Browsing Category wydarzenia

R squared

Czyli o celebrze, modzie i pasji, bo bez niej, jak wiadomo, nic wspaniałego nigdy nie powstanie.

3 listopada celebrowaliśmy moje 41, 3 www.malemen.pl i 2 www.rageage.co.uk, a w zasadzie w tym samym gronie należało by również umieścić www.sohofactory.pl i jego drugie urodziny, ponieważ historia przemiany tej zdegradowanej fabrycznej przestrzeni w tętniący życiem obiekt rozpoczęła się właśnie pokazem Rage Age na imprezie MaleMena! Tamto wydarzenie pamiętać będę długo. W powszechnej opinii miała to być katastrofa. Moi współpracownicy zakładali, że na terenie praskiej fabryki zbrojeniowej nie pojawi się nikt… A pojawiło się bez mała 1,5 tysiąca ludzi! Od tamtej pory w SOHO wydarzyło się naprawdę sporo i to bynajmniej nie tylko w obszarze mody czy mediów. Gościliśmy szereg wydarzeń artystycznych, konferencji z różnych dziedzin czy też koncertów począwszy od Warszawskiej Jesieni, a na FreeFormFestival skończywszy. Dbamy o różnorodny profil i adresatów wydarzeń, które łączy w zasadzie jedno: pasja. Dzięki temu SOHO Factory, czyli jak je nazywamy: Creative District, istnieje naprawdę i dla wielu mieszkańców Warszawy jest już znaną i cenioną przestrzenią.

Miarą powyższego była nasza urodzinowa impreza. Ponad 3.000 osób zaszczyciło nas swoją obecnością, co w przypadku takich przedsięwzięć nie zdarza się zbyt często. Cieszy mnie to tym bardziej, że po raz pierwszy udało mi się zrealizować pomysł scenograficzny od początku do końca. Jeszcze w trakcie sesji Rage Age w porcie gdańskim zamarzyłem sobie, aby pokaz odbył się w portowej scenerii, tyle że odmalowanej tak realistycznie, aby w odpowiednim oświetleniu, dla wszystkich gości było niemalże oczywiste, że faktycznie znajdują się w porcie. Długo szukałem sposobu, aby ów efekt osiągnąć aż rozwiązanie stało się oczywiste. Po prostu w naszej największej 2000m2 hali musiał zacumować prawdziwy statek! I choć nie było to zadanie łatwe – udało się, a wysoka na 6m burta robiła na gościach piorunujące wrażenie! Nasza główna hala numer 16 widziała przez ostatnie miesiące niejedno. Ale najprawdziwszy terminal kontenerowy wraz z zacumowanym statkiem pojawił się w niej po raz pierwszy!

Wiele tu oczywiście zasługi Tomka i Ewy – pary scenografów, z którymi współpracuję od lat i z coraz lepszym efektem. To ludzie, których z czystym sumieniem mogę polecić do najbardziej zwariowanych projektów!

Entourage jest ważny, ale najważniejszy był przecież pokaz, który tym razem zamienił się w zasadzie w performance. Dzięki rezygnacji z tradycyjnego wybiegu miło było obserwować kompletne zaskoczenie gości, gdy wraz z pierwszymi akordami, modele wyłonili się ze szczelnie otoczonych widzami morskich kontenerów! Efekt był piorunujący: publiczność reagowała żywiołowo a dynamikę przekazu wspierała komplementowana przez gości muzyka. Tym samym godziny, które poświęciłem na konstrukcję pokazowego seta już po raz drugi zwróciły się z nawiązką. W tym miejscu wypadałoby podziękować Jędrkowi Wandzlowi, bo wybór wyborem, ale bez niego miks by po prostu nie powstał.

Co ciekawe, odbyły się w zasadzie dwa pokazy w jednym. Zgodnie z założeniem Rafała Czapula, licznie zgromadzeni goście zobaczyli nie tylko Noir Story – czyli naszą obecną jesienną kolekcję, ale również zajawkę tej, która dopiero pojawi się w salonach. Jak się należało spodziewać, szczególnie zaprezentowana po raz pierwszy wiosna przypadła gościom do gustu. A było na co popatrzeć! Rafał z kolekcji na kolekcję robi się po prostu coraz lepszy!

W wiosennym „Wind & Dust by Rage Age” odbijają się światowe trendy wiosny 2012, ale jak zwykle przetworzone a’la Czapul. Kolekcja doskonale oddaje obowiązujący w projektach najlepszych marek sezonowy „lead”, ale całość spina ów unikalny i konsekwentny styl RA. Styl, który można sprowadzić do naczelnego założenia, że ma być modnie, ale jednocześnie elegancko. I owo założenie widoczne w stylizacjach gości na pokazie napełniło mi serce wielką radością. Jeszcze nigdy nie widziałem tylu facetów ubranych w Rage Age w jednym miejscu:)

Nasza wiosenna kolekcja bierze z trendu to, co moim zdaniem najlepsze: uważny obserwator odnajdzie elementy wspólne z niezwykle tym razem niewiosennej kolekcji Dolce&Gabbana SS2012, miksem marynarki i krótkich spodni u Nicole Farhi, pazurem przedziwnego w nadchodzącym sezonie Burberry i stylem wyraźnie młodniejącego Ermenegildo Zegna. O ile wszędzie mniej lub bardziej przewija się właściwy dla sezonu kolorystyczny motyw, to w przypadku Rage Age ma on swoje wyraźne uzasadnienie w nastroju i inspiracji kolekcji. „Wind & Dust” dziejące się wszędzie i nigdzie, nastrój przygody wsparty jednoznacznym wizerunkiem mocnego faceta w drodze, doskonale uzasadnia wyblakłe kolory, gniecione tkaniny i mocne buty. Wielkie marki podobnego trudu sobie nie zadają wychodząc zapewne z założenia, że odbiorca domyśli się skąd czerpana jest inspiracja. Dla nas to niezwykle ważny element komunikacji, do którego przywiązujemy szczególną wagę co jak wiem spotyka się z uznaniem w oczach naszych fanów i klientów.

Nowością „Wind & Dust” by Rage Age będą okulary oraz zegarki przygotowane wspólnie z renomowaną zagraniczną marką. W kolekcji pojawi się również pewien szczególny gadżet – tak archetypicznie męski, że jak sądzę znajdzie się w posiadaniu wszystkich najbardziej przekonanych do RA fanów. To naprawdę perełka…:)

Ach co to była za noc… Jak mawia Rafał Czapul „R squared rulez!” Nic dodać, nic ująć. Mam nadzieję, że dzięki naszym Klientom kolejne kolekcje, pokazy i sesje będą jeszcze lepsze!

12 Comments

Korek w wannie

Czyli o tym, że nikt nie wie jakie naprawdę aktywa ma Bank of China, produkcja przemysłowa to podstawa a z pustego i Salomon nie naleje.

Cóż to był za rok! Tyle się wydarzyło, a jeszcze się nie skończył. Jeszcze mniej więcej 360 dni temu wydawało się, że Europę stać na jakąkolwiek samodzielną politykę, a Grecja i jej zadłużenie niekoniecznie na zawsze zniweczy samodzielność UE. Okazało się jednak, że polityczny strach przed rozwiązaniem siłowym w Grecji i jego konsekwencjami doprowadził do sytuacji, w której za przyszłość helleńskiego bankruta postanowiono zapłacić długiem… bez pokrycia! Nie jest bowiem dla nikogo tajemnicą, że UE na sanacje Grecji po prostu nie stać. No, ale to już sprawa materialnej ekonomii, czyli obszar, na który politycy zapuszczają się nadzwyczaj niechętnie. Jak się okazało system naczyń połączonych jakim jest wzajemne obejmowanie długów wyemitowanych przez inne demokracje ludowe zadziałał nadzwyczaj sprawnie! Domniemany efekt domina zadziałał na tyle zniechęcająco, a polityka niemiecka – na tyle stanowczo, aby rząd w Atenach odetchnął z prawdziwą ulgą. Tym samym kraj o PKB 230 mld EUR ( Polanda 353 mld ) i zadłużeniu na mieszkańca wynoszącym ponad 20kEUR ( Polanda 4,5k ), kraj, który do UE dostał się w zasadzie dzięki serii najzwyklejszych na świecie machinacji finansowych, stał się symbolem faktycznego bankructwa UE. Tym samym unia zapłaci między innymi za politykę agresywnych zbrojeń o których już wcześniej pisałem politykę w ramach której mała Grecja usiłowała dotrzymać kroku swojemu znacznie większemu sąsiadowi. Paradoksalnie okazuje się, że o wielkich przemianach polityczno społecznych w ostatnim 25 leciu decydowały zbrojenia i wojny.

Najdziwniejsze jest to, że dwa istotne na świecie organizmy gospodarczo-polityczne obezwładniły się w tym samym momencie. Oczywiście nieporównywalnie bardziej spektakularny jest przypadek USA, w którym lobby militarno-wojskowe doprowadziło do dwóch wojen całkowicie łamiących zasady, którymi w tym zakresie kierowała się amerykańska demokracja. Wojny miały służyć pomnażaniu zasobów i w taki sposób były prowadzone począwszy od pierwszej wojny USA z Meksykiem. Wspaniały zwieńczeniem tej polityki była I i II wojna światowa nadające USA status realnego imperium. Pasmo dochodowych wojen przerwał Wietnam – inicjatywa, która kosztowała skarb USA tyle, że praktycznie stracił gwarantowaną wcześniej dolarem pełną wypłacalność. Upadek Bretton Woods w 1971 roku wyznacza moment w historii gospodarczej, od którego wzrost USA dokonuje się w zasadzie kosztem reszty świata. Dzięki błyskotliwemu posunięciu Nixona, jakim był eksport produkcji do Chin, udało się uniknąć upadku imperium grubo zanim politbiuro zdało sobie sprawę, że wojny militarnej wygrać się nie da. Zwieńczeniem tej polityki jest rok 2001 kiedy to budżet USA wykazał nadwyżkę po raz pierwszy od dziesięcioleci, a wedle planistów departamentu skarbu, całe amerykańskie zadłużenie miało zostać spłacone w roku 2012! Krótko po opublikowaniu tych ciekawych prognoz samoloty Boening w niezwykle spektakularny sposób wprowadziły nas w erę globalnego terroryzmu. Warto zauważyć, że uderzenie w WTC miało miejsce dokładnie w chwili, gdy USA zdają się być u szczytu swej potęgi. Być może Ben Ladena udało się faktycznie złapać i zgładzić. Być może. Tak czy inaczej pogoń za tym człowiekiem, a raczej proces wojny marketingowany w ten sposób, doprowadził do faktycznego upadku największą potęgę gospodarczą świata.

Europa zbankrutowała znacznie mniej spektakularnie. Ot, podpisała weksel za kraj, który nigdy swojego zadłużenia nie spłaci. Tak czy inaczej efekt jest piorunujący: Chiny od dawna są największym wierzycielem USA. Jutro mogą stać się największym wierzycielem Unii Europejskiej. Pomysł, by chińskie rezerwy walutowe ratowały Europę jeszcze niedawno wydawał się kosmiczny, ba nawet dzisiaj półgębkiem tylko wskazuje się na taką możliwość sugerując, że taki zabieg Chinom się nie opłaca. Czyżby? Zapomina się powszechnie, że po raz pierwszy w historii nowoczesnej o losach świata decydować będzie państwo, które formalnie jest dyktaturą nomenklatury. Więcej: państwo, którego dane statystyczne przygotowywane są w zasadzie wyłącznie przez państwowe agendy, a tym samym zakres wiedzy jest taki na jaki owe agendy pozwolą. Jeszcze więcej:

BANK OF CHINA JEST BANKIEM PAŃSTWOWYM W LITERALNYM SENSIE TEGO SŁOWA

Oznacza to ni mniej ni więcej, że chińskie politbiuro uzyska kontrolę nad światowymi finansami przy jednoczesnym braku jakiejkolwiek kontroli świata nad finansami Chin. Juana będą sobie drukować swobodnie. Zbankrutowana będzie tylko biernie obserwować dewaluację własnych zasobów kapitałowych. Ale wyjścia nie ma.

Doprawdy trudno przecenić wymiar tego wydarzenia, choć media komentują je ostrożnie albo w ogóle. W zasadzie nic dziwnego. Jeśli sięgniemy do analiz odbudowy europejskiej po 1945 roku nie znajdziemy wielu zachwytów dla Planu Marschalla. Europa zdawała sobie sprawę, że ów plan to preludium do uzależnienia gospodarczo-politycznego od USA i to przy jednoczesnej odbudowie potencjału wytwórczego Niemiec – tradycyjnie najlepszego partnera gospodarczego USA w Europie. Teraz jest gorzej, choć motyw ten sam. Reszta świata długo jeszcze gonić będzie Europę w konsumpcji. Dużo wody upłynie w Jangcy, Gangesie czy Eufracie zanim tamtejsi konsumenci nie tylko zrozumieją, ale także będą sobie mogli pozwolić na wymiany telewizorów na nowe, bo stare nie mają tych funkcji, w które wyposażone są nowe; lodówek, bo oprócz mrożenia są kolorowe czy telefonów, które po prostu są już niemodne. Ba, samo wprowadzenie do masowej świadomości mody, swoistego obowiązku wymiany garderoby co sezon potrwa jeszcze pewnie kilka do kilkunastu lat. Chiny muszą sobie wychować własnych konsumentów, ale zanim to się stanie kroplówka dla Unii Europejskiej jest po prostu niezbędna. Bez niej rozpędzona maszyna produkcyjna po prostu zwiędnie.

Każdy, kto się w tym miejscu uśmiechnie z pobłażaniem, powinien się zastanowić nad praktycznym sensem telefonu, który mąż Carli Bruni wykonał niezwłocznie po „szczęśliwym” uchwaleniu pomocy dla Grecji. Trudno się spodziewać, aby Hu Jintao dowiedział się tą drogą czegokolwiek o czym by nie wiedział wcześniej. Ów telefon to zwykły wasalny gest, który towarzysze chińscy, doskonale obyci z imperialną etykietą są wstanie właściwie odczytać. Sarko co prawda nie bił pokłonów tylko dygnął z gracją, którą niegdyś polityka francuska zachowywała wyłącznie dla towarzyszy radzieckich. Ale ów gest poprzedzający wizytę europejskich finansistów w Pekinie w sposób niezwykle jaskrawy prezentuje obecne relacje. Nad Loarą wiedzą już gdzie trzeba lokować polityczny kapitał. Skutki tej wiedzy niebawem dadzą o sobie znać.

Wielkim pozytywem ostatniego kryzysu jest publiczna debata o długu i samej jego istocie. To ważne, bo dotychczasowy aksjomat generalny o tym, że takowy jest w zasadzie systemowo niespłacalny został skutecznie obalony przez… Brazylię. Ten niegdyś rekordowy bankrut awansował niedawno do klubu tych, którzy mogą pożyczać innym. Warto by kiedyś w nadwiślańskim kraju przeanalizować sobie tę drogę. Oczywiście fundamentem brazylijskiego cudu są te same surowce, które postawiły na nogi Rosję. Oczywiście, ale nie wyłącznie i dlatego też przykład jest wart naśladowania.

Cichym beneficjentem ostatnich wydarzeń są oczywiście Niemcy. To przecież jedyny europejski kraj, w którym tradycyjne czynniki produkcji są nadal najistotniejszym składnikiem PKB. Największy europejski eksporter od lat martwił się wyłącznie drogą walutą wobec dolara. Za chwilę problem może zniknąć a wtedy niemieckie koncerny zarobią z nawiązką na obecne europejskie zobowiązania tym bardziej, że Niemcy są wierzycielem państw UE, ale państwa UE nie są wierzycielami Niemiec.

Jedyna przyszłość dla Europy to reanimacja własnego zaplecza wytwórczego i zmiana struktury konsumpcji. Społeczeństwo sytych to już pieśń przeszłości. Nie ma już najmniejszych szans na to, aby spore populacje utrzymywały się wyłącznie z sektora niematerialnych usług. Dożyliśmy czasów kiedy z Chin sprowadza się nawet cebulę, co jest bodaj najbardziej dojmującym przykładem upadku, było nie było w istotnej części rolniczej, Europy. Nie pamięta się dzisiaj, że Portugalia jest bankrutem w zasadzie od czasów Salazara. Fundusze unijne, którym Portugalia zawdzięcza drogi i szereg inwestycji infrastrukturalnych, nie wpłynęły w najmniejszym stopniu na wytwórczość. Podniosły głównie jakość życia obywatelom, których wynagrodzenia w znacznym stopniu sfinansowano długiem. Dodajmy: wynagrodzenia pochodzące ze zdobyczy socjalnych związanych z czasem pracy, wynagrodzeniami i wysokością świadczeń pochodnych, które nota bene ( emerytury ) stają się teraz obiektem pożądania państwa.

Jeśli nie wydarzy się jakaś globalna katastrofa najbliższe 10 lat zadecyduje na długo o przyszłości Europy. Polanda ma wielkie szanse ze swoim niewytrzebionym do cna przemysłem i położeniem, które przez dziesięciolecia ciążyło jak fatum. Dzisiaj może okazać się wielkim aktywem, jeśli tylko Państwo Polskie zdobędzie się na rozsądną politykę, w ramach której „nizina nadwiślańska” zamiast przeszkodą stanie się ponownie najkrótszą droga z Rosji do niemieckiej Europy. Nie ma bowiem większych wątpliwości, że z obecnego kryzysu to właśnie nasi dwaj odwieczni wrogowie wyjdą najbardziej wzmocnieni. II RP prowadziła politykę równej od nich odległości ustaloną zasadnie przez Marszałka. III RP przez ostatnich 12 lat szukała swojej geopolitycznej tożsamości z nadzieją, że UE nada jej marnej państwowości pozory dostojeństwa.

Ale tak się nie stało. UE nikomu prestiżu już nie dodaje. Polska racja stanu rozumiana jako przyszłość obywateli wymaga śmiałej polityki, dzięki której w maksymalnym stopniu uruchomi się produktywność w każdym możliwym wytwórczym obszarze. W przeciwnym razie niemieckie Tiry nadal zatrzymają się tu głównie na nocleg, popas i dziwki.

8 Comments

Litwa

Czyli o tym, że krew nie woda, ropa nie wino oraz o tym, że w polityce nic nigdy nie dzieje się przypadkiem.

W patriotycznej atmosferze pierwszych dni września, wśród łopoczących sztandarów i podniosłych treści, Rota nie powinna dziwić nikogo. I nie dziwiłaby gdyby nie całkowicie egzotyczne okoliczności: strajk szkolny na Litwie. Anno domini 2011, media polskie wypełniła kalka jednego z najbardziej ikonograficznych protestów w narodowym etosie.

Nie ma chyba telewidza który nie zacisnął by pięści. Polskie dzieci płaczą, Litwa brutalnie łamie prawa mniejszości. W ostrych słowach wypowiada się szef MSZ i zapowiada pilną wizytę premiera. Ba, Premier narusza święty weekend w domu i udaje się niedzielnym rankiem na spotkanie z Premierem Litwy. Wyborcy reagują poprawnie, w łopocie narodowych flag POparcie rośnie. Na ekranach telewizorów wspaniałym językiem wilniuki opowiadają o tym jak broni się im dostępu do polskości. Knykcie bieleją. Mieszkaniec podwileńskiej wsi, żywa kalka Skrzetuskiego wyjaśnia lokalne relacje celnym cytatem z Kingsajz Machulskiego „ wy nas nie lubicie i my to wiemy. Ale my was tak lubimy i będziemy tak długo i tak mocno lubić aż i wy nas polubicie”. Nic dodać nic ująć. I zanim oddamy się analizie niezwykle interesujących i pogmatwanych relacji polsko litewskich zauważmy jedno: komentatorzy tamtejszych wydarzeń nieustająco zapominają o najbardziej współczesnym i palącym problemie relacji polsko litewskich. Ten problem nazywa się Możejki.

Choć w prasie popularnej to temat od dawna niemodny, co jakiś czas powraca niczym bumerang w prasie biznesowej. Jest o czym pisać. Jedno z największych polskich przejęć planowane jako wielka forpoczta równie wielkich federacyjnych planów RP stało się zgrabnym i odpowiednio wyskalowanym owych relacji sarkofagiem. Motywy działania naszego narodowego szejkanatu pod wodzą Igora Chalupca mogę sobie doskonale wyobrazić. Koincydencję z celami polityki zagranicznej również. I bynajmniej nie uważam powyższej za grzech. Departament stanu USA szereg swoich celów od dawna realizuje poprzez ekonomiczną ekspansję. Zasadnicze pytanie dotyczy wyłącznie tego kto i w jakim stopniu za ów polityczny funktor płaci. Choć Orlen powszechnie traktuje się jak narodowy skarb warto pamiętać, że państwo kontroluje w nim raptem 27,5% akcji. Dzięki pewnym zabiegom prawnym  wystarczy to do sprawowania władzy. Ale nie wystarczy aby koncern traktować jako przedłużenie skarbu państwa. Ale przeczucie podpowiada mi, że w wyniku wyborczego sukcesu PO ten stan się może zmienić a za sterami tankowca zasiądzie doświadczony prywatyzator. Szczególnie, że jak wieść gminna niesie piastowaniem swej funkcji jest już nieco znużony :).

W analizach dotyczących Możejek często umyka jedno: są  jednym z większych pracodawców i prawdopodobnie nadal największym na Litwie przedsiębiorstwem. Z tej perspektywy, bez względu na to czy litewski skarb jest jej właścicielem problem polityczny stanowić będą zawsze. Do przejęcia Możejek dochodzi w 2006 roku a więc pod patronatem rządów PIS i św pamięci Prezydenta Lecha Kaczyńskiego dla którego polityka wschodnia i federacyjne idee Marszałka Piłsudskiego były niezwykle ważnym czynnikiem polityki państwa. Prezes Chalupec nigdy nie ukrywał, że wobec fatalnego startu negocjacji, bez politycznego wsparcia transakcja nie doszła by do skutku. Choć przy okazji wspominał, że wsparcia udzielały wszystkie polityczne opcje trudno nie zauważyć, że najważniejsza była ta opcja która ówcześnie dzierżyła stery. Można oczywiście przyjąć, że zarząd spółki w której władze powołuje skarb państwa prowadził autonomiczną politykę ale to pogląd dość naiwny choć oczywiście politycznie poprawny.

O co się bito? Rafineria w Możejkach to w zasadzie jedyny producent paliw w krajach nadbałtyckich. Jedyny i historycznie powiązany z systemem rosyjskich ropociągów. Powyższe uzależnienie nie dziwi, ponieważ Możejki powstały jako inwestycja centralna w ZSRR i owego ZSRR interesy miały realizować. Planiści z politbiura odzyskania niepodległości przez Litwę nie brali pod uwagę.  Ale można by powiedzieć  nie musieli ponieważ nawet w kapitalizmie pewne uzależnienie jednak pozostało. Choć po raz pierwszy sprywatyzowali rafinerię amerykanie to szybko przekonali się, że o rafinerii decyduje się w Moskwie a nie w Wilnie. Po kontrolnym zakręceniu kurka w kontrolowanym przez Rosjan rurociągu byli już gotowi na sprzedaż. Ich pakiet odkupił Jukos należący podówczas do niepopularnego dzisiaj rosyjskiego oligarchy Chodorkowskiego. ( Najwyraźniej w tamtych czasach, dzisiejszy sztandarowy wróg Kremla miał tam jeszcze swoich przyjaciół ) Precyzyjnie, pakiet nabył nie sam Jukos ale związana z koncernem struktura off shore czyli ramię koncernu poza obszarem rosyjskiej jurysdykcji. Powyższe zaplanowane zapewne jako papierek lakmusowy dla renacjonalizacji rafinerii przez Rosję już niebawem miało się okazać dla Litewskich interesów zbawienne. Jukos nabył wprawdzie 60% akcji ale litewski skarb państwa pozostawił sobie prawo ich pierwokupu gdyby kiedykolwiek Jukos postanowił o ich zbyciu. Kiedy miłość kremla do Chodorkowskiego się skończyła, bezpiecznie z dala od FSB Możejki mogły trafić w inne ręce. Chętni pojawili się praktycznie od razu tyle, że  koncesjonowani przez Kreml. I nagle pośród nich pojawił się nasz narodowy szejkanat. Teoretycznie powinien być powinien być witany z otwartymi ramionami. Czysto teoretycznie, bo polityka litewska od zarania swojej współczesnej państwowości na kierunku warszawskim jest szczególnie podejrzliwa. Dlaczego? Otóż ma dwa istotne powody.

Wiosną 1918 roku wolność przychodziła do narodów bardzo różnymi drogami. W przypadku Litwy i Ukrainy rozkazem Ober- Ost czyli dowództwa armii Cesarstwa Niemieckiego na froncie wschodnim. Tamtejsi stratedzy błyskotliwie odkryli, że nic tak dobrze nie zrobi bezpieczeństwu wojennych zdobyczy jak oddzielenie się od Rosji  murem młodych i gotowych do wojowania o niepodległość państw. Tym sposobem zgrabnie powołano do życia Litwę wraz z arbitralnie wybranym jej  Królem oraz pośrednio Ukraińską Republikę Ludową. Teoretycznie powszechnie wiadomo, że w ramach pokoju brzeskiego w marcu 1918 Niemcy doszli do porozumienia z bolszewikami. W tym samym miejscu, tyle że miesiąc wcześniej podpisali również porozumienie z URL której w zamian za milion ton zboża zapewniono militarne wsparcie i polityczne poparcie bez którego nie pokonała by swoich politycznych przeciwników. Ktoś zapyta dlaczego nie zawarto pokoju również z Litwą? Nie było takiej potrzeby. Leżąca na zapleczu frontu nie miała wielkiego znaczenia. Z podobnych powodów,  do stołu rokowań nie zaproszono przedstawicieli Królestwa Polskiego podówczas nie mniej fasadowego . Po prostu ukraińskie pułki dowodzone często przez austriackich oficerów liczyły się znacznie bardziej niż kanapowi politycy poza frontem. O ile Ukraińcom nie szczędzono broni i amunicji Litwinom długo nie zezwalano na formowanie jednostek wojskowych. Głównie dzięki temu, Wilno nie zdołało przygotować siły militarnej stosownej do swoich terytorialnych ambicji. Granice wielkiej Litwy majaczyły w mrokach historii i oczach żarliwych patriotów. Niestety, brakowało bagnetów aby je skutecznie ustanowić. Wiosną 1918 protekcja niemiecka była jeszcze wystarczająca aby litewska państwowość instalowała się dość swobodnie a parlament ( Taryba ) obradował w ustanowionym stolicą Wilnie. Że z gruntu polskim a przynajmniej polsko języcznym nie przeszkadzało jeszcze nikomu. Świat formował się na nowo, a myśl federacyjna była w umysłach dość żywa. Warto również dodać, że większość litewskich elit mówiła po polsku gdyż ów język od XVII wieku aż do rozbiorów był w Wielkim Księstwie Litewskim językiem urzędowym. Co być może wyda się ciekawe, polski zdetronizował …..staroruski a nie litewski który w piśmiennictwie pojawił się dopiero w XVI wieku i był przede wszystkim językiem włościan a  i to nie wszystkich. Budowa współczesnego języka litewskiego to również interesująca historia. Po powstaniu styczniowym wśród Litwinów poczęła się rodzić potrzeba wyrażania własnym językiem dla zademonstrowania odrębności od niezwykle silnych tendencji pro polskich. Proszę zauważyć, jak trudno było być żarliwym patriotą litewskim nosząc nazwisko Tadeusz Konwicki. Tadauskas Konvickas w epoce rodzących się  nacjonalizmów potrzebował języka który w owych czasach stawał się jednym z głównych obok wiary narodowościowych kryteriów. Dlaczego nie sięgnięto po ów historyczny litewski? Problemy były dwa: polska pisownia ( ż, sz, cz, ź ) oraz olbrzymia dawka polonizmów. Dlatego stworzono niemalże od nowa literacki język litewski tworząc neologizmy wszędzie tam gdzie pojawiały się słowa polskie a polską pisownie zastąpiono….. czeską! Ojcem tego języka był Jonas Jablonskas, równocześnie autor wielu nowych litewskich słów. Jakie to ma znaczenie? Kolosalne. Lansowanie nowego języka podzieliło de facto litewskie społeczeństwo dzieląc je na Litwinów i Polaków nie pozostawiając miejsca dla Litwinów mówiących po polsku. Już niebawem miało to swoje poważne konsekwencje.

Kiedy Litwa staje się niepodległym krajem, Komendant Piłsudski toczy jeszcze polityczne dysputy z Kazimierzem Sosnkowskim w Magdeburskiej twierdzy. W tym czasie robota konspiracyjna w kraju wre. Ale wywiad niemiecki przypomni sobie o Komendancie  dopiero kilka miesięcy później……..

CDN

2 Comments

Kupa w raju

Czyli o tym, że ortodoksyjny nordyk to jak zwykle psychopatyczny zabójca, model państwa opiekuńczego bankrutuje, a  kozioł ofiarny potrzebny jest zawsze.

Norwegia, która od piątku jest na ustach wszystkich komentatorów, nie pojawia się w takich okolicznościach zbyt często. Jeden z najbogatszych krajów świata i chyba jedyny, w którym ponad 50% PKB stanowią podatki, wytrwale realizuje przyjętą lata temu strategię budowy nowego społeczeństwa. Na takie eksperymenty można sobie pozwalać, jeśli zaledwie 5-cio milionowa populacja korzysta ze wspomagania w postaci olbrzymich złóż ropy i gazu, co bezpośrednio i pośrednio przekłada się na imponujące ponad 50k USD PKB per capita. Nic dziwnego, że we wszelkiej maści rankingach Norwegia wygrywa jako jeden z najlepszych albo wręcz najlepszych kraj do życia, który, jeśli komukolwiek ustępuje -choćby statystycznie – to wyłącznie Luksemburgowi, bo takie na przykład USA w rankingu sporządzanym przez agendę ONZ lokują się na miejscu 14. Trudno się zatem dziwić, że Norwegia zachorowała od pewnego czasu na krzewienie „modelu norweskiego” po tym jak „model szwedzki” uległ pewnej erozji. Ciekawym przejawem egocentrycznego punktu widzenia tamtejszych władz była odmowa wydania mułły Krekara. Uznano, że wydanie Kurda naruszałoby prawa człowieka. To w sumie dość ciekawe uzasadnienie szczególnie  jeśli weźmiemy pod uwagę, że przeciętny Polandowiec Norwegię odświeżył sobie w pamięci przy okazji niedawnej akcji niesławnej pamięci detektywa Rutkowskiego. Przy tej okazji media i komentatorzy przybliżyli nam tamtejszą politykę rodzinną i jej wyraźnie trącące totalitaryzmem imperatywy. Być może istnieje pewien związek pomiędzy wszechobecnym, wszechwiedzącym państwem a kondycją psychiczną obywateli, którzy jako obywatele najlepszego państwa do życia na świecie powinni być nieustająco rozradowani i optymistyczni. W praktyce okazuje się, że bywa różnie, co najczęściej składa się na karb pogody i braku słoneczka.

Skąd zatem taki agresywny zamach? Skąd prawicowy ekstremista? Perspektywa historyczna jak zwykle ułatwia odpowiedź. Otóż mimo politycznej poprawności zarówno w Szwecji, jak i w Norwegii, działają prężne organizacje prawicowe o zróżnicowanym odcieniu, ale wspólnym nordyckim programie. Trudno się temu dziwić, jeśli weźmiemy pod uwagę, że nikt tak gorliwe jak Szwecja  nie kultywował osiągnięć III Rzeszy w dziedzinie eugeniki. W Szwecji wysterylizowano do 1976 roku ponad 63 tysiące osób, a problem stał się na tyle poważny, że w 1999 roku powołano specjalną komisję do spraw oceny przesłanek. W miłującej pokój i wolność Szwecji sterylizacja była często wymogiem dla utrzymania opieki nad dziećmi, otrzymania świadczenia społecznego, pracy lub wyjścia z więzienia. Choć Norwegia tak imponujących osiągnięć nie ma, z modelu społecznego swojego południowego sąsiada czerpała pełnymi garściami.

Anders Behring Breivik i jego makabryczna akcja to przykry komunikat dla rządzącej w Oslo centrolewicy. Choć media usiłują przekonywać, że morderca działał sam, raczej trudno w to uwierzyć analizując rozmiar zniszczeń. Ale każde wydarzenie ma swoją polityczną wagę i dla rządu w Oslo jeden świr jest na pewno lepszy niż zorganizowana siatka prawicowych terrorystów. Trudno się dziwić, warto jednak zwrócić uwagę na co innego: społeczeństwa syte coraz bardziej zwracają się ku prawej stronie politycznej sceny. Holandia – niegdyś absolutny prekursor polityki otwartego społeczeństwa, za chwilę może stać się krajem o najbardziej restrykcyjnej polityce wobec mniejszości. Wypowiedzi Geerta Wildersa – szefa trzeciej siły politycznej w Holandii jaką jest Partia Wolności, nie pozostawiają złudzeń co do przyjętego kierunku. „Islam to faszystowska ideologia” – twierdzi publicznie Wilders i… nic się nie dzieje. Po prostu w Holandii wolno już publicznie atakować inne religie, choć jeszcze niedawno groziło to wyrokiem. W zasadzie wyrokiem grozi nadal, ale sądy, choć wszędzie są niezawisłe, wyroki zawsze miarkują. Klimat społeczny za oknem sali sądowej jest zazwyczaj dla miarkujących sędziów nieocenioną pomocą.

Nie zdziwię się, jeśli w ramach odrabiania lekcji rząd norweski wprowadzi nowe ultra agresywne prawo pozwalające tropić „postawy godzące w ład i porządek państwa” co, jak sądzę, pozwoli się dobrać do każdego zagrożenia bez politycznej wrzawy. Popatrzmy tylko na zdjęcia: Anders Behring Breivik to wzorowy nordyk. Czy ktokolwiek podniesie rękę przeciwko zapisom umożliwiającym wytropienie takich ohydnych dewiantów? Zapewne nikt. Państwo dostanie nowe koncesje jeszcze bardziej ograniczające iluzoryczną w zetknięciu z policyjnym aparatem demokrację, a w nowych ustawach nikt przecież nie zapisze, że są wymierzone w prawicę☺. Zagrożenie może czaić się wszędzie, a państwo i jego agendy wiedzą najlepiej jak je odpowiednio wcześnie rozpoznać.
Terroryzm dał państwom wspaniały pretekst do zacieśnienia kontroli nad obywatelami. Państwa skandynawskie i Holandia wyznaczą nowy trend w polityce europejskiej, która musi odpowiedzieć na budzące się masowo prawicowe sympatie. Dzisiaj wolno manifestować niechęć do muzułmanów, jutro przyjdzie kolej na żydów.  We Włoszech opublikowano listę 162 osób pochodzenia żydowskiego, które zdaniem autorów prowadzą działalność na rzecz Izraela i z tego powodu powinny być bojkotowane. Publikacja wywołała powszechne oburzenie. Ale wywołała też powszechną dyskusję na temat owych 162 osób. Jeszcze niedawno nic takiego nie miałoby miejsca. Nikt poważny nie wypowiedziałby się na ten temat. Najwyraźniej publiczne tabu pęka. Politycy to nie święte dziewice w klasztornej szkole. Czują tętno społeczne i na owo tętno muszą reagować.

http://fakty.interia.pl/swiat/news/wlochy-czarna-lista-osob-pochodzenia-zydowskiego,1672011

Z nielicznymi wyjątkami Europą od dziesięcioleci włada lewica. Trudno się temu dziwić, w czasach zimnej wojny, zachodnim demokracjom ZSSR wydawał się być oazą wolności i dobrobytu a prawicowe podejście kojarzyło wyłącznie z III Rzeszą i wojskowymi przewrotami. Zmiany w europejskiej polityce sugerują, że nieuchronnie nadchodzi czas prawicy. Choćby dlatego, że lewica jest już nudna a na państwo opiekuńcze mało kogo stać. Pułkownik Bernhard Gertz z Bundeswehry wypowiada się w „Polsce Zbrojnej”, że jego armia przechodzi transformację i z armii obronnej staje się interwencyjną. Albo mi się wydaje, albo europejskie media się tą informacją nie zajęły. A powinny, ponieważ demontuje się w ten sposób ostatni element zewnętrznej kontroli nad państwem niemieckim. Ale to i tak nieuchronne. Historia jak wiadomo lubi zataczać koło. Były już unie europejskie, były okresy rozpadu i ponownej integracji europejskiej. Co by nie powiedzieć, lewicowe idee zapewniły jak dotąd najdłuższy okres pokoju na dużych połaciach Europy. Ale ów eksperyment najpierw finansowano, jako jeden z frontów zimnej wojny, potem napędzała go dobra koniunktura gospodarcza. Dzisiaj brakuje paliwa a recesja w sposób naturalny radykalizuje nastroje społeczne.

A masy będą domagać się winnych… polityka ich wskaże. Obawiam się, że już niedługo.

7 Comments

Armia stoi nad Bosforem

Czyli o tym, że Grecja może się rozpaść na skutek społecznych niepokojów, armia turecka jest największa w tej części świata a chęć do wyrównania historycznych krzywd to zwykle silny motywator

Prasę wypełniają rozmaite scenariusze dla Grecji, a skutkami jej upadłości interesuje się również gazeta Fakt, co jest już najwyraźniejszym bodaj dowodem wyeksploatowania tematu. Za chwilę fala opadnie i media zajmą się czymś zupełnie innym, podobnie jak porzuciły tropienie przemian w Libii. Ktoś powie: ależ w Libii skończyła się wojna! Nic bardziej błędnego. Skończyło się wojną zainteresowanie. Medialno-internetowy atak na Afrykę Północną swoje zrobił, opinia publiczna w Europie zaakceptowała działania rządów i teraz niczyje zainteresowanie dalszymi wypadkami nie jest już potrzebne. Warto się nad tym zastanowić, bo za chwilę ten sam schemat może zostać zastosowany w zupełnie innym kraju.
We wszystkich opisach obecnej sytuacji w Grecji w przeszłość sięga się płytko. Jeśli nawet ktoś zanurkuje głębiej, to z wielkim trudem na potwornym wdechu sięga lat 90-tych. A szkoda. Bo problem Grecji jest ściśle związany z okolicznościami jej powstania. Narodowy zryw wspierali garściami pieniędzy Anglicy po to, aby słaniającej się Wielkiej Porcie przybył jeszcze jeden, i to zideologizowany, wróg. Co ciekawe, Grecja jako niepodległe państwo powstaje w 1830 roku co ogłoszono światu w Londynie, ponieważ jednym z gwarantów niepodległości miała być flota brytyjska. Dla Admiralicji wolna Grecja to kolejny etap osaczania Turków, którzy ciągle trzymali za twarz lewant i północną Afrykę. Ale od samego powstania Grecja była krajem niestabilnym, gdzie nieustająco zwalczali się republikanie i monarchiści. Wszystkich dość długo łączyła idea zwana wielką czyli odbudowa Grecji w jej antycznych granicach. Grekom szczęście dopisywało tak długo, jak długo ich możnym sprzymierzeńcom zależało na ograniczaniu pozycji Turcji. Szczytem tej polityki była rola Grecji w I wojnie światowej, a nagrodą przyznane Traktatem Wersalskim terytoria. Do pełnej realizacji celów wszystkich Greków brakowało już bardzo niewiele: Cypru i Konstantynopola.
I jak to zwykle bywa, w chwili największego sukcesu należy się zainteresować komu ów sukces przeszkadza i co na szachownicy zmienia. A zmieniło się sporo. Pierwotnie Anglia i Francja popierała Grecję na tyle, że już w 1919 roku doszło do kolejnej wojny grecko – tureckiej. Nowoczesna i dobrze wyposażona armia przy pomocy brytyjskiej floty wylądowała w Smyrnie. Początkowo sukcesy były spektakularne, bo warto pamiętać, że zachodnie wybrzeże Turcji to de facto antyczna Grecja, toteż Pont i Jonia, zamieszkałe w zasadzie wyłącznie przez Greków i Ormian, witały armie jako wyzwolicieli i tam gdzie struktura etniczna była po stronie greckiej walk w zasadzie nie prowadzono. Wszystko szło dobrze. Ale tymczasem w Grecji dokonał się kolejny zwrot. Zmarł, współpracujący z Brytyjczykami, król – Aleksander Grecki. W efekcie dalszych wypadków na tron powrócił zwolennik proniemieckiej polityki – Konstantyn I. Dla mocarstw zachodnich był to sygnał, że za bardzo utuczona Grecja może być równie, jeśli nie bardziej, niebezpieczna niż konające Imperium Osmańskie. Co więcej na polu gry pojawił się Kemal Pasza doświadczony turecki generał weteran wielu bitew. Ten doskonały strateg wykonał ruch, który natychmiast ostudził zapał Francji i Anglii do popierania Grecji: zwrócił się o pomoc do bolszewickiej Rosji. I tu, drodzy czytelnicy, warto zwrócić uwagę, że z perspektywy greckich polityków zdarzyło się coś, co nie miało prawa się wydarzyć. Czym bowiem Ataturk zapłacił bolszewikom za militarne wsparcie? Zrezygnował z odwiecznych ambicji na wschodzie Turcji, dając bolszewikom wolną rękę dla ich działań w Gruzji, Armienii i Azerbejdzanie. Nie była to cena niska.
I dalej wypadki potoczyły się już wartko: Grecy zostali odparci, a finał ich interwencji to spektakularna rzeź Smyrny, której przyglądali się ze swoich okrętów francuscy i brytyjscy marynarze. A było chyba czemu się przyglądać, bo Arystotelesowi Onasisowi nie starczyło życia, aby ową rzeź przypominać. Z drugiej strony, brytyjski świadek tamtych wydarzeń, spóźniwszy się na spotkanie z admirałem francuskim mitygował się tym, że ciała unoszące się na wodzie utrudniały manewry.
I teraz najważniejsze: mocarstwa zachodnie w ciągu zaledwie dwu lat zmieniły front o 180 stopni. Bez ich wsparcia do tej wojny w ogóle by nie doszło, a bez ich bierności nie zakończyłaby się tak krwawo. W wyniku rozejmu zadecydowano o wielkich migracjach ludności: z Grecji wysiedlono 300 tys. Turków z Turcji prawie 1,5 mln Greków. Jaki to miało wpływ na życie polityczne Grecji? Zamiast próby analizy tego niezwykle trudnego zjawiska przytoczę jeden fakt: za język narodowy uznano jeden z wielu używanych dialektów dopiero w…. 1976 roku.
Na początku lat 60-tych Grecji wyczerpało się już paliwo z amerykańskich planów pomocowych, a w 1964 roku do władzy doszła lewica. Warto pamiętać, że krwawa wojna domowa skończyła się w tym kraju zaledwie 10 lat wcześniej, toteż w niecałe trzy lata później władzę objęła junta wojskowa zwana później junta „czarnych pułkowników”. W apogeum swojej działalności junta postanowiła doprowadzić do połączenia z Cyprem i wskrzesić ideę wielkiej Grecji. I tutaj poszli już zbyt daleko. Zamiast opisu kalendarium:
1. 15 lipca 1974 dochodzi do zmontowanego przez Grecję przewrotu na Cyprze
2. 20 lipca 1974 Turcy desantują się na północy wyspy
3. 23 lipca 1974 junta oddaje władzę cywilom
4. 30 lipca 1974 zawieszenie broni na Cyprze
Oczywiście zbieżność dat może być przypadkowa:). I trzeba tylko dodać, że 8 grudnia 1974 Grecy w referendum opowiedzieli się za rezygnacją z monarchii i tym sposobem zakończyła w tym słonecznym kraju dominacja niemieckiej monarchii, która była powodem sporych, było nie było, perturbacji.
Antagonizm grecko-turecki jest niezwykle silny, a do dzisiaj żyją ofiary tej ponurej gry ówczesnych mocarstw. Choć dzisiaj o tym nie pamiętamy, w 1996 oba kraje znalazły się na krawędzi wojny, a w 2006 roku doszło do poważnych incydentów granicznych. Kość niezgody to, miedzy innymi, definicja wód terytorialnych, a co za tym idzie korzystania z dochodów z tamtejszej żeglugi. Potencjalny konflikt obie strony traktują bardzo poważnie.
2009 rok był rekordowym w wydatkach zbrojeniowych w Grecji, które osiągnęły 6,3 mld EUR. Ten astronomiczny (2,8% PKB) jak na współczesną Europę poziom, to właśnie rezultat nieustannego wyścigu zbrojeń z sąsiednią Turcją. Oczywiście jako efekt kryzysu wydatki spadły do 3,8 mln planowanych na 2011 r., ale i tak ich udział w PKB pozostanie na poziomie Francji ( 2% PKB ). Co uzyskano w zamian za tak intensywne nakłady? Marynarka i lotnictwo dotrzymują na razie kroku Turcji ( Grecja: 300 samolotów, w tym 150 F16, Turcja: 400 samolotów), ale siły lądowe, mimo znacznie niższej liczebności (100 tys. versus 600 tys.), są już dużo gorzej uzbrojone. Grecja zakupiła co prawda 170 czołgów Leopard 2A6 HEL, ale nie dała już rady zmodernizować piechoty zmechanizowanej, opierającej się nadal o archaiczny amerykański M113. Szczególnie w tym obszarze widoczna jest odmienna polityka Ankary, która w siłach lądowych stawia na wyroby własnego przemysłu i od lat kupuje krajowe transportery opancerzone, a na dodatek finansuje program budowy własnego nowoczesnego czołgu. W przypadku konfliktu lądowego to szczególnie ważne. Własny sprzęt to własne zaplecze dostawców, których nagle nie zniechęci do handlu Departament Stanu USA. Równowagę lotnictwa może zakłócić nowy wielki program zakupu 100 myśliwców F35. Nie ma chyba wątpliwości po czyjej stronie będą się lokowały amerykańskie sympatie. Spadkom wydatków wojskowych w Grecji towarzyszy ich rekordowy wzrost w Turcji. Na 2011 zaplanowano tam prawie 16 mld EUR! Tym samym w ciągu najbliższych 5 lat, Grecy będą już w taktycznej defensywie, bo może się okazać, że za pieniądze, które teraz mają, nie utrzymają w gotowości znacznej części sprzętu, którym dzisiaj dysponują.
Co ciekawe, armia grecka jest jedyną w regionie, która mogła by się przeciwstawić Turkom. Dalej jest już tylko gorzej, bo węgierska prawie nie istnieje, a rumuńska i bułgarska nie mają żadnej bojowej wartości. Warto o tym pamiętać, ponieważ Rumunia i Bułgaria już są w UE, a dla wielokrotnie od nich silniejszej Turcji jak wiadomo miejsca zabrakło. Lubimy przypominać sobie naszą dawna wielkość, ale lubimy też zapominać, że inni również bywali wielcy. Imperium Osmańskie panowało nad sporym kawałkiem globu przez kilkaset lat. Czy można zakładać, że już o tych latach triumfu nie pamięta? Na marginesie dodam, że w ramach NATO Turcja miała odpierać atak południowej flanki Układu Warszawskiego, czyli maszerować na Sofię i Bukareszt. Jakoś tak mi się wydaje, że te kierunki są na manewrach ćwiczone do dzisiaj. Po co mieliby się tam wybierać? Po surowce. Turcja nie ma ich praktycznie wcale i surowce strategiczne musi w całości importować. Ale tu też ma swoje atuty: przez jej terytorium przebiegają rurociągi i gazociągi, stanowiące południową drogę eksportu tego surowca. Dzięki opłatom przesyłowym i preferencyjnym cenom Turcy oszczędzają nieco na wydatkach na media. Ale przede wszystkim mają je dla siebie.
Jakikolwiek scenariusz nie odegrałby się w Grecji, kraj znajdzie się na krawędzi systemowego rozbicia. Jeśli dojdzie do poważnych niepokojów, ktoś będzie musiał je uśmierzyć. Jestem dziwnie przekonany, że turecki korpus ekspedycyjny bardzo chętnie by sobie poradził z tym zadaniem. I pewnie nawet nie będzie takiej potrzeby, wystarczy przyzwolenie na lądowanie na od dawna spornych wyspach i a Grecy się pozbierają dokładnie tak samo jak w roku 1974. Jeśli to nie wystarczy, może się okazać, że wojna znów zatli się w Europie. Ale czym tu się przejmować. Z Warszawy do Aten jest 2300 km. Do Vukovaru było zaledwie 1100. Jakoś nam to spokoju nie zakłóciło.

11 Comments

Żołnierz dziewczynie nie skłamie…..

Czyli o tym, że Warszawa to ciekawe miasto, iluzja to trwała potrzeba części naszego społeczeństwa, kolor mostu może być funkcją polityki a dobra architektura broni się sama.

Zupełnie przypadkowo znalazłem się przedwczoraj w okolicach, które od lat oglądam tylko w przelocie. Przyszło mi znienacka do głowy, aby sportretować Warszawę na trasie moich typowych spacerów z czasów, kiedy szukano pały na dupę generała a armia radziecka była z nami od dziecka.

Pałac Lubomirskich. Wielu warszawiaków mija go zupełnie bez emocji podczas gdy to co najmniej podwójnie ciekawy budynek! Pałac z woli tow. marszałka Spychalskiego został w roku 1970 odcięty od fundamentów i …. przesunięty o 78 stopni. Dzięki tej operacji zaspokoił ambicje wojskowych zarządców, którzy w swym budynku zamykali ( skądinąd ładnie ) oś saską. Dodajmy, że ów budynek formalnie nazywany „Centralnym Domem Żołnierza” znajdował się we władaniu GZP czyli Głównego Zarządu Politycznego LWP najważniejszej siły sprawczej w LWP. Warto dodać, że szef GZP był również wiceministrem Obrony Narodowej. Piastowanie tej funkcji w latach 1960 do 1965 było dla Generała Jaruzelskiego jedną z najważniejszych trampolin do przyszłej kariery. Ale jak się okazuje pion GZP potrafił się zawsze wykazać perspektywą, ponieważ już na początku nowej ery  umożliwił pewnej organizacji biznesowej wieloletnie atrakcyjne korzystanie  z tego reprezentacyjnego budynku. Tym oto sposobem pałac Lubomirskich stał się siedzibą BCC ( Business Centre Club ) przez lata uważanej zresztą za organizację pożytku publicznego. Uważaną tak do czasu słynnej afery, gdy okazało się, że ta organizacja jest de facto spółką z o.o. stanowiącą zresztą własność Marka Goliszewskiego. Ten operatywny biznesmen stworzył sobie doskonałe miejsce pracy na lata. To nawiasem mówiąc ciekawe, że szefem organizacji biznesowej został były naczelny tygodnika „Konfrontacje” – najbardziej chyba betonowego tygodnika w PRL. No ale cóż, każdy może zmienić poglądy:) Dla mnie to osobliwy majstersztyk. Bardzo jestem ciekaw jak jest sformułowana umowa najmu tego budynku i kiedy się kończy. No, ale tego to już się pewnie nie dowiemy.

A tuż obok ( bo znajdujemy się na terenie dawnego małego getta ) plac Grzybowski i jego obecna do dzisiaj żydowska estetyka. Każdy kto mieszkał w tej okolicy pamięta doskonale klimat sklepów przy Grzybowskiej, magla, sklepików ze wszystkim na Próżnej. Jeszcze w latach 80-tych zdarzało się tu usłyszeć jidisz, i to nie w pobliskim Teatrze Żydowskim, ale właśnie w otaczających go sklepach. Na tym szczególnym placu polska i żydowska historia zetknęła się zresztą w sposób szczególny jako że od południowej strony wieńczy plac

Kościół Wszystkich Świętych. Jako że znalazł się na terenie getta, przekazano go zasymilowanym polskim Zydom, którzy przeszli na chrześcijaństwo. Ich proboszczem pozostał ksiądz Godlewski – przedwojenny endek i polski nacjonalista. W obliczu zagłady pomagał Żydom między innymi fałszując metryki chrztu dla tych, którym udało się uciec jako chrześcijanom. Za te praktyki został aresztowany i w 1944 roku zginął w Gross Rossen. Z tego placu szturmowano jeden z najkrwawiej zdobytych budynków w trakcie Powstania Warszawskiego – Pastę. Przypadkowo udało mi się zrobić takie zdjęcie:

Gdy ten starszy mężczyzna odwrócił się do mnie, zobaczyłem na jego piersi Virtuti Militari i Krzyż Walecznych. Kim był? Czy wspominał zdobywanie Pasty? A może to ŻOB-owiec? Nie zapytałem. Szkoda. Świadkowie tamtych czasów odchodzą codziennie. Nieopodal znajduje się budynek nie mniej ciekawy.

Błękitny wieżowiec jest błękitny wyłącznie dla tych, którzy przybyli do Warszawy już po 1989 roku. Wcześniej był to wieżowiec złocisty! Budynek powstawał z mozołem prawie 20 lat, a o przewlekłości budowli krążyły legendy. Powszechnie uważano, że budowę powstrzymuje klątwa rabinów. Klątwa może i była, ale na odcinku blokowania budowy znacznie bardziej skuteczni byli zapewne funkcjonariusze z pobliskiego Żydowskiego Instytutu Historycznego. Trudno się im dziwić, bo synagoga Tłomackie była największą i najbardziej prestiżową warszawską synagogą. Zniszczyli ją Niemcy po zdławieniu powstania w Gettcie. Ciągnącą się latami budowę dokończyli dla odmiany Jugole w latach 1989 – 1991. Warto zauważyć, że budynek  ma zupełnie niepasującą do reszty półokrągłą szklaną kopułę. Ma ją, ponieważ dokładnie w tym miejscu znajdowała się wcześniej Wielka Synagoga. Dzisiaj gmina żydowska dysponuje 18, 19 i 20 piętrem budynku. Prędzej czy później pojawi się również synagoga. Dla odmiany kolejny obiekt na trasie mojej wycieczki jest znacznie mniej prestiżowy, bo to po prostu

modny obecnie w mediach namiot. Modny, bo nie związany trwale z podłożem, czyli legalny, nie wymagający tym samym pozwolenia. Niezwiązany – ponieważ manifestujący trzymają go cały czas na swoich butach. Co by nie powiedzieć czapka z głowy za konsekwentne manifestowanie poglądów choć jak zwykle w okolicy strefy „zamglenia” mam totalną konfuzję. Za rządem Tuska nie przepadam, Rostowski to najgorszy minister finansów jaki nam się trafił, ale od formacji Jarosława Kaczyńskiego dzielą mnie niestety lata świetlne. A nie było tak bynajmniej zawsze. We wczesnych latach 90-tych Porozumienie Centrum wydawało się być jedyną roztropną i niezależną partią polityczną. Niestety, choć Jarosław Kaczyński tropi i śledzi układ, swych własnych działań na warszawskiej Woli, w Fundacji Solidarność  czy Telegrafie nigdy nie tłumaczył, twierdząc nieodmiennie, że zarzuty to spisek. Mnie nie przekonał, choć nie byłem, nie jestem i nie będę zwolennikiem wizji świata lansowanej przez Gazetę Wyborczą. Toteż z poczuciem pewnej bezradności minąłem

niniejszy komunikat. Cóż, „Edward” Tusk może być spokojny o wynik najbliższych wyborów. W drodze na Stare Miasto odwiedziłem jeden z najciekawszych, najcichszych, najlepiej położonych i najlepiej ukrytych bloków w sercu Warszawy. Tuż za pierzeją ulicy Moliera dyskretnie ukryto taki oto budynek

Wiadomo, o gustach się nie dyskutuje a zdjęcie nie oddaje w pełni jakości tej architektury. O ile pamiętam budynek powstał w latach 80-tych, wygląda jakby wybudowano go zaledwie kilka lat temu. Dla mnie doskonały, ukryty w zieleni przytulonego do gmachu ZPR parku. Ciekawe jaką ma tajemnicę, bo w takim miejscu staraniem spółdzielców nie powstał przecież na pewno:) W drodze powrotnej odwiedziłem swoją Alma Mater

W siedzibie Wydziału Nauk Ekonomicznych nie byłem chyba od czasu kiedy swoje obskurne ceglane oblicze porzucił dla tej zacnej elewacji. Warto wspomnieć, że kiedyś znajdował się tu carski cyrkuł a kilkanaście metrów od wejścia miała miejsce słynna w czasach okupacji „Akcja pod Arsenałem” Oj wspomnienia, wspomnienia… to tutaj Władysław Baka zniechęcił mnie do centralnego planowania a Ryszard Kokoszczyński bez powodzenia zachęcał do analizy ekonomicznej. Ileż ciekawych osób tutaj studiowało… A na zakończenie wycieczki budynek TPPR czyli Towarzystwa Przyjaźni Polsko Radzieckiej. Dzisiaj już się go tak nie nazywa, ale…

przyjaźń jak widać tu i ówdzie się utrzymuje. Ciekawe czy działacze nadal ci sami. W latach świetności był to jeden z najnowocześniejszych budynków w Warszawie, w zamyśle twórców miał zapewne promować wschodniego sąsiada. Działała tam restauracja Tamara i jeden z najlepiej wyposażonych EMPiKów w Warszawie. Kogoż tam się nie spotykało przy lekturze niedostępnych nigdzie indziej zagranicznych, w tym zachodnich czasopism. W znajdującym się w kompleksie kinie przez cały PRL grano o ile pamiętam dwa filmy „Parada atrakcji, zabawy zwierząt” i „Jeździec bez głowy”. Ubogość repertuaru tłumaczyła technika: oba filmy były trójwymiarowe.

A i jeszcze jeden zupełnie nie krajoznawczy element. Na trakcie królewskim wielka akcja społeczna „Maźnij mnie”. Przy wsparciu sponsorów a za sprawą władz miasta warszawiakom stworzono możliwość wyboru koloru malowania dla mostu średnicowego. I już miała mnie ta inicjatywa niezwykle ucieszyć gdy nagle wyszedłem na zaprzyjaźnionego architekta autora projektu …… malowania mostu średnicowego! Cóż się okazało? Wybrany kolor dawno wpisany do projektu, prace w toku ale w Ratuszu ktoś wpadł na pomysł wmawiania mieszkańcom, że mają wpływ na miasto. Jak wyjawił mi zniesmaczony architekt cała akcja to i tak totalna draka bo malowana będzie siatka okalająca plac przebudowy mostu. Z samym mostem miasto na Euro się nie wyrobi. A wybory za pasem.

Cóż, w Polandzie jak zwykle czyli jak w tytułowej piosence: żołnierz dziewczynie nie skłamie ale nie wszystko jej powie.

5 Comments

Polski syndrom

Czyli o tym jak się ma Świątynia do idei, którą ma symbolizować, kto skorzystał a kto stracił na rozbiorach oraz o tym, że lud potrafi się upomnieć o sprawiedliwość.

W Wielką Sobotę wybrałem się wraz z rodziną ze święconką. W tym roku tradycyjne miejsce świeceń przegrało ze Świątynią Opatrzności Bożej jako że w tej właśnie okolicy świeżo ulokowała się część familii. Tym samym budynek widywany z perspektywy Alei Wilanowskiej zbadałem z bliska. Obiekt jest rzecz jasna nadal w budowie i wygląda na to, że proces ten potrwa jeszcze dość długo, a z pewnych względów  należałoby wypatrywać jak najrychlejszego owej budowy zakończenia. Czemu? Idea budowy świątyni sięga I Rzeczypospolitej, kiedy to Sejm w podzięce za Konstytucję 3 Maja zobowiązał się do erekcji i finansowania ze środków państwowych świątyni, która upamiętni owo historyczne wydarzenie jakim było uchwalenie konstytucji. I faktycznie, Król Stanisław August wskazał pole, znajdujące się dobrach koronnych, na którym z wielką pompą 3 maja 1792 wmurowano kamień węgielny. Budowę przerwano już po kilku miesiącach, jako że w granicach pojawili się zaborcy, gorliwie wsparci przez targowiczan. II rozbiór Polski skutecznie uniemożliwił dalsze celebrowanie „opatrznościowej” ustawy sejmowej. Niby wszyscy wiemy co było dalej. Niby, bo nie zwracamy uwagi na jeden niezwykle ważny element: gospodarkę. A tej przegrana wojna z Rosją z 1792 roku zadała niemały cios. Zachodnie sfery finansowe uznały po prostu, że Polska się niebawem skończy i… wstrzymały refinansowanie warszawskich banków! Skąd ta wiedza zachodnich bankierów? Dwór Katarzyny II planował całkowity rozbiór Polski  i poszukiwał do tego jedynie pretekstu. Na arenie gospodarczej spowodowało to de facto „upadłość Polski”, a nikt siłą rzeczy nie pospieszył ze stabilizacyjnym kredytem. W efekcie upadło kilka ważnych banków, w tym najważniejszy należący do Piotra Fergussona Teppera. Ten obrotny gentelman zgromadził majątek równy najzamożniejszym polskim rodom, a sam Stanisław August Poniatowski był mu winien ponad 10 mln ówczesnych złotych polskich, które król zużył na wyekwipowanie armii. W ówczesnym systemie politycznym Tepper pełnił poważną rolę. Otóż między innymi zajmował się wypłacaniem pensji (dzisiaj powiedziałoby się: łapówek) politykom, znajdującym się na utrzymaniu Rosji i Prus.  Jak sobie łatwo wyobrazić obniżenie ratingu Polski uderzyło we wszystkich. Szczęsny Potocki – jeden z przywódców Targowicy, był gotów sprzedać wszystkie swe wielkie majątki w zamian za sumę dwuletnich intrat, byleby ta suma została mu wypłacona natychmiast. Dla porównania majątek Teppera przed wojną 1792 roku był szacowany nawet na 70 mln złotych; Czartoryskich (familii słynącej z dobrze prowadzonej działalności gospodarczej) – na 100 mln, przy czym roczne przychody w gotowiźnie przekraczały 6 mln złotych. Cyfr tych dostarcza nie byle kto, bo Leon Dembowski – zaufany współpracownik Czartoryskich, a w trakcie Powstania Listopadowego – minister skarbu, więc osoba w realiach zorientowana. Ówczesną sytuację możnaby przedstawić następująco: system finansowy utracił płynność. W krótkim czasie wywołało to ostry kryzys, a inflacja dobiła rynek żywności. W takiej sytuacji do wybuchu prędzej czy później musiało dojść. Ale bunt narastał powoli. W 1794 nakazano ograniczenie armii, a rozformowanym żołnierzom – wcielenie do zaborczych armii. Skutkiem była Insurekcja Kościuszkowska i III – ostateczny, bo nie ostatni, rozbiór Polski. W efekcie wspomnianego załamania systemu bankowego oraz jego dalszych skutków zdewaluowano zaplecze kapitałowe polskich posiadaczy. To mniej więcej taki sam proces, jaki może nam się w tej chwili przytrafić. Bo przecież nasze aktywa są wyłącznie tyle warte na ile jest wymienialna nasza waluta.

No, ale miało być o Świątyni Opatrzności. Idea wróciła wraz z odzyskaniem niepodległości, a Sejm w 1921 r. postanowił kontynuować śluby i świątynię własnym sumptem wystawić. Ale tu rzecz ciekawa, mozolono się niezwykle z wyborem lokalizacji i projektu. Pierwszy konkurs ogłoszono w 1929 roku i w 1930 r. rozstrzygnięto (albo raczej wręcz przeciwnie), bo ostatecznie wybrano 3 równoważne projekty zaciekle krytykowane przez różne środowiska. Inicjatywa nabrała tempa dopiero po śmierci Marszałka Piłsudskiego, kiedy to postanowiono połączyć przyjemne z pożytecznym, tj. stworzyć dzielnicę Marszałka na Rakowcu, poprowadzić wspaniałą aleję jego imienia i u jej szczytu posadowić imponującą budowlę Świątyni. Finalnie do tego celu wybrano projekt Bohdana Pniewskiego, którego Warszawiacy znają z takich budowli, jak jego własna willa niedaleko Frascati, budynek NBP czy zrealizowany już po wojnie Dom Chłopa. I jak już wybrano ostateczny projekt i lokalizację, prace ruszyły, ale… była to wiosna 1939 r., więc nie zdołano wiele wybudować.

Jak sobie łatwo wyobrazić po 1945 roku idea celebracji Konstytucji 3 Maja nie była specjalnie popularna. Nawiasem mówiąc zawsze mnie zaskakiwało jak wschodnie imperium wrażliwe jest na punkcie swej ciągłości. Teoretycznie Konstytucję 3 Maja powinno się traktować jako rewolucyjny powiew bliski sercom tych, którzy poprowadzili lud do wielikoj oktriabskoj. Ale najwyraźniej każdy akt niezależności wobec wschodniego suwerena traktowany był jako politycznie niewygodny, a zatem niegodzien upamiętniania. Skądinąd w politbiurze rozumowano słusznie, skoro właśnie 3 maja stał się w latach 80-tych dyżurną datą organizowania patriotycznych demonstracji.  Mimo tych trudności, Kardynał Wyszyński (autor triady Polak = Katolik = Patriota) zdołał doprowadzić do wybudowania kościoła na Rakowcu właśnie, który był pierwszym po wojnie wybudowanym legalnie nowym kościołem w Warszawie. W 1979 roku w trakcie wizyty Jana Pawła II oświadczył, ze dzieło rozpoczęte przez Sejm Czteroletni zostało zrealizowane.

I tak by pewnie pozostało, ale Prymas Glemp był nieco innego zdania. W 1991 roku w rocznice 200-lecia Konstytucji 3 Maja, Senat RP ponownie nałożył na państwo obowiązek wybudowania Świątyni upamiętniającej to wydarzenie. Należy domniemywać, że polityczne prądy wiejące od 1993 do 1997 roku skutecznie umożliwiały realizację tej idei, ale dzięki gorliwej postawie zapomnianego dzisiaj nieco RS AWS w 1998 roku zobowiązanie odnowiono po raz kolejny, a już za chwilę wskazano grunt i 2 maja 1999 r. na Polach Wilanowskich odbyła się stosowna uroczystość.

I tu mała dygresja. W 1999 roku w promieniu kilku kilometrów od Świątyni pasły się krowy. Przysłowiowy koniec miasta wytyczała Aleja Wilanowska, a do rozpoczętej budowy nie było w praktyce dojazdu. 12 lat później Świątynia w budowie stoi już przy Alei Rzeczpospolitej w otoczeniu lepszej albo gorszej, ale generalnie udanej architektury. Dlaczego mimo państwowych dotacji budowa się jeszcze nie zakończyła? Łatwo się  nie dowiemy. Tak czy inaczej jest to najbardziej, jak do tej pory, zaawansowana budowa obiektu powołanego do życia w 1793 roku. Wolałbym, aby dobiegła końca, gdyż poprzednie dwie stanowią dość przykre memento dla naszej mało stabilnej państwowości. Dzięki obrotności posłów państwo jakoś środki znajdzie (budowę finansuje się obecnie jako przedsięwzięcie muzealno – narodowe). Pytanie: czy Świątynia znajdzie odpowiednią ilość wiernych?

Kiedy dotarłem tam ze święconką usłyszałem, podobnie jak pozostali przybyli w tym celu, że dzieci nie mogą przyjeżdżać rowerami, przychodzić w ubrankach sportowych i kaskach. Choć przybyłem na piechotę, nie mogłem się nadziwić skąd ten dogmatyzm, tym bardziej, że świecenie odbywało się w katakumbach, pod podłoga głównej nawy, jako żywo przypominających schron przeciwatomowy. Kiedy wychodziłem na powierzchnię przez pomieszczenie, które w niczym kościoła nie przypominało, jedno z dzieci z wyrzutem zwróciło się do mamy: „Przecież to zupełnie jak nasz garaż w bloku!”.

Cóż, najwyraźniej zarządzający parafią liczą na pielgrzymów z innych regionów, a nie na okolicznych mieszkańców. Założenie nie dziwi, szczególnie wobec silnie manifestowanej w Świątyni opcji politycznej.

Ale to i tak drobiazg, bo przecież najważniejsze jest to, że Kościół, jako taki, był jednym z podstawowych przeciwników Konstytucji 3 Maja, której upamiętnieniem jest miedzy innymi Świątynia. Skąd ta ówczesna niechęć? Powód był ten sam, co zwykle. Jeszcze przed uchwaleniem Konstytucji 3 Maja w 1789 roku Sejm zadecydował o przekazaniu części dochodów z diecezji krakowskiej na finansowanie armii. Ponadto unoszący się nad ustawą duch rewolucyjnej Francji pachniał nieprzyjemnie tamtejszymi zmianami. Dlatego też wśród najaktywniejszych Targowiczan znajdziemy biskupów: Józefa Kossakowskiego, Ignacego Massalskiego, Wojciecha Skarszewskiego i Michała Romana Sierakowskiego. Nawiasem mówiąc wszyscy w trakcie Insurekcji Kościuszkowskiej zostali skazani na śmierć: dwu powieszono, jednego wyreklamował Kościuszko, a jeden został skazany zaoczenie. Oczywiście gdyby nie warszawski zrewoltowany lud wyreklamowano by pewnie wszystkich ale Massalskiego tłum po prostu wywlókł z wiezienia a Kossakowskiego z pałacu.

Świątynia Opatrzności Bożej stoi zatem na grząskim gruncie. O ile w historii nikt nie będzie grzebał, przyszłość nie jest różowa, a do wybudowania pozostało jeszcze sporo. Dla mnie punkt odniesienia to Sagrada Familia, kościół budowany w Barcelonie od 1882 roku. Fakt, ze Gaudi uczynił sporo, aby nie był to budynek prosty w ocenie, ale ponad 100 lat budowy robi wrażenie, prawda? Co ciekawe Gaudi zmarł w 1926 roku. Koniec budowy planowany jest obecnie na 2026 rok. Ile to potrwa na Polach Wilanowskich? Trudno ocenić, podobnie jak to, czy skończona budowa przerwie złą passę poprzednich. Ale już dzisiaj polityczny manifest dekorujący oddaną wiernym część budowli nie pozostawia wątpliwości że nie buduje się tam Świątynia zgody narodowej, ale symbol podziału.

Sacrum Prawdziwych Polaków, Częstochowa w potopie klasy średniej na jej sztandarowym warszawskim osiedlu. Ale kto wie co z tego wyniknie bo jako naród wiemy przecież jedno od lat: jak trwoga to do Boga.

 

5 Comments

Wojna chciwych i strachliwych

Czyli o tym, że taka jest właśnie pointa 20 lat istnienia CDM, stara gwardia nie wymięka a realny kapitalizm ma wiele wspólnego z realnym socjalizmem i również zaklina rzeczywistość.

Rocznicowy event CDM ulokowano w eleganckich wnętrzach świeżo erygowanego Centrum Nauki Kopernik jednego z moich ulubionych wnętrz w Warszawie. Na marginesie dodam, jedynego w które wzorem zaczerpniętym z europejskich stolic przegląda się w Wiśle zamiast się od niej odwracać plecami. Frekwencją mile dopieściła organizatorów a nieco przydługi panel śledził w skupieniu prawdziwy panteon GPW. Nie brakowało filarów rynku, arcymistrzów spekulacji i tych którzy ciężką pracą pokonali międzygalaktyczną przestrzeń która dzieli kolorowe kartoniki zleceń od zacisza dyrektorskich gabinetów. Chapeau bas.

Ale, bo w nadwiślańskim kraju nie może się obejść bez łyżki dziegciu. Duch demonicznego Lesława Pagi unosił się wysoko pod powałą tworząc doskonałe tło dla niektórych myśli formułowanych śmiało przez panelistów. Po mocnym oświadczeniu Jacka Sochy „wierzę w człowieka i rynek kapitałowy” natychmiast zamajaczył mi przed oczami Bank Śląski i mityczna „lista beneficjentów” którą operował śp ojciec założyciel. Jacek Socha mówił a ja usiłowałem sobie przypomnieć czy kiedykolwiek poza przypadkiem śląskiego zdarzyło się aby własne biuro maklerskie emitenta sprzedawało jego emisję. Oj chyba nie:). Przewodniczący Socha ewangelizował i przypomniał jak to jeszcze w roli Dyrektora Biura Inspekcji marzył o software który wytropi wszelkie niebezpieczne odchylenia rynkowe. Westchnąłem z rozrzewnieniem bo jak się ma to antyczne niemalże pragnienie do metod i środków technicznych zgromadzonych dzisiaj przez Przewodniczącego Stanisława w nie mniej groźnym niż pozostałe 3 literkowce KNF.  I już wyłącznie dla porządku należy przypomnieć debiuty 1993:

Nazwa Data debiutu Cena
emisyjna
Kurs debiutu [%]
EFEKT
(EFK)
22.04.1993 5,00 5,70 14,00
POLIFARBC
(PLC)
17.05.1993 1,80 4,00 122,22
BZWBK
(BZW)
22.06.1993 1,44 4,38 204,17
SOKOLOW
(SKW)
10.08.1993 0,70 2,20 214,29
VISTULA
(VST)
30.09.1993 2,80 20,70 639,29
MOSTALWAR
(MSW)
14.10.1993 7,15 9,60 34,27

To były efektowne debiuty! Warto odnotować, że liderem była Vistula. Co ciekawe, dokładnie 13 lat później, tego samego dnia realizowałem fuzję Vistuli i Wólczanki. Nikt z nas wtedy nie zauważył, że fuzja dochodzi do skutku dokładnie w rocznicę pierwszego notowania. Ach ten 1993! WIG urósł wtedy o 1095%. To były czasy!

W kuluarach panowie i panie poszeptywali sobie na rożne tematy około rynkowe, wielokrotnie cytowany w wypowiedziach panelistów fundament maklerstwa w Polandzie Igor Chalupec dzielił się refleksjami słowem niemalże domowa atmosfera. Niemalże bo w tle przecież zyski i śmiałe plany układane w celu owych zysków realizacji. O tym, że może zbyt śmiałe nikt się nie zająknął. W sumie po co. Biuro Maklerskie to ostatni uczestnik rynku który namawia do umiaru:). Inna sprawa, że wśród zgromadzonych dominowały stare wygi, którzy celnie rzuconą przez jednego z panelistów uwagę iż, „wykształcenie wyłącznie przeszkadza w skutecznej grze na giełdzie” skwitowały dostojnym rechotem.  

 Dowiedziałem się dzisiaj, że strach jest 100% silniejszą emocją na giełdzie niż chciwość. I już miało mnie to uspokoić, gdy nagle zdałem sobie sprawę co to w praktyce oznacza. Rynki widzą przecież o tej prawidłowości a baty zebrane jesienią 2008 pamiętać będą długo. Czyli od wzrostów podobnie jak dawniej od socjalistycznej odnowy, nie ma już odwrotu. Wychodząc,  każdy z gości otrzymywał pozycję Alexandra Eldera „Zawód Inwestor giełdowy”. Symptomatyczne. Zafrasowany podjąłem lekturę już w drodze do domu. Na 239 stronie swej pozycji Dr Elder zakomunikował mi jasno: „rynek kapitałowy ma naturę maniakalno depresyjną”. Co za ulga.

2 Comments

Handlarze krwi.

Czyli o tym, że w niektórych armiach na wojnie lepiej zginąć niż zostać rannym, bezmyślna wasalizacja ma swoją cenę a skutki decyzji politycznych odczuwają zawsze nieświadomi wyborcy.

Do 1990 roku, Irak był jednym z ważnych partnerów handlowych Polandy. Obroty wynosiły ca 250 mln USD (to inne realia były nieco), w Iraku obecnych było kilka naszych przedsiębiorstw eksportowych (Dromex, Polimex, Instaleksport) i spora rzesza pracowników na ogół dobrze zasocjowanych z lokalną społecznością. Wszystko się działo zgodnie z najlepszym modelem amerykańskim, czyli PRL udzieliła Irakowi kredytu (głównie na budowę infrastruktury właśnie), co w latach 1984 do 1988 spowodowało solidny napływ nad brzegi Eufratu i Tygrysu polskich wykonawców. Kredyt miał zostać spłacony w postaci dostaw ropy naftowej. Polskie firmy radziły sobie w regionie nieźle, a niesławny dzisiaj Bumar produkował czołgi dla wrażej Izraelowi Syrii, Profel usprawniał im przyrządy noktowizyjne i sterowania ogniem, a Radwar wyposażał zainteresowanych we własną myśl radarową. Aż tu wielkimi krokami zaczęła zbliżać się ”Pustynna Burza”. W jej przededniu, wraz z polskimi pracownikami wycofano z Iraku agentów wywiadu USA. Zapewne dla owego wywiadu zrobiono znacznie więcej, bo po tej inicjatywie Saddam się na nas poważnie obraził i w 1992 roku sekwestrował majątek polskich firm pozostawiony w Iraku. W efekcie doprowadziło to do sytuacji, w której Irak jest nam winien… 900 mln USD. A do tego doszły jeszcze koszty misji wynoszące 1,6 mld PLN (800 mln za finansowanie obecności i 800 ml za zakupy sprzętu).

Tym samym Irak jest największym dłużnikiem Polandy i jest to bezpośredni skutek decyzji politycznej podjętej przez władze Polandy w okolicach operacji „Pustynna Burza”. Być może departament Stanu składał wtedy jakieś obietnice. Być może je nawet zrealizował, ale, po pierwsze – wątpię, a po drugie – gdyby cokolwiek zrealizował, to pewnie by lud o tym wielkim wydarzeniu poinformowano.

W tym miejscu nasuwa mi się przykre, aczkolwiek ważne, porównanie. ZSRR, mimo że szykował się do wojny z Zachodem, użył wojsk PRL tylko raz w trakcie interwencji w Czechosłowacji. Wprawdzie Irak i Afganistan poprzedziła stosowna rezolucja Rady Bezpieczeństwa ONZ, ale z punktu widzenia atakowanych to, kto ów atak legitymizował, większej różnicy nie robi. Chęci USA na wciąganie w wojnę innych kontyngentów się nie dziwię. To czysty interes. W imię wolności itp. inni finansują, walczą i giną. Śmierć i kalectwo  naturalnie towarzyszą wojny, toteż na ofiary, podejmując decyzję o wysyłaniu wojska, należało się przygotować.  

Tymczasem, po latach prac, PO cichutku odeszła w niepamięć ustawa, która miała wreszcie doprowadzić do tego, że posyłanie ludzi na front będzie w Polandzie choć trochę cywilizowane. Chodzi o Ustawę o Weteranach, bo na dzisiaj jest tak, że szeregiem praw dysponują wszelkiej maści kombatanci, ale, nie wiedzieć czemu, odpowiedzialność RP za rany i utratę zdrowia kończy się w zasadzie na II wojnie światowej. Nie zdajemy sobie na ogół sprawy, że żyjemy już w kraju, którego w niemałym stopniu dotyka „syndrom wietnamski”.

Nie ma sensu opisywanie żenujących perypetii rannych żołnierzy, którzy najtrudniejsze walki toczyli nie na froncie, ale z administracją wojskową po powrocie. Trudno sobie wyobrazić większą kompromitację państwa niż w tym właśnie przypadku. Wysłano ludzi do walki, a gdy wracali pokiereszowani stanowili wyłącznie „wstydliwe” obciążenie. Wstydliwe, bo w polskim celuloidowym etosie wojny ranni ostatkiem sił wysadzają czołg, bohatersko giną z głową na karabinie, kreśląc przed śmiercią kilka mocnych strof o miłości do ojczyzny. O ile już tolerujemy istnienie rannych (w naszych filmach, jeśli nawet są, to przecież szybko zdrowieją), to nie pozostaje już ani odrobiny miejsca dla nieestetycznych kalek. Celuloidowy ranny ma zawsze dwie opcje: albo wyzdrowieje, albo zginie. Pustym rękawem lub nogawką nie będzie nas straszył. Ten pogląd wgryzł się w świadomość armii i okolic na tyle głęboko, że rannym udziela się dość szybko kompleks winy, że w ogóle ranni zostali i na dodatek przeżyli. Szok jest jeszcze większy dla tych, którzy zaliczyli porównanie szpitala w bazie Rammstein z rzeczywistością polskiej medycyny wojskowej. Ameryka z Wietnamu wyciągnęła wnioski. Weteran to poważny problem społeczny, z którym trzeba się liczyć tym bardziej, że w USA 10% bezdomnych to byli żołnierze.  

Co gorsza w naszym przepompowanym patriotyzmem społeczeństwie, nie mówiąc już o armii, nie ma grama przyzwolenia dla ran psychicznych. Polski żołnierz jest przecież twardy i takich problemów mieć nie może. Nasze społeczeństwo nie dojrzało jednak po prostu do sytuacji, w której armia uczestniczy w wojnie innej niż ideologiczna. Tym samym powielamy model amerykański z czasów Wietnamu, gdzie żołnierz po powrocie do kraju nie otrzymuje żadnego wsparcia, jego poświęcenie wydaje się niepotrzebne, a ofiary jego i kolegów zbędne i kosztowne. Dawniej akademie ku czci, medale, nieustające celebrowanie rocznic, pozwalało skutecznie zrelatywizować zabijanie i stres. W Polandzie systemowo pamiętamy o Westerplatte czy Kocku i równie systemowo nie pamiętamy o Karbali. Dlaczego? Z braku czasu antenowego? Tymczasem za chwilę przybędzie nam kolejna rocznica i co rok 10-go kwietnia odbywać się będą apele poległych. To przykry dowód, że w Polandzie śmierć jest ważna wyłącznie w politycznym kontekście. Inna jest nieistotna i niegodna pamięci. Nie odmawiam godności ofiarom feralnego lotu. Domagam się jednak tego, aby równie poważnie traktowano 22 ofiary Iraku i 25 ofiar Afganistanu. Domagam się tego tym bardziej, że liczba ofiar w Afganistanie wciąż rośnie.

Żyjemy w państwie, które bez żadnych poważniejszych powodów, zaangażowało się w dwie kosztowne wojny. Społeczeństwu, które je finansuje, nie powiedziano nic poza nośną zazwyczaj tezą, że będziemy gdzieś bronić pokoju, walczyć za naszą i waszą, a przeciwnikiem naszym będą źli pragnący naszej śmierci ludzie. Jak powszechnie wiadomo, Saddam broni masowego rażenia nie miał, a w Afganistanie Al Kaidy, a przede wszystkim nieco niemodnego już Osamy Bin Ladena, do dzisiaj nie upolowano. Należałoby zadać pytanie natury zasadniczej: po co w ogóle były te wojny? Przypadkowo przecież nie wybuchły.

Koszty tych dwóch wojen w USA dojdą do 2 billionów dolarów, bijąc na głowę nieudaną wojnę w Wietnamie. Wojna, jak każdy interes, musi się zwrócić. Budżet USA zawalił się po wojnie w Wietnamie, a rachunki za nią uregulował świat, kupując amerykańskie obligację pozbawione upadkiem Bretton Woods balastu w postaci parytetu złota.  Kto tym razem zapłaci? Pytanie czy ktokolwiek sobie tym zawraca głowę. Ameryka musi siedzieć na odwiertach, bo bez nich natychmiast zawala się jej gospodarka, wiec może tam posiedzieć tak długo, jak długo szyby nie wyschną. Polityka amerykańska jak ognia unika słowa „okupacja”, a Obama nie pamięta już o obietnicy wycofania wojska, bo najwyraźniej wie już, że taki krok kosztuje zbyt wiele.

A w Polandzie przybędzie kalek fizycznych i psychicznych, ale przede wszystkim ludzi przyzwyczajonych do przemocy i doświadczonych w używaniu broni. Nie wszyscy z nich zniosą przenosiny z pola walki na senne etaty w administracji wojskowej czy fuchy agencji ochrony. Kilka miesięcy obserwowania świata z perspektywy gunnerki odbije się na pewno na interakcjach z ludźmi po powrocie. Nie będzie defilad, nie będzie fety. Będzie szara rzeczywistość, w której wprawdzie nie można zginąć, ale niektórym będzie się wydawać, że nie można również żyć. Prędzej czy później ktoś się zajmie rosnącą rzeszą obeznanych z bronią weteranów. Bo natura nie znosi próżni. A nasze państwo otworzyło puszkę Pandory, ale do ponoszenia konsekwencji nie dorosło. Zamiast w domu weterana chłopaki odstresują się gdzie indziej.  

Armia zdobywa umiejętności w walce, toteż udział w misjach jest jej potrzebny jak rybie woda. Tyle, że jednostki składają się z żołnierzy a morale i przyszłość tych ostatnich stanowi o sukcesie samej armii. Zdają się tego w ogóle nie zauważać głównodowodzący, ale trudno się temu dziwić skoro większość wysokiego szczebla dowodzenia to ludzie którzy nigdy nigdzie nie walczyli co najwyżej się walkom przyglądali. Na kogo zatem powinno się w armii stawiać? Sprawa wydaje się oczywista, ale w praktyce zorganizowany korpus administratorów wszelkiej maści doświadczonych w walce oficerów prędko na wyższe piętra nie dopuści. Ciekawym przykładem był konflikt Skrzypczaka z biznesowym skrzydłem MON związany z wadliwymi zakupami sprzętu dla wojska. I co? W walce poległ… generał Skrzypczak, dowódca Wojsk Lądowych.

 Upadek ustawy która weteranom pozwala na pełną darmową opiekę zdrowotną, leki czy co dla wielu ofiar najważniejsze, sprzęt ortopedyczny to moim zdaniem przykład cynicznej gry urzędników z MON. Jak można wydawać pieniądze na kampanie pozyskujące zawodowych żołnierzy przy jednoczesnym pomijaniu milczeniem takiej ustawy? To tak jakby reklamować wojsko sloganem: Nasza wojna Twoje rany Twój problem. Chwytliwe? Uzasadnienie oddalenia tej ważnej inicjatywy ustawodawczej jest proste: stan finansów państwa. Ciekawe, że ów stan nie przeszkadza kontynuować misji i wysyłać na nią ludzi którzy wracają z niej w kawałkach albo nie wracają w ogóle.

Tymczasem Afganistan upomniał się o kolejną ofiarę. 3 kwietnia 2011 zginął w bazie młodszy chorąży Bartosz Spychała, podoficer w 1 Pułku Specjalnym Komandosów. Nie dowiemy się co robił w trakcie prawie 20 lat służby, można tylko przyjąć, że w jednostce w której służył szykował się do tego aby chronić to państwo w razie potrzebny. Zostawił żonę, i córkę. Pytanie jak o nie teraz zadba Rzeczpospolita Polska.

6 Comments

Niesmak pozostał?

Czyli o tym, że przepowiednie ważnych są zazwyczaj samo spełniające, niektórzy politycy mają cywilną odwagę a przyszłość jest dość niejasna.

Jakoś bez większych emocji przyjęto mrożący krew w żyłach raport Bank of America Merrill Lynch. Analitycy tego banku sugerują, że nasz bilans płatniczy podlegał delikatnie mówiąc czynnościom które w inwestycyjnym żargonie określa się jako „grzanie ksiąg”. Zdaniem BofA, nasza kondycja jest dużo gorsza, a na dniach możemy się spodziewać korekty danych o bilansie płatniczym. Jednocześnie sugeruje się, że zmiany były by tak istotne, że pociągały by za sobą konieczność podniesienia stawki VAT ze względu na spowodowane korektą danych przekroczenie 55% udziału długu w PKB. Kaliber sprawy ma być tak duży, że analitycy od razu zakładają, iż w roku wyborczym NBP się na taki ruch nie zdecyduje. Message jest zatem prosty: fikcyjne prosperity obecnie kryje polityczny interes ale bez zastrzyku kapitału z zewnątrz pozostanie nam tylko żebranina w Bundes Banku. Gem, set, mecz.

Równolegle nie dodaje nam otuchy Menachem Z Rosensaft Radca Generalny Światowego Kongresu Żydowskiego, nawołując do bojkotu gospodarczego Polski do czasu aż ta zmądrzeje i uchwali ustawę reprywatyzacyjną. Cóż, choć wielokrotnie pisałem o skrajnej nieodpowiedzialności naszego państwa które jak tylko może uchyla się od zobowiązań, to w tym akurat przypadku trudno nie zgodzić się ze zdumiewająco odważną postawą Radosława Sikorskiego. Nasz Szef MSZ w kolejnej już wypowiedzi polemizuje z coraz bardziej radykalnym stanowiskiem środowisk żydowskich, ale Radosław Sikorski ma za pewne znacznie lepsze rozeznanie w tych kwestiach niż którykolwiek z polityków w obecnym rządzie.

Abstrahując od tego czy problem poruszony przez analityków Merrill Lynch jest prawdziwy czy wydumany, jego skutki będą jak najbardziej realne. Sugestie, że nasze wyniki ekonomiczne są „szyte” z pewnością przełożą się na decyzje inwestycyjne dużych dawców kapitału. A raport skonstruowano sprytnie bo ryzyka się wskazuje jednocześnie sugerując, że ich ujawnienie może być odłożone w czasie z przyczyn politycznych. Złoty nam się dzisiaj obsunął a giełda skorekciła czyli inwestorzy wycofują się z rynku co po takim raporcie nie jest dziwne.

Ale co będzie dalej? Scenariusze są trzy: a) NBP koryguje dane i jest to niewielka korekta b)NBP koryguje dane i przewala namsię bilans płatniczy do góry nogami c)NBP nie koryguje danych. Paradoksalnie każda z tych strategii jest zła, ponieważ zawsze będzie można napisać w kolejnym raporcie, że brak korek lub skala korekt podważa zaufanie do podwalin naszej gospodarki. Cokolwiek by się nie wydarzyło w najbliższym czasie tak czy inaczej spodziewam się systemowej erozji zaufania do buchalterii finansowej Polandy. Dalsza dewaluacja złotówki utrudni rządowi prowadzenie jakiejkolwiek samodzielnej polityki bo kraj balansujący na granicy magicznych 55% nie może sobie przecież na taki komfort pozwolić.

Bank of America skoncentrował się na naszym bilansie płatniczym nieprzypadkowo. Państwa na krawędzi są zawsze łatwym celem ataków walutowych i taki się moim zdaniem właśnie szykuje, obym się w tej kwestii mylił. W podobnej sytuacji znalazła się kiedyś Wielka Brytania kiedy broniąc parytetowego związku z DM praktycznie stopiła swoje rezerwy walutowe. Nam grozi obrona 55% status quo a efekt może być taki sam tyle że jesteśmy państwem biedniejszym. Karnawał gospodarczej prosperity najwyraźniej się kończy. Pytanie jak dojmujący będzie post.

7 Comments