Browsing Category historia

Żołnierz dziewczynie nie skłamie…..

Czyli o tym, że Warszawa to ciekawe miasto, iluzja to trwała potrzeba części naszego społeczeństwa, kolor mostu może być funkcją polityki a dobra architektura broni się sama.

Zupełnie przypadkowo znalazłem się przedwczoraj w okolicach, które od lat oglądam tylko w przelocie. Przyszło mi znienacka do głowy, aby sportretować Warszawę na trasie moich typowych spacerów z czasów, kiedy szukano pały na dupę generała a armia radziecka była z nami od dziecka.

Pałac Lubomirskich. Wielu warszawiaków mija go zupełnie bez emocji podczas gdy to co najmniej podwójnie ciekawy budynek! Pałac z woli tow. marszałka Spychalskiego został w roku 1970 odcięty od fundamentów i …. przesunięty o 78 stopni. Dzięki tej operacji zaspokoił ambicje wojskowych zarządców, którzy w swym budynku zamykali ( skądinąd ładnie ) oś saską. Dodajmy, że ów budynek formalnie nazywany „Centralnym Domem Żołnierza” znajdował się we władaniu GZP czyli Głównego Zarządu Politycznego LWP najważniejszej siły sprawczej w LWP. Warto dodać, że szef GZP był również wiceministrem Obrony Narodowej. Piastowanie tej funkcji w latach 1960 do 1965 było dla Generała Jaruzelskiego jedną z najważniejszych trampolin do przyszłej kariery. Ale jak się okazuje pion GZP potrafił się zawsze wykazać perspektywą, ponieważ już na początku nowej ery  umożliwił pewnej organizacji biznesowej wieloletnie atrakcyjne korzystanie  z tego reprezentacyjnego budynku. Tym oto sposobem pałac Lubomirskich stał się siedzibą BCC ( Business Centre Club ) przez lata uważanej zresztą za organizację pożytku publicznego. Uważaną tak do czasu słynnej afery, gdy okazało się, że ta organizacja jest de facto spółką z o.o. stanowiącą zresztą własność Marka Goliszewskiego. Ten operatywny biznesmen stworzył sobie doskonałe miejsce pracy na lata. To nawiasem mówiąc ciekawe, że szefem organizacji biznesowej został były naczelny tygodnika „Konfrontacje” – najbardziej chyba betonowego tygodnika w PRL. No ale cóż, każdy może zmienić poglądy:) Dla mnie to osobliwy majstersztyk. Bardzo jestem ciekaw jak jest sformułowana umowa najmu tego budynku i kiedy się kończy. No, ale tego to już się pewnie nie dowiemy.

A tuż obok ( bo znajdujemy się na terenie dawnego małego getta ) plac Grzybowski i jego obecna do dzisiaj żydowska estetyka. Każdy kto mieszkał w tej okolicy pamięta doskonale klimat sklepów przy Grzybowskiej, magla, sklepików ze wszystkim na Próżnej. Jeszcze w latach 80-tych zdarzało się tu usłyszeć jidisz, i to nie w pobliskim Teatrze Żydowskim, ale właśnie w otaczających go sklepach. Na tym szczególnym placu polska i żydowska historia zetknęła się zresztą w sposób szczególny jako że od południowej strony wieńczy plac

Kościół Wszystkich Świętych. Jako że znalazł się na terenie getta, przekazano go zasymilowanym polskim Zydom, którzy przeszli na chrześcijaństwo. Ich proboszczem pozostał ksiądz Godlewski – przedwojenny endek i polski nacjonalista. W obliczu zagłady pomagał Żydom między innymi fałszując metryki chrztu dla tych, którym udało się uciec jako chrześcijanom. Za te praktyki został aresztowany i w 1944 roku zginął w Gross Rossen. Z tego placu szturmowano jeden z najkrwawiej zdobytych budynków w trakcie Powstania Warszawskiego – Pastę. Przypadkowo udało mi się zrobić takie zdjęcie:

Gdy ten starszy mężczyzna odwrócił się do mnie, zobaczyłem na jego piersi Virtuti Militari i Krzyż Walecznych. Kim był? Czy wspominał zdobywanie Pasty? A może to ŻOB-owiec? Nie zapytałem. Szkoda. Świadkowie tamtych czasów odchodzą codziennie. Nieopodal znajduje się budynek nie mniej ciekawy.

Błękitny wieżowiec jest błękitny wyłącznie dla tych, którzy przybyli do Warszawy już po 1989 roku. Wcześniej był to wieżowiec złocisty! Budynek powstawał z mozołem prawie 20 lat, a o przewlekłości budowli krążyły legendy. Powszechnie uważano, że budowę powstrzymuje klątwa rabinów. Klątwa może i była, ale na odcinku blokowania budowy znacznie bardziej skuteczni byli zapewne funkcjonariusze z pobliskiego Żydowskiego Instytutu Historycznego. Trudno się im dziwić, bo synagoga Tłomackie była największą i najbardziej prestiżową warszawską synagogą. Zniszczyli ją Niemcy po zdławieniu powstania w Gettcie. Ciągnącą się latami budowę dokończyli dla odmiany Jugole w latach 1989 – 1991. Warto zauważyć, że budynek  ma zupełnie niepasującą do reszty półokrągłą szklaną kopułę. Ma ją, ponieważ dokładnie w tym miejscu znajdowała się wcześniej Wielka Synagoga. Dzisiaj gmina żydowska dysponuje 18, 19 i 20 piętrem budynku. Prędzej czy później pojawi się również synagoga. Dla odmiany kolejny obiekt na trasie mojej wycieczki jest znacznie mniej prestiżowy, bo to po prostu

modny obecnie w mediach namiot. Modny, bo nie związany trwale z podłożem, czyli legalny, nie wymagający tym samym pozwolenia. Niezwiązany – ponieważ manifestujący trzymają go cały czas na swoich butach. Co by nie powiedzieć czapka z głowy za konsekwentne manifestowanie poglądów choć jak zwykle w okolicy strefy „zamglenia” mam totalną konfuzję. Za rządem Tuska nie przepadam, Rostowski to najgorszy minister finansów jaki nam się trafił, ale od formacji Jarosława Kaczyńskiego dzielą mnie niestety lata świetlne. A nie było tak bynajmniej zawsze. We wczesnych latach 90-tych Porozumienie Centrum wydawało się być jedyną roztropną i niezależną partią polityczną. Niestety, choć Jarosław Kaczyński tropi i śledzi układ, swych własnych działań na warszawskiej Woli, w Fundacji Solidarność  czy Telegrafie nigdy nie tłumaczył, twierdząc nieodmiennie, że zarzuty to spisek. Mnie nie przekonał, choć nie byłem, nie jestem i nie będę zwolennikiem wizji świata lansowanej przez Gazetę Wyborczą. Toteż z poczuciem pewnej bezradności minąłem

niniejszy komunikat. Cóż, „Edward” Tusk może być spokojny o wynik najbliższych wyborów. W drodze na Stare Miasto odwiedziłem jeden z najciekawszych, najcichszych, najlepiej położonych i najlepiej ukrytych bloków w sercu Warszawy. Tuż za pierzeją ulicy Moliera dyskretnie ukryto taki oto budynek

Wiadomo, o gustach się nie dyskutuje a zdjęcie nie oddaje w pełni jakości tej architektury. O ile pamiętam budynek powstał w latach 80-tych, wygląda jakby wybudowano go zaledwie kilka lat temu. Dla mnie doskonały, ukryty w zieleni przytulonego do gmachu ZPR parku. Ciekawe jaką ma tajemnicę, bo w takim miejscu staraniem spółdzielców nie powstał przecież na pewno:) W drodze powrotnej odwiedziłem swoją Alma Mater

W siedzibie Wydziału Nauk Ekonomicznych nie byłem chyba od czasu kiedy swoje obskurne ceglane oblicze porzucił dla tej zacnej elewacji. Warto wspomnieć, że kiedyś znajdował się tu carski cyrkuł a kilkanaście metrów od wejścia miała miejsce słynna w czasach okupacji „Akcja pod Arsenałem” Oj wspomnienia, wspomnienia… to tutaj Władysław Baka zniechęcił mnie do centralnego planowania a Ryszard Kokoszczyński bez powodzenia zachęcał do analizy ekonomicznej. Ileż ciekawych osób tutaj studiowało… A na zakończenie wycieczki budynek TPPR czyli Towarzystwa Przyjaźni Polsko Radzieckiej. Dzisiaj już się go tak nie nazywa, ale…

przyjaźń jak widać tu i ówdzie się utrzymuje. Ciekawe czy działacze nadal ci sami. W latach świetności był to jeden z najnowocześniejszych budynków w Warszawie, w zamyśle twórców miał zapewne promować wschodniego sąsiada. Działała tam restauracja Tamara i jeden z najlepiej wyposażonych EMPiKów w Warszawie. Kogoż tam się nie spotykało przy lekturze niedostępnych nigdzie indziej zagranicznych, w tym zachodnich czasopism. W znajdującym się w kompleksie kinie przez cały PRL grano o ile pamiętam dwa filmy „Parada atrakcji, zabawy zwierząt” i „Jeździec bez głowy”. Ubogość repertuaru tłumaczyła technika: oba filmy były trójwymiarowe.

A i jeszcze jeden zupełnie nie krajoznawczy element. Na trakcie królewskim wielka akcja społeczna „Maźnij mnie”. Przy wsparciu sponsorów a za sprawą władz miasta warszawiakom stworzono możliwość wyboru koloru malowania dla mostu średnicowego. I już miała mnie ta inicjatywa niezwykle ucieszyć gdy nagle wyszedłem na zaprzyjaźnionego architekta autora projektu …… malowania mostu średnicowego! Cóż się okazało? Wybrany kolor dawno wpisany do projektu, prace w toku ale w Ratuszu ktoś wpadł na pomysł wmawiania mieszkańcom, że mają wpływ na miasto. Jak wyjawił mi zniesmaczony architekt cała akcja to i tak totalna draka bo malowana będzie siatka okalająca plac przebudowy mostu. Z samym mostem miasto na Euro się nie wyrobi. A wybory za pasem.

Cóż, w Polandzie jak zwykle czyli jak w tytułowej piosence: żołnierz dziewczynie nie skłamie ale nie wszystko jej powie.

5 Comments

Polski syndrom

Czyli o tym jak się ma Świątynia do idei, którą ma symbolizować, kto skorzystał a kto stracił na rozbiorach oraz o tym, że lud potrafi się upomnieć o sprawiedliwość.

W Wielką Sobotę wybrałem się wraz z rodziną ze święconką. W tym roku tradycyjne miejsce świeceń przegrało ze Świątynią Opatrzności Bożej jako że w tej właśnie okolicy świeżo ulokowała się część familii. Tym samym budynek widywany z perspektywy Alei Wilanowskiej zbadałem z bliska. Obiekt jest rzecz jasna nadal w budowie i wygląda na to, że proces ten potrwa jeszcze dość długo, a z pewnych względów  należałoby wypatrywać jak najrychlejszego owej budowy zakończenia. Czemu? Idea budowy świątyni sięga I Rzeczypospolitej, kiedy to Sejm w podzięce za Konstytucję 3 Maja zobowiązał się do erekcji i finansowania ze środków państwowych świątyni, która upamiętni owo historyczne wydarzenie jakim było uchwalenie konstytucji. I faktycznie, Król Stanisław August wskazał pole, znajdujące się dobrach koronnych, na którym z wielką pompą 3 maja 1792 wmurowano kamień węgielny. Budowę przerwano już po kilku miesiącach, jako że w granicach pojawili się zaborcy, gorliwie wsparci przez targowiczan. II rozbiór Polski skutecznie uniemożliwił dalsze celebrowanie „opatrznościowej” ustawy sejmowej. Niby wszyscy wiemy co było dalej. Niby, bo nie zwracamy uwagi na jeden niezwykle ważny element: gospodarkę. A tej przegrana wojna z Rosją z 1792 roku zadała niemały cios. Zachodnie sfery finansowe uznały po prostu, że Polska się niebawem skończy i… wstrzymały refinansowanie warszawskich banków! Skąd ta wiedza zachodnich bankierów? Dwór Katarzyny II planował całkowity rozbiór Polski  i poszukiwał do tego jedynie pretekstu. Na arenie gospodarczej spowodowało to de facto „upadłość Polski”, a nikt siłą rzeczy nie pospieszył ze stabilizacyjnym kredytem. W efekcie upadło kilka ważnych banków, w tym najważniejszy należący do Piotra Fergussona Teppera. Ten obrotny gentelman zgromadził majątek równy najzamożniejszym polskim rodom, a sam Stanisław August Poniatowski był mu winien ponad 10 mln ówczesnych złotych polskich, które król zużył na wyekwipowanie armii. W ówczesnym systemie politycznym Tepper pełnił poważną rolę. Otóż między innymi zajmował się wypłacaniem pensji (dzisiaj powiedziałoby się: łapówek) politykom, znajdującym się na utrzymaniu Rosji i Prus.  Jak sobie łatwo wyobrazić obniżenie ratingu Polski uderzyło we wszystkich. Szczęsny Potocki – jeden z przywódców Targowicy, był gotów sprzedać wszystkie swe wielkie majątki w zamian za sumę dwuletnich intrat, byleby ta suma została mu wypłacona natychmiast. Dla porównania majątek Teppera przed wojną 1792 roku był szacowany nawet na 70 mln złotych; Czartoryskich (familii słynącej z dobrze prowadzonej działalności gospodarczej) – na 100 mln, przy czym roczne przychody w gotowiźnie przekraczały 6 mln złotych. Cyfr tych dostarcza nie byle kto, bo Leon Dembowski – zaufany współpracownik Czartoryskich, a w trakcie Powstania Listopadowego – minister skarbu, więc osoba w realiach zorientowana. Ówczesną sytuację możnaby przedstawić następująco: system finansowy utracił płynność. W krótkim czasie wywołało to ostry kryzys, a inflacja dobiła rynek żywności. W takiej sytuacji do wybuchu prędzej czy później musiało dojść. Ale bunt narastał powoli. W 1794 nakazano ograniczenie armii, a rozformowanym żołnierzom – wcielenie do zaborczych armii. Skutkiem była Insurekcja Kościuszkowska i III – ostateczny, bo nie ostatni, rozbiór Polski. W efekcie wspomnianego załamania systemu bankowego oraz jego dalszych skutków zdewaluowano zaplecze kapitałowe polskich posiadaczy. To mniej więcej taki sam proces, jaki może nam się w tej chwili przytrafić. Bo przecież nasze aktywa są wyłącznie tyle warte na ile jest wymienialna nasza waluta.

No, ale miało być o Świątyni Opatrzności. Idea wróciła wraz z odzyskaniem niepodległości, a Sejm w 1921 r. postanowił kontynuować śluby i świątynię własnym sumptem wystawić. Ale tu rzecz ciekawa, mozolono się niezwykle z wyborem lokalizacji i projektu. Pierwszy konkurs ogłoszono w 1929 roku i w 1930 r. rozstrzygnięto (albo raczej wręcz przeciwnie), bo ostatecznie wybrano 3 równoważne projekty zaciekle krytykowane przez różne środowiska. Inicjatywa nabrała tempa dopiero po śmierci Marszałka Piłsudskiego, kiedy to postanowiono połączyć przyjemne z pożytecznym, tj. stworzyć dzielnicę Marszałka na Rakowcu, poprowadzić wspaniałą aleję jego imienia i u jej szczytu posadowić imponującą budowlę Świątyni. Finalnie do tego celu wybrano projekt Bohdana Pniewskiego, którego Warszawiacy znają z takich budowli, jak jego własna willa niedaleko Frascati, budynek NBP czy zrealizowany już po wojnie Dom Chłopa. I jak już wybrano ostateczny projekt i lokalizację, prace ruszyły, ale… była to wiosna 1939 r., więc nie zdołano wiele wybudować.

Jak sobie łatwo wyobrazić po 1945 roku idea celebracji Konstytucji 3 Maja nie była specjalnie popularna. Nawiasem mówiąc zawsze mnie zaskakiwało jak wschodnie imperium wrażliwe jest na punkcie swej ciągłości. Teoretycznie Konstytucję 3 Maja powinno się traktować jako rewolucyjny powiew bliski sercom tych, którzy poprowadzili lud do wielikoj oktriabskoj. Ale najwyraźniej każdy akt niezależności wobec wschodniego suwerena traktowany był jako politycznie niewygodny, a zatem niegodzien upamiętniania. Skądinąd w politbiurze rozumowano słusznie, skoro właśnie 3 maja stał się w latach 80-tych dyżurną datą organizowania patriotycznych demonstracji.  Mimo tych trudności, Kardynał Wyszyński (autor triady Polak = Katolik = Patriota) zdołał doprowadzić do wybudowania kościoła na Rakowcu właśnie, który był pierwszym po wojnie wybudowanym legalnie nowym kościołem w Warszawie. W 1979 roku w trakcie wizyty Jana Pawła II oświadczył, ze dzieło rozpoczęte przez Sejm Czteroletni zostało zrealizowane.

I tak by pewnie pozostało, ale Prymas Glemp był nieco innego zdania. W 1991 roku w rocznice 200-lecia Konstytucji 3 Maja, Senat RP ponownie nałożył na państwo obowiązek wybudowania Świątyni upamiętniającej to wydarzenie. Należy domniemywać, że polityczne prądy wiejące od 1993 do 1997 roku skutecznie umożliwiały realizację tej idei, ale dzięki gorliwej postawie zapomnianego dzisiaj nieco RS AWS w 1998 roku zobowiązanie odnowiono po raz kolejny, a już za chwilę wskazano grunt i 2 maja 1999 r. na Polach Wilanowskich odbyła się stosowna uroczystość.

I tu mała dygresja. W 1999 roku w promieniu kilku kilometrów od Świątyni pasły się krowy. Przysłowiowy koniec miasta wytyczała Aleja Wilanowska, a do rozpoczętej budowy nie było w praktyce dojazdu. 12 lat później Świątynia w budowie stoi już przy Alei Rzeczpospolitej w otoczeniu lepszej albo gorszej, ale generalnie udanej architektury. Dlaczego mimo państwowych dotacji budowa się jeszcze nie zakończyła? Łatwo się  nie dowiemy. Tak czy inaczej jest to najbardziej, jak do tej pory, zaawansowana budowa obiektu powołanego do życia w 1793 roku. Wolałbym, aby dobiegła końca, gdyż poprzednie dwie stanowią dość przykre memento dla naszej mało stabilnej państwowości. Dzięki obrotności posłów państwo jakoś środki znajdzie (budowę finansuje się obecnie jako przedsięwzięcie muzealno – narodowe). Pytanie: czy Świątynia znajdzie odpowiednią ilość wiernych?

Kiedy dotarłem tam ze święconką usłyszałem, podobnie jak pozostali przybyli w tym celu, że dzieci nie mogą przyjeżdżać rowerami, przychodzić w ubrankach sportowych i kaskach. Choć przybyłem na piechotę, nie mogłem się nadziwić skąd ten dogmatyzm, tym bardziej, że świecenie odbywało się w katakumbach, pod podłoga głównej nawy, jako żywo przypominających schron przeciwatomowy. Kiedy wychodziłem na powierzchnię przez pomieszczenie, które w niczym kościoła nie przypominało, jedno z dzieci z wyrzutem zwróciło się do mamy: „Przecież to zupełnie jak nasz garaż w bloku!”.

Cóż, najwyraźniej zarządzający parafią liczą na pielgrzymów z innych regionów, a nie na okolicznych mieszkańców. Założenie nie dziwi, szczególnie wobec silnie manifestowanej w Świątyni opcji politycznej.

Ale to i tak drobiazg, bo przecież najważniejsze jest to, że Kościół, jako taki, był jednym z podstawowych przeciwników Konstytucji 3 Maja, której upamiętnieniem jest miedzy innymi Świątynia. Skąd ta ówczesna niechęć? Powód był ten sam, co zwykle. Jeszcze przed uchwaleniem Konstytucji 3 Maja w 1789 roku Sejm zadecydował o przekazaniu części dochodów z diecezji krakowskiej na finansowanie armii. Ponadto unoszący się nad ustawą duch rewolucyjnej Francji pachniał nieprzyjemnie tamtejszymi zmianami. Dlatego też wśród najaktywniejszych Targowiczan znajdziemy biskupów: Józefa Kossakowskiego, Ignacego Massalskiego, Wojciecha Skarszewskiego i Michała Romana Sierakowskiego. Nawiasem mówiąc wszyscy w trakcie Insurekcji Kościuszkowskiej zostali skazani na śmierć: dwu powieszono, jednego wyreklamował Kościuszko, a jeden został skazany zaoczenie. Oczywiście gdyby nie warszawski zrewoltowany lud wyreklamowano by pewnie wszystkich ale Massalskiego tłum po prostu wywlókł z wiezienia a Kossakowskiego z pałacu.

Świątynia Opatrzności Bożej stoi zatem na grząskim gruncie. O ile w historii nikt nie będzie grzebał, przyszłość nie jest różowa, a do wybudowania pozostało jeszcze sporo. Dla mnie punkt odniesienia to Sagrada Familia, kościół budowany w Barcelonie od 1882 roku. Fakt, ze Gaudi uczynił sporo, aby nie był to budynek prosty w ocenie, ale ponad 100 lat budowy robi wrażenie, prawda? Co ciekawe Gaudi zmarł w 1926 roku. Koniec budowy planowany jest obecnie na 2026 rok. Ile to potrwa na Polach Wilanowskich? Trudno ocenić, podobnie jak to, czy skończona budowa przerwie złą passę poprzednich. Ale już dzisiaj polityczny manifest dekorujący oddaną wiernym część budowli nie pozostawia wątpliwości że nie buduje się tam Świątynia zgody narodowej, ale symbol podziału.

Sacrum Prawdziwych Polaków, Częstochowa w potopie klasy średniej na jej sztandarowym warszawskim osiedlu. Ale kto wie co z tego wyniknie bo jako naród wiemy przecież jedno od lat: jak trwoga to do Boga.

 

5 Comments

Bóg, Honor i Ojczyzna.

Czyli o tym, że media kształtują nasze opinie, politycy wiedzą lepiej co jest dla nas dobre  a honor jest najważniejszym aktywem narodowym.

W jednym ze wcześniejszych postów pozwoliłem sobie na stwierdzenie, że do wojny z Niemcami doprowadziły niemożliwe w realizacji niemieckie żądania. Uproszczenie to było wynikiem roboczego oparcia się na historycznym fundamencie: Polska racja stanu nie przewidywała wojny po stronie Niemiec a ewentualny udział w takim sojuszu wywołać miał kolejne, bardziej agresywne żądania niemieckie których realizacja była by nieunikniona. Taki punkt widzenia prezentuje choćby Stanisław Żerko historyk z Instytutu Zachodniego w Poznaniu.

Ale warto się przez chwilę zastanowić jakie okoliczności spowodowały składanie Polsce jakichkolwiek ofert. Otóż 30 września 1938 roku, Polska wystąpiła z 12 godzinnym ultimatum w którym domagała się od Czechosłowacji zwrotu Zaolzia. Jak wiemy z historii, rząd czechosłowacki w obliczu SGO Śląsk zgromadzonej na granicy i dywersyjnych ataków zaolziańskich Polaków na urzędy czechosłowackie ugiął się i w efekcie 2 października na teren Zaolzia wkroczyły wojska polskie. Warszawska ulica pijana sukcesem fetowała wielki sukces mocarstwowej Polski.

W sferze faktycznej Polska i Węgry u boku Niemiec wzięły  jak najbardziej realny udział w rozbiorze Czechosłowacji. Nie podeptano tym przyjaźni polsko czechosłowackiej bo nigdy jej nie było. Zakończono w sprzyjających okolicznościach konflikt który zaczął się jeszcze w 1918 roku ( kiedy to wojska czechosłowackie zaatakowały słabe polskie jednostki zajmując tereny etnicznie polskie ) a finalizował w 1920 kiedy rząd Benesza wykorzystał Bitwę Warszawską do wymuszenia na Polsce ustępstw terytorialnych. Nie było zatem nigdy szans na współpracę państw które przez cały okres międzywojnia same znajdowały się w stanie zimnowojennym.

Wedle stanu z października 1938 Polska jest jednym z aktywnych sojuszników Hitlera i trudno się dziwić, że w ten właśnie sposób przedstawiana była w europejskiej prasie. Trudno uwierzyć, że wkroczenie do Czechosłowacji dokonało się bez jakichkolwiek porozumień z Niemcami szczególnie, że wojsko polskie zdołało zająć węzeł kolejowy w Boguminie uprzedzając zmierzające tam wojska niemieckie. Ów akt agresji nie mieścił się moim zdaniem ani trochę w lansowanej przez Becka polityce balansowania pomiędzy ZSRR a Niemcami. Trudno się zatem dziwić, że 24 października 1938 Von Ribbentrop wezwawszy ambasadora RP Lipskiego złożył po raz pierwszy następującą propozycję:

W zamian za udział w wojnie z ZSRR, włączenie Gdańska do Rzeszy i budowę eksterytorialnej autostrady, zaoferował podobnie eksterytorialny dostęp Polski do portu gdańskiego, gwarancję granicy polsko – niemieckiej i wydłużenie paktu o nieagresji na 25 lat.

Cóż, szczególnie w cieniu świeżo zajętego Zaolzia trudno powyższą propozycję choćby porównać z dyktatem Niemiec wobec Czechosłowacji która poszarpana po układzie w Monachium, w marcu 1939 padła ofiarą zaakceptowanego przez Europę formalnego rozbioru! Nasuwa się zatem dość oczywiste pytanie: jak polityczne elity do tej propozycji się odniosły? Otóż nijak się nie odniosły ponieważ Beck najprawdopodobniej owej propozycji poważnie nie potraktował tym bardziej, że w owym czasie zajęty był budowaniem relacji z Węgrami i Rumunią która to nawiasem mówiąc na rozbiór Czechosłowacji nie miała ochoty. Nie bez znaczenia jest również fakt, że w owym czasie Józef Beck był już człowiekiem poważnie chorym co usprawiedliwia go o tyle, że jeszcze w 1937 roku złożył dymisję na ręce prezydenta Mościckiego. Dymisja nie została jednak przyjęta, ponieważ ówczesną Polską steruje triumwirat: Beck, Śmigły Rydz i Mościcki i to zapewne w tej kolejności. Jednego wielkiego człowieka po 1935 roku zastąpiły trzy polityczne fantomy. Najwyraźniej mogły rządzić jedynie razem. To ci trzej ludzie dopiero 7 stycznia 1939 roku zadecydują o zwrocie politycznym ponieważ Beck osobiście usłyszy od Hitlera, że sugestie przekazane wcześniej Lipskiemu to de facto ultimatum. Jeszcze 25 stycznia 1939 von Ribbentrop pojawia się w Warszawie dorzucając do wcześniejszej oferty Słowację jako trofeum wojenne.  Warszawa odpowiada NIE, powołując się na zawarte porozumienie wojskowe z ZSRR. I w tym miejscu polityka polsko niemiecka mija „no return point” dalej w marcu 1939 okrojona Czechosłowacja w raz z całym swoim rządem zamieni się w protektorat Czech i Moraw z tym samym prezydentem Hachą a 40 czeskich dywizji walnie dozbroi Wehrmacht. W takich warunkach odrzucano niemieckie awanse uważając, że jakakolwiek współpraca z Hitlerem nieuchronnie prowadzić będzie do katastrofy. Co ciekawe, ta decyzja polityczna podejmowana była przez ludzi, którzy przez 4 lata samodzielnych rządów nie zmienili ani na jotę doktryny wojennej armii II RP która od zarania państwa zakładała w zasadzie wyłącznie wojnę na wschodzie! Plan  wojny na zachodzie przygotowywano na kolanie wiosną 1939.

Odrzuceniu współpracy z Niemcami, towarzyszy powtarzane przekonanie o tym, że Polacy a przede wszystkim korpus oficerski był takim porozumieniom całkowicie niechętny. Zwłaszcza drugiego członu tej popularnej tezy nie jestem w stanie zrozumieć. Jak armia która przez kilkanaście lat ćwiczy obronę przed Rosją zarzucając prawie kompletnie ( poza nielicznymi fortyfikacjami ) strategię wojnę na zachodzie i północy może być świadomie gotowa na konflikt z Niemcami?  

Pytanie o faktyczne nastroje społeczne było by również jak najbardziej na miejscu. W kraju w którym nośnikiem informacji były gazety panowało potworne rozwarstwienie społeczne a komunikację dodatkowo utrudniał…. analfabetyzm. W Polsce międzywojennej dotyczył prawie 25% populacji. Radio było luksusem posiadanym przez nielicznych. Zastanawia mnie zatem, czy społeczeństwo które jeszcze  w październiku 1938 fetuje zajęcie Zaolzia i domaga się marszu na Kowno jest faktycznie bardziej antyniemieckie niż antyrosyjskie? Jeśli nawet dzisiaj, w społeczeństwie doświadczonym przez niemiecki nazizm dominuje postawa antyrosyjska słuszne jest założenie, że w 1939 dominowała akurat antyniemiecka? A jeśli tak faktycznie było, jaką rolę w kreowaniu tej postawy odegrały media?

Rządzący Polską triumwirat popisał się co najmniej brakiem politycznego realizmu wybierając walkę w sytuacji w której musiał być świadom zarówno niemieckiej przewagi ( złamanie szyfrów enigmy ) jak i iluzoryczności francusko niemieckiej pomocy.

W słynnym sejmowym przemówieniu z 5 maja 1939 Józef Beck ujawnił się obywatelom jako polityk twardy. W ponurym cieniu rzucanym przez wypowiedziany przez Niemcy pakt o nieagresji podkreślił, że Polska od Bałtyku odepchnąć się nie da, a pojęcie pokoju za wszelką cenę dla Polaków nie istnieje. Jako rzecz bezcenną, w swoim przemówieniu transmitowanym na cały kraj a nagrodzonym przez posłów stojącą owacją wskazał, że dla Polaków bezcenny jest honor. To przemówienie wywołało wielką falę patriotyzmu ale nie towarzyszyła mu choćby próba mobilizacji. Sejm zwiększył budżet, FON odnotował większe wpłaty a kraj patriotyczne manifestacje. Faktyczna mobilizacja została ogłoszona dopiero 29 sierpnia i praktycznie natychmiast odwołana wobec sprzeciwu Anglii i Francji. Ogłoszona ponownie dzień później wywołała chaos który na dzień dobry osłabił zdolność bojową armii.

W kampanii wrześniowej w walkach z Niemcami zginęło 66 tysięcy żołnierzy i oficerów, ponad 130 tysięcy odniosło rany a 400.000 dostało się do niewoli. O ile straty zadane przez Rosjan były mniejsze, to do niewoli dostało się prawie 250 tysięcy żołnierzy i oficerów. Straty wśród ludności cywilnej są od pewnego czasu poddawane wielostronnym analizom których celem jest analiza prawdziwości PRL owskiej jeszcze  tezy o 6 mln obywateli polskich zabitych w trakcie działań wojennych.

Czy śmierć tych ludzi, i materialne zniszczenia były warte tego honoru o którym mówił w przemówieniu Beck? Czy wybrali wojnę świadomie czy też wybrano ja w ich imieniu? Pytanie prowokacyjne, ale warto się zastanowić jakie straty poniosła by Polska jako niemiecki koalicjant. Taką opcję nawet w dyskusjach kompromituje się zazwyczaj od razu. To dziwne, szczególnie wobec popularnej dzisiaj germanofilii. Warto jednocześnie pamiętać, że udział w wojnie po stronie Niemiec nie był jednoznaczny z utratą państwowości bo w tej sytuacji była przecież zarówno Rumunia, Węgry, Bułgaria czy Finlandia która dzięki położeniu strategicznemu doczekała się nawet wycofania radzieckich oddziałów okupacyjnych.

Ta historyczna analiza może się wydawać całkowicie pozbawiona sensu. Nic bardziej błędnego. Dzisiaj żyjemy w świecie samych sojuszy i wzajemnych państwowych świadczeń dodatkowo kontrasygnowanych przez jakiś „uber rząd” w Brukseli. Trudno mi założyć, że dzisiejsza wartość porozumień międzynarodowych jest większa niż ówczesna. Warto o tym pamiętać, choćby dlatego że Józef Beck, dowiedziawszy się o wypowiedzeniu wojny Niemcom przez Anglię i Francję odetchnął i wyznał jednemu ze swoich współpracowników, że bez tego naród miałby prawo postawić go pod ścianą i rozstrzelać. Cóż, „dziwna wojna” moim zdaniem tego prawa narodowi polskiemu nie odebrała.

„Lawirujcie między Niemcami i Rosją póki można, a jak już się nie da wciągnijcie do walki cały świat” zalecił w swoim politycznym testamencie Józef Piłsudski. Wykonawcy jego politycznej woli, z tego akurat zadania wywiązali się jak wiadomo w 100%. Ludzie bez kalibru, na nic więcej nie potrafili się zdobyć. Czy z lepszego materiału ulepieni są nasi obecni przywódcy? Że mają dzisiaj prostsze zadania? Projekt wojny prewencyjnej z Niemcami lansowany przez Piłsudskiego i wybuch II wojny światowej dzieli zaledwie 6 lat. Toż to raptem półtorej kadencji. Stefan Stażyński w przemówieniu do mieszkańców 24 sierpnia 1939 miał powiedzieć: „Spokój jaki cała ludność stolicy zachowuje w rozgrywających się wypadkach międzynarodowych, jest dowodem dojrzałości obywatelskiej” i zachęcał do dobrowolnego włączania się w akcję kopania rowów przeciwlotniczych.

Z tym zdaniem w roku 1989 zgodził bym się w zupełności. Dzisiaj nie jestem już tego taki pewien.

14 Comments

Afrika Korps 2.

Czyli o tym co to jest Greenstream, jak się ma NATO do OKW oraz o tym, kto stworzył Libię i kto się szykuje do jej rozmontowania.

W prasie modny jest obecnie spór włosko-francuski z Libią w tle, który czytelnikom może się wydawać abstrakcyjny. Otóż nic bardziej błędnego. Rywalizacja Francji i Włoch w tym regionie datuje się właściwe od XIX wieku i być może wejdzie teraz ponownie w fazę ostrą. Otóż warto zauważyć, że Libia, jaką dzisiaj znamy, to w zasadzie wyłącznie twór włoskiego kolonializmu, który połączył w jedno Trypolitanię, Cyranejkę i Fezzan. Włochy – państwo zjednoczone skutecznie dopiero w 1871 roku poszukiwało rynków zbytu dla swojego prężącego muskuły przemysłu. Młode Królestwo Włoch nie miało jednak wielkich szans na północy Europy, toteż interesowało się Afryką jako terenem potencjalnie łatwiejszym. Warto pamiętać, że liderami kolonializmu byli podówczas Anglicy i Francuzi bardzo niechętnie patrzący na konkurentów. No, ale od czego są wojny. W efekcie porażki z Prusami w 1871 dokonało się, jak wiemy, zjednoczenie Niemiec, tak więc wśród chętnych na posiadłości zamorskie zrobił się spory tłok. W tym kontekście strategicznie najważniejsza była flota. A tego obszaru zazdrośnie broniła Francja i Anglia. Pod bokiem zaczęły im jednak wyrastać floty Niemiec i Włoch, których budowę lobbowały silne środowiska przemysłowców. Od 1882 roku dzięki zabiegom Bismarcka, Włochy przytuliły się do Niemiec, co dodatkowo zaostrzyło europejskie podziały. I nie wiadomo jakby się to wszystko ułożyło, gdyby nie to, że w 1890 r. Bismarck został odwołany ze swojego kanclerskiego stołka. Powód był prozaiczny: nowy cesarz pozbył się faceta, którego kiedyś wielbił; statek nie potrzebuje zazwyczaj dwóch kapitanów. Cesarz – zatwardziały militarysta, widział wojnę jako cel, Bismarck – jako element polityki. Ta ważna zmiana w prowadzeniu polityki zaczęła być widoczna prawie od razu i odbiła się na relacji Francja – Włochy. Francja zraziła sobie Włochy zajmując w 1881 r. Tunezję, ale teraz zaproponowała sprytnie Włochom poparcie w przypadku, gdyby zdecydowali się na lądowanie w zitalianizowanej Trypolitanii, w której trzymało się jeszcze Imperium Osmańskie. Tak też się stało i, pod pretekstem wyzwolenia tamtejszych obywateli, włoski desant w lutym 1911 r. zajął Trypolis w zasadzie bez większego problemu. Ale że apetyty były większe, wojownicy wybrali się na podbój Cyranejki i tu również szło dobrze aż dostali łupnia pod Tobrukiem. I mogłoby być bardzo niedobrze, gdyby nie wybuch I wojny bałkańskiej, który zmusił Turków do ewakuacji wojsk na ważniejszy teatr działań. W efekcie od 1912 roku Włosi zawładnęli całością obszaru, który nazwali Libią.

Aż do wybuchu II wojny światowej wszystko układało się doskonale. W zgrabnie rozwiniętych obozach koncentracyjnych przetrzymywano ok. 100.000 Arabów i nie tylko, a przemysł włoski dynamicznie rozwijał handel oraz poszukiwał ropy i gazu. Ale ponieważ Duce miał poważne ambicje, we wrześniu 1940 r. włości zaatakowali Egipt z marzeniem o zamoczeniu butów w Kanale Sueskim. Stało się jednak inaczej, bo już po kilku miesiącach Brytyjczycy zajęli całą Cyranejkę i doprowadzili front prawie dokładnie do tego samego miejsca, w którym znajduje się obecnie. No, ale na tym etapie pojawili się Niemcy z bratnią pomocą i w efekcie już w lutym 1941 w Libii pojawił się Afrika Korps, która w błyskotliwym pochodzie dociera aż do El Alamein, by tam – jako pokonany, opuścić ostatecznie kontynent w lutym 1943 r. Dodać należy, że DAK (czyli Deutsche Afrika Korps) zapisał się na zawsze w historii taktyki broni pancernej i nie tylko, a jej dowódca: Erwin Rommel, stał się jednym z najbardziej znanych dowódców II wojny światowej. Dzisiaj byłby na pewno militarnym celebrytą.

Równie znana, jak on sam, (zarówno w Niemczech jak i w krajach alianckich) była dowodzona przez niego formacja, opisywana namiętnie i często. Świadectwa obu stron konfliktu dowodzą, że były to walki prowadzone w sposób całkowicie odbiegający od wówczas znanego z innych teatrów działań. Na porządku dziennym były wymiany jeńców, wzajemne prowadzenie chorych, a zdarzały się nawet dostawy materiałów strategicznych, w tym benzyny! Być może miał tu swój udział TE Lawrence, którego „Siedem Filarów Mądrości” stanowiło lekturę oficerów po obydwu stronach frontu, a być może – niska zapalczywość walczących, którzy potykali się przecież na całkowicie abstrakcyjnym froncie. Mimo to walki były zacięte, a włoskie dywizje takie, jak choćby „Ariete”, walczyły dzielnie nie ustępując niemieckim. Tam, gdzie pojawiał się kontekst etniczny, robiło się bardziej krwawo i mniej rycersko. To forma walki stała się udziałem Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich wykrwawionej w Tobruku.

Ta przydługa dygresja ma na celu jedno: wskazanie, że polityka regionalna nie prowadzi się sama i jest zawsze funkcją czegoś. W tym regionie prowadzi się ją w funkcji surowców strategicznych i to, jak widać, od wielu lat. Tym samym nagłaśniany w mediach konflikt Francji i Włoch musi mieć swoje uzasadnienie. I ma. Uzasadnienie nazywa się Greenstream i jest podwodnym gazociągiem, który wprost z gazonośnych pól zachodniej Libii biegnie sobie do terminalu rozładunkowego na Sycylii. Tym samym ponad połowę libijskiego gazu odbierają Włochy, a resztę Europa Zachodnia, poprzez terminal NLG w Marsa El Brega. W przypadku ropy jest równie ciekawie, bo Włochy to ponad 40% libijskiego eksportu, a na dalszych pozycjach są Niemcy (10%), Francja (9%) i Hiszpania (8%), co tym samym daje prawie 70% eksportu alokowane do tych 4 krajów!

Tym samym Włochy są dosłownie „podłączone” do Libii, a struktura libijskiego eksportu wyraźnie dowodzi, że dla Amerykanów to sprawa drugoplanowa toteż przekażą prędzej czy później dowodzenie operacją w ręce NATO czyli i tak samym sobie bo przecież od zarania sojuszu dowodzą nim amerykańscy generałowie. Co ciekawe, poza NATO legalna wojna jest w tym regionie w zasadzie niemożliwa wiec Amerykanie w każdym wariancie trzymają rękę na pulsie, a jedyne co marginalnie łamie ich monopol to militarna współpraca francusko niemiecka.

Uzależnienie Włoch od Libii rzuca światło na inny aspekt sprawy. Współpraca z Kadafim była najwyraźniej niezwykle udana, i żadne zmiany nie były z perspektywy Włoch potrzebne stąd pewnie niegdysiejsze Włoskie ostrzeżenia o tłumach uchodźców. Reżim dbał, aby sycylijskie plaże nie musiały przyjmować tysięcy Libijczyków. Jak będzie z demokratycznym rządem ludowym? Nie wiadomo. Czy to dziwne, że Francja tak namiętne wyrywa się do dowodzenia operacją i bombardowania Libii w przypadku, gdy nie ma tam żadnej instalacji? Warto dodać, że Greenstream należy w znacznym stopniu do włoskiego Agipa i pewnie jest ubezpieczony, ale raczej nie od nalotów. Duża by to była strata. Ale wojna w Libii to nie tylko straty włoskie. Nasze media jakoś tak nie wspominają o tym, że w dniu 9 grudnia 2007 r. PGNiG uzyskało prawo do prowadzenia prac poszukiwawczych i podpisało z Libią umowę o ich przyszłej eksploatacji prawdopodobnego złoża w Murzuq w Zachodniej Libii. I co teraz? Czy nowy rewolucyjny rząd aby na pewno utrzyma koncesję?vOczywiście można dojść do wniosku, że to po prostu lud się burzy i mamy do czynienia z kolejnym usprawiedliwionym zrywem uciśnionych. Owi uciśnieni mają jednak broń i amunicję, a tej jak wiadomo nie sprzedaje się w supermarketach, więc musieli ją od kogoś dostać. Media donosiły, rzecz jasna, o przechodzących na ich stronę jednostkach, ale to całkowicie sprawy przecież nie wyjaśnia. Warto zwrócić uwagę na co innego. Obszar od Maroka do Tunezji od lat pozostaje we francuskiej strefie wpływów. Mimo niepodległości w każdym z tych krajów elity posługują się francuskim, który jest również drugim językiem w tych krajach. Mimo kolonialnych doświadczeń, Francja pozostała metropolią, która bardzo poważnie wpływa na sposób myślenia swoich dawnych klientów. W Libii choć takich uzależnień nie ma, pozostała skłonność do słonecznej Italii. Ale to przecież Francja od początku obecnych rebelii nagłaśnia je i ostentacyjnie udziela im poparcia.

Dzisiaj, kiedy świat trzeszczy w szwach, a kryzys energetyczny w całej rozciągłości puka do drzwi, wojna w Libii staje się kolejnym testem spójności Unii, tyle że tym razem chodzi o interesy w starym stylu gdzie na szali jest coś więcej niż kolejne miliardy deficytów budżetowych na programy równości. Kontrola zasobów będzie wymagała zastosowania jakiejś realnej siły.

A w Libii prędzej czy później jakaś mutacja Afrika Korps pojawić się musi, nawet jeśli odgrzebie się stare granice i na nowo podzieli Libię na Cyranejkę i Trypolitanie połączoną z Fezzanem. Sarkozy ma ochotę odbudować potęgę Francji w regionie, a ma ku temu lepsze predyspozycje niż Berlusconi, jako że armia francuska jest nie tylko dwa razy większa od włoskiej, ale też dysponuje własnym potężnym arsenałem atomowym oraz, co chyba najważniejsze, bazami wojskowymi w Afryce, w tym w sąsiadującym z Libią Czadzie, a na odległej o dwie godziny lotu Korsyce – utrzymuje w ciągłej gotowości elitarny 2 regiment powietrzno desantowy Legii Cudzoziemskiej.

Czas pokoju  się kończy a Libia to pierwsza europejska wojna o zasoby które trzeba kontrolować samemu bo ceny surowców strategicznych mogą wywalić w powietrze budżety najmocniejszych krajów.  Francja to najwyraźniej wie: było nie było, po raz pierwszy od wielu lat otworzyła nową wojskową bazę zagraniczną. W Emiratach Arabskich. Wraca do łask doktryna Clausewitza: wojna to nadal polityka tyle, że  prowadzona innymi środkami.

6 Comments

Generał, agent i NRD. W tle.

Czyli o tym, że Kościół potrafi liczyć pieniądze, przewrót wymaga planowania, a ofiary nie zawsze otrzymują swoje pomniki.

Koniec niechlubnego bytu Komisji Majątkowej, choć towarzyszyła mu pewna niewielka wrzawa, w zasadzie nie odbił się szerszym echem. A powinien, bo pośród afer ostatniego 20-lecia tropionych z zacięciem i często słusznie przez wielu, ta jest z całą pewnością największa. Co więcej, prawdziwej skali nie poznamy prawdopodobnie nigdy. Teoretycznie jest jeszcze niewielka nadzieja, że niezawiśli sędziowie odniosą się do tego niebywałego kuriozum, ale jak powszechnie wiadomo zamachy na powagę Kościoła kończą się źle, a ten jest szczególnie przewrażliwiony na punkcie swojej szkatuły. Czemu Komisja znalazła się w Trybunale? Pytanie powinno brzmieć inaczej: dlaczego dopiero teraz?

Zauważyłem, że większości materiałów, które napisano na ten temat rzadko pojawia się następująca informacja: NIE BYŁO żadnej kontroli ustaleń tej komisji, a na jej orzeczenia nie przysługiwał ŻADEN środek odwoławczy. Jak to możliwe? Komisja powstała jako relikt PRL toteż utworzono ją wyłącznie jako wsparcie dla MSW, a potem MSWiA, które miało zajmować się podejmowaniem decyzji o zwrocie majątku. Komisja, której sposobu funkcjonowania ustawodawca do końca nigdy nie określił, składała się z przedstawicieli państwa i Kościoła. I tylko w tym gronie zapadała decyzja o tym czy i po jakiej wycenie majątek zostanie Kościołowi zwrócony. Przez 11 lat jej istnienia nie dokonano skutecznego podważenia tej kompletnie niekonstytucyjnej zasady. Co ciekawe Trybunał Konstytucyjny biedzi się nad tym dopiero teraz. Oj jak niepolitycznie dla naszych niezawisłych sędziów. A wyjścia są dwa: można po prostu umorzyć postępowanie albo ….. wskazać oczywistą niekonstytucyjność przepisu, który choć wykluczał „odwołanie”, to przecież nie mógł uniemożliwiać „skarżenia” przed sądem postanowień komisji. Ale tu jest kolejna mina. Bo grabione z majątku samorządy skarżyły się do sądów, ale te w oparciu o wyrok NSA z 1991 roku owe skargi oddalały.

Wiem, że to brzmi jak bełkot, ale taka konstrukcja tych przepisów w 1989 roku ma prozaiczne uzasadnienie: choć w PRL nie brakowało wybitnych prawników wybrano ponownie podobną technikę jak w latach 40 i 50-tych. Aparat siłowy w postaci MSW miał być jedyną i ostateczną wyrocznią co dawać a co nie. Ustawodawcy wydawało się zapewne, że będzie trwał przez kolejne dziesięciolecia i nagradzał (bądź nie) Episkopat za popieranie linii politycznej realizowanej przez władzę. Ale się ustawodawca przeliczył, bo o ile sejm kontraktowy został dokładnie zaplanowany i przeanalizowany w Magdalence i nie tylko, to zmian społeczno-politycznych oraz ich dynamiki już się przeliczyć nie dało. Ale w zasadzie się nie dziwię, bo nawet Czesław Kiszczak nie mógł przecież przewidzieć, że politycy „Stronnictwa Drżących” tak szybko odkleją się od głównego nurtu. Jak się okazuje kompetencje służb specjalnych kończą się wtedy, gdy już wolno swobodnie krzyczeć na ulicy, bo wtedy dochodzi do owej tajemniczej metamorfozy, która zamienia konfidentów w rewolucjonistów. Nie tylko towarzysz Kiszczak zawiódł się w swoich kalkulacjach. Znacznie poważniejszy błąd strategiczny popełnił największy i najsłynniejszy demiurg służb: generał Markus Wolf.

O tej postaci można by napisać wiele, jednak w tym kontekście interesuje nas transformacja w Niemczech. Towarzysz Wolf piastujący od 1958 funkcję szefa HVA czyli wywiadu zagranicznego STASI odszedł z niej w 1987 roku z powodów zdrowotnych. Faktycznie odsunięty przez Honeckera, który nie miał ochoty odejść choć oczekiwali tego od niego towarzysze radzieccy wyraźnie domagający się odwilży w NRD. Wolf szykował się do przejęcia władzy dokładnie tak samo, jak ekipa w Polandzie do jej utrzymania: poluzowanie opozycji, koncesje dla kościoła a w szczytowym 1989 pamiętne masowe wyjazdy obywateli NRD na Węgry, które po naciskach USA  zlikwidowały zasieki i pola minowe na granicy z Austrią. Wolf liczył na przejęcie władzy przez umiejętnie szykowany do tego aparat polityczny wsparty resortem siłowym. I też mu się nie udało.

O zasięgu i skuteczności STASI nie trzeba nikogo przekonywać, a zawartość archiwów instytutu Gaucka to przecież marny skrawek zasięgu organizacji wzorowanej na hitlerowskim RSHA. Ciekawe jest co innego: jak niewiele napisano o tym jak bardzo STASI interesowała się wydarzeniami w PRL oraz jak bardzo chciała na nie wpływać. Ciekawy epizod bratnich relacji dotyczy Mariana Zacharskiego. Nasz „polski Bond” nie został wydobyty z więzienia przez polskie MSW. Bezpośrednim sprawcą jego uwolnienia był właśnie Markus Wolf i słynny Wolfgang Vogel, którego życiorys nadawałby się na kilka filmów sensacyjnych. Co więcej, kapitan Zacharski po powrocie do Polandy miał poważne kłopoty z aklimatyzacją. Trudno się w zasadzie dziwić, bo wrócił jako prezent towarzyszy z NRD. Co więcej, jak sam przyznaje udawał się do NRD z bratnimi wizytami dokładnie w okresie poprzedzającym odejście ze stanowiska Markusa Wolfa. Trudno się spodziewać, aby jedynym powodem takich wizyt było zapoznawanie towarzyszy niemieckich z wywiadowczym warsztatem. Znacznie ciekawsze mogły być jednak rozmowy o stanowisku do systemu i ewentualnych jego zmian wśród elit MSW, które przecież Zacharski doskonale znał i to nie tylko ze szkoły w Kiejkutach. O, miał na pewno o czym opowiadać, bo przecież za chwilę przejdzie przez sitko weryfikacji oficerów SB a w 1995 roku otrze się nawet o stanowisko szefa UOP.

Gdzie się to wszystko wiąże? W koncesji, drodzy czytelnicy, w koncesji. Wolności, pomijając już wagę tego słowa w tym kontekście, nikt w naszym kraju nie wywalczył. Zmiany były wynikiem transakcji, ale to nie budzi we mnie sprzeciwu, ponieważ jest to forma, która odpowiada mi znacznie bardziej niż ofiary na ulicach. Na tej samej zasadzie agenci carskiej Ochrany zasilili służby Dzierżyńskiego, oficerowie Dwójki szkolili funkcjonariuszy MSW, akcję „Wisła” wymyślił i dowodził nią przedwojenny przecież Generał Mossor, Amerykanie w ramach operacji „paper clip” wywieźli i naturalizowali w stanach naukowców i wszelkiej maści niemieckie aktywa wywiadowcze, a Niemcy z RFN i NRD korzystali masowo z byłych nazistów.

Bo w każdej przemianie chodzi o pieniądze. Bez nich nie da się finansować takiego czy innego aparatu, który jest zawsze potrzebny do utrzymania i dystrybucji władzy. W kraju nad Wisłą jesteśmy szczególnie skorzy do przypisywania zasług bohaterom i ich krwi. Ale tu też jest jeden przykry wyjątek. Być może się mylę, ale nie wydaje mi się, aby gdziekolwiek w Polsce istniał pomnik poległych w zamachu majowym 1926 roku.

W maju 1926, 379 osób zginęło w ciągu dwu dni. Powołana w 1989 roku Komisja Rokity stwierdziła 122 niewyjaśnione zgony w trakcie trwania stanu wojennego. Mimo że oba wydarzenia sporo łączy, nie zamierzam ich porównywać. Zwracam jedynie uwagę na to jak perspektywa historyczna zniekształca ocenę faktycznych wydarzeń. Jak to się z kolei łączy? Bardzo, moi drodzy, bo maj 1926 wpłynął na stanowiska wielu oficerów a czystka nie dotyczyła wszystkich. Różnice były głębokie i ujawniły się zaraz po zakończeniu kampanii wrześniowej. Mieliśmy Berezę Piłsudskiego, ale swój obóz koncentracyjny miał również Sikorski na szkockiej wyspie.

I z tej perspektywy, 24 miliardy złotych majątku odzyskane przez Kościół to cena być może wysoka, ale czy cena za łagodną zmianę systemu może być wygórowana? I na zakończenie jeszcze jedno: ustawa nie dotyczyła wyłącznie Kościoła Katolickiego, choć głównie on był jej beneficjentem. Beneficjentem łapczywym, ponieważ domagał się zwrotu dóbr wywłaszczonych przez cesarstwo austriackie a także zajętych w trakcie akcji „Wisła” dóbr unickich. W ostatnich latach w komisji aktywne były również gminy żydowskie, więc rewindykacja na finale przebiegała bardzo ekumenicznie i ekspresowo.

A Skarb Państwa oświadczył właśnie, że chwilowo kończymy z wszelkimi zwrotami mienia bo budżet w złej kondycji itp. Teraz już można, bo zlikwidowanej komisji majątkowej przecież już nikt teraz jako zarzutu nie wyciągnie. Że wiarygodność Skarbu Państwa nas nie dotyczy? Drodzy obywatele, nic tylko kupować obligacje skarbowe! Pewny zysk bez ryzyka. W latach 30 reklamowano je tak samo.

4 Comments

Aguirre Gniew Boży

Czyli  o tym, że historia uczy nas głównie tego, że nigdy nikogo niczego nie nauczyła.

Rozwój wypadków  w Afryce ponownie skłania do namysłu nad scenariuszami użycia wojsk obcych do zabezpieczenia zasobów surowców w krajach obecnie zrewoltowanych. Nie ma to jak bratnia pomoc w czym co prawda ostatnio celuje armia USA ale nie jest wcale powiedziane, że ta „demokratyzująca” misja pozostanie wyłącznie jej domeną. W jednym z wcześniejszych postów pozwoliłem sobie na sugestię, że w taki właśnie celu mogą być użyte na przykład chińskie zasoby wojenne. Jeden z internautów, zwrócił mi uwagę w liście, że to twierdzenie dość nierozważne, ponieważ poza amerykanami nikt nie prowadził i nie prowadzi operacji zamorskich o dużej skali. Otóż pragnę zapewnić, że międzykontynentalna wyprawa po surowce pod pretekstem umacniania wolności jak najbardziej się odbyła. Nie firmowała jej Ameryka tylko Kuba i miała miejsce w Angoli.

Portugalia delikatnie mówiąc nie maszeruje dzisiaj w awangardzie europejskich państw, ale były czasy kiedy Lizbona dyktowała swoje warunki na sporych połaciach kuli ziemskiej. Że w podbojach poszło jej nieco gorzej niż Hiszpanii to osobna sprawa, ale miała też szczęście trafić na zasoby których wartość doceniono w czasach kiedy kolonie hiszpańskie były już tylko wspomnieniem. Posiadłości którymi w Afryce subsaharyjskiej władała Portugalia to Gwinea Portugalska, Mozambik i właśnie Angola. Gwinea i Mozambik o ile mi wiadomo, mieszczą się w czołówce najbiedniejszych państw świata i od czasu zakończenia walki o niepodległość ( 1974 ) pogrążają się w otchłani niekończących się wojen. W Angoli historia potoczyła się inaczej.

Kolonia obficie wyposażona w kopaliny ( ropa, złoto, diamenty ) długo dostarczała metropolii atrakcyjnych profitów ale jak wiadomo, kontynent stał się areną zimnowojennej walki a rodzącym się nacjonalizmom arabskim i afrykańskim finansowanym obficie przez ZSRR przyszła jeszcze w sukurs Francja przyznająca niepodległość na prawo i lewo. ( De Gaulle w 1958 roku przyznał niepodległość wszystkim koloniom francuskim ). Polityka tonącej Francji skutecznie pokrzyżowała szyki innym posiadaczom afrykańskich aktywów. Najbardziej stratni na tym procesie byli Belgowie. Bo to w ich posiadaniu znajdował się prawdziwy afrykański skarb czyli Kongo a  przede wszystkim jego niezwykle bogata prowincja Katanga. W owych czasach 60% światowej produkcji diamentów i 30% światowej produkcji miedzi pochodziło z tej unikalnie zasobnej krainy. To co się w tym kraju działo zasługuje na osoby post choćby dlatego, że wśród wielu najemników walczył tam Jan Zumbach ( weteran dywizjonu 303 ) a Mike Hoare dowódca najemników z Katangi to pierwowzór bohatera „Psów wojny” Frederica Forsytha. Miarą determinacji państw europejskich do kontroli tych zasobów może być to, że po raz pierwszy i chyba jedyny w WALCZĄCYCH siłach OZN znalazła się armia szwedzka! No ale trzeba przyznać, że rzadko kiedy tak doskonale splatały się interesy państw i prywatnych koncernów. Chciało by się zauważyć w tym miejscu, że podobna symbioza występować zaczyna dzisiaj.

Nas interesuje jednak Angola w  której Portugalczycy trzymali się mocno i mimo wydarzeń w sąsiednim Kongo systematycznie zwiększali zaangażowani intensyfikując akcję osiedlania białych której szczyt przypada na 1970 rok. W Angoli mieszkało wtedy 335.000 białych, a Luanda była trzecim po Lizbonie i Porto miastem portugalskiego świata.  Akcja osiedleńcza była rezultatem desperacji władz w metropolii które namiętnie eksportowały pozbawionych pracy Portugalczyków. Warto w tym miejscu zauważyć, że dla Salazara i jego junty wojskowej eksport obywateli był w zasadzie podstawowym sposobem rozwiązywania problemów społecznych. Liczono na to, że proces „wybielania” Angoli zapewni skuteczną kontrolę nad tym bogatym obszarem.

Tyle że, jak już wspominałem wyżej,  od 1961 roku toczyła się tu mniej lub bardziej agresywna,  zrodzona wypadkami w Kongo wojna domowa. Wojna, w   której uczestniczył systematycznie zwiększany kontyngent wojsk portugalskich. Jak sobie łatwo wyobrazić, w coraz większym stopniu kontyngent składał się z poborowych a nie zawodowych żołnierzy co systematycznie obniżało wartość bojową armii. Portugalskie siły zbrojne w 1973 roku spuchły do niebotycznych 150 tysięcy z pośród których 87 tysięcy znajdowało się w Angoli, Gwinei i Mozambiku. W szczycie konfliktu wojna była już tak krwawa i nieefektywna, że wymusiła „rewolucję Goździków” w samej metropolii. Młodzi oficerowie obalili dyktatora Antonio Salazara. Nie mieli już ochoty ginąć na wojnie która pozbawiała życia coraz większe zastępy młodzieży a co gorsza….. rujnowała metropolię. Przypominam, że akcja toczy się głównie przed kryzysem naftowym toteż obfite zasoby ropy nie ratują sytuacji. Doszło do sytuacji absurdalnej, Portugalia zamiast na Angoli zarabiać, trwoniła budżet na działania wojenne.

Paradoksalnie, Portugalczycy tracą Angolę w momencie kiedy stanie się najbardziej atrakcyjna. Dla nich jest jednak zarówno społecznym ( ofiary ) jak i ekonomicznym obciążeniem dlatego też po nieudanych próbach politycznego kontrolowania sytuacji wycofują się ostatecznie w 1975 roku.

Ich miejsce zajęli ochoczo, uwiedzeni internacjonalistyczną misją towarzysze kubańscy. Tryskająca tu ropa była dla nich niejaką zachętą i z dużym prawdopodobieństwem poprawiała ekonomikę dość ubogiej w surowce Kuby.  Każdego komu może się wydawać, że była to jakaś mała batalia wyjaśniam, że wedle szacunków w chwili największego zaangażowania Kuba utrzymywała w Angoli ponad 50 tysięczny kontyngent, a o skali walk najlepiej świadczy ofensywa angolańsko – kubańska z 1985 roku w całości zaplanowana ( a od szczebla batalionu wzwyż ) dowodzona przez Rosjan. Operację poprzedziły dostawy wartego ponad miliard dolarów sprzętu ( 30 Migów 23, 8 Su 22, 33 Mi 24, 69 Mi 8, 27 śmigłowców Alouette, 150 T34, 350 T55 i 50 PT76 ) Co ciekawe, uważa się ( Krzysztof Kubiak, autor unikalnej książki o tej wojnie również tą tezę wspiera ), że mięknąca w Europie Moskwa, bynajmniej nie zamierzała zrezygnować z obecności w Angoli. Za pewne, kontrola nad jej zasobami, dla ówczesnego Biura Politycznego i samego Gorbaczowa miała bardzo istotne znaczenie. Powyższego celu nie tracił również z oczu Fidel Castro, którego żołnierze stanowili przecież podstawową siłę interwencyjną w tym kraju.

Wspominanie tych wypadków ma jednak swój cel. Uzasadnia tezę, iż podlewana politycznym sosem międzykontynentalna operacja militarna realizowana przez inne siły niż USA, jest jak najbardziej możliwa.

Wszystkich zainteresowanych tym niezwykle ciekawym z wojskowego punktu widzenia konfliktem ( znacznie słabsze wojska RPA skutecznie opierały się silnej przewadze angolańsko kubańskiej ) odsyłam do wspomnianej już książki Kubiaka. Niniejsza historia służy jednak innemu celowi niż prezentacja militarnych zmagań i ma dwie pointy:

  1. W 1931 roku uruchomiono w Angoli budowaną przez wiele lat kolej benguelską. Łączy ona zagłębie wydobywcze Katangi ( Kongo ) z atlantyckim portem Lobito. Z 1697 km tej linii 1344 leży na ternie Angolii. Linia ta była podstawowym kanałem wywozu kopalin w tej części Afryki ale została praktycznie zniszczona w trakcie wojny w latach 1975 1991.W 2001 roku stała się ponownie częściowo przejezdna, a w 2008 ponownie uruchomiona w całości. Głównym sponsorem ponownego uruchomienia tej linii dzięki wsparciu wynoszącemu ponad 500 mln USD jest ……. rząd chiński!
  2. Od 2008 roku, w Portugalii ujawnił się nowy exodus ludności. Biali specjaliści zabiegają dzisiaj o wizy do ….. Angoli kuszącej  opartą na drożejących kopalinach prosperitą gospodarczą.

Jeśli towarzysze kubańscy wyprawili się przez ocean po angolańskie złote runo, nie widzę powodów aby z podobną motywacją nie pojawili się tam prędzej czy później towarzysze chińscy, których inwestycje angolańskie to dzisiaj już nie tylko wspomniana wyżej linia kolejowa. W tych niepewnych czasach, oczekiwane przez komentatorów lądowanie obcych wojsk w Libii, może być wyznacznikiem nowego trendu i znów może się okazać, że na zaproszenie „ludu” można wkroczyć gdzie się chce.

Metale szlachetne, spowite kajdanami angolskich skał czekają na wyzwolenie.

5 Comments

Czy jestem mordercą?

Czyli co łączy żołnierzy LSSAH i batalionu „Parasol”, Nagar Khel z My Lai oraz kto służbowo wylądował w Normandii i co z tego wynika.  

Na tytułowe  pytanie usiłowało sobie odpowiedzieć wielu autorów,  tym razem, choć w zupełnie inny sposób zabrał się do tego Dave Grossman. Na pierwszej obwolucie jego książki możemy przeczytać, że jest to lektura obowiązkowa w Korpusie Piechoty Morskiej USA. Na drugiej opinie generała Janusza Bronowicza i majora Grzegorza Kaliciaka. Pan generał, jak to współczesny generał, raczej nikogo nie zastrzelił ale major Kaliciak i owszem ponieważ dowodził w największej bitwie polskiego oręża od zakończenia II wojny światowej czyli obroną ratusza w Karbali w 2004 roku. Mówimy tu oczywiście o dostępnych danych ponieważ może się okazać, że nasze siły specjalne w Afganistanie mają na koncie nie jedną grubszą operację ale o tym się pewnie nie dowiemy.

W kontekście książki o której na wstępie, ważne jest następujące porównanie: czym by była zapomniana dzisiaj Karbala gdyby bitwa toczyła się w innych czasach? Być może tym, czym dzięki politycznej obróbce stało się Nagar Khel? W Karbali nikt nie prowadził analizy kim byli faceci którzy atakowali budynek podobnie jak nie sprawdzano kto jeszcze się znajdował w budynkach z których strzelano. Nie ma to zresztą większego znaczenia bo wojna to wojna a żaden chory polityk nie przeforsuje mam nadzieję prawa w ramach którego prowadzący ostrzał będzie się jeszcze musiał dowiedzieć jak się nazywa i jakiej jest narodowości/wyznania/klanu*(niepotrzebne skreślić) facet który wali z budynku naprzeciwko.

Nagar Khel to typowy przykład „syndromu wietnamskiego” opisywanego również przez  Grossmana. Ameryka ( z walnym wsparciem sowieckich agentów i sympatyków ) uznała, że wojna w Wietnamie to kapitalistyczna rzeź a uczestniczący w niej żołnierze to pospolici mordercy. Dodajmy w większości poborowi a nie ochotnicy. Faceci którzy wyskakiwali z helikoptera by z dużym prawdopodobieństwem dostać kulkę w kraju traktowani byli gorzej niż gangsterzy z „Czarnych Panter”. Nie jest moim celem rozstrzyganie czy strzelano czy nie do ludności cywilnej choć osobiście uważam, że w przypadku ostrzału na dużą odległość ( „Delta” używała moździerza ) nigdy się takiej pewności nie ma i mieć nie będzie. Aberracja moralna dzisiejszych czasów powoduje jednak, że można ludzi wysłać na wojnę, wydawać im rozkazy taktyczne a potem oskarżać za ich „wadliwe” wykonanie.  Nagar Khel porównywano w Polsce z masakrą w My Lai w Wietniamie. Zapomniano jednak wspomnieć, że tam po prostu wymordowano mieszkańców wioski podczas metodycznej pacyfikacji zgodnie z wzorcami SS i o żadnej pomyłce po prostu nie było mowy.

Ale wróćmy do książki po którą sięgnąłem z wielkim, topniejącym niestety w miarę czytania zainteresowaniem. Jakkolwiek wielu czytelników odkryje po raz pierwszy, że w trakcie II WŚ Amerykanie dość masowo wstrzymywali się od strzelania, że zabijanie na wojnie to jednak nadal zabijanie a walka wręcz jest równie zabójcza dla zwycięzców i dla ofiar to książka ma jeden za do olbrzymi minus. Prezentuje podejście do wojny oraz związane z nim frustracje w zasadzie WYŁĄCZNIE z perspektywy społeczeństwa demokratycznego! W tekście znajdziemy zaledwie kilka wspomnień weteranów niemieckich a i to nie wiadomo z jakiej formacji. Wspomnień Rosjan w książce nie ma w ogóle lub ich nie zapamiętałem co w zasadzie do jednego się sprowadza.

Książka opisuje postawy ludzi których wyrwano z ich zwykłego życia, wysłano na inny kontynent i skłoniono do oddawania życia za ojczyznę w ramach mniej lub bardziej abstrakcyjnej „sprawy”. Tym samym książka eliminuje w całości wpływ ideologii zarówno toksycznej ( nazizm ) jak i państwowotwórczej budującej imperatyw obrony własnej narodowości. Tym samym książka opisuje głównie emocje ludzi którzy „musieli” a nie „chcieli” zabijać. A to dla skutków zabójstwa podstawowa różnica.

Swoje własne opinie w tym zakresie kształtowałem w oparciu o wspomnienia uczestników faktycznych wydarzeń. Jak wiadomo, pozycji na ten temat nie brakuje każdy dobiera je wedle własnego klucza. We wszystkich uderza jednak jedno: wysokie morale, bitność i dyscyplina niemieckich formacji. Ta konkluzja jest tym bardziej zaskakująca im więcej napotykamy objawów niechęci do polityki Hitlera wśród niemieckich autorów wspomnień. Oczywiście należy założyć, że powyższe jest w znacznej mierze wynikiem wojennych rozstrzygnięć, nie zmienia jednak faktu, że nawet zimą 1945 armia niemiecka pozostaje skutecznym i efektywnym mechanizmem pomimo katastrofalnego zaopatrzenia.

Dla oceny jakości związków militarnych ich ludobójczy kontekst niestety nie ma znaczenia. Odnosi się to zarówno do formacji niemieckich jak i angielskich bo trudno przecież uważać, że naloty dywanowe na Hamburg i Drezno były czymkolwiek więcej niż rzezią ludności cywilnej.

Książka Grossmana w całości pomija wychowanie jako ważny, bodaj najważniejszy składnik przyszłego wojskowego morale. Tym samym nie dowiadujemy się, jak zabijanie znosili Ci dla których naciskanie spustu było czymś znacznie ważniejszym niż tylko wykonywaniem pracy bo do tego de facto Grossman sprowadza rolę żołnierzy ( choćby poprzez szereg porównań z systemem szkolenia policjantów ). Gdyby autor poświecił nieco więcej uwagi różnicom w motywach poszczególnych stron, pozycja „O zabijaniu” była by dalece ciekawsza. Bez kontekst nie da się bowiem rozpatrywać II wojny światowej która różniła się fundamentalnie na froncie wschodnim i wszystkich pozostałych teatrach działań. Wyłącznie kombinacja terroru i wysokiego morale pozwoliła powstrzymać Niemców pod Moskwą w 1942 roku, podobna mieszkanka wraz z niespotykaną dzielnością żołnierzy ujawniła się po obu stronach w trakcie wielkiej bitwy pod Kurskiem w roku 1943. Owo morale pozwoliło również polskim żołnierzom zdobyć Monte Cassino, niepokonane mimo 3 wcześniejszych ataków. Wyłącznie aspekt „pragnienia odwetu” pozwolił zmobilizować żołnierzy do potwornie krwawej walki której nie wytrzymywały inne narodowości w trakcie 4 miesięcznych zmagań o klasztor.

Pamiętać oczywiście należy, że Grossman jest żołnierzem państwa które nieomal pozbawiło się jednego z najlepszych żołnierzy: Georga Pattona. Generał, w trakcie wizytowania jednego ze szpitali wojskowych na Sycylii spoliczkował żołnierza twierdząc, że te jest symulantem. Incydent wywołał skandal medialny a powszechne oburzenie o mało nie zmiotło krewkiego Pattona z planszy. Nie zamierzam tego oceniać chciałbym wyłącznie porównać z frontowymi karami armii niemieckiej gdzie  w karnym batalionie można się było znaleźć choćby za brak schludnego umundurowania. Wszystko zależało od pryncypialności dowódcy. Jak wywody Grossmana ocenić z perspektywy żołnierza Armii Czerwonej której taktyka opisywana przez samego Żukowa wyglądała następująco: „ Kiedy nasza piechota napotka pole minowe, atakuje dalej jakby go w ogóle nie było”.

Książkę Grossmana należało by czytać równolegle z „Obywatelami w mundurach” Stephena E. Ambrose’a. Wtedy łatwiej zrozumieć sposób myślenia, który armii USA najwyraźniej towarzyszy od dawna. Tytuł oddaje jej istotę. Armia USA jest na froncie „w pracy” a nie na świętej wojnie. Czy to lepiej czy gorzej to już kwestia oceny. „Obywatele” to świetna pozycja pełna interesujących smaczków. Przeczytamy między innymi  o tym jak to niemieccy jeńcy w USA byli traktowani lepiej niż czarni  umundurowani Amerykanie  i jak się owym Niemcom nie mieściło w głowie że państwo swoich żołnierzy traktuje gorzej niż jeńców. Są i ciekawe polskie smaczki, interesująco rozbieżne z naszym narodowym mitem. Brytyjski weteran opisuje jak to w trakcie lądowania w Normandii polska eskorta przyprowadza mu tłum jeńców do obozu którym zawiaduje. „Dlaczego jest ich aż tak dużo?!” zapytał się poirytowany ponieważ monitował już dowództwo, że kończy się mu pojemność. „Nie mieliśmy już więcej amunicji” miał mu odpowiedzieć na ucho nasz rodak, dowódca eskorty.  

Jakkolwiek tytułowe pytanie staje się ostatnio bardzo popularne i zadaje się je również weteranom w Polsce, to nigdy nie można wyrywać go z kontekstu. Motyw zemsty w maltretowanym społeczeństwie, gdzie codziennie można było zniknąć w łapance, zginąć na ulicy lub pracy to sprężyna zabijania której nie wolno oceniać kibicom tamtych wydarzeń, ferujących wyroki z perspektywy wygodnych foteli w salonie. Cieszy mnie niezmiernie, że mija czas spiżowych bohaterów bez skazy a na rynku księgarskim pojawiają się takie pozycje jak „Tryptyk powstańczy” Zbigniewa Blichewicza „Szczerby” czy „Przeżyłam” Wandy Ossowskiej w których walka to nie tylko zryw serca ale konieczny do podjęcia obowiązek. Obowiązek  wypełniany często bez przekonania ale wypełniany ofiarnie i godnie. I tu uderza pewne podobieństwo do relacji takich jak „Byłem dowódcą pancernym” Von Lucka, czy „Walczyłem pod Kurskiem” Helmuta Nowaka. Wychowanie, etos i panteon bohaterów to wszystko czego US Army brakowało i brakuje.

Wojna jest tak stara jak cywilizacja i nie ma niestety powodów by sądzić aby jakimś cudem zniknie z instrumentarium zachowań społecznych. Od 66 lat omija Europę a i to w zasadzie nie całą bo nie można przecież zapominać o konflikcie w Jugosławii czy Kosowie kiedy to amerykańskie samoloty bombardowały Belgrad. Skądinąd to ciekawe, jak bardzo US Air Force przywiązało się do metody „zmiękczania” przeciwnika bombardowaniami cywilnych celów. Technika szlifowana w Niemczech została zastosowana w Korei, następnie w Wietnamie ( rajdy na Hanoi ) i zapewne w Iraku.

Grossman wspomina o tym, że w trakcie I WŚ w przerwach walk zdarzały się mecze piłki na ziemi niczyjej ale  nie pisze o Serbach i Chorwatach wymieniających zdjęcia i informację o wspólnych znajomych w podobnych sytuacjach. Nie pisze, ponieważ ten drugi przykład już nie pasuje do stawianej tezy o mordzie realizowanym z odrazą i niechętnie. Wprowadzenie kontekstu „narodowego” czy „etnicznego” zmusiłoby do stworzenia jeszcze jednej kategorii: mordowania sprawiedliwego, mordowania z zemsty.

Polskich weteranów nikt nie zaprasza na wspólne świętowanie lądowania w Normandii ( albo o takim wydarzeniu nie słyszałem ), podczas gdy od wielu lat brytyjscy i niemieccy weterani spotykają się by wspominać przebieg poszczególnych bitew. Nie spotykają się chyba, z żołnierzami Maczka z którymi w trakcie walk w kotle Falaise ścierali się w stylu przypominającym front wschodni. No ale amerykanie mają tylko jedno Malmedy. Co ciekawe Joachim Peiper, dowódca grupy operacyjnej SS, człowiek odpowiedzialny za tą zbrodnię ( sam się obciążył ) został w 1956 roku zwolniony z więzienia. W 1970 roku wyprowadził się do Francji. W 1976 został rozpoznany i zastrzelony. Najwyraźniej Peiper, najmłodszy SS Standartenfuhrer, żywy czyjeś sumienie obciążał bardziej niż martwy.

W analizach takich formacji jak Parasol, przeciętny czytelnik zapomina zazwyczaj, że była to jednostka w której ustotny procent żołnierzy miał mniej lub niewiele więcej niż 18 lat. Równie młodzi ( choć mający ponad 18 lat ) żołnierze walczyli w „Agacie” i „Pegazie” formacjach zajmujących sie realizacją wyroków śmierci. Nie powierzano tych zadań dojrzałym mężczyznom ani w Polsce ani w innych krajach ponieważ powszechnie uważa się, że najlepszych materiał na żołnierza ma od 18 do 22 lat.

Bitność dywizji Waffen SS nie była przypadkowa. Choć pod koniec wojny rekrutacja nie była już tak zideologizowana, a oficerów uzupełniano przeniesieniami z Wehrmachtu nadal spory odsetek stanowili zideologizowani młodzieńcy po Hitler Jugend których uformowano w przekonaniu, że trzeba ginąć za Niemcy i Fuhrera.

Powyższe zestawienie nie służy afirmacji SS. Zwraca jedynie uwagę na to, że stopień indoktrynacji młodzieży po obu stronach frontu był tak wysoki, że graniczył z fanatyzmem. Czy nam się to podoba czy nie czyny naszych zawsze są wspaniałe a przeciwnik to zawsze kanalia i bandyta. Oczywiście w zbrodni Niemcom nie ma równych ale też w trakcie II WŚ propaganda niemiecka poszła znacznie  dalej niż przeciwnicy. Nie tylko usprawiedliwiła, ale wręcz zobowiązała swój naród do każdej formy eksterminacji przeciwnika w ramach wojny totalnej.

Dla Grossmana zabijanie jest niezmiennie związane z frontem rozumianym jako pole walki jednolitych spójnych formacji. Gdzie tu miejsce dla partyzantki? Gdzie w traktacie miejsce dla takich jak Calel Perechodnik który również zadawał sobie to pytanie. Aby przetrwać w gettcie wstąpił do żydowskiej policji.

W książce Grossmana ujawnia się całość różnicy pomiędzy wschodem i zachodem a pewnie również zachodem i Bałkanami. Racjonalnej niechęci do odbierania życia nie zestawia się z imperatywem przetrwania. A szkoda, bo w dzisiejszych czasach gdy ład społeczny w wielu krajach wymyka się spod kontroli scenariusze mogą być różne. Kto wie, czy małych europejskich armii zawodowych nie zastąpią ponownie poborowe? 

Ciekawe w jakich nastrojach wyjadą na wojnę ludzie dla których Grossman jest lekturą obowiązkową? Muszą mieć nadzieje, że politycy również ją przeczytali i wyciągnęli wnioski. Bo jeśli nie, nawet broniąc Europy przed uzasadnionym zagrożeniem mogą się okazać mordercami bo dzisiaj o  taki wizerunek może skutecznie zadbać Al-Jazeera.

 

 

 

8 Comments

Festung Izrael.

Czyli o tym, że zasobność portfela ma jednak znaczenie, niepokoje społeczne wymagają kanalizacji a archetypy i symbole walki męczeńskiej mogą niespodziewanie stać się znowu modne.

Tyle się ostatnio pisze o tym gdzie i pod kim będzie Egipt a w zasadzie nie wiadomo gdzie jest teraz i jak się ma do swoich sąsiadów.  Rzut oka na podstawowe relacje w regionie może chyba przyprawić o solidny ból głowy amerykańskich strategów. Z poniższego wykresu wynika bowiem dość wyraźnie, że usunięcie Saddama w zasadzie wykreowało lokalnego lidera. Jest nim irańska republika islamska.

Arabia Saudyjska notuje wprawdzie lepsze rezultaty ale funkcjonuje w symbiozie z USA podczas gdy Iran systematycznie boryka się z sankcjami. Mimo to, ostatnie 10 lat to okres sporych sukcesów Ajatollachów, którzy zdołali wyjść poza model przeżerania  petrodolarów i rozbudowali  zaplecze przemysłowe. Między innymi lotnicze, dzięki któremu produkują dzisiaj własny myśliwiec odrzutowy. Po bliższej analizie okazało by się pewnie, że ów „własny” to zapewne modyfikacja Miga lub Mirage’a natomiast ważniejsze jest to, że wytwarzany we własnych zakładach. Dlaczego? Ponieważ w trakcie wojny z Irakiem, lotnictwo cierpiało olbrzymie braki w częściach zamiennych  i kilkakrotnie było praktycznie całkowicie uziemiane przez Irakijczyków.

Miarą mocarstwowych ambicji Iranu, jest jego program atomowy jeszcze do niedawna spędzający sen z powiek izraelskim politykom. Do niedawna, ponieważ spekuluje się, że w wyniku pierwszego na świecie cyber ataku, ów program został w zeszłym roku zatrzymany. Czy to fakt, czy wygodny pretekst raczej się nie dowiemy ważniejsze jest coś innego: Izrael już nie nawołuje do prewencyjnego ataku na irańskie instalacje wojskowe. Może się jednak okazać, że to raczej wynik gry niż sprawnych umysłów hakerów albo jedno i drugie. Sytuacja się po prostu zmieniła. Amerykański straszak nie jest już tak silny jak kiedyś, a na linii USA Izrael znowu trzeszczy. Dla Izraela największym zagrożeniem był zawsze jadowicie antyizraelski Iran, gorliwie sponsorujący zarówno Hamas jak i Hezbollach. II wojna libańska ( 2006 ) i starcie z Hamasem  w 2008 roku mimo błyskawicznej i stanowczej reakcji ze strony Izraela nie dały mu żadnych faktycznych korzyści przy sporych kosztach obu operacji. Być może w regionie ani Ameryka nie jest taka silna ani Izrael taki straszny. Bo o ile ten drugi potrafi mocno atakować w śmiałych rajdach, to obaj mają duży problem z upilnowaniem zajętego terenu. A to poważny problem z uwagi na liczebne muzułmańskie populacje.

Przykład Libanu z okresu pierwszej wojny nie jest dobry ponieważ tam, Izrael mógł opierzeć się na chrześcijańskiej lokalnej falandze a sami Palestyńczycy nie byli w Libanie najchętniej widziani. Falangiści wydatnie pomagali w opanowaniu i kontroli nad terytorium. Na podobne wsparcie nigdzie indziej Izrael nie może już liczyć.

Iran ze swoją zdolnością do zmobilizowania 600 tysięcznej Armii w regionie jest prawdziwą potęgą. W trakcie niedawnych manewrów pokazano światu jak w ciągu jednego dnia armia irańska przemieszcza 120k żołnierzy wraz ze sprzętem z jednego końca kraju w drugi. Zapewne daje to mocno do myślenia analitykom w izraelskim sztabie generalnym bo analiza wojny iracko irańskiej sugeruje, że Persowie mogli by się okazać przeciwnikiem dość trudnym a dodatkowo licznym.

Ktokolwiek wygra walkę o dusze Arabów, gospodarcza cena za ostatnie wypadki będzie bardzo wysoka, a gniew ludu,  trzeba będzie  jakoś skanalizować. Może się zatem faktycznie okazać jak spekuluje choćby Hans Klos, że zgrabnym celem dla mas będzie rozprawa z wieloletnim wrogiem czyli Izraelem. Posunięcie ryzykowne, ale do pewnego stopnia politycznie rozsądne, bo przecież nawet jeśli się nie uda, Izrael i tak nie będzie kontrolował większego terytorium niż obecnie bo nie da technicznie rady. A gdyby się udało? Wszystko zależy od morale armii. Gdyby miała do wyboru pacyfikację własnych obywateli albo atak na Izrael? W trakcie wojny 6 dniowej w czerwcu 1967 Egipt, Syria, Jordania i  Irak bezpośrednio brały udział w walkach ale Maroko, Tunezja, Algieria i Kuwejt były gotowe do akcji militarnej. Stronnikiem Egiptu była podówczas również Arabia Saudyjska. Iran ówczesny aliant USA zachowywał się ostrożnie.  Mimo to przegrali.

Jak wyglądało by starcie dzisiaj? Podówczas agresorzy wyposażeni byli w sprzęt rosyjski którym na dodatek nie potrafili się dobrze posługiwać. Efekty jak wiadomo były opłakane. Nie potrafię określić jaka jest dzisiaj przewaga militarna Izraela, ale naprzeciw podobno niepokonanego czołgu Merkava mogą wyjechać między innymi Abramsy amerykańskiej produkcji. Jak wskazuje przykład bitwy pod Kurskiem, El Alamein czy choćby bitwy pancernej na Synaju w 1967 ( największa bitwa od czasów II wojny światowej ) wyszkolenie i morale załóg pancernych jest najważniejsze.

W trakcie poprzednich wojen, motywacji do walki nie brakowało na pewno wyższym dowódcom wojskowym, którzy jednak nie płoną zazwyczaj w czołgach i nie giną w okopach. Zwykły egipski czy jordański rekrut być może w ogóle nie pałał nienawiścią do Izraelczyków. Dzisiaj, sprawa może wyglądać zupełnie inaczej. Nieoceniona na froncie walki ideologicznej Al – Jazeera wzorem czerpanym od najlepszych wybudowała już odpowiednią podbudowę ideologiczną do systemowej i masowej nienawiści. Pytanie na ile silną sprężynę udało im się nakręcić.

Paradoksalnie zniszczenie Izraela choć nieprawdopodobne, mogło by jeszcze bardziej pogłębić społeczne niepokoje ponieważ trudno sobie wyobrazić aby taki incydent społeczność światowa pozostawiła bez reakcji gospodarczej. Taki konflikt zmusił by do sporego wewnętrznego konfliktu Turcje, głównego partnera Niemiec w regionie. Tym razem wojna z Izraelem mogła by się okazać długim i kosztownym dla wszystkich projektem o niepewnym zakonczeniu. W historii zdarzało się jednak, że wypadki nie pozostawiały decydentom wielkiego wyboru. Dla Świata byłby to jednak początek bardzo niebezpiecznego procesu.

Region świata w którym turystyka stanowi istotne źródło przychodów może stanąć wobec prostego wyboru pomiędzy wojną wewnętrzną albo zewnętrzną. Jeśli postawi na agresję, może się okazać, że doświadczymy niezwykłej powtórki z historii. Paradoksalnie, Izrael zewsząd zaatakowany przez muzułmanów mógłby się zwrócić do świata chrześcijańskiego o pomoc. Wyprawy krzyżowe Anno Domini 201x to byłby naprawdę rechot historii. Nie spodziewam się nadmiaru ideowych chętnych ale za pieniądze? Doświadczenia irackie dowodzą, że to wyłącznie kwestia budżetu. A że na gruncie medialnym coś z tym trzeba zrobić, prędzej czy później współcześni kondotierzy weterani z Polski, Ukrainy, Ameryki, Serbii i wielu innych krajów przyoblekli by się w szaty męczenników za wiarę. Cóż, ich krzyżowi protoplaści również nie walczyli za darmo choć cele mieli wzniosłe.

To oczywiście skrajne political fiction tym bardziej, że jak do tej pory Izraelczycy samodzielnie radzili sobie z przeciwnikiem. Dzisiaj mogło by być różnie, a wsparcie ostrzelanych żołnierzy jest w każdym konflikcie nieocenione. Brzmi nieprawdopodobnie ale kto wie co się wydarzy? Życie jak wiadomo pisze najciekawsze scenariusze.

PS. Plik graficzny który wstawiłem do tego postu pierwotnie nazywal się Iran.jpg . Ładowałem go 4 razy  i rezygnowałem bo za długo to trwało. Już miałem się zabrać za mozolne wykonywanie tabelki kiedy przyszła mi do głowy pewna myśl. Zmieniłem nazwę pliku na kontras dla wiekszej konspiry przez k. I załadował się od razu. Hmm niby nic a do myślenia skłania:)

4 Comments

Ryk Afryki

Czyli o tym, że każdy satrapa prędzej czy później oddaje władzę, głodny lud powstanie przeciw czołgom oraz o tym, że brak perspektywy szkodzi i państwu i obywatelom.

Jeszcze kilka miesięcy temu nikt by nawet nie pomyślał, że w takich, jakby się zdawało, spacyfikowanych krajach jak Tunezja czy Egipt, może nagle dojść do wybuchów społecznych. Nie zdziwię się, jeśli 2011, choć niestety nieparzysty, przejdzie do historii, jako kolejny rok Afryki tyle że tym razem północnej. W 1960 oniemiały świat oklaskiwał narodziny 17 nowych państw w tym roku równie oniemiały może powitać nowe republiki islamskie a jak pójdzie źle może nawet jakiś kalifat. Wszystkie kraje począwszy od Egiptu skończywszy na Algierii, to de facto reżimy wojskowe ukształtowane w latach zimnej wojny. Najciekawszym egzemplarzem w tym panteonie satrapów jest autor zielonej książeczki, czyli Wódz Libii – towarzysz Kadafi. Dla przeciętnego czytelnika europejskich gazet każdy Arab to prawie terrorysta, więc nie spodziewam się, aby opinia publiczna nadmiernie interesowała się obecną sytuacją. Faktycznie, islamiści zbiorą spore żniwa, ale trudno się temu dziwić skoro wszystkie reżimy poza libijskim opierają się na wojsku i świeckiej administracji a’la wczesna Turcja Ataturka. Dobrej recepty chyba nie ma. Izrael nie ma szans na rolę wiodącej siły gospodarczo politycznej a Arabia Saudyjska za pomocą eksportowanych masowo wahabickich wojowników nadaje się na pewno na replikę Talibanu ale to nie jest najciekawsza opcja dla było nie było społeczeństw nieco innych niż afgańskie. Problemem regionu który teraz doprowadzi do destabilizacji na niespotykaną skalę, jest brak wyraźnego lidera.

Aby właściwie zrozumieć powody, należałoby jak cofnąć się nieco w przeszłość. Trop, jak to w ostatnich czasach bywa, zaprowadzi nas do Amerykanów. Reagan był pierwszym prezydentem USA, który na masową skalę zastosował broń gospodarczą. Lektura opracowań (National Security Decision Directives) wskazuje na to aż nadto wyraźnie. RR uważał, że opłaca się ostre finansowanie zbrojeń, jeśli się coś za nie uzyska. Doktryna Reagana przewidywała podstawianie nogi ZSRR wszędzie gdzie się da, tyle że przy użyciu amerykańskich dolarów zamiast amerykańskich żołnierzy. Z ówczesnych opracowań strategicznych wyłania się jasno konieczność kontroli zasobów. Dlaczego to ważne? Mało kto wie skąd USA importuje ropę. Na miejscu pierwszym jest…. Kanada, następnie Meksyk, Wenezuela i dopiero na 4 miejscu Arabia Saudyjska. Ale tak jest dzisiaj. W latach 80-tych ranking wyglądał inaczej. Ameryka chciała kontrolować wszystkich strategicznych dostawców surowca dlatego też bliskim wschodem i Afryką północną musiała się interesować. Europa wschodnia była tylko jednym z boisk, na których angażowano zasoby ZSRR. Tu zresztą doktryna walki długiem sprawdziła się celująco.

Ale w chwili dojścia Reagana do władzy Ameryka w zasadzie ledwo zipie. Dwucyfrowa inflacja, recesja, a właściwie ładnie rozwinięta stagflacja i, delikatnie mówiąc, solidny spadek prestiżu USA na świecie. 5 lat po wycofaniu z Wietnamu to najprawdopodobniej najgorszy okres we współczesnej historii USA, zwieńczony podwójną kompromitacją w Iranie. Z jednej strony bezbronność wobec napastników (studenci wdarli się do ambasady USA i aresztowali wszystkich funkcjonariuszy), z drugiej strony nieudolność desantu wysłanego z odsieczą (komandosi Delta Force pogubili się na pustyni, zniszczyli sprzęt i ledwo uszli z życiem).

Ale Ronald Reagan był prawdziwym odkrywcą. O ile jego poprzednicy żyli w cieniu podlejącego po 1971 roku dolara, RR odkrył, że zamiast bać się zadłużenia należy korzystać z obfitości środków, jakie owo zadłużanie stwarza. A ponieważ wiadomo, że najszybciej pobudza się gospodarkę militaryzacją, RR już w przemówieniu inauguracyjnym nie pozostawiał wątpliwości wyborcom, jaki kurs będzie realizował. Finansowane długiem zbrojenia pozwoliły Ameryce dokonać testującego świat desantu na Grenadzie (1983) i odbudowywać pozycję w Europie i na świecie. Czy RR zamierzał faktycznie zaatakować Związek Radziecki? Wątpię. Jego doktryna oparła się na założeniu, że ZSRR jest słaby ekonomicznie i nie wytrzyma nacisku zarówno materialnie, jak i psychologicznie. Jadwiga Staniszkis w swojej wspaniałej pracy o rewolucji militarnej oddaje rację temu podejściu wskazując na konflikt pomiędzy sztabem generalnym a partią w ZSRR. Politycy bali się wojny. Wojskowi parli do wojny konwencjonalnej zakładając, że Reagan blefuje. Tak czy inaczej najlepszym interesem dla USA było wygrać wojnę budując siły, które zajmą nowe dochodowe terytoria w zasadzie bez walki. Co najciekawsze do arsenału militarnego wciągnięto tu nową, finansową broń. Zakładano operowanie długiem celem uzależnienia państw na terenie przeciwnika, choć równocześnie warto zauważyć, że właśnie w latach 80-tych przypada rekord zadłużenia ówczesnych państw komunistycznych. Długi przekraczają 100 mln USD i poważnie obawiano się, że ZSRR może nakazać swoim wasalom odrzucenie długów (zrobiła tak Rosja sowiecka z długiem carskim). Otoczenie Reagana twierdziło jednak, że to tego nie dojdzie z uwagi na zapotrzebowanie tamtejszych gospodarek na import towarów, którymi same nie dysponowały. Równolegle jednak, za pomocą szeregu dyplomatycznych nacisków RR wymusił na RPA obniżenie cen złota, a uzależniając Bliski Wschód od dostaw amerykańskiej broni skutecznie zaniżał światowe ceny ropy. Tym samym ZSRR tracił na przychodach ze swoich dwu najbardziej strategicznych surowców eksportowych. W takiej skali i zakresie nikt jeszcze gospodarczo nie wojował.

USA wygrały rozgrywkę z ZSRR już w 1985 roku. Warto pamiętać, że Gorbaczow został wybrany na genseka 11 marca 1985, a już w marcu wznowiono radziecko-amerykańskie rozmowy pokojowe w Genewie. Trudno o lepszy sygnał. Od tej pory Ameryka zmieniła priorytety. Teraz liczyło się przede wszystkim zabezpieczenie surowców na Bliskim Wschodzie.

Na tym trudnym odcinku jedynym kłopotem była otwarcie wojująca z USA Libia. Towarzysz Kadafi, mistyk a dodatkowo jeszcze zaangażowany muzułmanin, operował retoryką bardzo podobną do irańskich ajatollahów. O ile jednak z tymi drugimi Ameryka potrafiła robić interesy ( Iran Contras), to z Kadafim zupełnie nie szło. Po 1985 roku relacja z ZSRR zmieniła się na tyle, że Ameryka mogła już dać wyraźny sygnał, że powinien się jednak towarzysz nieco pilnować. 15 kwietnia 1986 bez wypowiedzenia wojny samoloty amerykańskie zbombardowały Trypolis i Bengazi niszcząc cele wojskowe i, oczywiście „przypadkiem”, cywilne. Jaki był powód? 10 dni wcześniej, w berlińskiej dyskotece w wyniku libijskiego zamachu zginęło 5 żołnierzy amerykańskich (230 innych osób odniosło rany). Jeśli ta reakcja nadal nie wydaje się dziwna, dodam, że w 1983 roku w zamachu libijskim w Libanie zginęło 240 żołnierzy Marines. Wtedy RR musiał przełknąć taki policzek bojąc się reakcji ZSRR. W 1986 mógł sobie już pozwolić na ostrą zagrywkę. Choć w rewanżu Kadafi zmasakrował pasażerów samolotu Pan Am (Lockerbie) to lekcję odebrał i on, i reszta świata: Ameryka będzie pilnować źródeł ropy. Taktyka „zastraszania” przynosiła, zatem wspaniałe rezultaty. Świat nie tylko nie potępił amerykańskiej akcji, ale niebawem potraktował Libię wszelkiej maści embargami, co jak się można spodziewać, wymiernie wpłynęło na wydobycie ropy i dostawy technologii. Kadafi wprawdzie nie znalazł się na deskach, ale zaliczył techniczny knock out. 

Ponieważ system działał, należało zwiększać skalę długu. Paul Volcker, ówczesny szef FED, już się do tak agresywnej polityki nie nadawał. Dlatego zapewne, stery drukarni pieniędzy objął Allan Greenspan – entuzjasta, agresywnych technik, a jednocześnie dobrze ułożony towarzysko polityk. Rynki powitały go spadkami, ale prawdziwym problemem był dzień określany do dzisiaj, jako „Czarny poniedziałek”, kiedy to DJ posypał się o 22%. Drodzy czytelnicy, to był 1987 rok. Allan Greenspan na lata wyznaczył wtedy kierunek, jakim było zasypywanie pieniądzem każdego kryzysu. Tym samym wykreował niespotykany wcześniej okres ciągłego wzrostu podaży pieniądza. Uznał, że nieustanne pompowanie do systemu jest lepsze niż regres gospodarczy, do którego musi dojść w wyniku kryzysów.

Ale nas interesuje Afryka. Pod koniec lat 80-tych wszystko dzieje się dokładnie tak, jak sobie tego życzą Stany Zjednoczone. W Algierii trwa w zasadzie wojna domowa, rośnie zadłużenie zagraniczne, a wydobycie ze znacjonalizowanych w 1971 roku złóż ropy jest limitowane przez odbiorców. Kadafi w Libii już intensywnie czuje efekt embarga i powoli robi się skłonny do oddania czci Imperium. Na mapie pozostaje wyłącznie problem Iracko-Irański, ale ten jak wiadomo rozwiązano dzięki pierwszej wojnie w Zatoce, o czym już wcześniej obszerniej pisałem.

Tym samym, od 1990 roku aż do dzisiaj, Ameryka prowadziła własną politykę imperialną w tej części świata. Handel ropą do dzisiaj jest rozliczany w USD, a tym samym sprzedaż ropy jest w każdym kraju rodzajem subsydiowania budżetu USA. (Wyjaśnienie dla niedowiarków: jeśli USA drukują pieniądze bez pokrycia (czemu już nawet nie zaprzeczają), to w zamian za „zielone kawałki papieru”, jak dolara po 1971 roku nazywał Richard Nixon, otrzymują całkiem prawdziwe produkty.)

Chciałoby się powiedzieć „do dzisiaj”, ponieważ wieloletnia polityka rosnącego sprzedawania własnego deficytu innym, doprowadziła w końcu do ujawnienia się silnej presji inflacyjnj.

Zaraz, czy w tej tabelce nie ma błędu? Indonezja, Chiny, Indie? Jak to się ma do Afryki?! Otóż ma się, ponieważ pokazuje pewien przykry kierunek. Indonezja ( dawniej Holenderskie Indie Wschodnie ) była przez przez wiele lat dużym eksporterem ropy naftowej. Od 2009 roku nie jest już nawet w OPEC, ponieważ została IMPORTEREM ROPY. Mimo miana azjatyckiego tygrysa nie poradziła sobie z tym, że żywność importować musi. Jeśli tak marnie na tle gospodarek znacznie lepiej rozwiniętych wygląda Indonezja, która jednak sporo w siebie inwestowała, to można sobie wyobrazić jak prezentuje się kondycja Algierii, Libii, Iraku czy wreszcie Egiptu. ( Dodajmy, że właśnie Algieria, Libia i Irak to dawne agresywne skrzydło w OPEC forsujące agresywne rozwiązania polityczne ).

W moim przekonaniu rewolty w tych krajach nie powstrzyma nic. Tamtejsze władze nie mają po prostu środków, a dławienie demonstracji przemocą nic nie da. W mediach mówi się dużo o Tunezji i Egipcie, ponieważ tam leje się krew. Nie wspomina się wiele o Algierii, gdzie władze obiecały obniżki cen strategicznego w Afryce północnej cukru. Obiecały, więc demonstranci wrócili do domów – niektórzy z siatami pełnymi fantów z rabowanych sklepów. Ale owe władze nie są w stanie dotrzymać obietnicy, więc lud na ulicach pojawi się znowu.  Ponura prawda jest taka: kraje, które w latach 70-tych rzuciły na kolana cały świat ( w 1973 roku podniesiono cenę za baryłkę z 3$ do 11$ ) nie zdołały wybudwać własnych gospodarek, a sporą część petrodolarów przeżarły, wydały na zbrojenia i zainwestowały w obligacje USA.  

Nie zdziwię się, jeśli sytuacja w regionie doprowadzi do rozpadu OPEC. Ciężko będzie pogodzić intersy Wenezueli i pozostałych państw. Może się okazać, że Libijczycy i Algierczycy pójdą w zwiększone wydobycie przy stałej cenie. Gdyby Peak Oil zmaterializował się szybciej niż myślimy, miliony ludzi na tamtym kontynencie nagle straci jakiekolwiek środki do życia.

Zapomina się często jakim upokorzeniem zakończyła się angielska i francuska obecność militarna na tym niezwykle ważnym obszarze. W 1956 roku Anglia, Francja i Izrael wspólnie zaatakowały Egipt z chęcią ponownego zajęcia znacjonalizowanego Kanału Sueskiego. Wszystko szło pięknie, krwią płacili główne Izraelczycy, a dwa niezależne desanty: brytyjski i francuski, zakończyły się powodzeniem. Ale w końcu zdenerwowała się Ameryka, której ta impreza była absolutnie nie na rękę. Wezwała Anglię i Francję do zabrania zabawek, ale bez skutku. I wtedy prezydent Eisenhower, przedstawił Anglikom następującą propozycję: albo się wycofają, albo zacznie wyprzedaż funta szterlinga. Wycofali się natychmiast.

W historii politycznej to symbol upadku Imperium Brytyjskiego, które utraciło wtedy globalną autonomiczność. W historii gospodarczej pierwsze bezpośrednie użycie broni walutowej.

Ostatnie 100 lat intryg na bliskim wschodzie i w Afryce północnej wskazuje wyraźnie, że żandarm jest w tym rejonie bardzo potrzebny. Problemem jest to, że jedni się już do tej roli w zasadzie nie nadają, a drudzy tej roli jeszcze pewnie nie rozumieją. Afryka Północna pozostawiona sama sobie może eksplodować, a skutki tej eksplozji z AK-47 w dłoniach mogą przemaszerować przez Półwysep Apeniński w poszukiwaniu żywności.

9 Comments