną popularność dzięki… kasecie magnetofonowej. To błyskotliwe posunięcie zapewniło Chomeiniemu rząd dusz, ale nie dało władzy. Ta przyszła w sposób dla rewolucji naturalny. W chwili, gdy upadek szacha był już pewny, zdradziło go własne zaplecze i zgrabnie zaproponowało współrządzenie Chomeiniemu. Traf chciał, że ów stary i sprawdzony polityczny manewr tym razem nie zaskoczył. Chomeini nie był bowiem zainteresowany samym rządzeniem tylko głęboką moralną rewolucją. Istnieje zresztą cały szereg domysłów czym Chomeini był zainteresowany i przez kogo inspirowany, ale to już zupełnie inna sprawa.  Przez pewien czas w Iranie zapanowała dwuwładza, choć zastosowanie taktyki sprawdzonej w praktyce przez towarzysza Lenina zapewniło ostatecznie zwycięstwo Chomeiniemu. Mnożące się jak grzyby po deszczu Trybunały Ludowe i rosnąca w siłę Gwardia rewolucyjna stały się w krótkim czasie solidnym instrumentem rządzenia. Jak łatwo sobie wyobrazić miecz rewolucji skierował się w pierwszej kolejności przeciw funkcjonariuszom ancient regime’u a w tej liczbie wyższym wojskowym. Trudno się zatem dziwić, że spodziewano się łatwej kampanii. Rozchwiany kraj, armia pozbawiona wyższego dowództwa i rzut beretem za granicą – roponośna prowincja zamieszkała przez braci Arabów marginalizowanych w perskim Iranie. Bułka z masłem. Na dodatek Chomeini otwarcie wspierał bojówki i agitował za rewolucją islamską w Iraku. Zamachowcy dosięgli, choć nie zabili, Tarik Aziza – irackiego ministra spraw zagranicznych.  Powodów do wojny nie brakowało.

Okazało się jednak, że nic tak nie cementuje rewolucji jak wróg zewnętrzny. Od pierwszych dni walki wszystko szło źle: lotnictwo irackie nie zdołało uziemić irańskich sił powietrznych, arabscy bracia pozostali lojalni wobec Iranu, a opór tężał z każdym kilometrem. Im wolniej nacierały irackie wojska, tym głośniej świat domagał się zawieszenia broni. I kto wie, co byłoby dalej, gdyby nie brak doświadczonych dowódców irańskiej armii. Wielkie natarcie pancerne, które mogło zniszczyć całą ówczesną iracką armię, o mały włos nie skończyło się dokładnie odwrotnie. Irańczycy zafundowali sobie swój mały kocioł Falais, tyle że niskie morale irackich żołnierzy nie pozwoliło im podobnie wykorzystać normandzkiego wzorca. Obie strony wyciągnęły wnioski. Chomeini (ponownie wzorem Lenina) nakazał zmobilizowanie „białych” oficerów. Saddam zorientował się, że bez wsparcia tej wojny wygrać nie może.

Przyspieszona mobilizacja zapewniła co prawda napływ rekrutów na linię frontu, ale efekty były marne. Irak się cofał. Już po roku wojny Iran przejął inicjatywę. Gniewne pomruki świata zamieniły się w sankcje. Saddam zaproponował rozejm. Odpowiedzią Chomeiniego było słynne zdanie: „Droga rewolucji do Jerozolimy prowadzi przez Karbale”. Zrobiło się niefajnie. Trudno w tym miejscu nie przypomnieć epizodu jaki wydarzył się w pierwszych tygodniach hiszpańskiej wojny domowej. Jak wiadomo, główną siłę zbrojną faszystów stanowiły jednostki Franco, przerzucone pierwszym mostem powietrznym w historii. Co ciekawe, nie wszystkie Ju52 dostarczone przez Hitlera dotarły do Maroka samodzielnie. Większość załadowano na statki. A te, niedaleko wybrzeża Afryki, zauważył największy okręt republikańskiej floty pancernik Jaime I. Tyle, że pozbawiony dowództwa wymordowanego przez towarzyszy marynarzy nie był w stanie ani zatopić ostrzałem artyleryjskim, ani też doścignąć szybszych jednostek transportowych.

Saudowie i Kuwejt ponownie sypnęli petrodolarami, ZSRR dostarczył nowe czołgi a Francuzi rakiety Exocett. Najistotniejsza była jednak broń chemiczna. Na atakujące z furią irackie oddziały najlepiej działał gaz musztardowy. Głowice bojowe dostarczyła między innymi Hiszpania. Mimo przewagi w sprzęcie Irak cofał się coraz bardziej. Front jako żywo przypominał czasy I WŚ z tą różnicą, że gaz bojowy stosowany był na znacznie większą skalę. I choć Henry Kissinger, portretując stosunek administracji USA do konfliktu powiedział kiedyś „największym problemem wojny iracko-irańskiej jest to, że oba kraje nie mogą jej przegrać”, to w 1984 roku zanosiło się na to, że wygranym będzie Iran. Szariat zbliżał się do Bagdadu wielkimi krokami.

Wojska Saddama nie radziły sobie z przeciwnikiem. Do historii tej wojny przeszły irańskie „brygady rozminowania” złożone z chłopców torujących własnymi ciałami  drogę nacierającej za nimi piechocie, która falami atakowała umocnione irackie pozycje.  Potencjał ludnościowy rozstrzygał na korzyść Iranu.

W czasie tych zmagań przez cieśninę Ormuz w miarę spokojnie sunęły sobie tankowce. Teoretycznie tak być powinno, bo choć jeden ze szlaków prowadzi po wodach terytorialnych Iranu, to zgodnie z prawem morskim każdy statek ma tam prawo drogi. Poza tym wojnę trzeba finansować, więc ropa musi płynąć. I płynie; aż do kwietnia 1984 roku, kiedy to Irak zatopi tankowiec należący do Iranu rozpoczynając tym drugi etap wojny nazywany później „wojną tankowców”. Od tego momentu konflikt nabiera znacznie szerszego wymiaru, a stawką w grze staje się interes państw położonych znacznie dalej niż zasięg rakietowy. Według Lloyds, w okresie wojny zatopiono i uszkodzono ponad 400 statków. Nic dziwnego, że Kuwejt i Arabia Saudyjska poprosiły o ochronę swoich statków. W 1987 roku w roli eskorty pływały solidarnie okręty wojenne ZSRR i USA. Sprawa nie była błaha. O ile ropę transportować można również rurociągami, to siłą rzeczy przebiegają one przez terytoria obcych państw. Przekonali się o tym boleśnie Irakijczycy w 1982 roku, kiedy to sympatyzująca z Iranem Syria zablokowała im rurociąg.

W 1988 roku oba państwa są już skrajnie wycieńczone. Najgorliwsi bojownicy irańscy są już najczęściej poległymi bohaterami, a reżim zaczyna mieć kłopoty w związku z brakiem rozstrzygnięcia. Co gorsza okręty USA zaczynają atakować irańskie cele i to bez wypowiedzenia wojny. Punktem kulminacyjnym jest zestrzelenie cywilnego irańskiego Airbusa. Ginie 220 osób (w tym 66 dzieci), a w Teheranie staje się jasne, że w stosunkach z USA pojawia się nowa jakość. Po latach amerykańscy dziennikarze śledczy nie będą mieli wątpliwości jak zakwalifikować ten „incydent”. Iran Air 655 był zwykłym czarterem cywilnym. Słyszała go kontrola lotów na kilku lotniskach. Amerykanie nie usłyszeli…

Krążownik USS Vincennes – okręt, który zestrzelił cywilny samolot pasażerski, pełni służbę w cieśninie Ormuz. Choć dwa przeciwległe brzegi przesmyku dzieli zaledwie 54 kilometry to faktyczny tor wodny ma zaledwie 10 km. Co więcej tor podzielony jest na 3 osobne szlaki komunikacyjne: jeden w kierunku Zatoki Perskiej, jeden w kierunku Adeńskiej i rozdzielający je techniczny. Zastanawiając się na tymi wymiarami warto zauważyć, że współczesne supertankowce często przekraczają 400m długości i 60m szerokości. Dla lepszego porównania: w najwęższym punkcie cieśniny gibraltarskiej Afrykę od Europy dzieli zaledwie 14 km. Jeszcze w latach 70-tych artyleria fortecy owąż cieśninę dosłownie korkowała.

W mediach znajdujemy informację, że pomysły Iranu z blokowaniem cieśniny są niedorzeczne, ponieważ V flota zmiecie każdego morskiego przeciwnika. Cóż, sytuacja dzisiaj i w 1988 roku nie jest taka sama. Okręty nawodne nie są niezbędne do blokowania Zatoki. Znacznie większe znaczenie ma broń rakietowa. Przy okazji warto wspomnieć, że we współczesnych działaniach morskich wielkie znaczenie ma ręczna broń przeciwpancerna. Owi piraci, na których w Zatoce Adeńskiej V flota poluje już od lat, za pomocą granatników RPG są w stanie skutecznie terroryzować spore jednostki. Rakiety, które ostatnio przetestował Iran mają skuteczny zasięg 200km. Oznacza to możliwość odpalania ich z wnętrza kraju,+ a nie tylko wybrzeża.

Ale wyobraźmy sobie coś znacznie bardziej spektakularnego. Na wody zatoki wypływają małe łodzie wypełnione uzbrojonymi w RPG bojownikami. Łodzie mogą być małe, ale gotowych na śmierć bojowników są setki. Bardzo jestem ciekaw, jak amerykańscy wyborcy odebraliby szatkowanie tych młodzieńców na ekranach swoich telewizorów. A Europejczycy? Nie wspominam o islamskich masach informowanych online przez Al. Jazeerę. Masakra dziesiątek bojowników z miejsca awansowałaby do rangi najważniejszych symboli muzułmańskiego męczeństwa, replikowana w milionach telefonów komórkowych z pewnością wpłynęłaby na postawy i to nie tylko w świecie arabskim podobnie jak masakra w My Lai nie dotyczyła tylko Wietnamu i USA.

A są przecież jeszcze tak trywialne metody, jak na przykład minowanie. Ciekawym przykładem jest tu zablokowanie zatoki Haipong przez w 1972 roku w trakcie wojny wietnamskiej. Mimo użycia zaledwie 40 min zatoka była całkowicie zamknięta aż…. Amerykanie rozminowali ją sami realizując postanowienia zawieszenia broni.

11 komentarzy

Martwi, cisi, dochodowi

Czyli o tym, że ofiara ma jednak swoją cenę a ofiarami mogą stać się Ci którzy sobie taką rolę na zimno przekalkulowali.

Narodowe flagi łopoczą zazwyczaj długo po tym, gdy telewizyjne światła zgasną, a ziemia litościwie przyjmie truchło bohaterów  przygniecione granitem społecznej pamięci. Oficjalny spektakl współczucia dla tych którzy „złożyli największą ofiarę”, „poświecili to co mieli najcenniejszego” czy też „ nauczyli nas czegoś ważnego” trwa znacznie krócej niż żywot eterycznych kwiatów na masywnych pamiątkowych wieńcach. Polityka osobliwie uwielbia żegnać zmarłych w świętej sprawie. Wydaje się bowiem, że empatia nad grobami  piętrzy słupki notowań nawet, gdy cisi bohaterowie pieczętują krwią koniunkturalne decyzje. Ot osobliwa dezynwoltura elit w epoce prymatu oglądalności nad polityczną treścią. Medialna kulminacja bólu ma się jednak nijak do niepewnego jutra rodzin ofiar. To one właśnie zderzą się niebawem z państwem, które zaprzysięgając słowami setki zobowiązań, narodowym środkiem płatniczym uregulować ich zazwyczaj nie chce. Pustka w sercu i pustka w szkatule boli. Pytanie co bardziej.

Praktycznej odpowiedzi na to niezwykle trudne pytanie udziela historia najbardziej medialnego zamachu świata. Obraz samolotów uderzających w wierze WTC na zawsze wejdzie do kanonu obrazkowej komunikacji, zyskując jedno z najwyższych, jeśli nie najwyższe miejsce. Do masowej wyobraźni nie trafia jednak los ofiar i to zarówno poległych w trakcie samego ataku, jak i cierpiących zarówno bezpośrednio, jak i pośrednio w jego wyniku. Za oceanem, ów temat jest znacznie bardziej żywy, ale i tam w niebezpieczny sposób koliduje ze sloganem – pieczęcią strefy zero. „Forever changed. Forever connected” nie brzmi już tak jak wtedy, gdy walka z terrorem wydawała się obowiązkiem każdego Amerykanina. Warto w tym miejscu zauważyć, że jeszcze w 2000 roku USA zanotowały rekordową nadwyżkę budżetową w wysokości 223 mld USD. Co więcej sytuacja była na tyle optymistyczna, że biuro budżetowe Kongresu spodziewało się, że do 2008 Ameryka spłaci swoje zadłużenie w całości! Tym samym krucjata, którą z dumą ogłaszał wśród łopoczących flag prezydent Bush, poległych nie wskrzesiła a żywych skazała na ruinę. W symbolicznym, 10 tym roku od ataku, na ulicach amerykańskich miast nie brakuje bezdomnych weteranów w mundurach. Nie brakuje świeżych nagrobków na wojskowych cmentarzach. Różnica jest jednak jedna: tylko WTC miało swoją ustawę pomocową i specjalne środki.

O wielkości udzielonych odszkodowań krążyły i krążą legendy. I tak, ponad 10 mld USD to wypłaty „od utraty zysku” drugie tyle to odszkodowania za zniszczone mienie (w tym 5,5 mld w samych wieżach) odszkodowanie dla właścicieli wież 3,6 mld USD oraz odszkodowanie za utracone przychody z najmu to ca 1 mld USD. Wobec tych kwot 6 mld  wypłat ubezpieczeń za utratę zdrowia i życia nie wypada specjalnie blado. A do tych kwot należy przecież doliczyć środki federalne.

Warto zauważyć, że mityczna amerykańska solidarność wobec tragedii nie była tak oczywista dla firm ubezpieczeniowych. Wojna o pieniądze rozpoczęła się już w drugim dniu wojny z terroryzmem. Ubezpieczyciele zaatakowali Westerplatte definicji. Ponieważ prezydent Bush gromko wypowiedział terrorystom „wojnę”, towarzystwa ubezpieczeniowe uznały, że atak na WTC to akt wojny, który z natury rzeczy ubezpieczeniem nie jest objęty. Sprawa była na tyle poważna, że komisja kongresu USA w specjalnym stanowisku przedstawionym Narodowemu Stowarzyszeniu Nadzorów Ubezpieczeniowych wyjaśniała, że „akt wojny” był tylko retorycznym zwrotem użytym przez prezydenta i nie ma oparcia w jakimkolwiek akcie dyplomatyczno-prawnym. 11 września 2001 dialektykę marksistowską na gruncie rujnowania świata i jego zasad całkowicie zdetronizowała dialektyka terrorystyczna.

Wydawać by się mogło, że kwestia zadośćuczynienia za śmierć lub kalectwo nabyte w związku z atakiem na WTC to sprawa oczywista. O tym, że jest wręcz przeciwnie przekonuje choćby doskonały artykuł w jednym z ostatnich FT. Otóż we wrześniu 2001, Jordana Baldwin  fotografowała masowo rozlepiane podówczas w NYC plakaty ze zdjęciami zaginionych. Na tych domowej roboty plakatach widniało zazwyczaj zdjęcie wraz z miejscem pracy poszukiwanego i danymi do kontaktu. W okolicach 10-lecia, artystka wydobyła je z piwnicy i przekazała  dziennikarce. Ta postanowiła prześledzić losy kilku z nich. Zdjęcie nad tekstem wskrzesza poszukiwanych z 2001 roku: Terry Gazzani zatrudniony w Canter&Fitzgerald na 104 piętrze, Lukas Milewski pracujący dla Forte Food Service na 101 i Uhuru „gonja” Houston funkcjonariusz portowej policji.

Dobór był być może przypadkowy, ale w praktyce odzwierciedlił sposób dystrybucji świadczeń związanych z atakiem na WTC. Rodzice początkującego finansisty którego śmierć zastała na 104 piętrze WFC cierpią do dzisiaj po utracie syna.  Na tyle, że Pan Gazzani nadal nie pracuje. Nie pracuje, ponieważ nie musi. Pozwala na to sowite odszkodowanie wynoszące około 2 mln USD. Dodajmy, że mowa tu o odszkodowaniu federalnym wyliczonym w oparciu o prognozowane zarobki nieboszczyka. Każdy, kto z tej opcji skorzystał, rezygnował wieczyście z jakichkolwiek roszczeń wobec kogokolwiek, a przede wszystkim  linii lotniczych których  proceduralne niedopatrzenia doprowadziły przecież do tej katastrofy. Najwięksi finansowi beneficjenci tej tragedii skorzystali z miksu dobrych polis na życie i pomocy federalnej. Kwoty  były nierzadko na tyle znaczne, aby skutecznie podzielić rodziny. Proces ten doskonale odzwierciedla przypadek żony i siostry porucznika Uhuru Houstona. Sowite odszkodowanie zainkasowała żona, która ucieka jak może najdalej od traumy 9/11, a w ucieczce tej zdążyła już zabrnąć w nowy związek, w którym do dwójki sierot po poruczniku dołączyło kolejne dziecko z nowym partnerem. Powyższe oczywiście niebywale irytuje siostrę nieboszczyka, która pamięć po zmarłym wciąż kultywuje i na tej właśnie podstawie domaga się odszkodowania twierdząc, że to właśnie jej życie umarło pod gruzami WTC. Owo przykre położenie utrudnia świadomość, że szwagierka mieszka w luksusowym apartamencie na Manhattanie, posiada nie mniej luksusowe auto a na dodatek zafundowała własnej matce Mercedesa i wygodne mieszkanie. Wszystko to z odszkodowań za porucznika Houstona. Jak trudno to znosić uświadomimy sobie lepiej wiedząc, że siostra porucznika jest dzisiaj bezdomna.

Ciekawe, że dziennikarskie śledztwo nie poszło tropem nie mniej martwego Lukasa Milewskiego. Być może nie udało się dotrzeć do jego krewnych, być może nie chcieli z dziennikarką rozmawiać. Być może. Ale bardziej prawdopodobne wydaje mi się to, że Lukas pracował na 101 piętrze na czarno albo na pół czarno. Ilu ludzi o niejasnym statusie było tego dnia w budynku? Czy ich życie znalazło jakiekolwiek zadośćuczynienie w takiej czy innej kwocie amerykańskich dolarów? Tego się najpewniej nie dowiemy. Wiemy jednak, że w dziesięć lat po najbardziej medialnym zamachu świata, więcej emocji budzą związane z nim pieniądze niż ówczesny polityczny manifest mitycznego już Ben Ladena.

O popularność tej kwestii dba WTC Capitive Insurance Company, firma powołana przez miasto Nowy Jork wyłącznie po to, aby udzielić wsparcia bezpośrednim i pośrednim ofiarom zamachu. Organizacja wsparta niebagatelną kwotą 1 mld USD z funduszy federalnych  zasłynęła przede wszystkim tym że w ciągu 6 lat działalności zapłaciła 100 mln USD wszelkiej maści opłat prawnych podczas na same odszkodowania wydała zaledwie 320 tysięcy USD. Ta interesująca proporcja to najlepszy bodaj przykład administracyjnej efektywności w dystrybucji odszkodowań. Przykład w samym USA na tyle szokujący, że w wyniku zbiorowego powództwa wobec tej organizacji zawarto przez manhattańskim sądem porozumienie pomiędzy poszkodowanymi a ubezpieczycielem. Co ciekawe, w trakcie sądowego postępowania sędzia Hellerstein zadecydował o zwiększeniu planowanego odszkodowania z 657 do 712 mln USD uznając, że pierwotna kwota jest zbyt mała. Ale ten wyrok to za pewne dopiero pierwsza odsłona i na pewno nie ostatni akord wojny prawnej która toczy się praktycznie nieprzerwanie od 11 wrześnie 2001. Wojny, w której jak w każdej innej chodzi o pieniądze a linie frontu przebiegają przez rodzinne pozycje.  A ilość potencjalnych beneficjentów pomocy ciągle rośnie. O odszkodowania ubiegają się nie tylko bezpośredni uczestnicy wydarzeń ale również ich rodziny. Chocholi taniec z pieniędzmi w tle toczy się na tak wielu pakietach, że aż trudno je wszystkie śledzić. Sądzą się wdowy po ofiarach zamachu z rodzinami tychże ofiar, sąsiedzi pracowników akcji ratunkowej twierdzący, że nabawili się schorzeń w drodze wtórnego skażenia, a nawet telewidzowie ówczesnych relacji live twierdzący, że tamto wydarzenie zrujnowało ich życie. Jedni nie mają gdzie mieszkać, inni kupują sobie mercedesy z lukratywnych odszkodowań. Jedni pamiętają i czczą pamięć ofiar, podczas gdy inny układają sobie życie na nowo.

The 9/11 compensation fund wypłacił rodzinom ofiar zamachów nieco ponad 7 mld USD co dawało średnią 1,8 mln USD na ofiarę. Podobny w nazwie September 11th fund nie był już tak imponujący ale w oparciu o prywatnych donatorów zebrał 534 mln USD i rozdysponował 528 mln USD na 559 grantów co daje średnio 1 mln USD na grant. Opisywany wyżej WTC CIC wypłaci 712 mln tym, którzy zmarli lub doznali uszczerbku zdrowia w związku z jakąkolwiek pracą przy usuwaniu skutków ataku, a nie byli od takich okoliczności ubezpieczeni.

Zwieńczeniem tych wysiłków, jest kolejny James Zadroga 9/11 Health and Compensation Act. Świeżutki podpisany przez Obamę 2 stycznia 2011 roku. Kolejne 7 mld USD trafi do tych których zdrowie i życie doznało uszczerbku w związku z atakiem na WTC. Czy zasadnie? James Zadroga zapisał się złotymi zgłoskami jako jeden z uczestników akcji ratunkowej. Efektem 450 godzin spędzonych w strefie zero miała być poważna choroba płuc uniemożliwiająca oddychanie. Z tego tytułu, w 2004 roku otrzymał 1 mln USD zasiłku kompensacyjnego i odszedł z pracy w NYPD. W 2006 roku zmarł w aureoli czczonego bohatera. Problemy zaczęły się, gdy jego ciało poddano sekcji. I tu pojawiły się wątpliwości: według jednych obecność substancji toksycznych z WTC była oczywista. Wedle drugich oczywista była narkomania oficera. Skandal uciszyła rozstrzygająca sekcja głównego patologa NY State Police. Zgodnie z nią, płuca Zadrogi wypełniały pozostałości gazów z WTC.

James Zadroga miał żonę o imienu Rhonda. Zmarła w 2003 roku. W jej przypadku nie było wątpliwości. Koroner stwierdził liczne nakłucia i obecności rozlicznych narkotyków oraz ….. metadonu. Substancji powszechnie stosowanej w leczeniu uzależnień.

Miłośników czytania w formie „nieelektroniczniej” zapraszam do październikowego numeru magazynu „MaleMEN”.

2 komentarze

HONG KONG

Czyli o tym, że koncesjonowany obrót narkotykami jest lepszy niż kontrabanda, mniejszości wyznaniowe mają swoje specjały a fetysz konsumpcji ma się dobrze.

Jak donosiły kiedyś media, władze chińskie w celu zwiększenia dochodów skarbu państwa zadecydowały o koncesjonowaniu obrotów importowo-exportowych w kilku kontrolowanych przez państwo przedsiębiorstwach. Co zrozumiałe, krok ten nie spodobał się absolutnie przedstawicielom kręgów gospodarczych Anglii i Francji, którzy przed wprowadzeniem tej decyzji w życie, prowadzili de facto wymianę barterową w sposób oczywisty drenując kieszenie chińskich nabywców.

Brzmi współcześnie prawda? Tyle, że działo się 171 lat temu. Rządząca podówczas Chinami dynastia Quing zdała sobie sprawę jak wymiana barterowa niszczy lokalny potencjał gospodarczy i wprowadziła nakaz płatności za nabywane w Chinach dobra (herbata, jedwab, ryż) wyłącznie srebrem. Tym samym rabunkowa gospodarka (parytet wymiany: ryż – broń palna, ustalała arbitralnie kompania wschodnioindyjska) nie mogła już być kontynuowana. Co więcej, obowiązek opłat srebrem wywoływał ujednolicenie cen! Czemu to ważne? Ponieważ ceny różnych dóbr wyrażone w kruszcu są uniwersalne czyli np. 1 pocisk = 200 kg ryżu = 20 kg herbaty, ponieważ produkty wyrażone cenami wzajemnie się indeksują. W przypadku barteru wszystko zależy od tego kto dysponuje dobrem najbardziej poszukiwanym i tym samym może się okazać, że 1 pocisk = 200 kg ryżu, ale w innej transakcji = 35 kg herbaty. Dlatego właśnie obowiązek uiszczania cen kruszcem tak się kompanii nie podobał. Etyczny świat zachodu znalazł jednak doskonałe rozwiązanie: jako towar na rynku chińskim pojawiło się opium! No i wybuchła bomba. Opium produkowane bardzo tanio w Indiach zyskiwało bardzo wysokie ceny w szybko uzależniających się Chinach. Interes szedł doskonale, a zyski kompanii i jej kupców skutecznie pogarszały bilans wymiany zagranicznej cesarskich Chin. Dlaczego? Ponieważ za  towary chińskie płacono jeszcze mniej! Opium stało się rodzajem waluty, której wartość ustalali arbitralnie głównie brytyjscy importerzy. Taka sytuacja nie mogła długo się utrzymać. Eksplozja kontrabandy zaskoczyła wszystkich i przybrała taką skalę, że cesarscy urzędnicy zaatakowali brytyjskie faktorie niszcząc zgromadzone tam zapasy narkotyku. Historia milczy o tym, czy była to samodzielna decyzja cesarstwa. Faktem jest, że niezwłocznie po tym incydencie Anglia przystąpiła do odwetowych działań wojennych. Po szybkim i skutecznym desancie zmusiła cesarstwo do kapitulacji.

Traktat nankiński, który zwieńczył ową wojnę opiumową (która miała przejść do historii jako Pierwsza), przyznawał zachodnim kupcom cały szereg przywilejów, które streścić można prosto: cesarstwo chińskie traciło praktycznie jakikolwiek wpływ na handel na swoim własnym terytorium. Owo obezwładnienie gospodarcze sięgało tak daleko, że jeden z najważniejszych ówczesnych portów (Hong Kong) traktat przyznawał Anglii „po wsze czasy”. Co prawda, już niebawem okazało się, że ta wieczność to 99 lat, ale… jako nabywcy mieszkań na gruntach w dzierżawie wieczystej podobnie wiecznie je przecież traktujemy.

Kiedy z ulgą wkroczyłem w duszny poranek uświadomiłem sobie jak inny jest dzisiejszy Hong Kong od tego, który zobaczyłem po raz pierwszy w 1996 roku. Ówczesne lotnisko zapewniało przybyszom emocje nie mniejsze niż Gibraltar, na zatoce kołysały się dżonki a kolonialny klimat unosił się nad każdym zaułkiem. Co prawda były to już ostatnie chwile brytyjskiego panowania, ale i tak miasto miało klimat doskonale przypominający filmy z Bondem z lat 70-tych. Z nostalgią zrezygnowanych Brytyjczyków, żegnających swój lepszy świat, doskonale kontrastowali operatywni przedstawiciele niemieckiego biznesu skwapliwie zajmujący pozycje oddawane przez Angoli praktycznie bez walki. Można było odnieść wrażenie, że lata obecności w tym regionie poświęcono na zupełnie inne zadania niż budowa mocnego przyczółka gospodarczego za to z lubością oddawano się dominacji.

Choć kolonialny klimat wyparował już dawno, to za każdym razem, kiedy pojawiam się w tym mieście, zdumiewa mnie kolejny postęp specyficznej honkgongizacji. Ta niezwykła aglomeracja zdaje się implementować bardzo specyficzną mieszaninę w ramach budowania swojej konsumpcyjnej tożsamości. Japońscy na zewnątrz i europejscy wewnątrz tracą swój oryginalny ryt kulturowy bez najdrobniejszej wątpliwości. Okazja do obcowania z pokoleniem dwudziestolatków z zamożnych rodzin, które zbudowały swój dobrobyt na „you send sample, we copy and we copy good” udowodniła mi ostatecznie, że takie podejście to celowa ucieczka od tych ekonomicznych pierwocin, które nie są powodem do chluby na amerykańskich zazwyczaj uniwersytetach. Ponieważ Kraj Kwitnącej Wiśni w tutejszych „Żółtych” odnajduje raczej niewolników niż braci, pełnej braku identyfikacji z tamtejszą tożsamością również nie można się dziwić. Z tych mniej więcej powodów powstaje kulturowo-konsumpcyjna mieszanka, która wielu, choć nie wszystkim, koncernom zapewni kokosy na tym gigantycznym rynku. Ale uważny obserwator zauważy, że w popkulturze biały pojawia się dość często. Nieodmiennie w roli mniej lub bardziej ruganego sługi żółtego człowieka. Kompleks?

Zadumałem się rujnując koncentrację nad meritum tej wyprawy. Błąd, bo rozmówcy nie byle jacy a materia niezwykle perspektywiczna. 12 godzin lotu ma jednak swoje prawa, których kofeina łatwo nie zakłóci. Mimo zmęczenia usiłuję śledzić kolejne zestawienia i statystyczne dane, z których wynika niezbicie, że na interesującym nas odcinku jest dobrze a będzie jeszcze lepiej. I choć byłem tu kilka razy, to dopiero teraz dociera do  mnie to, co jest prawdziwą sprężyną tych przemian: to konsumpcja, która coraz bardziej odciska swoje piętno na społeczeństwach, które jeszcze niedawno miały tylko pracować i zaradnie walczyć o rynki zbytu. Choć Chińczycy z Hong Kongu znacznie wcześniej niż ich kontynentalni pobratymcy poczuli moc swoich pieniędzy, to dopiero Niagara kupujących z SHENZEN nadała tutejszej konsumpcji właściwą masę krytyczną. Masę, która w przypadku wielkich marek przybiera formę zakupoholizmu o niespotykanych gdzie indziej rozmiarach. Dla przykładu: z zielonego autobusu na zdjęciu poniżej wysiadła grupa niepozornych chińskich biznesmenów i uformowała zgrabną 70-cio osobową kolejkę przed sklepem Cartier. Następnie każdy z panów nabył zegarek plus drobiazg dla kobiety za bagatela 10k EUR. Lub więcej.

Hong Kong - Rafał BauerW tej scenie nie ma w zasadzie nic dziwnego. W kolejkach stoi się przed wejściem do każdego markowego sklepu i to nie w trakcie przeceny, ale również w trakcie regularnej sprzedaży. Co więcej, oczekujący w kolejce zazwyczaj coś kupują. Chińczycy są praktyczni, gdyby mieli nie kupować po prostu by nie stali. Na wejście do jednego z popularnych domów towarowych trzeba poczekać dobrych kilkanaście minut. Ale już znacznie dłużej panie poczekają w kolejce do toalety. Kiedy grymasiłem jako 12 do pisuaru, mój lokalny partner zareagował wyrzutem. Byłem zaledwie 12! Istotnie, dwie godziny później w weekendowym szczycie zakupowym kolejka kończyła się na głównym hallu co oznaczałoby dla mnie zajęcie co najmniej 36 pozycji!

I kiedy już miałem założyć, że lokalna kultura poddała się całkowicie fetyszowi konsumpcji, a światowe marki zagarnęły praktycznie cały detaliczny rynek, najnormalniej w świecie rozbolała mnie głowa. Mniejsza o to czy od powagi konkluzji czy z braku snu dość, że wyraziłem chęć natychmiastowego zażycia pain killera. Jakież było moje zdziwienie, gdy skierowaliśmy się do lekarza?Hong Kong - Rafał Bauer

Dżentelmen widoczny na zdjęciu jest właśnie w trakcie badania pacjentki. Dodam, że po zbadaniu pulsu na prawym i lewym przegubie domagał się jeszcze pokazania języka po czym w skupieniu wpatrywał się w oczy pacjenta. Dalej było już tylko wypisanie recepty i oczekiwanie na medykament przygotowywany na miejscu. Doraźny szykowano w kilkanaście minut. Po poważniejsze mikstury należało się stawić za kilka godzin. Jak się niebawem przekonałem, medyk cieszył się sporą popularnością. W gustownej poczekalni z widokiem na zasoby lecznicze.

Hong Kong - Rafał BauerTłoczyli się pogodni na ogół pacjenci często wraz z latoroślami. Połknąłem swoją miksturę i… dość upierdliwy ból głowy zdumiewająco szybko przeminął. Well, są koncerny, które raczej potęgi tutaj nie zbudują. Producentom leków OTC póki co musi wystarczyć USA i Europa gdzie starzejące się społeczeństwa ustanawiają kolejne rekordy lekomanii. Na wynos otrzymałem kolejną miksturę. Miała złagodzić skutki jet lagu. Zażyłem przed wyjściem na kolację. Nagły przypływ optymizmu przypomniał mi działanie nieco innych substancji, tym chętniej udałem się na podbój tak optymistycznie rozpoczętego wieczoru. Wsparcie jako żywo się przydało, ponieważ celem wieczoru była najsłynniejsza w Hong Kongu knajpa, w której serwuje się… gęsi. Oto one:

Rafał Bauer - Hong Kong

Zaprezentowane z marszu konsumentom nieprzygotowanym mogą się wydawać nieco kulturowo obce. Nadwiślańskie pochodzenie wyposażyło mnie w bliższą znajomość z drobiem po skalpowaniu toteż zanurzyłem się w konsumpcję bez lęku i obaw. Ba, z obrazem pani Zdzisi z bazarku pod Halą Mirowską, która w nieustającej ofercie miała właśnie drób. Zadumałem się nieco nad tym skądinąd ciekawym wspomnieniem, bo przypomniałem sobie równocześnie wyszynk pana Mieczysława oferujący rosół i inne specjały niemalże vis a vis skalpującej kuraki Zdzisławy. Balansując na śliskiej podłodze kroczyłem do stolika. Kiedy już miałem przyjąć, że brak właściwego kontaktu z podłożem to także jeden z efektów zażytego specyfiku, w gwar konsumpcji wdarł się charkotliwy ryk. Mimo solidnego fikołka, pan o aparycji niemieckiego bahnszutza powstał ze śmiechem z podłogi i ponownie zajął swoje miejsce przy suto zastawionym stoliku. Jakby widząc mój pytający wzrok, funkcyjny na mojej sali nie znoszącym sprzeciwu gestem wskazał, abym podążył za nim. Zbadawszy czy bateria w telefonie pozwoli mi utrzymać kontakt ze światem bardziej realnym niż ten wokół mnie ruszyłem w czeluści. A tam…

Hong Kong

Wyleniały samuraj w efektownych gumowcach koloru ecru metodycznie preparował gąski. Owa unikalna technologia, dzięki której wzmiankowane dosłownie roztapiały się na podniebieniu, polegała zasadniczo na tym, że w widocznych na zdjęciu kadziach gąski gotowano w całości! No no, kadzie pokrywał na oko dwustuletni osad sadzy, jeśli substancje smakowe w ich wnętrzu kumulowano równie długo… ten tok myślenia wytrącał mnie nieco z pogodnego nastroju toteż wycofałem się zgrabnym slalomem do swojego stoliczka upewniony, że swing to efekt stuletniego oleju na podłodze a nie zioła czy innych opiatów w krwi obiegu. Kiedy w stanie kulinarnego orgazmu opuszczałem gościnne podwoje:

Hong Kong

Uprzejmie zagadnięty przez gospodarza dowiedziałem się, iż przybytek ten prowadzą unikalni, ale występujących w Chinach chrześcijanie! W kulminacji gestu, który towarzyszył tej informacji zmaterializował się na zdjęciu dobrotliwie uśmiechnięty Panzer Kardinall Ratzinger vel Benedykt XVI. Hmm, nastrój mi niestety przysiadł, ponieważ jego świątobliwość nieodmiennie kojarzy mi się z Thomasem de Torquemadą praojcem Świętego Oficjum. Ale że dzień zaczęty w deszczowych Helsinkach powoli dobiegał końca udałem się na zasłużony odpoczynek.

Oddając się w ramiona Morfeusza, podziwiałem na ekranie popisy pięciu bardzo popularnych w tych rejonach młodzieńców, którzy w refrenie zapewniali ochoczo, że już nie kochają i kochać nie będą. Powyższe komunikowali uprzejmie w języku dawnych kolonialistów, tym samym zawartość zwrotki nie miała już znaczenia.

I takie są właśnie współczesne Chiny – pomyślałem, zasypiając. Azjatyckie na zewnątrz, europejskie wewnątrz. Jakie są naprawdę tego nie wie nikt. Nawet oni sami.

0 Comments

Litwa (2)

Czyli kontynuacja naszych zawiłych stosunków sąsiedzkich. Wprawdzie długa ale zakończona optymistycznym akcentem:)

Gdy pewnego listopadowego dnia 1918 roku dwaj oficerowie w cywilu odprawiali Piłsudskiego z Sosnowskim do Warszawy, kalkulacje strategiczne cesarskiego sztabu generalnego legły w gruzach i to co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze: sztab nie był już cesarski, po drugie: ochrona przed ogniem rewolucji wleczonym przez cofające się z Rosji jednostki stawała się problemem palącym. Wcześniejsze kalkulacje sztabowców oparte na założeniu, że kadrowi oficerowie wywiadu austriackiego poradzą sobie z organizacją armii i władz cywilnych zawiodły na całej linii. Major Zagórski wraz ze swymi zwierzchnikami zdołał swego czasu opanować Legiony, ale sytuacja się zmieniła – to raz; a dwa – panowanie nad państwem wymaga politycznej siły sprawczej. A tej kadrowcom zabrakło choć wspólnie z Niemcami, pod czujnym okiem generał gubernatora Hansa von Beselera, zdołali wykształcić zalążek kadry przyszłej armii polskiej. To w mundurach Polnische Wehrmacht wykształcili się tacy oficerowie jak Rowecki, Kleberg czy Marian Porwit (drugi obok Jana Rzepeckiego światek rozmowy Wojciechowskiego z Piłsudskim na moście w 1926 roku). Stworzono sprawy zalążek armii, ale faktycznej siły zbrojnej, która oparłaby się bolszewickiej Rosji – nie.

W podręcznikach historii nie mówi się zazwyczaj jasno skąd ta gorliwość Niemców do eksportowania Piłsudskiego i gotowość Rady Regencyjnej do podporządkowania się Piłsudskiemu. A odpowiedź na to pytanie jest dość prosta i brzmi: Konwent A i Polska Organizacja Wojskowa (POW). Wielką przewagą komendanta nad każdym z ówczesnych polityków było dysponowanie zarówno zakonspirowanym politycznym rządem jak i paramilitarną organizacją wojskową. W październiku 1918 siły PSZ szacuje się na 10 tysięcy a POW na ponad 20 tysięcy ludzi i to tylko na terenie Kongresówki. Ponadto uwięzienie przysporzyło Piłsudskiemu olbrzymiej popularności oblekając w laur nieugiętego orędownika sprawy polskiej. W polityce sława to sprawa niebagatelna. Atmosferze jesieni 1918 roku w Warszawie na pewno poświęcę osobny wpis. Moim zdaniem wydarzenia tego okresu toną w mroku, który warto by lekko rozświetlić, choćby hobbystycznie. Konspiracyjny zasięg Komendanta był moim zdaniem znacznie szerszy niż lewicowy Konwent A. Jestem przekonany, że odpowiednio wybrani funkcjonariusze infiltrowali również struktury na prawicy.

No, ale jaki to ma związek z Litwą? Zasadniczy. Piłsudski wielokrotnie powtarzał, że na zachodzie granice ustali Ententa, a na wschodzie ustali je ten, kto po nie sięgnie. Mimo walk z 1918 roku porozumienie z Ukraińcami wydaje się prawdopodobne, ba, w 1920 roku przybierze jak najbardziej materialną formę a Ataman Petlura wesprze wyprawę kijowską. Trudno się zatem dziwić, że oczy Komendanta skierowane są na Litwę i Wilno, w którym rozpoczęła się jego konspiracyjna droga. Zna panujące na Litwie relacje. Wie zapewne, że litewskie polskojęzyczne elity wahają się jeszcze między samodzielnym bytem i federacją. Dlatego też w kwietniu 1919 wkraczające do Wilna jednostki kolportują dwujęzyczną odezwę „Do mieszkańców byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego”. Tyle, że zgodnie z literą owej odezwy powołano namiastkę lokalnego rządu z wyraźnym wskazaniem, że celem jej działalności jest odpowiedź na wszystkie potrzeby lokalnej społeczności. Lokalnej czyli polskiej, a przede wszystkim polskojęzycznej. W Kownie, do którego wycofał się litewski rząd, federacja traci zwolenników. Ale Komendant ma w zanadrzu rozwiązanie awaryjne. Od kilku miesięcy aktywizuje się przecież tutejsze POW, które choć swego czasu przerzedzone przez Niemców, jest jednak zdolne do akcji. Z Warszawy płyną jednak polecenia wstrzymywania działań. W terenie nie jest jednak łatwo. Kowieńszczyzna, nie mniej polska niż Wileńszczyzna, rwie się do walki. Ale rozkazów nie ma. Piłsudski liczył pewnie, że da się osiągnąć porozumienie wykorzystując agenturę i litewskich sojuszników. Przecież w tym celu Kasprzycki spotykał się z Zukauskasem ( Zukowskim )- głównodowodzącym armii litewskiej – armii, w której służą nawet Polacy uważający się za Polaków. Ale plan wziął w łeb w klasyczny polski sposób. Aktyw POW nie opanował szeregów i powstanie wybuchło samoczynnie. Do historii przeszło pod nazwą sejneńskiego, bo o Sejny właśnie toczyły się największe walki. Warto w tym miejscu zauważyć, że ówczesne władze Litwy liczyły na to, że Wielka Litwa sięgnie do Suwałk i Białegostoku.

Każdemu, kto się w tym miejscu oburzy, zalecam rzut oka na mapę: te miasta jako żywo znajdowały się kiedyś w Wielkim Księstwie Litewskim. Powstanie się powiodło, Litwini zostali wyparci. Tyle że w ramach retorsji przeprowadzili u siebie aresztowania ponad 200 osób podejrzanych o sprzyjanie Polsce. Równolegle rozpoczęto agresywną antypolską kampanię, która pogrzebała jakiekolwiek federacyjne plany. W efekcie ówczesnych wypadków rozpoczęto politykę programowej lituanizacji, która już w dwudziestoleciu międzywojennym dała wspaniałe efekty. Kowieńszczyzna stała się litewska. Ówczesne wypadki, władze litewskie zapamiętały sobie głęboko. Choć konspiracyjne POW rozbito dzięki zdradzie, uważa się również, że był to rezultat zmiany poglądów przez jednego z ważnych konspiratorów. Zwrot ideowy? Kto wie, jak by nie było głównym ostrzem komunistycznej władzy był przecież towarzysz Putrament Żmudzin z prastarego rodu.

Tak czy inaczej w Kownie uznano wtedy, że Polakom ufać nie można nigdy. Uruchomiono optykę, która funkcjonuje do dzisiaj: wynaradawiać i zwalczać. Litewska idea niepodległościowa ma zatem podstawowy fundament: zwalczanie polskich faszystów dybiących na niepodległość. Późniejsze wypadki mają moim zdaniem znaczenie mniejsze niż te z wiosny 1919. Wkroczenie Żeligowskiego do Wilna w 1920 roku w ramach pozorowanego buntu miało już otwarcie wrogi charakter. Mimo braku zapalczywości w walkach i małej gorliwości po obu stronach, była to już kolejna otwarta wojna. Planowany początkowo jako przedsięwzięcie ochotnicze, bunt od początku wymagał wsparcia jednostek liniowych. Wsparcie było jednak na tyle słabe, że front ugrzązł w niewielkiej odległości za Wilnem. Na dotarcie do Kowna nie było w tej sytuacji szans. Inna sprawa, że brakowało pewnie również determinacji. Komendantowi zdarzało się wahać, wiadomo, że natarcie przez most w maju 1926 roku poprowadził Orlicz Dreszer. W 1920 roku miał Wilno. Mógł uznać, że reszta Litwy nie jest warta żołnierskiej krwi.

Warto zauważyć, że wkroczenie na Litwę stanowiło pogwałcenie wszelkich możliwych postanowień międzynarodowych, a w Wilnie rezydował przedstawiciel Ententy, który od Żeligowskiego domagał się wyjaśnień dlaczego naruszono integralność terytorialną niepodległego kraju. Nie otrzymał oczywiście żadnych i wyjechał z miasta. Warto o tym pamiętać czytając artykuły, w których sugeruje się, że Litwa w sposób całkowicie niegodziwy lekceważy unijne prawa mniejszości. Lekceważy i lekceważyć będzie – to oczywiste. Oczywiste tak samo jak dążenie do zagarnięcia Wilna w 1920 roku.

Litewska współczesna państwowość to antypolskość. Wieki wspólnej historii wymagają ciągłego antypolonizmu, bo bez niego różnica między nami mogła by się Litwinom wydawać zbyt mała. Warto zauważyć, że Litwinów nikt przecież na siłę nie polonizował. Polonizowali się sami, ponieważ ich elitom było to po prostu na rękę. Polskie przywileje szlacheckie i ówczesne zdobycze demokratyczne skutecznie do tego zachęcały. Czy pro-polskie postawy są możliwe dzisiaj? Każda wizyta w Wilnie przekonuje mnie, że to mało prawdopodobne. Choć po raz ostatni byłem tam w 2007 roku, obecne relacje tubylców jak i turystów sugerują, że niechęć wsiąkła już bardzo głęboko.

Inna sprawa, że litewskie władze nie doceniają znaczenia zwykłych ekonomicznych czynników, które miały, mają i będą miały wpływ na nasze pogranicze. Posłużę się osobistym przykładem. W grudniu 2005 roku znalazłem się na Litwie, aby przeanalizować celowość kupna podkowieńskiej szwalni. Polecieliśmy do Wilna, z którego zabrał nas samochodem Litwin – przedstawiciel renomowanego banku inwestycyjnego. Z punktu zaproponował rosyjski. My – angielski, zakładając, że próba rozmowy po polsku wpisze się w tradycje polskiego szowinizmu. Godzinka drogi upłynęła nam na analizie lokalnej sytuacji gospodarczej. Nasz mniej więcej 30-letni rozmówca wyjaśnił nam, że interesy na Litwie robi się zasadniczo z Rosją albo dla Rosji i taka sytuacja wymaga przede wszystkim znajomości tamtejszych realiów i tamtejszego języka. Po tej pouczającej dyskusji dotarliśmy do interesującego nas zakładu. Rozmowy w dyrekcji wyłącznie po angielsku. Okoliczności przyrody technicznej nie odbiegały od znanych nam standardów z Polandy, ba, w pewnych miejscach znacząco je przewyższały. Powyższe między sobą komentowaliśmy na bieżąco w języku ojczystym. Na to nasza przewodniczka – dyrektor zakładu, znienacka przeszła na piękną kresową polszczyznę. Zadaliśmy oczywiste pytanie czy jest Polką. Pani dyrektor po chwili wahania odpowiedziała, że nie, ale od dziecka wychowywała się na polskiej TV, bo sowiecka była nieciekawa. Ponadto poinformowała nas, że w zasadzie większość pracowników to Polacy, więc w zakładzie rozmawia się często po polsku. Na dodatek, po powrocie za negocjacyjny stół od przełożonych pani dyrektor – zarządzających funduszem, do którego należał ów zakład dowiedzieliśmy się, że teren, na którym się znajdujemy to „former R z e c z p o s p o l i ta”, co wprawiło nas już w prawdziwe osłupienie.

Powrotna droga upłynęła nam na roztrząsaniu lokalnych relacji narodowościowych. Nasz rozmówca nie widział tu wielkiego problemu. Oznajmił, że jest Litwinem, ale pochodzi z wybrzeża, a komplikacji relacji polsko-litewskich nie rozumie i rozumieć nie chce. Studiował w Moskwie, ma tam dobrych znajomych i zasadniczo uważa, że podstawowy partner biznesowy Litwy, z którym ta powinna się liczyć, to Rosja. I konkludując w ten sposób wysadził nas pod hotelem. A że lot powrotny rano, postanowiliśmy się zapoznać z zabytkami miasta. W tym celu udaliśmy się do recepcji, prosząc o zorganizowanie polskiego przewodnika lub polskojęzycznego taksówkarza. Konfuzja. Pani uśmiecha się nieszczerze, że późno, że się nie da – widać, że wyłącznie barwy międzynarodowej korporacji hamują wyraźną niechęć. Rezygnujemy. Ale, że miasto kusi udajemy się na spacer per pedes. Ponieważ topografię miasta przypominam sobie piąte przez dziesiąte z opresji wybawia nas taksówkarz. Na prośbę o kurs na „Gedymin hill” odpowiada pytaniem: Paljaki? Potwierdzenie, rozpoczyna nocną wycieczkę po Wilnie, w trakcie której zobaczymy wszystko włącznie z Armani Flag Store, którego podówczas w Warszawie jeszcze nie ma. Nasz taksówkarz Polakiem się nie czuje, ale ponieważ mama jest Polką, a on sam mieszka pod Wilnem, to po polsku rozumie a i niemnożka mówi. Dodatkowo wyjaśnia, że po polsku rozumieją w zasadzie wszyscy, ponieważ nieustającą popularnością cieszy się polska telewizja a w każdym razie niektóre programy, gdzie wymienia od razu „Różową landrynkę” – ówczesny hit eksportowy Polsatu rozpalający wyobraźnie mężczyzn, również w tak odległym Egipcie.

Po powrocie do hotelu, z Mariem – towarzyszem tej wyprawy spożyliśmy alkohol w hotelowej restauracji rozprawiając o meandrach lokalnej historii i narodowych relacji. Jakimże kontrapunktem był kolejny dzień, gdy po drodze na lotnisko zapragnęliśmy obejrzeć sobie wileński sklep Reserved. Taksówkarz słysząc polski usiłował nie zrozumieć, że ma na nas poczekać w centrum handlowym, następnie domagał się depozytu namiętnie mówiąc do nas po rosyjsku. Po pewnych bojach udało nam się wreszcie zwiedzić placówkę koncernu LPP, ale nasz drogi kierowca szykanował nas na różne drobne sposoby przy czym nie było najmniejszej wątpliwości, że doskonale rozumie co do niego mówimy. Dodam, że konwersacja rozpoczęta została taktownie: w języku władców Albionu, którego niestety nie znał.

Wylatywałem z Wilna z wyraźną konkluzją: Polska – to przeszłość, Rosja – to przyszłość. Nie wiedziałem wtedy i nie wiem dzisiaj czy taki był faktyczny mind set ówczesnych środowisk, ale analiza współczesnej litewskiej blogosfery skłania do podobnego poglądu.

Nie wiem kiedy Wiki Leaks ujawni depesze dyplomatów z Wilna, ale może się okazać, że ujawni się w nich niebagatelna rola, jaką odegrali w transakcji nabycia Możejek. Zapomina się bowiem, że akcjonariuszami zagranicznego ramienia Jukosu byli Amerykanie. Amerykanie są z reguły zainteresowani zyskiem, a oferty Rosjan na odkup Możejek wielkiego zysku nie przewidywały, bo nie musiały. Wiadomo już dzisiaj (ponownie Wiki Leaks), że awariami rurociągu zawiadował Kreml, trudno zatem się spodziewać, aby rosyjskie firmy miały ochotę się między sobą ścigać. Tym bardziej, że rentowność rafinerii zależała wyłącznie od ceny tłoczonego rurą surowca🙂.

Orlen zapłacił za Możejki 2,5 mld USD – znacznie więcej niż proponował którykolwiek z konkurentów. Za tą cenę nabyto największy zakład przemysłowy i największego pracodawcę na Litwie. Ówczesne polskie plany sięgały jednak znacznie dalej. Rozważano inwestycję w Ignalin – litewską elektrownię atomową produkującą nadwyżkę mocy, rozmawiano o partnerstwie strategicznym w kolejach i innych dziedzinach. Ówczesny lokator pałacu namiestnikowskiego w Warszawie na pewno był zadowolony z polskiej obecności na Litwie. Przyszłość wyglądała bardzo interesująco a stosunki polsko-litewskie zdawały się poprawiać z dnia na dzień. Prezydent Kaczyński, wolny od tłumaczy w litewskiej stolicy, mógł z jej elitami konferować swobodnie bez kłopotliwej bariery językowej i krępującej obecności tłumaczy. I być może podówczas litewski salon po raz ostatni nie ukrywał znajomości języka polskiego.

I kto wie jakby się to wszystko dalej rozwinęło, gdyby nie Radzieccy. Okazało się bowiem, że niebawem po przejęciu, Możejki unieruchomiła awaria a zaraz po jej naprawieniu, zepsuł się rurociąg. I jest popsuty do dnia dzisiejszego. Na dodatek w Polandzie zmieniła się władza a wraz z nią zarząd narodowego szejkanatu. W stosunki polsko-litewskie wkroczył chłód, który w relacjach Orlen – Litwa można wprost określić jako ekonomiczną wojnę. Dlaczego? Dlatego, że całość ropy do przerobu w Możejkach musi być teraz dostarczana drogą morską poprzez port,… który i owszem zaprojektowano jako ropoport, ale do exportu a nie importu surowca! Co więcej, produkt Możejek również musi być eksportowany, ponieważ lokalny rynek jest za mały dla takiej dużej, porównywalnej z płocką, instalacji. Rafinerię projektowano pod wojenne plany ZSRR a nie potrzeby lokalnych gospodarek. Tym samym tankowce przywożą wenezuelską ropę, z której Orlen Lietuva robi swoje litewskie produkty i… wysyła morzem, między innymi do USA. I traci na tej operacji setki milionów dolarów rocznie. Objawem wojny jest również konflikt między Orlenem a litewskimi kolejami, które doją go maksymalnymi stawkami za transport cystern. Doją, bo mogą. Orlen Lietuva nie ma przecież innej możliwości eksportu. Mógłby wybudować rurociąg, ale rząd Litwy ze względów oczywistych dorzucić się do tej inwestycji nie chce, a Orlenu na nią nie stać.

Miłość wyparowała, Ignalin został ostatecznie zamknięty w 2009 roku, Polska utraciła jedną z ciekawych opcji rozwiązania tykającej bomby energetycznej, bo w naszym kraju nie wybudowano żadnej nowej elektrowni od lat 80-tych. We wzajemne relacje wróciła historyczna polityka, w której chodzi raczej o to kto komu narobi więcej złośliwości. Postawa władz litewskich nawet mnie nie dziwi. Proszę sobie wyobrazić jak u nas odbierano by publiczne niemieckie debaty na temat tego, komu Angela Merkel zamierza sprzedać Orlen i kto zdaniem Angeli Merkel jest dobrym, albo niedobrym, na ów Orlen kupcem. Polska racja stanu spektakularnie skomrpomitowała się nad Wilią ostatecznie jak sądzę lokując naszego sąsiada po rosyjskiej stronie geopolityki. W sumie nic dziwnego, nie stać nas na gry na dużej szachownicy. Głównie dlatego, że polityka gospodarcza nie jest w naszym kraju celem nadrzędnym. Nie traktuje jej się jako sposobu zabezpieczenia przyszłości państwa. Jak dowodzi bieżąca kampania, gospodarka to wyłącznie niechciany element politycznej debaty.

W przypadku Możejek dokonano znacznej ingerencji w organizm gospodarczy ościennego państwa, popartej czynnikiem politycznym, który miał swoje uzasadnienie. Wywołano to jednak sytuację, w której piasek wozi się na pustynię a z pierwotnych zamiarów bliższej współpracy gospodarczej z sąsiadem nie pozostało nic. Miernikiem absurdu obecnych relacji jest niedawny skandal, kiedy to sponsorami telewizyjnego programu, w którym zrywano dwujęzyczne tablice w etnicznie polskich miejscowościach, było PZU Lietuva i Reserved. Pewnie przypadkowy ale dojmujący przykład paranoi w naszych relacjach.

A obecne zamieszanie? To przede wszystkim kolejny dowód jak obie strony konfliktu podchodzą do prowadzenia polityki. W obu krajach takie zamieszanie jest po prostu na rękę rządzącym. Warto zwrócić uwagę, że wojnę Edwarda Tuska z kibicami rozpoczyna… zadyma w Kownie w trakcie meczu reprezentacji. Jakkolwiek wiadomo nie od dzisiaj, że polscy kibole do potulnych baranków nie należą, zajścia w Kownie zostały w znacznej mierze sprowokowane celowym i ostentacyjnie agresywnym zachowaniem policji. Zamieszki idealnie wpisały się w antypolską retorykę Wilna, ale nie zaszkodziły również Warszawie, która natychmiast ogłosiła krucjatę przeciw stadionowej przemocy agregując na łamach Gazety Wyborczej kolejne punkty poparcia. Trudno oprzeć się wrażeniu, że obecna sytuacja jest wykorzystywana podobnie i to ponownie obustronnie. W najgorszym położeniu znajdują się wyłącznie litewscy Polacy.

Ale to już pewnie niezbyt długo. Litwa ma swoje wieloletnie doświadczenia w wynaradawianiu, a na Uniwersytecie Wileńskim najprawdopodobniej rozleci się polonistyka. Litwinizacja? Nie, co więcej za 4 z istniejących 6 miejsc na roku płaci rząd litewski fundując stypendium. Po prostu – nie ma chętnych. Czasy się zmieniły, młodzież wybiera inne opcje. Zmienia się również tamtejszy język polski. Relacje mniejszościowe powodują coraz większe sklejanie się społeczności polskiej i rosyjskiej, co de facto prowadzi do coraz większego zmieszania tych języków szczególnie w młodzieżowym slangu. Ten proces widać doskonale na przykładzie osób wychowanych już w wolnej Litwie. Ich język, wyraźnie dowodzi gdzie lokują swoje ambicje. Polska, poza barwną i burzliwą historią, nie ma im wiele do zaoferowania. Są w zasadzie w podobnej sytuacji do młodych mieszkańców Szczecina. Dla nich również więcej do zaoferowania ma Berlin niż Warszawa czy Poznań i dlatego właśnie germanizują się w tempie szybkim a całkowicie niezauważanym.

Cóż, to w zasadzie nic dziwnego. Jednym z celów UE było przecież osłabienie dużych narodów poprzez animację wszelkiej maści grup etnicznych. Takie czasy. Warto zatem zauważyć, że umacnianiem zasięgu języka zajmuje się teraz zupełnie kto inny:

http://lietuva.blox.pl/2011/05/do-czego-nie-jest-mi-potrzebny-litewski.html

Mówi się, że życie pisze ciekawsze scenariusze. Jak widać, pisze też niezwykle udane pointy.

Czyli kontynuacja naszych zawiłych stosunków sąsiedzkich. Wprawdzie długa ale zakończona optymistycznym akcentemJ.

10 komentarzy

Polish hel

Czyli o tym, że niedaleko pada jabłko od jabłoni, finansowi wizjonerzy są niezbędni, a stare papiery wartościowe – jeśli wpadną nam w ręce – warto otoczyć troskliwą opieką.

Choć niesłabnącą popularność Dołęga – Mostowicz zawdzięcza „Karierze Nikodema Dyzmy”, to bodajże najciekawszą pozycją, którą każdy urzędnik miejski powinien sobie przyswoić są obie części przygód Doktora Murka. Czasy idą niepewne, z negatywnych doświadczeń II RP czerpiemy pełnymi garściami, toteż lektura doprawdy jest w sam raz. Ale w tej pozycji interesujące jest coś jeszcze. Otóż Doktor Murek wraz ze swoim wspólnikiem zajmują się przedsięwzięciem zdawałoby się całkowicie irracjonalnym: budują od zera uzdrowisko, bez żadnej historii, jedynie z przekonaniem, że będzie ono ulubioną siedzibą elit. Losów książkowego projektu nie będę zdradzał – warto się z nimi zapoznać. Zawsze wydawało mi się, że ów projekt musiał być jakoś związany z jak najbardziej prawdziwą Juratą. I chyba się nie myliłem…

Finalnym założycielem dzisiejszego uzdrowiska jest bowiem Jurata Uzdrowisko na Półwyspie Helu S.A. Przedsięwzięcie było nie miej ciekawe niż sama polska obecność na Helu, który wraz ze znajdującym się na nim miastem, Zygmunt Stary sprzedał władzom Gdańska jeszcze w 1526 roku. Mimo to Hel trafił w polskie ręce w wyniku postanowień wersalskich. Był to zapewne kompromis: Paderewski i Dmowski domagali się Gdańska. Niemcy, wsparte przez Anglię i USA, nie chciały się na to zgodzić. Zapewne stanowisko Francji zmusiło Niemcy do wydania 146 km (półwysep liczony od morza i zatoki) pozbawionego infrastruktury wybrzeża. Polska realizowała jednak z jednej strony cel propagandowy, z drugiej – militarny. Baza morska na Helu mogła skutecznie oddziaływać na samodzielny Gdańsk. Potwierdzeniem tej tezy wydaje się być fakt, że linię kolejową na Hel wybudowano już w roku 1922 i przystąpiono do budowy pierwszych wojskowych instalacji. Co ciekawe półwysep zamieszkiwali podówczas głównie Niemcy, co w późniejszych latach okazało się na tyle problematyczne, że rozpoczęto akcję „kolonizacji miasta i półwyspu”. Trzeba było mieć sporo wyobraźni, aby w 1928 roku zabrać się do budowy uzdrowiska w tak urokliwej, ale bezludnej okolicy.

Kim byli ci wizjonerzy, którzy w 1928 zawiązali spółkę celem realizacji tego ambitnego planu? Co ciekawe sama Jurata fundatorami swojego sukcesu się nie chwali. A powinna, bo ułożyłaby się z tego niezwykle emocjonująca historia jako żywo przypominająca obyczaje III RP. Bo mamy tutaj wszystko: wysokiej rangi polityków, przemysłowców i kupców. Taki mix zupełnie nie dziwi, ponieważ spółka u swego zarania miała cały szereg poważnych problemów: a to z Lasami Państwowymi, od których swoje 150 ha dzierżawiła; a to z Ministerstwem Rolnictwa, które pionierskiemu przedsięwzięciu przypatrywało się niechętnie. Ale osoby takie jak Prezes Leopold Skulski – postać nietuzinkowa, premier rządu RP aż do bitwy warszawskiej, a następnie minister spraw wewnętrznych i to w czasach, gdy strajki tłumi się krwawo (myliłby się bowiem ten, kto założy, że II RP formowała się bez zgrzytów i przy powszechnej akceptacji) czy Franciszek Zwierzchowski, czyli dawniej I zastępca szefa Administracji Armii – przydawały się niezwykle przy owych trudności przezwyciężaniu. A trudności nie brakowało. W związku z dynamicznym rozwojem przeszkodą stał się choćby brak prądu.

Rozwiązanie? Zasilanie kablem podziemnym z… wojskowej elektrowni w Helu. Układy układami, ale do takiego projektu potrzebne są jeszcze pieniądze i zdeterminowany inwestor. I jak najbardziej takowy był. Nazywał się Mojżesz Lewin i był żydowskim finansistą. Ulicy jego nazwiska na planie Juraty nie odnajduję. Ciekawe dlaczego:)? To mecenat Lewina umożliwiał spółce rozwój, a wedle autorów opracowania na jej temat (Leszek Koziorowski kancelaria Gessel) osoby z nim związane przyczyniły się walnie do popularyzacji i budowy prestiżu Juraty. To zapewne za ich sprawą w Juracie pojawili się znani i cenieni artyści a swoje letnie siedziby sytuowali książęta. O kulisach marketingowych tego przedsięwzięcia przeczytamy zapewne najwięcej właśnie u Dołęgi. Nie jest wykluczone, że organizatorów przedsięwzięcia „Jurata” osobiście znał. Najciekawsze jest to, że 31 maja 1938, będący już wtedy prezesem Rady Nadzorczej Leopold Skulski oświadczył, że wobec „ostatnich dokonanych przesunięć akcji spółki i przejścia kontrolującego pakietu do rąk nowej grupy”, on oraz wszyscy pozostali członkowie organów podali się do dymisji. Równocześnie prezes podziękował Panu Lewinowi za trud budowy Juraty co oznacza, że zapewne wraz z nim ową spółkę opuszczał. Trudno się dziwić, było to już wszak po zajęciu Austrii w marcu 1938. Trudno inwestorowi odmówić roztropności. Nowym prezesem został Franciszek książę Radziwiłł. Rok 1938 spółka zamknęła stratą. Gości było dużo, mimo że tradycyjnie narzekano na drożyznę. Sprzedaż działek szła bardzo opornie, ale sezon turystyczny udał się wyśmienicie. Poczyniono niemalże komplet rezerwacji na kolejny rok! Sezon zapowiadał się wybornie. A dzisiaj… po międzymorskiej promenadzie suną dystyngowane mamuśki konstancińskie w otoczeniu adoratorów, względnie biznesowych partnerów albo mniej lub bardziej odchowanych latorośli. Wszyscy uzbrojeni w noszone przy każdej pogodzie okulary słoneczne i  niestrudzenie zajęci wzajemnym podsumowywaniem, czyli tym wszystkim co od wieków stanowi istotę bywania w towarzystwie. W Juracie, i chyba nigdzie poza nią, nie da się w takiej liczbie ujrzeć nastolatków w typie znanym z amerykańskich filmów o surferach. Cóż, aby osiągnąć ten luz nie wystarczy skopiować stylizacji czy wypalić z rana blanta. Niezbędny jest fundament w postaci całkowitego przekonania o zdolności rodziców do zapewnienia łatwego i przyjemnego życia.

Zaledwie 15 minut spacerem od tego „olimpu” rozciąga się jarmarczna Jastarnia. Ale prawda jest taka, że choć Hotel Bryza został wreszcie odmalowany, co od kilku lat należało mu się bardzo, to sam siebie już nie przeskoczy. A tym samym dystans, który jeszcze kilka lat temu mierzył się w latach świetlnych, dzisiaj zamienia się w coraz bardziej realne odległości. I nie chodzi nawet o to, że Jastarnia kiedykolwiek stanie się Juratą. Nie może, bo skala nie ta i założenie zupełnie inne. Może się jednak okazać, że żywioł, który szturmuje stragany w Jastarni, dzięki konsekwencji w spirali konsumpcji do poziomu Juraty bardzo się zbliży. Dzisiaj zamożni dżentelmeni z gestem kupują staniki na bazarku, nie szczędzą na lody i dziecięce atrakcje umilane wszechobecnym zapaszkiem starego oleju ze smażalni. To oczywiście nic w porównaniu z gestem ich jurackich odpowiedników, ale zasada jest przecież ta sama:)

O ile Jurata, jak się okazuje od swych narodzin, jest zwierciadłem polityczno-biznesowych relacji, to przaśna Jastarnia jest soczewką masowej konsumpcji. Jurata nie poszybuje już dalej niż jest, bo jej bywalcy są doskonale świadomi, że tamtejszy poziom cen przebił alternatywy, a w obecnym układzie komunikacyjnym łatwiej się dostać do Marbelli niż do Juraty i, co ciekawsze, dotarcie do tej pierwszej zabiera mniej czasu. Za 8k EUR/m2 apartament water front kupi się teraz bez większego problemu, więc trzeba być nie lada zapaleńcem, aby wydać tyle w snobistycznej, ale jednak – „tylko” Juracie. Co więcej posiadacz własnego odrzutowca lądować musi w Gdańsku a następnie odbębnić do 2 godzin w samochodzie bo na trawiastym lotnisku w Jastarni wyląduje wyłączne mały samolocik albo helikopter. Tym samym Jastarnia, ze swoim nabierającym nowych przyzwyczajeń letnikiem, w najbliższych latach zmieni się jeszcze bardziej niż do tej pory. Dzisiaj, bez trudu zjemy smaczne śniadanko w jednej z wielu oferujących je knajpek. 3 lata temu taka opcja była możliwa tylko w jednej. Każdemu dla kogo ostatnie jest kiepskim miernikiem rozwoju wyjaśniam, że w zasadzie do 2000 roku śniadanka w Warszawie jadło się w hotelach. Jedną z pierwszych knajpek oferujących taką opcję było Radio Cafe na Nowogrodzkiej. Kuracjusz z Juraty tego kraju już nie zmieni, bo albo uważa, że go posiada, albo uważa, że o nim decyduje. To w Jastarni wypoczywają ludzie kompletnie nieświadomi po co i z kim przyleciał do swojej letniej siedziby Bronek.

No, ale można by powiedzieć, że co się mają interesować skoro do nich na grilla nie wpadnie. A do Bryzy? Kto wie… zwyczaje Prezydenta Kwaśniewskiego obrosły przecież legendą. A na zakończenie smaczek dla tych, którzy uważają, że inwestowanie jest zajęciem bezpiecznym i przewidywalnym. Dzierżawa terenów od Lasów Państwowych wygasłaby w… 2018 roku! Swoją drogą ciekawe kim byli nabywcy akcji spółki i jak się ma nacjonalizacja do faktu, iż spółka dzierżawiła mienie Skarbu Państwa, ale to raczej temat na osobny post. Faktem jest jednak, że istniejące do dzisiaj akcje noszą często sygnatury konsulatu RP w Brukseli z datą 1948 a jak swego czasu ustalono właścicielem większości akcji spółki jest Andrzej Bratkowski – minister w rządzie Hanny Suchockiej, który jeszcze w 2004 roku zarzekał się, że nie wskrzesi tej spółki. No, ale było to jeszcze przed aferą Geische czy rajdami Pana Feldona w Warszawie. Dzisiaj w bieżących aukcjach już akcji Juraty nie znajdziemy, ale w archiwalnych widać, że jeszcze w 2008 roku domagano się za sztukę 700 PLN. To niemało zważywszy n kapitał akcyjny.

W 1936 roku Prezydent Mościcki tereny na północ od Juraty przekazał w władanie wojsku, nadając im zresztą specjalny status, który wygasł dopiero w roku 1996 czyli po 60 latach! Tutejsze władze samorządowe łakomym okiem patrzą na mienie ulokowane na terenie, którego status jest nie do końca jasny, a najbardziej łakomym kąskiem są zapewne wybudowane tu, a nadal wojskowe lub państwowe, ośrodki. Być może mam złudzenia, ale każdy zapewne zaobserwował, że przy okazji kolejnych kampanii wyborczych nowi premierzy obiecują likwidację ośrodków rządowych… I nic lub niewiele się dzieje. Przykład prywatyzacji Bryzy dowodzi, że chcieć, to móc i przy odpowiedniej woli politycznej można wiele. A jest o co powalczyć bo na tapecie jest choćby należący do MSWiA o ośrodek KAPER. Lokalizacja ma się nijak do wychodzącej w morze słynnej przed wojną „Caffe Casino” (dzisiejsza Bryza) ale ulica Mestwina to w kategoriach inwestycyjnych adres sugerujący co najmniej 15k/m2. Ze strony ośrodka dowiemy się sporo ale zakładka cennik jest … pusta. Ze sprawozdania URM dowiemy się, że jest deficytowy.

Cóż, idzie recesja. Siądą ceny. Ktoś się skusi. Bo może się okazać, że będzie tu jakaś nieoczekiwana promocja:).

3 komentarze

Siekiera, motyka i krwi szklanka

Czyli o tym, że każdy konflikt etniczny ma swoją cenę, swoich ideologów i jasne ekonomiczne przyczyny.

W bieżącym numerze tygodnika „Przegląd” znajdziemy artykuł przypominający rzeź polskiej ludności zamieszkującej Wołyń. Autor zadaje pytanie, dlaczego nikt –  wliczając w to znanego z aktywności na froncie walki o pamięć śp. Lecha Kaczyńskiego – nie poświęca temu problemowi należytej uwagi, a ofiarom pogromów nie oddaje czci. Pytanie ciekawe, bo w kraju miłującym celebrowanie „ofiary”, niemi świadkowie tych zajść powinni być upamiętnieni. Ale nie są.  Dzieje się tak najpewniej dlatego, że masowe mordy mają zazwyczaj prostą ekonomiczną sprężynę, a prędzej czy później stają się udziałem obu stron.
Stosunki polsko-ukraińskie to temat trudny. Kto wie czy nie bardziej skomplikowany niż analogicznie toksyczne stosunki polsko-litewskie. Te drugie są bardziej zajadłe i aktualne do dzisiaj ponieważ dotyczyły głównie konfliktu z inteligencją, te pierwsze – z chłopstwem. Konflikt polsko-ukraiński zaczyna się u schyłku I Wojny Światowej i trwa w zasadzie przez cały okres II RP gdzie kolejne pacyfikacje ukraińskich wiosek czy zamach na ministra spraw wewnętrznych Pierackiego to ponure wyznaczniki skali napięcia. Myliłby się ten kto sądzi, że polityka polska wobec Ukraińców w latach 1917-1939 roku to proces budowania ideologicznej jedności. Wprost przeciwnie. W Europie nacjonalizmów nie było miejsca na tolerowanie ambitnych, a jednocześnie pozbawionych szerokich elit, narodów. Nie stawiam oczywiście tezy, że polityka polska rozpoczęła, lub choćby usprawiedliwiła, późniejsze rzezie.

Uważam jednak, że agresywny polonizm i towarzysząca mu brutalna polityka kształtowała postawy, które można było później łatwo wykorzystać. Przy okazji sumując wołyńskie ofiary warto zadać sobie pytanie, dlaczego dopiero w 1943 roku podjęto decyzję o formowaniu oddziałów partyzanckich, których celem byłaby ochrona polskiego żywiołu? Warto przy okazji zdać sobie sprawę, jak politycznie wahliwe musiało być w tym względzie kierownictwo AK. Czemu? Spontanicznie powstające samoobronny korzystały albo z opieki, albo z dozbrojenia ze strony Niemców. Kalkulowano, że współpraca z Niemcami na większą skalę może dać doskonały argument propagandzie Kremla i w efekcie doprowadzić do skutecznego odebrania Ziem Wschodnich. Zakłada się w tym miejscu, że ci wszyscy mieszkańcy Krzemieńców, Horochów czy Buczaczy za Polskę i Polskość chcieli oddać życie.

Czyżby? Czy aby na pewno niepiśmienny chłop skonfrontowany z alternatywą śmierci przez zarąbanie albo ukrainizacją takiego wyboru by nie dokonał? Pomijam tu oczywiście dodatkowe a ważne tło, czyli kryterium narodowościowe ustalane głównie przez kościół. Co ciekawe, na tym terenie istniał pewien specyficzny proceder. W przypadku małżeństw mieszanych swoistą dwubiegunowość celowo pielęgnowano wychowując córki w wierze matki, a synów – w wierze ojca. OUN-owskim czy polskim nacjonalistom takie podejście podobać się nie mogło. Ukraińskie rzezie miały na celu fizyczne usunięcie ekonomicznej konkurencji zarówno polskiej, jak i żydowskiej. UPA z jednakową zajadłością tępiła jednych i drugich, dając się również we znaki zamieszkującym te tereny Słowakom. Wymordowana rodzina to dodatkowy kawał pola, krowa czy koń dla ukraińskich gospodarzy. I ten czynnik ekonomiczny w operowaniu siekierą i bagnetem doskonale zapewne pomagał. Skąd zatem ostrożność polskich środowisk w zestawieniu z ewidentną „ofiarą wołyńską”? Po pierwsze zaniechania rządu londyńskiego, po drugie kontrrepresje samoobrony polskiej, a następnie 27 wołyńskiej dywizji AK, która, jak to się zgrabnie opisuje,  wygnała żywioł ukraiński z terenu swojej koncentracji celem zniwelowania wsparcia taktycznego dla oddziałów UPA, czy wreszcie działania NSZ na Lubelszczyźnie, a w końcu również sama Akcja Wisła.

Stosunki polsko-ukraińskie to przykra lekcja wzajemnych zaniechań i krzywd. Z tej perspektywy pomniki w Hucie Pieniackiej pod Lwowem (gdzie wymordowano Polaków) i Pawłokomie pod Rzeszowem (gdzie wymordowano Ukraińców) niczego nie zmienią i niczemu już nie pomogą. Nikt przecież nie przyzna otwarcie, że filozofia czystek etnicznych odpowiadała obydwu stronom. Taka konkluzja jest politycznie niewygodna. W pamięci ofiar są przecież nie ci, którzy z premedytacją zarąbywali sąsiadów, ale również ci, którzy uratowawszy się z opresji albo na wieść o niej, ruszali z odsieczą z jednym zamiarem: wyrównać śmiercią śmierć. Oczywiście możemy wierzyć, że nasi rodacy w ramach retorsji urządzali pogadanki, ale to dość naiwne założenie. I jeśli nawet w tym ogólnym rachunku wymordowaliśmy mniej Ukraińców, to czy przegrana w tej mrocznej konkurencji na pewno powinna martwić?

O polskim stosunku do ukraińskiego problemu najlepiej świadczy Akcja Wisła, czyli przeprowadzone w 1947 r. planowe przesiedlenie ludności ukraińskiej na ziemie odzyskane. Eugeniusz Misiło, Ukrainiec,  a jednocześnie historyk i polski obywatel, Akcję Wisła nazywa po imieniu: deportacją. I ma rację ponieważ taki właśnie cel przyświecał i sztabowi, który ją planował i politycznym czynnikom, które ją akceptowały. I uwaga: owej akcji nie szykowali komunistyczni czynownicy. W jej ramach dokonało się doskonałe porozumienie II RP i PRL. Całą akcję przygotował sztab pod dowództwem przedwojennego generała Stefana Mossora, który nawiasem mówiąc był jednym z jej głównych inspiratorów, a następnie dowódcą grupy operacyjnej, którą powołano do jej przeprowadzenia.

I tu moja jak najbardziej prywatna opinia na temat stosunków polsko-ukraińskich. W 1992, kiedy akcja Wisła była jeszcze tematem tabu, pisałem o niej pracę. Celem było wskazanie efektów gospodarczych tej akcji i to zarówno poprzez, jak i w wyniku przesiedleń. Pisałem ją dzięki materiałom i wskazówkom cytowanego już Eugeniusza Misiło.

Współpraca układała się doskonale, uzyskałem dostęp do wielu materiałów a w efekcie powstała praca, której być może do dzisiaj nikt nie podjął, ponieważ ekonomiczną stroną mordów jakoś nikt się zajmować nie chce. Ale niestety, mojej pracy Pan Eugeniusz nie zaopiniował. Pracę konsultowałem kilkakrotnie wypowiadając się zawsze w duchu niesprawiedliwości, makabrycznych skutków dla ukraińskiego społeczeństwa i wymiernych ekonomicznych strat, które poniosło. Stosunki były sympatyczne na tyle, że pewnego dnia zostałem zaproszony na szersze spotkanie dotyczące interesujących mnie problemów, na którym…  rozmawiano po ukraińsku. I tu po raz pierwszy ujawniłem się jako wróg czyli Polak. Ale ponieważ treść pracy była ideologicznie prawidłowa kontaktowaliśmy się dalej, chociaż życzliwość Pana Eugeniusza uległa zrozumiałej skądinąd erozji. Aż ulotniła się całkowicie, kiedy przyszło do mojej konkluzji. A zawarłem w niej dwie tezy: że deportacja była z ówczesnego punktu widzenia uzasadniona – to raz, oraz to, że  gdyby jej nie dokonano groziłaby oderwaniem części terytorium polskiego.

I w tym momencie wybuchła bomba. Zostałem jednoznacznie zakwalifikowany jako polski szowinista, a współpraca jak łatwo sobie wyobrazić, natychmiast się zakończyła. Ktoś zauważy, że w Polandzie żyje mniejszość litewska i do żadnych niepokojów nie doszło. Owszem, nie doszło, ale z kilku powodów: po pierwsze – rodzaj namiętności jest tu zupełnie inny, po drugie – w okolicach granicy po stronie polskiej jest niewielu Litwinów, za to po stronie litewskiej znacznie więcej Polaków i tym samym wszelkiej maści zamieszania byłyby po prostu politycznie nieroztropne. Na pograniczu ukraińskim byłoby zupełnie inaczej. Obie strony granicy zamieszkiwałaby zwarta i jednoznacznie antypolska społeczność. Dlaczego uważam, że antypolska? Każdy z czytelników, który wychował się na wsi lub choćby na niej bywał wie dobrze, że pamięć w ludziach trwa długo, a przedawnieniu nie ulega nic. Widomo zatem dokładnie kto, komu, co i dlaczego. Trudno zatem przyjąć, że w 1989 roku sąsiedzi nie pamiętaliby kto, kiedy i kogo zabił, szczególnie, gdyby im jeszcze zasugerować, że takie wspominanie jest jak najbardziej oczekiwane przez takie czy inne władze.

Proponuję przypomnieć sobie Vukovar – kliniczny przypadek reanimacji doskonale pamiętanych przez oba narody, choć historycznych, masakr. Dodajmy, że ówczesna polityka europejska popierała zbrojne rewolty, ponieważ były one zazwyczaj na rękę zwycięskiemu USA. Sam pamiętam doskonale z jaką dumą oglądałem jeszcze w 1988 roku zdjęcia z zamieszek w Nagornym Karabachu, nie angażując się zbytnio w analizę dlaczego, kto i kogo tam bije. Ot, uzasadniona rewolta ciemiężonych przez sowiecki reżim. Ponadto nie jestem pewien, czy lobby ukraińskie w Niemczech  i USA nie jest przypadkiem silniejsze, a już na pewno lepiej zorganizowane, niż polskie. Uważałem i uważam, że do większych czy mniejszych niepokojów by doszło i jestem bardziej niż pewien, że zideologizowani młodzieńcy po obu stronach barykady na pewno by się w ten konflikt zaangażowali. A może inaczej, wypowiem się za swoje ówczesne środowisko: na sygnał do walki o polskość odpowiedziałbym na pewno. Praktyka zaobserwowana później w niedalekich nam państwach pozwala mi niestety być pewnym, że w ramach owej polskości, umacniania lub zaprowadzania, zabiłbym i polecił zabić wielu niewinnych ludzi. Bo kryteria etnicznych czystek były, są i będą takie same: ziemia za krew.

Oburzenie? Przytoczę prosty motywator dla mało walecznych, który stosowano powszechnie w byłej Jugosławii. Drogi czytelniku, wychodzisz do jakiejś pracy jaką jeszcze masz. Twoje dziecko jeszcze chodzi do szkoły. Po powrocie do domu dowiadujesz się, że ta szkoła została napadnięta, a dzieci bestialsko zamordowane. Przez czetników albo ustaszy albo jakichkolwiek innych wrogów.  Czytelniku obdarzony potomstwem, które kochasz, zadaj sobie pytanie: ile w takiej sytuacji znajdziesz w sobie woli wybaczenia, a ile zwierzęcej żądzy zemsty. Znam takich, którzy się nie oparli i sam na pewno bym się nie oparł. Czasem kiedy w tle powiewają flagi patrzę na swoje dzieci i przypomina mi się wtedy niechęć mojej babki do opowiadania o wojnie. Miała o czym opowiadać, bo była to odważna, odznaczana kobieta, która wiele przeszła. Machała ręką i mówiła, że to nieważne, a modlić się trzeba o to, aby nigdy nic takiego więcej nie miało miejsca i lepiej znać język wroga niż przyjaciela. Powtarzała też wiele innych, bynajmniej nie rewindykacyjnych poglądów wobec ówczesnej rzeczywistości, choć PRL zdeklasował ją w sposób bolesny. Jej przyjaciółka, wielkiej odwagi łączniczka Góry Doliny dowódcy batalionu Stołpeckiego, powiedziała mi kiedyś: z krwią na rękach już nikt nigdy szlachetny nie będzie, bez względu na to, za co walczył. Jej opowieści o życiu codziennym zgrupowania AK w Puszczy Kampinoskiej w czasie Powstania Warszawskiego skutecznie temperowały mój podlaski, genetyczny nacjonalizm.

Dlatego uczmy się języków i módlmy do każdego Boga, aby topiąc bagnety w ciałach ofiar, nie umierać razem z nimi. Bo żyć tak jak wcześniej już przecież nie będziemy mogli.

10 komentarzy

Licence to kill…

…czyli o tym, że każde państwo potrzebuje morderców, a proces demokratyzacji wymaga ofiar bez względu na to, kto tę demokratyzację sponsoruje.

Przyjęło się już dzisiaj robocze założenie, że terroryzm to w zasadzie wynalazek dość współczesny i na wskroś arabski. Pomijając osiągnięcia Palestyńczyków na niwie światowej rewolucji i walki o prawo i sprawiedliwość warto przypomnieć, że prawdziwe fundamenty terroru budowali zupełnie inni ludzie. I nie chodzi mi tu o niewinne w sumie akcje eserowców w carskiej Rosji (wypadało by tu wspomnieć o słynnym napadzie w wykonaniu towarzysza Stalina ale to innym razem), ale o początki prawdziwego zorganizowanego terroryzmu. Palma pierwszeństwa należy się w tej materii Grupie Sterna. Kim byli?

Drodzy czytelnicy, proszę sobie wyobrazić, że było kiedyś tak, że w Palestynie rządzili niepodzielnie Anglicy i bardzo niechętnie patrzyli na wszelkiej maści żydowskie osadnictwo. Co więcej, prowadzili wyraźnie pro arabską politykę limitując zgody na osiedlanie (nawet w trakcie wojny) oraz faworyzując Arabów. Trudno się zatem dziwić, że żydowscy osadnicy w ramach własnych działań zaczepno – obronnych zorganizowali się w ramach pierwszej żydowskiej organizacji paramilitarnej Hagany. Jednym z najbardziej oddanych bojowców, był urodzony w Polsce Abraham Stern. Tu warto wspomnieć, że każdy w zasadzie ruch społeczny ma swoją lewicę i prawicę podobnie było z terroryzmem żydowskim. Stern związany z Zabotyńskim był zwolennikiem bardzo agresywnej walki z Arabami, a jednym z jego największych osiągnięć była „bomba Sterna”. Beczkę wypełnioną trotylem oraz wszelkiej maści żelastwem wrzucano przez okno do szkół koranicznych. Ów morderczy instrument szybko zyskał sobie uzasadnione uznanie. Warto w tym miejscu dodać, że prawdopodobnie był to produkt techników z polskiego wydziału II, dyskretnie wspierającego wszelkie formy emigracji i co zrozumiałe walki w Palestynie. Dlaczego dyskretnie? Ponieważ Palestyna była brytyjska a Polska z Brytyjczykami w sojuszu. Od wczesnych lat 30-tych prowadzono w Polsce szkolenie wojskowe, które wraz z utworzeniem przez Żabotyńskiego Betaru nabrało silnie faszystowskiego charakteru. Jako ciekawostkę warto wspomnieć, że szkoleni w Polsce Betarowcy pozdrawiali się „rzymskim gestem” a ich wiece ochraniał ONR Falanga co już samo w sobie zasługuje na osobny post. Warto w tym miejscu zauważyć jak doraźny interes polityczny łączy teoretycznie wrogie obozy. Eskalacja konfliktu arabsko – żydowskiego doprowadziła do powstania znacznie bardziej agresywnego niż Hagana, Irgunu. Tyle, że wraz z wybuchem wojny Irgun zadecydował o wstrzymaniu akcji przeciwko Brytyjczykom i Arabom. Grupa Sterna wprost przeciwnie. Wódz uważał, że należy walczyć wszelkimi sposobami z brytyjskim uciskiem i starał się nawet nawiązać współpracę z… Hitlerem.

Jak sobie łatwo wyobrazić tego już było dla lewicowej myśli syjonistycznej zbyt wiele. Stern skończył marnie. W lutym 1942 dopadli go w domu brytyjscy agenci. Ale prawica terrorystyczna nie umarła wraz z wodzem. Nowym szefem operacji wojskowych grupy Sterna został Icchak Szamir, dodajmy późniejszy premier Izraela i wieloletni funkcjonariusz Mosadu odpowiedzialny za operacje w Europie. Ale teraz sprawa najważniejsza: pierwszy atak terrorystyczny sensu stricte, ma miejsce 22 lipca 1946. Tego dnia „grupa Sterna” zdetonowała bombę w prestiżowym jerozolimskim hotelu „Król Dawid”. Był to pierwszy zamach w ramach nieustająco popularnej strategii  „niewielu zabitych setki przerażonych”. Można by oczywiście powiedzieć, że cel był wybrany przypadkowo bez konsultacji z jakimś promotorem. Można, ale trzeba zauważyć, że ktoś przecież musiał „sternowców” utrzymywać i wyposażać w broń i to w trakcie poważnej kampanii wojennej. Któż to mógł być? Otóż byli to Francuzi.

Jak wiadomo francuska Afryka północna do 1943 roku walczyła po stronie państw osi. Co prawda po lądowaniu amerykanów front zmieniła ale przekonań absolutnie nie. Tam właśnie Icchak Szamir znalazł bezpieczne schronienie po ucieczce z brytyjskiej Palestyny w 1943 roku uzyskując status uchodźcy politycznego. Skąd ten syjonistyczny duch? Po prostu w dominiach francuskich konflikt arabsko żydowski był nie mniej silny niż w Palestynie tyle że mniej medialny. W pełnej krasie ujawnił się dopiero w 10 lat po II wojnie światowej kiedy to na dobre rozpętała się wojna w Algierii. Z uwagi na niechętną wojnie politykę De Gaulla, w Algierii w 1958 powstała tajna organizacja terrorystyczna OAS założona przez znanego generała Raoula Salana. Silnym zapleczem organizacji byli algierscy Żydzi masowo atakowani przez arabskie bojówki. Wielu z nich, w czasie II wojny światowej aktywnie udzielało się w walkach przeciwko Brytyjczykom jako naturalnym wrogom w Palestynie. OAS została skutecznie rozbita podobnie jak każdy ruch prawicowy w tym okresie.

Jeśli w tym miejscu czytelnikom przyjdzie na myśl uwaga, iż wszystkie te wydarzenia są mało prawdopodobne przytoczę inne, również związane z terrorem a znacznie bardziej współczesne. Otóż nie pamięta się już dzisiaj, że hiszpański frankizm w latach 70-tych uosabiał nie stetryczały Caudillo (Generał Franco), ale jego główny pretorianin, premier rządu admirał Carrero Blanco. Admirał Blanco był de facto wielkorządcą Hiszpanii. Operatywny admirał, działając wspólnie z Opus Dei skutecznie podporządkował sobie większość ówczesnego system urządzenia na tyle sprawnie, że na 100% miał zostać następcą Franco. Ale mu się nie udało. Czemu? 20 grudnia 1973 dosłownie wyleciał w powietrze. Dosłownie ponieważ ETA wykonała podkop pod ulicą którą miał przejechać ów notabl i umieściła w podkopie prawie 100kg ładunek. Efekt był piorunujący. Admirał wraz ze swoim samochodem przeleciał nad kościołem z którego wyszedł i wylądował na balkonie na 2 piętrze budynku po przeciwnej stronie kościoła. Co w tym dziwnego? Sporo. Po pierwsze ETA robiła wcześniej znacznie mniejsze zamachy. Po drugie w śledztwie ustalono, że materiały wybuchowe pochodziły z amerykańskiej bazy wojskowej, po trzecie, zarówno śledczy hiszpańscy jak i czterej baskijscy uczestnicy zamachu tajemniczo ginęli. Co ciekawe, 21 grudnia 1978 roku a więc w 5 lat po zamachu, zginął ostatni z zabójców Blanco. Ostatni i jedyny który znał tożsamość, osoby która ….. ujawniła zmienianą codziennie trasę którą poruszał się Admirał. Dla tych którzy nadal mają wątpliwości mała zagadka. Kiedy USA uznały ETA za organizację terrorystyczną? W 2001 roku.

Zabójstwo Blanco pozostawiało frankizm bez sukcesji co niejako automatycznie torowało drogę demokratycznym przemianom czyli prywatyzacji i reformom gospodarczym. Franco namaścił Blanco a Blanco wykończył konkurentów tym samym system pozbawiony ich obu mógł się zawalić. Dlaczego nie dokonano zamachu na samego Caudillo? Niewiele by dał. Prawdziwą podporą systemu był właśnie Carrero Blanco. ETA ani wcześniej ani później nie dokonała już równie spektakularnego zamachu. Do grubych akcji trzeba mieć możnych protektorów i informatorów. Najwyraźniej i jednych i drugich zabrakło. Terroryzm podobnie jak wojna jest jednym ze środków prowadzenia polityki międzynarodowej. Choć nie ma już tej intensywności co w latach 70-tych (Fakcja Czerwonej Armii, Czerwone Brygady we Włoszech) to nadal terror zdumiewająco odpowiada interesom politycznych graczy. Zamach w białoruskim metrze najpierw odwracał uwagę od lawinowo sypiącej się gospodarki, potem lansował Łukaszenkę jako obrońcę narodu ale zbyt szybkie wykrycie przez KGB mało wiarygodnych sprawców roztrwoniło zbudowany na śmierci i ranach polityczny kapitał.

Władimir Iljicz Putin postępował znacznie roztropniej i wyciągał wnioski a między zamachem na teatr na Dubrowce (2002), a atakiem Basajewa na szkołę w Biesłanie (2004) poparcie dla reżimu i jego militarnych akcji wzrosło mimo niemałych ofiar, bo akcja w teatrze kosztowała życie i zamachowców i 129 widzów. W szkole w Biesłanie nie było wiele lepiej dodatkowo w trakcie szturmu zginęło tam ponad 200 dzieci.

Co ciekawe, w akcjach RAF bez problemu ujawnia się polityczny motyw ich inspiratorów z NRD i nikt nie ma problemu z traktowaniem powyższego jako swoistej cynicznej gry sowieckiego politbiura. Ale zachodnie demokracje? Fu! Kto by się zniżał do takich niedemokratycznych praktyk. Na marginesie warto zwrócić uwagę jakimi metodami zwalczano terroryzm w ówczesnym RFN. Baadera, Mainhof i kilku innych aktywistów schwytano już w roku 1972. Jak się okazało, był to duży błąd tamtejszego resortu siłowego. Osadzeni obrastali w legendę która skutecznie motywowała do działania kolejne grupy terrorystyczne. Jeden z osadzonych, Holger Meins zmarł w wyniku kilkakrotnych głodówek a jego śmierć w listopadzie 1974 wywołała ogólno niemieckie zamieszki. Co ciekawe, Meins domagał się między innymi uznania członków RAF za żołnierzy i tym samym traktowania ich jak jeńców wojennych. W październiku 1977 komando Palestyńczyków porywa na Majorce samolot Lufthansy. Domagają się uwolnienia przebywających w więzieniu członków RAF. Po wielu perypetiach samolot ląduje w Mogadiszu. To właśnie tu dojdzie do spektakularnej akcji niemieckiego GSG9 a tym samym pierwszego użycia wojsk niemieckich poza granicami RFN od zakończenia II wojny światowej. Oczywiście, formalnie GSG9 to nie wojsko tylko formacja jak sama nazwa wskazuje służby granicznej. Niemniej jednak, Niemcy zadebiutowali i to popisowo skutecznie odbijając zakładników.

Ciekawsze jest co innego. Tej samej nocy kiedy GSG9 szturmowało samolot, Baader, i pozostali wpływowi terroryści popełnili samobójstwa. Niektórzy po prostu się powiesili inni (Baader, Raspe) dla odmiany strzelili sobie w głowę za pomocą przemyconych do celi pistoletów. Nie trzeba dodawać, że byli trzymani w więzieniach o zaostrzonym rygorze. Tu ukłon w stronę naszych służb penitencjarnych: Baranina tylko się powiesił.

Tak czy inaczej noc z 17 na 18 października 1977 całkowicie zmieniła taktykę walki z terroryzmem w Niemczech. Przyjęto zasadę, że w tej walce aresztowania nie mają sensu a do terrorystów strzela się  aż do skutku. Strategia była efektywna, ponieważ aż do 1985 roku zamachów praktycznie nie było. Kiedy pojawiły się znowu całkowicie zmieniono cele ataków. Bomby zabijały wyłącznie przedstawicieli wielkiego biznesu i to nawet po publicznym samorozwiązaniu się RAF w 1989 roku.

Ostatnią ofiarą RAF był szef Treuhanda zabity 1 kwietnia 1991. I tu ważna uwaga, Treuhand był gigantycznym funduszem powołanym do prywatyzacji majątku byłej NRD. Organizacja ta jest najczęściej podawana jako doskonały przykład prywatyzacji. Uzasadnieniem zamachu na życie szefa tej organizacji była podobno polityka restrukturyzacyjna która z 4 mln enerdowców zatrudnionych w przejętych aktywach na wszelkiej maści miejscach pracy pozostawiła zaledwie 1,5 mln. I być może tak było. Być może, ponieważ Detlev Rohwedder zabrał ze sobą do grobu sporo niewygodnych prywatyzacyjnych tajemnic. Ale to pewnie zbieg okoliczności. Wersja z każącą ręką ludu w tle, jest przecież i bardziej nośna i bardziej wygodna.

5 komentarzy

Armia stoi nad Bosforem

Czyli o tym, że Grecja może się rozpaść na skutek społecznych niepokojów, armia turecka jest największa w tej części świata a chęć do wyrównania historycznych krzywd to zwykle silny motywator

Prasę wypełniają rozmaite scenariusze dla Grecji, a skutkami jej upadłości interesuje się również gazeta Fakt, co jest już najwyraźniejszym bodaj dowodem wyeksploatowania tematu. Za chwilę fala opadnie i media zajmą się czymś zupełnie innym, podobnie jak porzuciły tropienie przemian w Libii. Ktoś powie: ależ w Libii skończyła się wojna! Nic bardziej błędnego. Skończyło się wojną zainteresowanie. Medialno-internetowy atak na Afrykę Północną swoje zrobił, opinia publiczna w Europie zaakceptowała działania rządów i teraz niczyje zainteresowanie dalszymi wypadkami nie jest już potrzebne. Warto się nad tym zastanowić, bo za chwilę ten sam schemat może zostać zastosowany w zupełnie innym kraju.
We wszystkich opisach obecnej sytuacji w Grecji w przeszłość sięga się płytko. Jeśli nawet ktoś zanurkuje głębiej, to z wielkim trudem na potwornym wdechu sięga lat 90-tych. A szkoda. Bo problem Grecji jest ściśle związany z okolicznościami jej powstania. Narodowy zryw wspierali garściami pieniędzy Anglicy po to, aby słaniającej się Wielkiej Porcie przybył jeszcze jeden, i to zideologizowany, wróg. Co ciekawe, Grecja jako niepodległe państwo powstaje w 1830 roku co ogłoszono światu w Londynie, ponieważ jednym z gwarantów niepodległości miała być flota brytyjska. Dla Admiralicji wolna Grecja to kolejny etap osaczania Turków, którzy ciągle trzymali za twarz lewant i północną Afrykę. Ale od samego powstania Grecja była krajem niestabilnym, gdzie nieustająco zwalczali się republikanie i monarchiści. Wszystkich dość długo łączyła idea zwana wielką czyli odbudowa Grecji w jej antycznych granicach. Grekom szczęście dopisywało tak długo, jak długo ich możnym sprzymierzeńcom zależało na ograniczaniu pozycji Turcji. Szczytem tej polityki była rola Grecji w I wojnie światowej, a nagrodą przyznane Traktatem Wersalskim terytoria. Do pełnej realizacji celów wszystkich Greków brakowało już bardzo niewiele: Cypru i Konstantynopola.
I jak to zwykle bywa, w chwili największego sukcesu należy się zainteresować komu ów sukces przeszkadza i co na szachownicy zmienia. A zmieniło się sporo. Pierwotnie Anglia i Francja popierała Grecję na tyle, że już w 1919 roku doszło do kolejnej wojny grecko – tureckiej. Nowoczesna i dobrze wyposażona armia przy pomocy brytyjskiej floty wylądowała w Smyrnie. Początkowo sukcesy były spektakularne, bo warto pamiętać, że zachodnie wybrzeże Turcji to de facto antyczna Grecja, toteż Pont i Jonia, zamieszkałe w zasadzie wyłącznie przez Greków i Ormian, witały armie jako wyzwolicieli i tam gdzie struktura etniczna była po stronie greckiej walk w zasadzie nie prowadzono. Wszystko szło dobrze. Ale tymczasem w Grecji dokonał się kolejny zwrot. Zmarł, współpracujący z Brytyjczykami, król – Aleksander Grecki. W efekcie dalszych wypadków na tron powrócił zwolennik proniemieckiej polityki – Konstantyn I. Dla mocarstw zachodnich był to sygnał, że za bardzo utuczona Grecja może być równie, jeśli nie bardziej, niebezpieczna niż konające Imperium Osmańskie. Co więcej na polu gry pojawił się Kemal Pasza doświadczony turecki generał weteran wielu bitew. Ten doskonały strateg wykonał ruch, który natychmiast ostudził zapał Francji i Anglii do popierania Grecji: zwrócił się o pomoc do bolszewickiej Rosji. I tu, drodzy czytelnicy, warto zwrócić uwagę, że z perspektywy greckich polityków zdarzyło się coś, co nie miało prawa się wydarzyć. Czym bowiem Ataturk zapłacił bolszewikom za militarne wsparcie? Zrezygnował z odwiecznych ambicji na wschodzie Turcji, dając bolszewikom wolną rękę dla ich działań w Gruzji, Armienii i Azerbejdzanie. Nie była to cena niska.
I dalej wypadki potoczyły się już wartko: Grecy zostali odparci, a finał ich interwencji to spektakularna rzeź Smyrny, której przyglądali się ze swoich okrętów francuscy i brytyjscy marynarze. A było chyba czemu się przyglądać, bo Arystotelesowi Onasisowi nie starczyło życia, aby ową rzeź przypominać. Z drugiej strony, brytyjski świadek tamtych wydarzeń, spóźniwszy się na spotkanie z admirałem francuskim mitygował się tym, że ciała unoszące się na wodzie utrudniały manewry.
I teraz najważniejsze: mocarstwa zachodnie w ciągu zaledwie dwu lat zmieniły front o 180 stopni. Bez ich wsparcia do tej wojny w ogóle by nie doszło, a bez ich bierności nie zakończyłaby się tak krwawo. W wyniku rozejmu zadecydowano o wielkich migracjach ludności: z Grecji wysiedlono 300 tys. Turków z Turcji prawie 1,5 mln Greków. Jaki to miało wpływ na życie polityczne Grecji? Zamiast próby analizy tego niezwykle trudnego zjawiska przytoczę jeden fakt: za język narodowy uznano jeden z wielu używanych dialektów dopiero w…. 1976 roku.
Na początku lat 60-tych Grecji wyczerpało się już paliwo z amerykańskich planów pomocowych, a w 1964 roku do władzy doszła lewica. Warto pamiętać, że krwawa wojna domowa skończyła się w tym kraju zaledwie 10 lat wcześniej, toteż w niecałe trzy lata później władzę objęła junta wojskowa zwana później junta „czarnych pułkowników”. W apogeum swojej działalności junta postanowiła doprowadzić do połączenia z Cyprem i wskrzesić ideę wielkiej Grecji. I tutaj poszli już zbyt daleko. Zamiast opisu kalendarium:
1. 15 lipca 1974 dochodzi do zmontowanego przez Grecję przewrotu na Cyprze
2. 20 lipca 1974 Turcy desantują się na północy wyspy
3. 23 lipca 1974 junta oddaje władzę cywilom
4. 30 lipca 1974 zawieszenie broni na Cyprze
Oczywiście zbieżność dat może być przypadkowa:). I trzeba tylko dodać, że 8 grudnia 1974 Grecy w referendum opowiedzieli się za rezygnacją z monarchii i tym sposobem zakończyła w tym słonecznym kraju dominacja niemieckiej monarchii, która była powodem sporych, było nie było, perturbacji.
Antagonizm grecko-turecki jest niezwykle silny, a do dzisiaj żyją ofiary tej ponurej gry ówczesnych mocarstw. Choć dzisiaj o tym nie pamiętamy, w 1996 oba kraje znalazły się na krawędzi wojny, a w 2006 roku doszło do poważnych incydentów granicznych. Kość niezgody to, miedzy innymi, definicja wód terytorialnych, a co za tym idzie korzystania z dochodów z tamtejszej żeglugi. Potencjalny konflikt obie strony traktują bardzo poważnie.
2009 rok był rekordowym w wydatkach zbrojeniowych w Grecji, które osiągnęły 6,3 mld EUR. Ten astronomiczny (2,8% PKB) jak na współczesną Europę poziom, to właśnie rezultat nieustannego wyścigu zbrojeń z sąsiednią Turcją. Oczywiście jako efekt kryzysu wydatki spadły do 3,8 mln planowanych na 2011 r., ale i tak ich udział w PKB pozostanie na poziomie Francji ( 2% PKB ). Co uzyskano w zamian za tak intensywne nakłady? Marynarka i lotnictwo dotrzymują na razie kroku Turcji ( Grecja: 300 samolotów, w tym 150 F16, Turcja: 400 samolotów), ale siły lądowe, mimo znacznie niższej liczebności (100 tys. versus 600 tys.), są już dużo gorzej uzbrojone. Grecja zakupiła co prawda 170 czołgów Leopard 2A6 HEL, ale nie dała już rady zmodernizować piechoty zmechanizowanej, opierającej się nadal o archaiczny amerykański M113. Szczególnie w tym obszarze widoczna jest odmienna polityka Ankary, która w siłach lądowych stawia na wyroby własnego przemysłu i od lat kupuje krajowe transportery opancerzone, a na dodatek finansuje program budowy własnego nowoczesnego czołgu. W przypadku konfliktu lądowego to szczególnie ważne. Własny sprzęt to własne zaplecze dostawców, których nagle nie zniechęci do handlu Departament Stanu USA. Równowagę lotnictwa może zakłócić nowy wielki program zakupu 100 myśliwców F35. Nie ma chyba wątpliwości po czyjej stronie będą się lokowały amerykańskie sympatie. Spadkom wydatków wojskowych w Grecji towarzyszy ich rekordowy wzrost w Turcji. Na 2011 zaplanowano tam prawie 16 mld EUR! Tym samym w ciągu najbliższych 5 lat, Grecy będą już w taktycznej defensywie, bo może się okazać, że za pieniądze, które teraz mają, nie utrzymają w gotowości znacznej części sprzętu, którym dzisiaj dysponują.
Co ciekawe, armia grecka jest jedyną w regionie, która mogła by się przeciwstawić Turkom. Dalej jest już tylko gorzej, bo węgierska prawie nie istnieje, a rumuńska i bułgarska nie mają żadnej bojowej wartości. Warto o tym pamiętać, ponieważ Rumunia i Bułgaria już są w UE, a dla wielokrotnie od nich silniejszej Turcji jak wiadomo miejsca zabrakło. Lubimy przypominać sobie naszą dawna wielkość, ale lubimy też zapominać, że inni również bywali wielcy. Imperium Osmańskie panowało nad sporym kawałkiem globu przez kilkaset lat. Czy można zakładać, że już o tych latach triumfu nie pamięta? Na marginesie dodam, że w ramach NATO Turcja miała odpierać atak południowej flanki Układu Warszawskiego, czyli maszerować na Sofię i Bukareszt. Jakoś tak mi się wydaje, że te kierunki są na manewrach ćwiczone do dzisiaj. Po co mieliby się tam wybierać? Po surowce. Turcja nie ma ich praktycznie wcale i surowce strategiczne musi w całości importować. Ale tu też ma swoje atuty: przez jej terytorium przebiegają rurociągi i gazociągi, stanowiące południową drogę eksportu tego surowca. Dzięki opłatom przesyłowym i preferencyjnym cenom Turcy oszczędzają nieco na wydatkach na media. Ale przede wszystkim mają je dla siebie.
Jakikolwiek scenariusz nie odegrałby się w Grecji, kraj znajdzie się na krawędzi systemowego rozbicia. Jeśli dojdzie do poważnych niepokojów, ktoś będzie musiał je uśmierzyć. Jestem dziwnie przekonany, że turecki korpus ekspedycyjny bardzo chętnie by sobie poradził z tym zadaniem. I pewnie nawet nie będzie takiej potrzeby, wystarczy przyzwolenie na lądowanie na od dawna spornych wyspach i a Grecy się pozbierają dokładnie tak samo jak w roku 1974. Jeśli to nie wystarczy, może się okazać, że wojna znów zatli się w Europie. Ale czym tu się przejmować. Z Warszawy do Aten jest 2300 km. Do Vukovaru było zaledwie 1100. Jakoś nam to spokoju nie zakłóciło.

11 komentarzy