Łyda, moda i sprawa polska

Czyli o tym, że w Polandzie brak wzorców elegancji, rodzimy edukator ma zazwyczaj mentalność egzekutora, a ambitne społeczeństwo powinno mieć również ambicję na elegancję.

Dowiedziono już wielokrotnie, że okresy pokoju sprzyjają feminizacji mężczyzn. Zachowania osobnicze stada, które nie jest trzebione muszą się przecież zmieniać. I zmieniają się, choć oczywiście nie same. Wielkie koncerny od lat modyfikują zachowania społeczne produkując nowych nabywców na swoje produkty. I tak: z jednej strony motoryzacja przestała być wyłącznie domeną facetów i za kierownicą większości terenówek zobaczymy…. panie (a właściwie mamy, które takie właśnie auta uważają za bezpieczne). Cały „terenowy” koncept marketingowy znajdzie zatem zastosowanie w brodzeniu po miejskiej dżungli i tylko nieliczni zdobędą się na prawdziwe off-roadowe szaleństwo. Z drugiej strony rynek beauty coraz odważniej sięga po mężczyzn. Jeszcze dwadzieścia lat temu rynek męskich kosmetyków w ogóle się nie liczył. Dzisiaj, choć nadal jest ułamkiem damskiego, to systematycznie zmniejsza swój mianownik. Biadolenie nad tym jakie są, jakie były czy jakie powinny być determinanty płciowe nie ma już sensu. Panie, po pierwsze, trzymają mocno kierownice w swoich pojazdach, pod drugie – często owe pojazdy kupiły sobie same i to już wystarczy za signum temporis.

Współczesna ekonomiczna struktura społeczna to przedziwna mieszanina starych i nowych postaw, a linie podziałów nie są już tak wyraźnie jak kiedyś. Najlepszym przykładem jest moda męska. Hmm… jak to w ogóle kiepsko brzmi… Jak moda w ogóle może być męska?! A jest, drodzy Panowie, i to od bardzo, bardzo dawna. Zanim mundur z przyczyn ściśle ekonomicznych za sprawą pruskich żołnierzy stał się tylko opakowaniem mięsa armatniego, był prawdopodobnie jednym z najbardziej wykwintnych męskich ubiorów! Na starych sztychach nie odnajdujemy facetów z brzuszkami, a epolety nie połyskują na opadniętych ramionach workowatych kurtek! Przez setki lat mężczyźni dbali o siebie i nie poczytywano im tego za słabość. Problem jest inny: te postawy dotyczyły elit, a nie mas toteż zawsze można je było łatwo kompromitować, traktując jako objaw dekadencji. Dbałość o siebie i przestrzeń wokół siebie to kwestia cywilizacyjna, a nie polityczna. Do dzisiaj pozwala odróżnić miasto włoskie od niemieckiego, więc to szerokie ujęcie nie dotyczy wyłącznie Polandy. W zakresie ubioru męskiego i stosunku doń jesteśmy jednak wyjątkowi, bo dbałości o ten ubiór wyjątkowo niechętni. Dlaczego tak uważam? Proszę wykonać test samodzielnie. Wystarczy wpisać w przeglądarce: „Jak ma się ubierać facet?”, „Jak powinien ubierać się mężczyzna?” itp. Zanurkujemy w świat, w którym ujawnia się całe spektrum postaw i to mnie nie dziwi. Zaskakuje co innego: jadowita postawa zarówno zwolenników zasady, że facet mody nie uznaje, jak i antagonistów tej tezy. Wniosek jest jeden: w polskiej modzie męskiej brak jest autorytetów i wzorców do naśladowania.

W tym ujęciu jednym z największych ambasadorów zmian, naśladowanym zarówno przez Panie jak i Panów był… Aleksander Kwaśniewski! W formalu, który jest u nas traktowany wyjątkowo serio i dogmatycznie, kolory koszul i krawaty stosowane przez byłego Prezydenta narobiły sporo pozytywnego zamieszania. Jak się mogłem przekonać jeszcze jako prezes Wólczanki, prezydenckie trendy były wdrażane bez względu na poglądy polityczne. Wiem, wiem… już pojawiają się złośliwe uśmieszki, bo dla jednych żadna to figura, a dla drugich –  formal nie jest modą. Nie zmienia to faktu, że nikt stylu nie zacznie od comme de garcon, publicznie należałoby wyglądać elegancko, a  podobnych do „Kwasa” przykładów jest niestety mało. Na dodatek w rozmowach o modzie przoduje rozdęte „poradnictwo” i to ex cathedra. Na drugim biegunie jest nurt, któremu osobiście bardzo kibicuję licząc na to, że ten rodzaj edukacji zdobędzie sobie wreszcie należne mu uznanie.

Mowa tu o blogosferze. Choć i tutaj zdarzają się jakże polskie postawy, gdzie aroganccy naziści stylu tropią i pouczają, to mam nadzieję, że o prawdziwy rząd dusz wśród  internautów powalczą zupełnie inaczej skonstruowani ludzie. Przykład edukacji w dobrym stylu to mr-vintage.blogspot.com. Blog porusza się w obszarze szeroko rozumianej klasyki, a autor prowadzi go ze znawstwem, a przede wszystkim SZACUNKIEM dla czytelnika (co jest moim zdaniem niezwykle ważne, bo empatia to deficytowy towary na naszym rynku). Pisane dobrym językiem posty pozwalają zapoznać się zarówno z trendami, jak i tym, jak je stosuje autor. Co więcej podoba mi się bardzo położenie nacisku na konserwację, ponieważ dobra odzież nie jest tania i trzeba jej poświęcić odrobinę uwagi. Styl propagowany przez autora jest mi bliski, bo chociaż orbituje wokół formalu, to porusz się po takiej trajektorii, która umożliwia i dystans, i zabawę ze stylem. Co więcej autor ma czas i ochotę na odnoszenie się do jakości produktów, a to już szczególnie godne pochwały, bo po latach przyzwyczajania do niskich cen musimy zacząć przyzwyczajać się do produktów byle jakich albo też płacić cenę, która zapewnia odpowiednią jakość. Może i nie jest to blog dla koneserów, ale każdy kto chce się dowiedzieć czegoś o modzie męskiej w sposób przyjazny, powinien się tu udać. Dlatego  Mr Vintage to dla mnie wzór i gdybym miał lansować „first page to start” zaproponowałbym właśnie jego.

Dla tych, których w modzie interesuje więcej mody niż klasycznej elegancji, a na liczniku mają mniej niż 30 lat, odpowiedni będzie www.mensside.blogspot.com. Chłopak jest sympatyczny, pisze dość szczerze, a przy okazji nie ewangelizuje. Blog to w znacznym stopniu jego własne zdjęcia, ale wykazuje, że szczupłymi środkami można z powodzeniem wybrać coś co doskonale wygląda. Spośród jego sesji najbardziej sobie cenię tę, którą uznał za nieudaną, ponieważ pozował przed wejściem do galerii handlowej, wywołując tym niezdrowe zainteresowanie naszych współplemieńców. Nawiasem mówiąc to zdjęcie to ciekawy przykład na to, że fotografia modowa również potrzebuje emocji tyle, że jak model „gra”, to zazwyczaj klisza pęka. A tu chłopak był wkurzony; widać, że jest wkurzony i fota ma ładunek, a o to chodzi.

Dla odmiany fecodrobe.blogspot.com kierowany jest najprawdopodobniej do tych, którzy choć 30 już minęli, nadal chcą się czuć, a już na pewno wyglądać, młodziej. Tu autor jest zupełnie inną osobą, której status, choć nigdzie nie został opisany, daje się wyczuć w treści. Gdyby jeszcze wyszedł bardziej poza sama konwencję, czytałoby się ciekawiej, ale i tak jest dobrze. Miłe uzupełnienie do „merytoryczno-praktycznego” podejścia Mr. Vintage’a. Czuć tutaj dobre pióro i być może doczekamy się kiedyś jakiejś szerszej formuły z modą w tle.

Na koniec o tytułowej łydzie. Prezentował ją namiętnie VIP ulokowany w pierwszym rzędzie na pewnym dużym wydarzeniu dotyczącym rynku kapitałowego. Oczywiście to kwestia nieistotna wobec większości poruszanych na spotkaniu, a życie można przeżyć pięknie i godnie w jednym garniturze i dwóch koszulach. Można. Ale mój punkt widzenia jest nieco inny, być może w znacznym stopniu ze względu na skrzywienie zawodowe. Polanda jest jednak krajem, który na moich oczach dokonał olbrzymiego cywilizacyjnego skoku i z olbrzymim prawdopodobieństwem zajmie w końcu istotne miejsce na mapie Europy. Wystarczy jednak wizyta w kilku europejskich miastach, aby się przekonać, że choć mamy już winiarnie i podobne marki, to nasza ulica jest nadal szara i… potwornie nabzdyczona.

Łyda
Łyda

Toteż dla mnie będzie lepiej jeśli się zrobi bardziej kolorowo, a na twarzach pojawi się więcej uśmiechu i uprzejmości. Ktoś powie: kryzys. Ale kryzys jest wszędzie i nie jestem pewien kto by wygrał w negatywnej licytacji gdzie jest najgorzej. Powinniśmy się zmieniać jako społeczeństwo, a już na pewno powinny się zmieniać elity, które siłą rzeczy nas reprezentują.

7 komentarzy

Wojna chciwych i strachliwych

Czyli o tym, że taka jest właśnie pointa 20 lat istnienia CDM, stara gwardia nie wymięka a realny kapitalizm ma wiele wspólnego z realnym socjalizmem i również zaklina rzeczywistość.

Rocznicowy event CDM ulokowano w eleganckich wnętrzach świeżo erygowanego Centrum Nauki Kopernik jednego z moich ulubionych wnętrz w Warszawie. Na marginesie dodam, jedynego w które wzorem zaczerpniętym z europejskich stolic przegląda się w Wiśle zamiast się od niej odwracać plecami. Frekwencją mile dopieściła organizatorów a nieco przydługi panel śledził w skupieniu prawdziwy panteon GPW. Nie brakowało filarów rynku, arcymistrzów spekulacji i tych którzy ciężką pracą pokonali międzygalaktyczną przestrzeń która dzieli kolorowe kartoniki zleceń od zacisza dyrektorskich gabinetów. Chapeau bas.

Ale, bo w nadwiślańskim kraju nie może się obejść bez łyżki dziegciu. Duch demonicznego Lesława Pagi unosił się wysoko pod powałą tworząc doskonałe tło dla niektórych myśli formułowanych śmiało przez panelistów. Po mocnym oświadczeniu Jacka Sochy „wierzę w człowieka i rynek kapitałowy” natychmiast zamajaczył mi przed oczami Bank Śląski i mityczna „lista beneficjentów” którą operował śp ojciec założyciel. Jacek Socha mówił a ja usiłowałem sobie przypomnieć czy kiedykolwiek poza przypadkiem śląskiego zdarzyło się aby własne biuro maklerskie emitenta sprzedawało jego emisję. Oj chyba nie:). Przewodniczący Socha ewangelizował i przypomniał jak to jeszcze w roli Dyrektora Biura Inspekcji marzył o software który wytropi wszelkie niebezpieczne odchylenia rynkowe. Westchnąłem z rozrzewnieniem bo jak się ma to antyczne niemalże pragnienie do metod i środków technicznych zgromadzonych dzisiaj przez Przewodniczącego Stanisława w nie mniej groźnym niż pozostałe 3 literkowce KNF.  I już wyłącznie dla porządku należy przypomnieć debiuty 1993:

Nazwa Data debiutu Cena
emisyjna
Kurs debiutu [%]
EFEKT
(EFK)
22.04.1993 5,00 5,70 14,00
POLIFARBC
(PLC)
17.05.1993 1,80 4,00 122,22
BZWBK
(BZW)
22.06.1993 1,44 4,38 204,17
SOKOLOW
(SKW)
10.08.1993 0,70 2,20 214,29
VISTULA
(VST)
30.09.1993 2,80 20,70 639,29
MOSTALWAR
(MSW)
14.10.1993 7,15 9,60 34,27

To były efektowne debiuty! Warto odnotować, że liderem była Vistula. Co ciekawe, dokładnie 13 lat później, tego samego dnia realizowałem fuzję Vistuli i Wólczanki. Nikt z nas wtedy nie zauważył, że fuzja dochodzi do skutku dokładnie w rocznicę pierwszego notowania. Ach ten 1993! WIG urósł wtedy o 1095%. To były czasy!

W kuluarach panowie i panie poszeptywali sobie na rożne tematy około rynkowe, wielokrotnie cytowany w wypowiedziach panelistów fundament maklerstwa w Polandzie Igor Chalupec dzielił się refleksjami słowem niemalże domowa atmosfera. Niemalże bo w tle przecież zyski i śmiałe plany układane w celu owych zysków realizacji. O tym, że może zbyt śmiałe nikt się nie zająknął. W sumie po co. Biuro Maklerskie to ostatni uczestnik rynku który namawia do umiaru:). Inna sprawa, że wśród zgromadzonych dominowały stare wygi, którzy celnie rzuconą przez jednego z panelistów uwagę iż, „wykształcenie wyłącznie przeszkadza w skutecznej grze na giełdzie” skwitowały dostojnym rechotem.  

 Dowiedziałem się dzisiaj, że strach jest 100% silniejszą emocją na giełdzie niż chciwość. I już miało mnie to uspokoić, gdy nagle zdałem sobie sprawę co to w praktyce oznacza. Rynki widzą przecież o tej prawidłowości a baty zebrane jesienią 2008 pamiętać będą długo. Czyli od wzrostów podobnie jak dawniej od socjalistycznej odnowy, nie ma już odwrotu. Wychodząc,  każdy z gości otrzymywał pozycję Alexandra Eldera „Zawód Inwestor giełdowy”. Symptomatyczne. Zafrasowany podjąłem lekturę już w drodze do domu. Na 239 stronie swej pozycji Dr Elder zakomunikował mi jasno: „rynek kapitałowy ma naturę maniakalno depresyjną”. Co za ulga.

4 komentarze

Handlarze krwi.

Czyli o tym, że w niektórych armiach na wojnie lepiej zginąć niż zostać rannym, bezmyślna wasalizacja ma swoją cenę a skutki decyzji politycznych odczuwają zawsze nieświadomi wyborcy.

Do 1990 roku, Irak był jednym z ważnych partnerów handlowych Polandy. Obroty wynosiły ca 250 mln USD (to inne realia były nieco), w Iraku obecnych było kilka naszych przedsiębiorstw eksportowych (Dromex, Polimex, Instaleksport) i spora rzesza pracowników na ogół dobrze zasocjowanych z lokalną społecznością. Wszystko się działo zgodnie z najlepszym modelem amerykańskim, czyli PRL udzieliła Irakowi kredytu (głównie na budowę infrastruktury właśnie), co w latach 1984 do 1988 spowodowało solidny napływ nad brzegi Eufratu i Tygrysu polskich wykonawców. Kredyt miał zostać spłacony w postaci dostaw ropy naftowej. Polskie firmy radziły sobie w regionie nieźle, a niesławny dzisiaj Bumar produkował czołgi dla wrażej Izraelowi Syrii, Profel usprawniał im przyrządy noktowizyjne i sterowania ogniem, a Radwar wyposażał zainteresowanych we własną myśl radarową. Aż tu wielkimi krokami zaczęła zbliżać się ”Pustynna Burza”. W jej przededniu, wraz z polskimi pracownikami wycofano z Iraku agentów wywiadu USA. Zapewne dla owego wywiadu zrobiono znacznie więcej, bo po tej inicjatywie Saddam się na nas poważnie obraził i w 1992 roku sekwestrował majątek polskich firm pozostawiony w Iraku. W efekcie doprowadziło to do sytuacji, w której Irak jest nam winien… 900 mln USD. A do tego doszły jeszcze koszty misji wynoszące 1,6 mld PLN (800 mln za finansowanie obecności i 800 ml za zakupy sprzętu).

Tym samym Irak jest największym dłużnikiem Polandy i jest to bezpośredni skutek decyzji politycznej podjętej przez władze Polandy w okolicach operacji „Pustynna Burza”. Być może departament Stanu składał wtedy jakieś obietnice. Być może je nawet zrealizował, ale, po pierwsze – wątpię, a po drugie – gdyby cokolwiek zrealizował, to pewnie by lud o tym wielkim wydarzeniu poinformowano.

W tym miejscu nasuwa mi się przykre, aczkolwiek ważne, porównanie. ZSRR, mimo że szykował się do wojny z Zachodem, użył wojsk PRL tylko raz w trakcie interwencji w Czechosłowacji. Wprawdzie Irak i Afganistan poprzedziła stosowna rezolucja Rady Bezpieczeństwa ONZ, ale z punktu widzenia atakowanych to, kto ów atak legitymizował, większej różnicy nie robi. Chęci USA na wciąganie w wojnę innych kontyngentów się nie dziwię. To czysty interes. W imię wolności itp. inni finansują, walczą i giną. Śmierć i kalectwo  naturalnie towarzyszą wojny, toteż na ofiary, podejmując decyzję o wysyłaniu wojska, należało się przygotować.  

Tymczasem, po latach prac, PO cichutku odeszła w niepamięć ustawa, która miała wreszcie doprowadzić do tego, że posyłanie ludzi na front będzie w Polandzie choć trochę cywilizowane. Chodzi o Ustawę o Weteranach, bo na dzisiaj jest tak, że szeregiem praw dysponują wszelkiej maści kombatanci, ale, nie wiedzieć czemu, odpowiedzialność RP za rany i utratę zdrowia kończy się w zasadzie na II wojnie światowej. Nie zdajemy sobie na ogół sprawy, że żyjemy już w kraju, którego w niemałym stopniu dotyka „syndrom wietnamski”.

Nie ma sensu opisywanie żenujących perypetii rannych żołnierzy, którzy najtrudniejsze walki toczyli nie na froncie, ale z administracją wojskową po powrocie. Trudno sobie wyobrazić większą kompromitację państwa niż w tym właśnie przypadku. Wysłano ludzi do walki, a gdy wracali pokiereszowani stanowili wyłącznie „wstydliwe” obciążenie. Wstydliwe, bo w polskim celuloidowym etosie wojny ranni ostatkiem sił wysadzają czołg, bohatersko giną z głową na karabinie, kreśląc przed śmiercią kilka mocnych strof o miłości do ojczyzny. O ile już tolerujemy istnienie rannych (w naszych filmach, jeśli nawet są, to przecież szybko zdrowieją), to nie pozostaje już ani odrobiny miejsca dla nieestetycznych kalek. Celuloidowy ranny ma zawsze dwie opcje: albo wyzdrowieje, albo zginie. Pustym rękawem lub nogawką nie będzie nas straszył. Ten pogląd wgryzł się w świadomość armii i okolic na tyle głęboko, że rannym udziela się dość szybko kompleks winy, że w ogóle ranni zostali i na dodatek przeżyli. Szok jest jeszcze większy dla tych, którzy zaliczyli porównanie szpitala w bazie Rammstein z rzeczywistością polskiej medycyny wojskowej. Ameryka z Wietnamu wyciągnęła wnioski. Weteran to poważny problem społeczny, z którym trzeba się liczyć tym bardziej, że w USA 10% bezdomnych to byli żołnierze.  

Co gorsza w naszym przepompowanym patriotyzmem społeczeństwie, nie mówiąc już o armii, nie ma grama przyzwolenia dla ran psychicznych. Polski żołnierz jest przecież twardy i takich problemów mieć nie może. Nasze społeczeństwo nie dojrzało jednak po prostu do sytuacji, w której armia uczestniczy w wojnie innej niż ideologiczna. Tym samym powielamy model amerykański z czasów Wietnamu, gdzie żołnierz po powrocie do kraju nie otrzymuje żadnego wsparcia, jego poświęcenie wydaje się niepotrzebne, a ofiary jego i kolegów zbędne i kosztowne. Dawniej akademie ku czci, medale, nieustające celebrowanie rocznic, pozwalało skutecznie zrelatywizować zabijanie i stres. W Polandzie systemowo pamiętamy o Westerplatte czy Kocku i równie systemowo nie pamiętamy o Karbali. Dlaczego? Z braku czasu antenowego? Tymczasem za chwilę przybędzie nam kolejna rocznica i co rok 10-go kwietnia odbywać się będą apele poległych. To przykry dowód, że w Polandzie śmierć jest ważna wyłącznie w politycznym kontekście. Inna jest nieistotna i niegodna pamięci. Nie odmawiam godności ofiarom feralnego lotu. Domagam się jednak tego, aby równie poważnie traktowano 22 ofiary Iraku i 25 ofiar Afganistanu. Domagam się tego tym bardziej, że liczba ofiar w Afganistanie wciąż rośnie.

Żyjemy w państwie, które bez żadnych poważniejszych powodów, zaangażowało się w dwie kosztowne wojny. Społeczeństwu, które je finansuje, nie powiedziano nic poza nośną zazwyczaj tezą, że będziemy gdzieś bronić pokoju, walczyć za naszą i waszą, a przeciwnikiem naszym będą źli pragnący naszej śmierci ludzie. Jak powszechnie wiadomo, Saddam broni masowego rażenia nie miał, a w Afganistanie Al Kaidy, a przede wszystkim nieco niemodnego już Osamy Bin Ladena, do dzisiaj nie upolowano. Należałoby zadać pytanie natury zasadniczej: po co w ogóle były te wojny? Przypadkowo przecież nie wybuchły.

Koszty tych dwóch wojen w USA dojdą do 2 billionów dolarów, bijąc na głowę nieudaną wojnę w Wietnamie. Wojna, jak każdy interes, musi się zwrócić. Budżet USA zawalił się po wojnie w Wietnamie, a rachunki za nią uregulował świat, kupując amerykańskie obligację pozbawione upadkiem Bretton Woods balastu w postaci parytetu złota.  Kto tym razem zapłaci? Pytanie czy ktokolwiek sobie tym zawraca głowę. Ameryka musi siedzieć na odwiertach, bo bez nich natychmiast zawala się jej gospodarka, wiec może tam posiedzieć tak długo, jak długo szyby nie wyschną. Polityka amerykańska jak ognia unika słowa „okupacja”, a Obama nie pamięta już o obietnicy wycofania wojska, bo najwyraźniej wie już, że taki krok kosztuje zbyt wiele.

A w Polandzie przybędzie kalek fizycznych i psychicznych, ale przede wszystkim ludzi przyzwyczajonych do przemocy i doświadczonych w używaniu broni. Nie wszyscy z nich zniosą przenosiny z pola walki na senne etaty w administracji wojskowej czy fuchy agencji ochrony. Kilka miesięcy obserwowania świata z perspektywy gunnerki odbije się na pewno na interakcjach z ludźmi po powrocie. Nie będzie defilad, nie będzie fety. Będzie szara rzeczywistość, w której wprawdzie nie można zginąć, ale niektórym będzie się wydawać, że nie można również żyć. Prędzej czy później ktoś się zajmie rosnącą rzeszą obeznanych z bronią weteranów. Bo natura nie znosi próżni. A nasze państwo otworzyło puszkę Pandory, ale do ponoszenia konsekwencji nie dorosło. Zamiast w domu weterana chłopaki odstresują się gdzie indziej.  

Armia zdobywa umiejętności w walce, toteż udział w misjach jest jej potrzebny jak rybie woda. Tyle, że jednostki składają się z żołnierzy a morale i przyszłość tych ostatnich stanowi o sukcesie samej armii. Zdają się tego w ogóle nie zauważać głównodowodzący, ale trudno się temu dziwić skoro większość wysokiego szczebla dowodzenia to ludzie którzy nigdy nigdzie nie walczyli co najwyżej się walkom przyglądali. Na kogo zatem powinno się w armii stawiać? Sprawa wydaje się oczywista, ale w praktyce zorganizowany korpus administratorów wszelkiej maści doświadczonych w walce oficerów prędko na wyższe piętra nie dopuści. Ciekawym przykładem był konflikt Skrzypczaka z biznesowym skrzydłem MON związany z wadliwymi zakupami sprzętu dla wojska. I co? W walce poległ… generał Skrzypczak, dowódca Wojsk Lądowych.

 Upadek ustawy która weteranom pozwala na pełną darmową opiekę zdrowotną, leki czy co dla wielu ofiar najważniejsze, sprzęt ortopedyczny to moim zdaniem przykład cynicznej gry urzędników z MON. Jak można wydawać pieniądze na kampanie pozyskujące zawodowych żołnierzy przy jednoczesnym pomijaniu milczeniem takiej ustawy? To tak jakby reklamować wojsko sloganem: Nasza wojna Twoje rany Twój problem. Chwytliwe? Uzasadnienie oddalenia tej ważnej inicjatywy ustawodawczej jest proste: stan finansów państwa. Ciekawe, że ów stan nie przeszkadza kontynuować misji i wysyłać na nią ludzi którzy wracają z niej w kawałkach albo nie wracają w ogóle.

Tymczasem Afganistan upomniał się o kolejną ofiarę. 3 kwietnia 2011 zginął w bazie młodszy chorąży Bartosz Spychała, podoficer w 1 Pułku Specjalnym Komandosów. Nie dowiemy się co robił w trakcie prawie 20 lat służby, można tylko przyjąć, że w jednostce w której służył szykował się do tego aby chronić to państwo w razie potrzebny. Zostawił żonę, i córkę. Pytanie jak o nie teraz zadba Rzeczpospolita Polska.

6 komentarzy

Bóg, Honor i Ojczyzna.

Czyli o tym, że media kształtują nasze opinie, politycy wiedzą lepiej co jest dla nas dobre  a honor jest najważniejszym aktywem narodowym.

W jednym ze wcześniejszych postów pozwoliłem sobie na stwierdzenie, że do wojny z Niemcami doprowadziły niemożliwe w realizacji niemieckie żądania. Uproszczenie to było wynikiem roboczego oparcia się na historycznym fundamencie: Polska racja stanu nie przewidywała wojny po stronie Niemiec a ewentualny udział w takim sojuszu wywołać miał kolejne, bardziej agresywne żądania niemieckie których realizacja była by nieunikniona. Taki punkt widzenia prezentuje choćby Stanisław Żerko historyk z Instytutu Zachodniego w Poznaniu.

Ale warto się przez chwilę zastanowić jakie okoliczności spowodowały składanie Polsce jakichkolwiek ofert. Otóż 30 września 1938 roku, Polska wystąpiła z 12 godzinnym ultimatum w którym domagała się od Czechosłowacji zwrotu Zaolzia. Jak wiemy z historii, rząd czechosłowacki w obliczu SGO Śląsk zgromadzonej na granicy i dywersyjnych ataków zaolziańskich Polaków na urzędy czechosłowackie ugiął się i w efekcie 2 października na teren Zaolzia wkroczyły wojska polskie. Warszawska ulica pijana sukcesem fetowała wielki sukces mocarstwowej Polski.

W sferze faktycznej Polska i Węgry u boku Niemiec wzięły  jak najbardziej realny udział w rozbiorze Czechosłowacji. Nie podeptano tym przyjaźni polsko czechosłowackiej bo nigdy jej nie było. Zakończono w sprzyjających okolicznościach konflikt który zaczął się jeszcze w 1918 roku ( kiedy to wojska czechosłowackie zaatakowały słabe polskie jednostki zajmując tereny etnicznie polskie ) a finalizował w 1920 kiedy rząd Benesza wykorzystał Bitwę Warszawską do wymuszenia na Polsce ustępstw terytorialnych. Nie było zatem nigdy szans na współpracę państw które przez cały okres międzywojnia same znajdowały się w stanie zimnowojennym.

Wedle stanu z października 1938 Polska jest jednym z aktywnych sojuszników Hitlera i trudno się dziwić, że w ten właśnie sposób przedstawiana była w europejskiej prasie. Trudno uwierzyć, że wkroczenie do Czechosłowacji dokonało się bez jakichkolwiek porozumień z Niemcami szczególnie, że wojsko polskie zdołało zająć węzeł kolejowy w Boguminie uprzedzając zmierzające tam wojska niemieckie. Ów akt agresji nie mieścił się moim zdaniem ani trochę w lansowanej przez Becka polityce balansowania pomiędzy ZSRR a Niemcami. Trudno się zatem dziwić, że 24 października 1938 Von Ribbentrop wezwawszy ambasadora RP Lipskiego złożył po raz pierwszy następującą propozycję:

W zamian za udział w wojnie z ZSRR, włączenie Gdańska do Rzeszy i budowę eksterytorialnej autostrady, zaoferował podobnie eksterytorialny dostęp Polski do portu gdańskiego, gwarancję granicy polsko – niemieckiej i wydłużenie paktu o nieagresji na 25 lat.

Cóż, szczególnie w cieniu świeżo zajętego Zaolzia trudno powyższą propozycję choćby porównać z dyktatem Niemiec wobec Czechosłowacji która poszarpana po układzie w Monachium, w marcu 1939 padła ofiarą zaakceptowanego przez Europę formalnego rozbioru! Nasuwa się zatem dość oczywiste pytanie: jak polityczne elity do tej propozycji się odniosły? Otóż nijak się nie odniosły ponieważ Beck najprawdopodobniej owej propozycji poważnie nie potraktował tym bardziej, że w owym czasie zajęty był budowaniem relacji z Węgrami i Rumunią która to nawiasem mówiąc na rozbiór Czechosłowacji nie miała ochoty. Nie bez znaczenia jest również fakt, że w owym czasie Józef Beck był już człowiekiem poważnie chorym co usprawiedliwia go o tyle, że jeszcze w 1937 roku złożył dymisję na ręce prezydenta Mościckiego. Dymisja nie została jednak przyjęta, ponieważ ówczesną Polską steruje triumwirat: Beck, Śmigły Rydz i Mościcki i to zapewne w tej kolejności. Jednego wielkiego człowieka po 1935 roku zastąpiły trzy polityczne fantomy. Najwyraźniej mogły rządzić jedynie razem. To ci trzej ludzie dopiero 7 stycznia 1939 roku zadecydują o zwrocie politycznym ponieważ Beck osobiście usłyszy od Hitlera, że sugestie przekazane wcześniej Lipskiemu to de facto ultimatum. Jeszcze 25 stycznia 1939 von Ribbentrop pojawia się w Warszawie dorzucając do wcześniejszej oferty Słowację jako trofeum wojenne.  Warszawa odpowiada NIE, powołując się na zawarte porozumienie wojskowe z ZSRR. I w tym miejscu polityka polsko niemiecka mija „no return point” dalej w marcu 1939 okrojona Czechosłowacja w raz z całym swoim rządem zamieni się w protektorat Czech i Moraw z tym samym prezydentem Hachą a 40 czeskich dywizji walnie dozbroi Wehrmacht. W takich warunkach odrzucano niemieckie awanse uważając, że jakakolwiek współpraca z Hitlerem nieuchronnie prowadzić będzie do katastrofy. Co ciekawe, ta decyzja polityczna podejmowana była przez ludzi, którzy przez 4 lata samodzielnych rządów nie zmienili ani na jotę doktryny wojennej armii II RP która od zarania państwa zakładała w zasadzie wyłącznie wojnę na wschodzie! Plan  wojny na zachodzie przygotowywano na kolanie wiosną 1939.

Odrzuceniu współpracy z Niemcami, towarzyszy powtarzane przekonanie o tym, że Polacy a przede wszystkim korpus oficerski był takim porozumieniom całkowicie niechętny. Zwłaszcza drugiego członu tej popularnej tezy nie jestem w stanie zrozumieć. Jak armia która przez kilkanaście lat ćwiczy obronę przed Rosją zarzucając prawie kompletnie ( poza nielicznymi fortyfikacjami ) strategię wojnę na zachodzie i północy może być świadomie gotowa na konflikt z Niemcami?  

Pytanie o faktyczne nastroje społeczne było by również jak najbardziej na miejscu. W kraju w którym nośnikiem informacji były gazety panowało potworne rozwarstwienie społeczne a komunikację dodatkowo utrudniał…. analfabetyzm. W Polsce międzywojennej dotyczył prawie 25% populacji. Radio było luksusem posiadanym przez nielicznych. Zastanawia mnie zatem, czy społeczeństwo które jeszcze  w październiku 1938 fetuje zajęcie Zaolzia i domaga się marszu na Kowno jest faktycznie bardziej antyniemieckie niż antyrosyjskie? Jeśli nawet dzisiaj, w społeczeństwie doświadczonym przez niemiecki nazizm dominuje postawa antyrosyjska słuszne jest założenie, że w 1939 dominowała akurat antyniemiecka? A jeśli tak faktycznie było, jaką rolę w kreowaniu tej postawy odegrały media?

Rządzący Polską triumwirat popisał się co najmniej brakiem politycznego realizmu wybierając walkę w sytuacji w której musiał być świadom zarówno niemieckiej przewagi ( złamanie szyfrów enigmy ) jak i iluzoryczności francusko niemieckiej pomocy.

W słynnym sejmowym przemówieniu z 5 maja 1939 Józef Beck ujawnił się obywatelom jako polityk twardy. W ponurym cieniu rzucanym przez wypowiedziany przez Niemcy pakt o nieagresji podkreślił, że Polska od Bałtyku odepchnąć się nie da, a pojęcie pokoju za wszelką cenę dla Polaków nie istnieje. Jako rzecz bezcenną, w swoim przemówieniu transmitowanym na cały kraj a nagrodzonym przez posłów stojącą owacją wskazał, że dla Polaków bezcenny jest honor. To przemówienie wywołało wielką falę patriotyzmu ale nie towarzyszyła mu choćby próba mobilizacji. Sejm zwiększył budżet, FON odnotował większe wpłaty a kraj patriotyczne manifestacje. Faktyczna mobilizacja została ogłoszona dopiero 29 sierpnia i praktycznie natychmiast odwołana wobec sprzeciwu Anglii i Francji. Ogłoszona ponownie dzień później wywołała chaos który na dzień dobry osłabił zdolność bojową armii.

W kampanii wrześniowej w walkach z Niemcami zginęło 66 tysięcy żołnierzy i oficerów, ponad 130 tysięcy odniosło rany a 400.000 dostało się do niewoli. O ile straty zadane przez Rosjan były mniejsze, to do niewoli dostało się prawie 250 tysięcy żołnierzy i oficerów. Straty wśród ludności cywilnej są od pewnego czasu poddawane wielostronnym analizom których celem jest analiza prawdziwości PRL owskiej jeszcze  tezy o 6 mln obywateli polskich zabitych w trakcie działań wojennych.

Czy śmierć tych ludzi, i materialne zniszczenia były warte tego honoru o którym mówił w przemówieniu Beck? Czy wybrali wojnę świadomie czy też wybrano ja w ich imieniu? Pytanie prowokacyjne, ale warto się zastanowić jakie straty poniosła by Polska jako niemiecki koalicjant. Taką opcję nawet w dyskusjach kompromituje się zazwyczaj od razu. To dziwne, szczególnie wobec popularnej dzisiaj germanofilii. Warto jednocześnie pamiętać, że udział w wojnie po stronie Niemiec nie był jednoznaczny z utratą państwowości bo w tej sytuacji była przecież zarówno Rumunia, Węgry, Bułgaria czy Finlandia która dzięki położeniu strategicznemu doczekała się nawet wycofania radzieckich oddziałów okupacyjnych.

Ta historyczna analiza może się wydawać całkowicie pozbawiona sensu. Nic bardziej błędnego. Dzisiaj żyjemy w świecie samych sojuszy i wzajemnych państwowych świadczeń dodatkowo kontrasygnowanych przez jakiś „uber rząd” w Brukseli. Trudno mi założyć, że dzisiejsza wartość porozumień międzynarodowych jest większa niż ówczesna. Warto o tym pamiętać, choćby dlatego że Józef Beck, dowiedziawszy się o wypowiedzeniu wojny Niemcom przez Anglię i Francję odetchnął i wyznał jednemu ze swoich współpracowników, że bez tego naród miałby prawo postawić go pod ścianą i rozstrzelać. Cóż, „dziwna wojna” moim zdaniem tego prawa narodowi polskiemu nie odebrała.

„Lawirujcie między Niemcami i Rosją póki można, a jak już się nie da wciągnijcie do walki cały świat” zalecił w swoim politycznym testamencie Józef Piłsudski. Wykonawcy jego politycznej woli, z tego akurat zadania wywiązali się jak wiadomo w 100%. Ludzie bez kalibru, na nic więcej nie potrafili się zdobyć. Czy z lepszego materiału ulepieni są nasi obecni przywódcy? Że mają dzisiaj prostsze zadania? Projekt wojny prewencyjnej z Niemcami lansowany przez Piłsudskiego i wybuch II wojny światowej dzieli zaledwie 6 lat. Toż to raptem półtorej kadencji. Stefan Stażyński w przemówieniu do mieszkańców 24 sierpnia 1939 miał powiedzieć: „Spokój jaki cała ludność stolicy zachowuje w rozgrywających się wypadkach międzynarodowych, jest dowodem dojrzałości obywatelskiej” i zachęcał do dobrowolnego włączania się w akcję kopania rowów przeciwlotniczych.

Z tym zdaniem w roku 1989 zgodził bym się w zupełności. Dzisiaj nie jestem już tego taki pewien.

14 komentarzy

Niesmak pozostał?

Czyli o tym, że przepowiednie ważnych są zazwyczaj samo spełniające, niektórzy politycy mają cywilną odwagę a przyszłość jest dość niejasna.

Jakoś bez większych emocji przyjęto mrożący krew w żyłach raport Bank of America Merrill Lynch. Analitycy tego banku sugerują, że nasz bilans płatniczy podlegał delikatnie mówiąc czynnościom które w inwestycyjnym żargonie określa się jako „grzanie ksiąg”. Zdaniem BofA, nasza kondycja jest dużo gorsza, a na dniach możemy się spodziewać korekty danych o bilansie płatniczym. Jednocześnie sugeruje się, że zmiany były by tak istotne, że pociągały by za sobą konieczność podniesienia stawki VAT ze względu na spowodowane korektą danych przekroczenie 55% udziału długu w PKB. Kaliber sprawy ma być tak duży, że analitycy od razu zakładają, iż w roku wyborczym NBP się na taki ruch nie zdecyduje. Message jest zatem prosty: fikcyjne prosperity obecnie kryje polityczny interes ale bez zastrzyku kapitału z zewnątrz pozostanie nam tylko żebranina w Bundes Banku. Gem, set, mecz.

Równolegle nie dodaje nam otuchy Menachem Z Rosensaft Radca Generalny Światowego Kongresu Żydowskiego, nawołując do bojkotu gospodarczego Polski do czasu aż ta zmądrzeje i uchwali ustawę reprywatyzacyjną. Cóż, choć wielokrotnie pisałem o skrajnej nieodpowiedzialności naszego państwa które jak tylko może uchyla się od zobowiązań, to w tym akurat przypadku trudno nie zgodzić się ze zdumiewająco odważną postawą Radosława Sikorskiego. Nasz Szef MSZ w kolejnej już wypowiedzi polemizuje z coraz bardziej radykalnym stanowiskiem środowisk żydowskich, ale Radosław Sikorski ma za pewne znacznie lepsze rozeznanie w tych kwestiach niż którykolwiek z polityków w obecnym rządzie.

Abstrahując od tego czy problem poruszony przez analityków Merrill Lynch jest prawdziwy czy wydumany, jego skutki będą jak najbardziej realne. Sugestie, że nasze wyniki ekonomiczne są „szyte” z pewnością przełożą się na decyzje inwestycyjne dużych dawców kapitału. A raport skonstruowano sprytnie bo ryzyka się wskazuje jednocześnie sugerując, że ich ujawnienie może być odłożone w czasie z przyczyn politycznych. Złoty nam się dzisiaj obsunął a giełda skorekciła czyli inwestorzy wycofują się z rynku co po takim raporcie nie jest dziwne.

Ale co będzie dalej? Scenariusze są trzy: a) NBP koryguje dane i jest to niewielka korekta b)NBP koryguje dane i przewala namsię bilans płatniczy do góry nogami c)NBP nie koryguje danych. Paradoksalnie każda z tych strategii jest zła, ponieważ zawsze będzie można napisać w kolejnym raporcie, że brak korek lub skala korekt podważa zaufanie do podwalin naszej gospodarki. Cokolwiek by się nie wydarzyło w najbliższym czasie tak czy inaczej spodziewam się systemowej erozji zaufania do buchalterii finansowej Polandy. Dalsza dewaluacja złotówki utrudni rządowi prowadzenie jakiejkolwiek samodzielnej polityki bo kraj balansujący na granicy magicznych 55% nie może sobie przecież na taki komfort pozwolić.

Bank of America skoncentrował się na naszym bilansie płatniczym nieprzypadkowo. Państwa na krawędzi są zawsze łatwym celem ataków walutowych i taki się moim zdaniem właśnie szykuje, obym się w tej kwestii mylił. W podobnej sytuacji znalazła się kiedyś Wielka Brytania kiedy broniąc parytetowego związku z DM praktycznie stopiła swoje rezerwy walutowe. Nam grozi obrona 55% status quo a efekt może być taki sam tyle że jesteśmy państwem biedniejszym. Karnawał gospodarczej prosperity najwyraźniej się kończy. Pytanie jak dojmujący będzie post.

7 komentarzy

Afrika Korps 2.

Czyli o tym co to jest Greenstream, jak się ma NATO do OKW oraz o tym, kto stworzył Libię i kto się szykuje do jej rozmontowania.

W prasie modny jest obecnie spór włosko-francuski z Libią w tle, który czytelnikom może się wydawać abstrakcyjny. Otóż nic bardziej błędnego. Rywalizacja Francji i Włoch w tym regionie datuje się właściwe od XIX wieku i być może wejdzie teraz ponownie w fazę ostrą. Otóż warto zauważyć, że Libia, jaką dzisiaj znamy, to w zasadzie wyłącznie twór włoskiego kolonializmu, który połączył w jedno Trypolitanię, Cyranejkę i Fezzan. Włochy – państwo zjednoczone skutecznie dopiero w 1871 roku poszukiwało rynków zbytu dla swojego prężącego muskuły przemysłu. Młode Królestwo Włoch nie miało jednak wielkich szans na północy Europy, toteż interesowało się Afryką jako terenem potencjalnie łatwiejszym. Warto pamiętać, że liderami kolonializmu byli podówczas Anglicy i Francuzi bardzo niechętnie patrzący na konkurentów. No, ale od czego są wojny. W efekcie porażki z Prusami w 1871 dokonało się, jak wiemy, zjednoczenie Niemiec, tak więc wśród chętnych na posiadłości zamorskie zrobił się spory tłok. W tym kontekście strategicznie najważniejsza była flota. A tego obszaru zazdrośnie broniła Francja i Anglia. Pod bokiem zaczęły im jednak wyrastać floty Niemiec i Włoch, których budowę lobbowały silne środowiska przemysłowców. Od 1882 roku dzięki zabiegom Bismarcka, Włochy przytuliły się do Niemiec, co dodatkowo zaostrzyło europejskie podziały. I nie wiadomo jakby się to wszystko ułożyło, gdyby nie to, że w 1890 r. Bismarck został odwołany ze swojego kanclerskiego stołka. Powód był prozaiczny: nowy cesarz pozbył się faceta, którego kiedyś wielbił; statek nie potrzebuje zazwyczaj dwóch kapitanów. Cesarz – zatwardziały militarysta, widział wojnę jako cel, Bismarck – jako element polityki. Ta ważna zmiana w prowadzeniu polityki zaczęła być widoczna prawie od razu i odbiła się na relacji Francja – Włochy. Francja zraziła sobie Włochy zajmując w 1881 r. Tunezję, ale teraz zaproponowała sprytnie Włochom poparcie w przypadku, gdyby zdecydowali się na lądowanie w zitalianizowanej Trypolitanii, w której trzymało się jeszcze Imperium Osmańskie. Tak też się stało i, pod pretekstem wyzwolenia tamtejszych obywateli, włoski desant w lutym 1911 r. zajął Trypolis w zasadzie bez większego problemu. Ale że apetyty były większe, wojownicy wybrali się na podbój Cyranejki i tu również szło dobrze aż dostali łupnia pod Tobrukiem. I mogłoby być bardzo niedobrze, gdyby nie wybuch I wojny bałkańskiej, który zmusił Turków do ewakuacji wojsk na ważniejszy teatr działań. W efekcie od 1912 roku Włosi zawładnęli całością obszaru, który nazwali Libią.

Aż do wybuchu II wojny światowej wszystko układało się doskonale. W zgrabnie rozwiniętych obozach koncentracyjnych przetrzymywano ok. 100.000 Arabów i nie tylko, a przemysł włoski dynamicznie rozwijał handel oraz poszukiwał ropy i gazu. Ale ponieważ Duce miał poważne ambicje, we wrześniu 1940 r. włości zaatakowali Egipt z marzeniem o zamoczeniu butów w Kanale Sueskim. Stało się jednak inaczej, bo już po kilku miesiącach Brytyjczycy zajęli całą Cyranejkę i doprowadzili front prawie dokładnie do tego samego miejsca, w którym znajduje się obecnie. No, ale na tym etapie pojawili się Niemcy z bratnią pomocą i w efekcie już w lutym 1941 w Libii pojawił się Afrika Korps, która w błyskotliwym pochodzie dociera aż do El Alamein, by tam – jako pokonany, opuścić ostatecznie kontynent w lutym 1943 r. Dodać należy, że DAK (czyli Deutsche Afrika Korps) zapisał się na zawsze w historii taktyki broni pancernej i nie tylko, a jej dowódca: Erwin Rommel, stał się jednym z najbardziej znanych dowódców II wojny światowej. Dzisiaj byłby na pewno militarnym celebrytą.

Równie znana, jak on sam, (zarówno w Niemczech jak i w krajach alianckich) była dowodzona przez niego formacja, opisywana namiętnie i często. Świadectwa obu stron konfliktu dowodzą, że były to walki prowadzone w sposób całkowicie odbiegający od wówczas znanego z innych teatrów działań. Na porządku dziennym były wymiany jeńców, wzajemne prowadzenie chorych, a zdarzały się nawet dostawy materiałów strategicznych, w tym benzyny! Być może miał tu swój udział TE Lawrence, którego „Siedem Filarów Mądrości” stanowiło lekturę oficerów po obydwu stronach frontu, a być może – niska zapalczywość walczących, którzy potykali się przecież na całkowicie abstrakcyjnym froncie. Mimo to walki były zacięte, a włoskie dywizje takie, jak choćby „Ariete”, walczyły dzielnie nie ustępując niemieckim. Tam, gdzie pojawiał się kontekst etniczny, robiło się bardziej krwawo i mniej rycersko. To forma walki stała się udziałem Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich wykrwawionej w Tobruku.

Ta przydługa dygresja ma na celu jedno: wskazanie, że polityka regionalna nie prowadzi się sama i jest zawsze funkcją czegoś. W tym regionie prowadzi się ją w funkcji surowców strategicznych i to, jak widać, od wielu lat. Tym samym nagłaśniany w mediach konflikt Francji i Włoch musi mieć swoje uzasadnienie. I ma. Uzasadnienie nazywa się Greenstream i jest podwodnym gazociągiem, który wprost z gazonośnych pól zachodniej Libii biegnie sobie do terminalu rozładunkowego na Sycylii. Tym samym ponad połowę libijskiego gazu odbierają Włochy, a resztę Europa Zachodnia, poprzez terminal NLG w Marsa El Brega. W przypadku ropy jest równie ciekawie, bo Włochy to ponad 40% libijskiego eksportu, a na dalszych pozycjach są Niemcy (10%), Francja (9%) i Hiszpania (8%), co tym samym daje prawie 70% eksportu alokowane do tych 4 krajów!

Tym samym Włochy są dosłownie „podłączone” do Libii, a struktura libijskiego eksportu wyraźnie dowodzi, że dla Amerykanów to sprawa drugoplanowa toteż przekażą prędzej czy później dowodzenie operacją w ręce NATO czyli i tak samym sobie bo przecież od zarania sojuszu dowodzą nim amerykańscy generałowie. Co ciekawe, poza NATO legalna wojna jest w tym regionie w zasadzie niemożliwa wiec Amerykanie w każdym wariancie trzymają rękę na pulsie, a jedyne co marginalnie łamie ich monopol to militarna współpraca francusko niemiecka.

Uzależnienie Włoch od Libii rzuca światło na inny aspekt sprawy. Współpraca z Kadafim była najwyraźniej niezwykle udana, i żadne zmiany nie były z perspektywy Włoch potrzebne stąd pewnie niegdysiejsze Włoskie ostrzeżenia o tłumach uchodźców. Reżim dbał, aby sycylijskie plaże nie musiały przyjmować tysięcy Libijczyków. Jak będzie z demokratycznym rządem ludowym? Nie wiadomo. Czy to dziwne, że Francja tak namiętne wyrywa się do dowodzenia operacją i bombardowania Libii w przypadku, gdy nie ma tam żadnej instalacji? Warto dodać, że Greenstream należy w znacznym stopniu do włoskiego Agipa i pewnie jest ubezpieczony, ale raczej nie od nalotów. Duża by to była strata. Ale wojna w Libii to nie tylko straty włoskie. Nasze media jakoś tak nie wspominają o tym, że w dniu 9 grudnia 2007 r. PGNiG uzyskało prawo do prowadzenia prac poszukiwawczych i podpisało z Libią umowę o ich przyszłej eksploatacji prawdopodobnego złoża w Murzuq w Zachodniej Libii. I co teraz? Czy nowy rewolucyjny rząd aby na pewno utrzyma koncesję?vOczywiście można dojść do wniosku, że to po prostu lud się burzy i mamy do czynienia z kolejnym usprawiedliwionym zrywem uciśnionych. Owi uciśnieni mają jednak broń i amunicję, a tej jak wiadomo nie sprzedaje się w supermarketach, więc musieli ją od kogoś dostać. Media donosiły, rzecz jasna, o przechodzących na ich stronę jednostkach, ale to całkowicie sprawy przecież nie wyjaśnia. Warto zwrócić uwagę na co innego. Obszar od Maroka do Tunezji od lat pozostaje we francuskiej strefie wpływów. Mimo niepodległości w każdym z tych krajów elity posługują się francuskim, który jest również drugim językiem w tych krajach. Mimo kolonialnych doświadczeń, Francja pozostała metropolią, która bardzo poważnie wpływa na sposób myślenia swoich dawnych klientów. W Libii choć takich uzależnień nie ma, pozostała skłonność do słonecznej Italii. Ale to przecież Francja od początku obecnych rebelii nagłaśnia je i ostentacyjnie udziela im poparcia.

Dzisiaj, kiedy świat trzeszczy w szwach, a kryzys energetyczny w całej rozciągłości puka do drzwi, wojna w Libii staje się kolejnym testem spójności Unii, tyle że tym razem chodzi o interesy w starym stylu gdzie na szali jest coś więcej niż kolejne miliardy deficytów budżetowych na programy równości. Kontrola zasobów będzie wymagała zastosowania jakiejś realnej siły.

A w Libii prędzej czy później jakaś mutacja Afrika Korps pojawić się musi, nawet jeśli odgrzebie się stare granice i na nowo podzieli Libię na Cyranejkę i Trypolitanie połączoną z Fezzanem. Sarkozy ma ochotę odbudować potęgę Francji w regionie, a ma ku temu lepsze predyspozycje niż Berlusconi, jako że armia francuska jest nie tylko dwa razy większa od włoskiej, ale też dysponuje własnym potężnym arsenałem atomowym oraz, co chyba najważniejsze, bazami wojskowymi w Afryce, w tym w sąsiadującym z Libią Czadzie, a na odległej o dwie godziny lotu Korsyce – utrzymuje w ciągłej gotowości elitarny 2 regiment powietrzno desantowy Legii Cudzoziemskiej.

Czas pokoju  się kończy a Libia to pierwsza europejska wojna o zasoby które trzeba kontrolować samemu bo ceny surowców strategicznych mogą wywalić w powietrze budżety najmocniejszych krajów.  Francja to najwyraźniej wie: było nie było, po raz pierwszy od wielu lat otworzyła nową wojskową bazę zagraniczną. W Emiratach Arabskich. Wraca do łask doktryna Clausewitza: wojna to nadal polityka tyle, że  prowadzona innymi środkami.

6 komentarzy

Zmierzch bogów

Czyli o tym, że w Polandzie jest więcej o Kupisza, a na świecie mniej o Galliano, szok zadaje się być niemodnym towarem w vogue, a konwenans jednak zobowiązuje.

Na naszym nadwiślańskim nieboskłonie pojawiła się nowa gwiazda: Robert Kupisz, do tej pory znany jako tancerz, fryzjer, stylista i celebry ta, postanowił ujawnić się w roli projektanta. Jako że miałem swój mały udział w tej przemianie postanowiłem przekonać się jakie wrażenie na licznie zebranej publiczności wywoła pierwsza kolekcja Roberta. Kolejny pokaz w Soho Factory, które zyskuje już zasłużoną sławę dzielnicy kreatywnej, zgromadził prawdziwą celebrycką śmietankę. Nie będę wnikał czy na widowi pojawiła się pełna czy nie pełna ramówka wszystkich szanujących się w tym kraju telewizorów: dość, że tłum znanych twarzy zawzięcie walczył o miejsca w pierwszym rzędzie toteż gradientu vipów na metr kwadratowy można Robertowi szczerze pogratulować.

Ale nie tylko gości, a przede wszystkim samego pokazu należałoby gratulować. Po raz pierwszy na wybiegu pojawił się luz, uśmiechnięte modelki i modele zdawali się po prostu dobrze bawić zarówno formą, jak i treścią. O ile na zapleczu tego luzu na pewno była jakaś żelazna scenografia, to nie narzucała się widzom i nie zakłócała podstawowego przekazu, którym przecież była pierwsza Robertowa kolekcja. O ile miałem okazję widzieć ją wcześniej, to do prawdy zaskoczyły mnie wykończone wzory, które jeszcze tak nie dawno widziałem jako cytaty. To dowód, że Kupisz do swojej pracy podszedł poważnie, choć same modele kuszą swobodą znamionującą luz projektanta.

Niekłamany zachwyt wywołały zakapturzone modelki w sukniach z dzianiny. Druidki z gołymi plecami i nietypowe dzisiaj plisowane spódnice namiętnie oklaskiwał między innymi Andrzej Chyra, widoczny obecnie jako twarz z kampanii MaleMen’a. Jola Przetakiewicz, zachwycała się dla odmiany męskimi dżinsowymi kurtkami ,które zasłużyły sobie również na aplauz pozostałej części publiczności. Bardzo unisexowa kolekcja wpisała się doskonale w nowojorski klimat panujący obecnie w stolicy. Etniczne T-shirty z motywem Indianina dają początek zupełnie nieobecnej nad Wisłą kulturze, w ramach której tagowane w taki czy inny sposób podkoszulki stają się symbolem jeśli nie epoki to przynajmniej sezonu istotnego dla swoich twórców. A czy to wszystko trafiło do licznie zgromadzonej rzeszy adeptów kieleckiej szkoły Roberta? Tego nie wiem, ale była uczennica – Edyta Herbuś wydawała się nie opuszczać stanu ekstremalnej egzaltacji w trakcie całego pokazu. Czy to prawda czy poza, przekonamy się niebawem. Faktem pozostanie, że Robert złamał nieprzyjemny trend nabzdyczonych modeli i modelek na wybiegu i zamienił te postawy na szczery lub dobrze udawany zachwyt przestrzenią. Jego wyjście ze wzruszoną do łez Mamą doskonale harmonizowało z wyczuwalnie energetycznym pokazem. Bajka.

Łyżka dziegciu w tym ogólnie udanym projekcie to jego przyszłość. Że Robert odnajdzie się doskonale wśród naszych uznanych twórców, nie mam najmniejszych wątpliwości. Ale to czy jego produkt ujrzymy w sklepach to już zupełnie inny problem, który dotyczy wielu projektantów w Polandzie. Pytanie, czy dostępność jest faktycznym celem Kupisza. Jak wiadomo Tomasz Ossoliński, Dawid Woliński czy nawet Maciek Zień istnieją bez sieci sklepów, więc może się okazać, że newcomer podąży właśnie tą droga, bo przecież gazety napiszą o nim zawsze, a środowisko zaludni pokaz. Z tej perspektywy kosztowny i drogi proces budowy sieci i marki można uznać za zgoła niepotrzebny balast:). Generalnie może się za chwilę okazać, że wielcy projektanci tworzą wyłącznie dla siebie, bo Brandy wymagają talentu, ale przede wszystkim dużej dawki wrażliwości na to, co się dzieje dookoła nich. Świat wysokiej konsumpcji musi przecież zauważyć, że jeden z większych kataklizmów epoki wymazał z mapy kawałek Japonii, a Północna Afryka zalicza falę społecznego wyzwolenia. Może się okazać, że Galliano swoim antysemickim wybrykiem tylko wbił ostatni gwóźdź do swojej trumny. Tajemnicą poliszynela było, że Dior od pewnego czasu był już delikatnie mówiąc rozczarowany swoim wielkim designerem. Choć swego czasu Galliano postawił markę na nogi, to od tamtej pory upłynęło już sporo czasu. Słowny zamach na holocaust w kraju, który wyprodukował pierwszy poważny polityczny incydent antysemicki (sprawa Dreyfussa) jest poważnym wykroczeniem, ale nie mogę się pozbyć wrażenia, że został wyreżyserowany. Pokaz Diora był zawsze jednym z ważniejszych wydarzeń paryskiego tygodnia mody. Zgodnie z wieloletnią tradycją na zakończenie na wybiegu pojawiał się sam Galliano w stylizacji sugerującej kolejną kolekcję. Ten swoisty rytuał powtarzał się co rok i …. cementował gallianowość w Diorze. Czy w tym roku pokaz się nie odbył? Ależ odbył się. Co więcej w zaplanowanym wcześniej miejscu i czasie. Z jedną różnicą: na widowni zabrakło nieprzebranych tłumów celebrytów, a przed pokazem prezes Diora w zgrabnym przemówieniu podzielił się problemem jakim było rozstanie z Galliano. Najważniejsze było jednak dalej. Kto bowiem ukazał się oniemiałej publiczności na zakończenie pokazu? 40 umundurowanych bielą prawników atelier czyli owi niemi i cisi współtwórcy sukcesów Diora.

To genialne socjotechniczne posunięcie, które porwało widownię do stojącej owacji, nie było na pewno dziełem przypadku. Z olbrzymim prawdopodobieństwem ktoś wypracował tą cudowną przemianę pasywa w aktywo. Ale w tym kontekście nie idzie wyłącznie o Galliano. Może się okazać, że dokonuje się na naszych oczach swoista zmiana warty. Zmieniły się czasy. Ludzie tacy jak Galliano, Alexander McQuinn, Tom Ford czy Marc Jacobs mogą już być poza orbitą estetyk nadchodzącej dekady. Być może McQuinn był już tego świadom odbierając sobie życie w lutym tego roku.

Prowokacja i szok to dzisiaj nie domena wybiegów, ale rzeczywistość telewizyjnych wiadomości. Trudno zakładać, aby rzeszom nabywców marzyło się dalsze zwiększanie dawki frustracji związanej z otaczającym nas światem. Nie zdziwię się, jeśli wielkie marki zamienią się teraz w arki stylu, jakości i swoiste rezerwuary „jakości życia” oferujące nie tani rozgłos, ale godność.

Nonsens? Przekonamy się niebawem. Kiedy Frida Giannini przejmowała schedę po Tomie Fordzie w Gucci jej kolekcjom zarzucano, że nie kreują stylu. Być może, ale marce to najwyraźniej nie przeszkadzało i nie przeszkadza do dzisiaj. Świat mody się zmienia. Przekonała się o tym niedawno Carine Roitfeld wylana z Vogue’a za sesję Toma Forda. Moim zdaniem to doskonała soczewka, bo jeszcze do niedawna we francuskim Vogue można było zrobić wszystko. Ale najwyraźniej owo „wszystko na sprzedaż” nie wpływa już na słupki sprzedaży tak dobrze, jak dawniej. Być może zatem w nadchodzących latach małe dziewczynki będą po prostu chodzić do szkoły, a nie na wybiegi, a kobiety i mężczyźni będą się od siebie zdecydowanie odróżniać dokładnie wbrew promowanej ostatnimi czasy androgenicznej modzie. Ale mogę się oczywiście mylić i być może czeka nas jakaś całkowicie niespodziewana obyczajowa rewolucja.

Kiedyś w Hiszpanii opowiadano mi, że Largo Caballero – socjalistyczny premier republiki w trakcie rewolucji hiszpańskiej, na wieść o upadku powstania anarchistów w Barcelonie, które pieczętowało dominację ZSRR nad madryckim rządem, wybrał się do krawca obstalować nowe ubranie. Zapytany po co to robi miał odpowiedzieć: rewolucja czy nie, mężczyzna umierając powinien być elegancko ubrany.
No pasaran!

1 Comment

Generał, agent i NRD. W tle.

Czyli o tym, że Kościół potrafi liczyć pieniądze, przewrót wymaga planowania, a ofiary nie zawsze otrzymują swoje pomniki.

Koniec niechlubnego bytu Komisji Majątkowej, choć towarzyszyła mu pewna niewielka wrzawa, w zasadzie nie odbił się szerszym echem. A powinien, bo pośród afer ostatniego 20-lecia tropionych z zacięciem i często słusznie przez wielu, ta jest z całą pewnością największa. Co więcej, prawdziwej skali nie poznamy prawdopodobnie nigdy. Teoretycznie jest jeszcze niewielka nadzieja, że niezawiśli sędziowie odniosą się do tego niebywałego kuriozum, ale jak powszechnie wiadomo zamachy na powagę Kościoła kończą się źle, a ten jest szczególnie przewrażliwiony na punkcie swojej szkatuły. Czemu Komisja znalazła się w Trybunale? Pytanie powinno brzmieć inaczej: dlaczego dopiero teraz?

Zauważyłem, że większości materiałów, które napisano na ten temat rzadko pojawia się następująca informacja: NIE BYŁO żadnej kontroli ustaleń tej komisji, a na jej orzeczenia nie przysługiwał ŻADEN środek odwoławczy. Jak to możliwe? Komisja powstała jako relikt PRL toteż utworzono ją wyłącznie jako wsparcie dla MSW, a potem MSWiA, które miało zajmować się podejmowaniem decyzji o zwrocie majątku. Komisja, której sposobu funkcjonowania ustawodawca do końca nigdy nie określił, składała się z przedstawicieli państwa i Kościoła. I tylko w tym gronie zapadała decyzja o tym czy i po jakiej wycenie majątek zostanie Kościołowi zwrócony. Przez 11 lat jej istnienia nie dokonano skutecznego podważenia tej kompletnie niekonstytucyjnej zasady. Co ciekawe Trybunał Konstytucyjny biedzi się nad tym dopiero teraz. Oj jak niepolitycznie dla naszych niezawisłych sędziów. A wyjścia są dwa: można po prostu umorzyć postępowanie albo ….. wskazać oczywistą niekonstytucyjność przepisu, który choć wykluczał „odwołanie”, to przecież nie mógł uniemożliwiać „skarżenia” przed sądem postanowień komisji. Ale tu jest kolejna mina. Bo grabione z majątku samorządy skarżyły się do sądów, ale te w oparciu o wyrok NSA z 1991 roku owe skargi oddalały.

Wiem, że to brzmi jak bełkot, ale taka konstrukcja tych przepisów w 1989 roku ma prozaiczne uzasadnienie: choć w PRL nie brakowało wybitnych prawników wybrano ponownie podobną technikę jak w latach 40 i 50-tych. Aparat siłowy w postaci MSW miał być jedyną i ostateczną wyrocznią co dawać a co nie. Ustawodawcy wydawało się zapewne, że będzie trwał przez kolejne dziesięciolecia i nagradzał (bądź nie) Episkopat za popieranie linii politycznej realizowanej przez władzę. Ale się ustawodawca przeliczył, bo o ile sejm kontraktowy został dokładnie zaplanowany i przeanalizowany w Magdalence i nie tylko, to zmian społeczno-politycznych oraz ich dynamiki już się przeliczyć nie dało. Ale w zasadzie się nie dziwię, bo nawet Czesław Kiszczak nie mógł przecież przewidzieć, że politycy „Stronnictwa Drżących” tak szybko odkleją się od głównego nurtu. Jak się okazuje kompetencje służb specjalnych kończą się wtedy, gdy już wolno swobodnie krzyczeć na ulicy, bo wtedy dochodzi do owej tajemniczej metamorfozy, która zamienia konfidentów w rewolucjonistów. Nie tylko towarzysz Kiszczak zawiódł się w swoich kalkulacjach. Znacznie poważniejszy błąd strategiczny popełnił największy i najsłynniejszy demiurg służb: generał Markus Wolf.

O tej postaci można by napisać wiele, jednak w tym kontekście interesuje nas transformacja w Niemczech. Towarzysz Wolf piastujący od 1958 funkcję szefa HVA czyli wywiadu zagranicznego STASI odszedł z niej w 1987 roku z powodów zdrowotnych. Faktycznie odsunięty przez Honeckera, który nie miał ochoty odejść choć oczekiwali tego od niego towarzysze radzieccy wyraźnie domagający się odwilży w NRD. Wolf szykował się do przejęcia władzy dokładnie tak samo, jak ekipa w Polandzie do jej utrzymania: poluzowanie opozycji, koncesje dla kościoła a w szczytowym 1989 pamiętne masowe wyjazdy obywateli NRD na Węgry, które po naciskach USA  zlikwidowały zasieki i pola minowe na granicy z Austrią. Wolf liczył na przejęcie władzy przez umiejętnie szykowany do tego aparat polityczny wsparty resortem siłowym. I też mu się nie udało.

O zasięgu i skuteczności STASI nie trzeba nikogo przekonywać, a zawartość archiwów instytutu Gaucka to przecież marny skrawek zasięgu organizacji wzorowanej na hitlerowskim RSHA. Ciekawe jest co innego: jak niewiele napisano o tym jak bardzo STASI interesowała się wydarzeniami w PRL oraz jak bardzo chciała na nie wpływać. Ciekawy epizod bratnich relacji dotyczy Mariana Zacharskiego. Nasz „polski Bond” nie został wydobyty z więzienia przez polskie MSW. Bezpośrednim sprawcą jego uwolnienia był właśnie Markus Wolf i słynny Wolfgang Vogel, którego życiorys nadawałby się na kilka filmów sensacyjnych. Co więcej, kapitan Zacharski po powrocie do Polandy miał poważne kłopoty z aklimatyzacją. Trudno się w zasadzie dziwić, bo wrócił jako prezent towarzyszy z NRD. Co więcej, jak sam przyznaje udawał się do NRD z bratnimi wizytami dokładnie w okresie poprzedzającym odejście ze stanowiska Markusa Wolfa. Trudno się spodziewać, aby jedynym powodem takich wizyt było zapoznawanie towarzyszy niemieckich z wywiadowczym warsztatem. Znacznie ciekawsze mogły być jednak rozmowy o stanowisku do systemu i ewentualnych jego zmian wśród elit MSW, które przecież Zacharski doskonale znał i to nie tylko ze szkoły w Kiejkutach. O, miał na pewno o czym opowiadać, bo przecież za chwilę przejdzie przez sitko weryfikacji oficerów SB a w 1995 roku otrze się nawet o stanowisko szefa UOP.

Gdzie się to wszystko wiąże? W koncesji, drodzy czytelnicy, w koncesji. Wolności, pomijając już wagę tego słowa w tym kontekście, nikt w naszym kraju nie wywalczył. Zmiany były wynikiem transakcji, ale to nie budzi we mnie sprzeciwu, ponieważ jest to forma, która odpowiada mi znacznie bardziej niż ofiary na ulicach. Na tej samej zasadzie agenci carskiej Ochrany zasilili służby Dzierżyńskiego, oficerowie Dwójki szkolili funkcjonariuszy MSW, akcję „Wisła” wymyślił i dowodził nią przedwojenny przecież Generał Mossor, Amerykanie w ramach operacji „paper clip” wywieźli i naturalizowali w stanach naukowców i wszelkiej maści niemieckie aktywa wywiadowcze, a Niemcy z RFN i NRD korzystali masowo z byłych nazistów.

Bo w każdej przemianie chodzi o pieniądze. Bez nich nie da się finansować takiego czy innego aparatu, który jest zawsze potrzebny do utrzymania i dystrybucji władzy. W kraju nad Wisłą jesteśmy szczególnie skorzy do przypisywania zasług bohaterom i ich krwi. Ale tu też jest jeden przykry wyjątek. Być może się mylę, ale nie wydaje mi się, aby gdziekolwiek w Polsce istniał pomnik poległych w zamachu majowym 1926 roku.

W maju 1926, 379 osób zginęło w ciągu dwu dni. Powołana w 1989 roku Komisja Rokity stwierdziła 122 niewyjaśnione zgony w trakcie trwania stanu wojennego. Mimo że oba wydarzenia sporo łączy, nie zamierzam ich porównywać. Zwracam jedynie uwagę na to jak perspektywa historyczna zniekształca ocenę faktycznych wydarzeń. Jak to się z kolei łączy? Bardzo, moi drodzy, bo maj 1926 wpłynął na stanowiska wielu oficerów a czystka nie dotyczyła wszystkich. Różnice były głębokie i ujawniły się zaraz po zakończeniu kampanii wrześniowej. Mieliśmy Berezę Piłsudskiego, ale swój obóz koncentracyjny miał również Sikorski na szkockiej wyspie.

I z tej perspektywy, 24 miliardy złotych majątku odzyskane przez Kościół to cena być może wysoka, ale czy cena za łagodną zmianę systemu może być wygórowana? I na zakończenie jeszcze jedno: ustawa nie dotyczyła wyłącznie Kościoła Katolickiego, choć głównie on był jej beneficjentem. Beneficjentem łapczywym, ponieważ domagał się zwrotu dóbr wywłaszczonych przez cesarstwo austriackie a także zajętych w trakcie akcji „Wisła” dóbr unickich. W ostatnich latach w komisji aktywne były również gminy żydowskie, więc rewindykacja na finale przebiegała bardzo ekumenicznie i ekspresowo.

A Skarb Państwa oświadczył właśnie, że chwilowo kończymy z wszelkimi zwrotami mienia bo budżet w złej kondycji itp. Teraz już można, bo zlikwidowanej komisji majątkowej przecież już nikt teraz jako zarzutu nie wyciągnie. Że wiarygodność Skarbu Państwa nas nie dotyczy? Drodzy obywatele, nic tylko kupować obligacje skarbowe! Pewny zysk bez ryzyka. W latach 30 reklamowano je tak samo.

4 komentarze

Moda i dyskretny urok złudzeń

Czyli o tym, że potrzebny jest w biznesie sprawdzony model rozwoju,projektant jest niezbędny dla marki a wiara czyni cuda.

W ostatni czwartek „warszawa” udała się na  spotkanie z Donną Karan i Karen Berg. Foyer Opery Narodowej licznie wypełnili luminarze mediów, biznesu a nawet poszukujący nowej optyki politycy. Jako że okazja zobowiązywała w stopniu ponadstandardowym, Operę wypełniła rzadka w tym miejscu wytworna elegancja, a panie masowo przyoblekły się w suknie wielkich projektantów, w tym oczywiście gwiazdy wieczoru. Choć nie jestem najlepszym jurystą w tej kwestii ze swojej perspektywy mogę stwierdzić jednoznacznie: panie wspięły się na poziom, którego na imprezach w Polandzie jeszcze nie widziałem. Trzeba przyznać, że organizacja przedsięwzięcia była dość zaskakująca. Zaproszeni, wbrew naturalnemu założeniu nie zasiedli na widowni, lecz na scenie. Tym samym po raz pierwszy w życiu miałem okazję popatrzeć na widownię Opery Narodowej z tej niecodziennej perspektywy i oniemiałem uświadamiając sobie jak doskonale jesteśmy widoczni dla aktorów. Oj, na repertuarze klasycznym będę musiał jakoś lepiej zwalczać senność.

Ale wracając do rzeczy: event, co zdumiewające, zaczął się w zasadzie o czasie, a spóźnieni Bardzo Ważni Goście uzyskali wspaniałe wejście przemykając z gracją na oczach wszystkich zgromadzonych. Jak wywnioskowałem z otaczających mnie rozmów oczekiwano mody, mody i jeszcze raz mody. Tychże oczekiwań początkowo nie rozwiewał prowadzący Marcin Prokop tradycyjnie balansujący w swojej konferansjerce pomiędzy obrażaniem słuchaczy i występujących. W międzyczasie na stołach pojawiły się błyskawicznie podane przystawki a cichy brzęk sztućców elegancko akompaniował szmerom przyciszonych rozmów. Emocje rosły, cukier – nie koniecznie; podana sałatka miała chyba za zadanie wyostrzyć zmysły słuchaczy. I wtedy na scenie pojawiły się one… a po kilku zdaniach już nie było wątpliwości: agitka.

Tym samym postacią wieczoru nie okazała się Donna Karan, a Karen Berg, osoba nie mniej, jeśli nie znacznie bardziej, interesująca niż ikona mody. To pani Berg we własnej osobie, wraz ze swoim przedsiębiorczym małżonkiem, powołała do życia Centrum Nauczania Kabały, które w krótkim czasie awansowało do ekstraklasy dochodowych przedsięwzięć mistycznych. Być może w ogóle do ekstraklasy, ale tego się raczej nie dowiemy, bo w USA takie inicjatywy są w zasadzie ustawowo nieprzejrzyste. Skąd to powodzenie? Jak zwykle: dzięki nowatorskiemu podejściu. Dzięki małżeństwu Berg studiowanie Kabały stało się dostępne nie tylko dla ponad 40 letnich męskich i doświadczonych badaczy Talmudu, ale co najważniejsze również dla kobiet, które wcześniej takiej możliwości nie miały w ogóle. Szacuje się, że zabieg feminizacji kabały powiódł się nadspodziewanie dobrze, a prawdopodobnie szczytowym osiągnięciem organizacji Bergów było pozyskanie do projektu Madonny, która od tamtej pory niezwykle konsekwentnie promuje czerwoną nitkę. Dzięki jej duchowemu oddaniu i niemałym materialnym dotacjom Centrum Nauczania Kabały stało się znaną marką wśród opiniotwórczych środowisk na całym świecie.

A że w tle są pieniądze? W triadzie z wiarą i zbawieniem są zawsze i wszędzie. Nie ma chyba systemu religijnego, który skutecznie od pieniędzy stroni, bo nawet jeśli tak oznajmia pismo, to praktycznie zawsze nad jego interpretacją czuwa jakaś organizacja. Klinicznym przypadkiem w tej materii był i jest rzymski katolicyzm.

Wybrałem się na ten wieczór w uznaniu dla twórczości i talentu Donny Karan – jednej z ciekawszych postaci  wielkiej mody. Dla mnie ciekawej szczególnie dlatego, że osoby z poza branży traktują DKNY jako markę równie starą jak Gucci, Dior czy LV podczas gdy fakty są przecież zupełnie inne.

Donna Faske, bo pod takim nazwiskiem się urodziła, zdobywała szlify w firmie i jednocześnie marce należącej do Anne Klein, prawdopodobnie jednej z najbardziej utalentowanych kobiet w modzie. Klein słynęła z dwu umiejętności: wyszukiwania talentów oraz reanimowania upadających marek odzieżowych. Była jedną z pionierek designu, jako że jej zainteresowania to nie tylko moda: zajmowała się również projektowaniem dla przemysłu lotniczego i motoryzacyjnego. Kiedy w 1968 roku założyła firmę „Anne Klein and Company” zatrudniła podówczas 20 letnią Donnę, która po śmierci Klein w 1974 roku została główną projektantką i de facto przejęła stery firmy. Oczywiście nie sama. W tle działała Takihyo Corporation of Japan, która od lat współpracując z Anne Klein, wiedziała już na co ma stawiać. (Ten element stanie się za chwilę niezwykle ciekawy). Donna pracowała dla Anne Klein aż do 1984 roku, kiedy to wraz z Japończykami założyła własną markę. Japończycy, mimo że posiadali większość Anne Klein uświadamiali sobie, że nie zrobi się już z niej marki globalnej. Potrzebna była wyraźna zmiana i nowy brand, który da się uplasować wśród uznanych „wysokich” marek. W ten sposób narodziła się „Donna Karan New York”. Początkowo ściśle ekskluzywna, już po dwóch latach poszerzyła się o DKNY – tańsze wydanie dla młodszych kobiet, aby w 1990 roku oferować już wszystko łącznie z linią męską. Kolejne 10 lat to faktyczny rozwój marki, który wieńczy transakcja z LVMH, które nabyło całość przedsięwzięć pod marką Donna Karan za jedyne 640 milionów dolarów.

Od kiedy zacząłem się interesować modą ten przypadek mnie zawsze inspirował. Opis powyżej jest bardziej niż lakoniczny, ale cały „case” DKNY mówi o jednym: współpracy inwestora z projektantem.

Na takiej właśnie podstawie od początku oparty był RAGE AGE. Razem z Rafałem Czapulem postanowiliśmy zrobić prawdziwy luksusowy brand. Wierzyliśmy, że możemy go zrobić dobrze, ponieważ stanowimy tandem, w którym moda rozumie pieniądze, a pieniądze – modę. Można było tak założyć, ponieważ przepracowaliśmy wspólnie parę lat, a istotna część restrukturyzacji Vistuli to nie tylko Pierce Brosnan, ale również projektant, którego zdecydowałem się bardzo promować. Uważałem i uważam, że po porostu nie ma BRANDU bez projektanta. Przez kilka lat w tej branży przekonałem się również o tym, co stanowi podstawę sukcesu Donny Karan: dobry projekt to taki, który spodobał się klientom a nie taki, który bardzo podoba się wyłącznie projektantowi. Oczywiście marka to również poszukiwania, czasem gubienie się w lesie, ale ma się to nijak do większości młodych projektantów, którzy w przekonaniu, że dysponują talentem nie wiedzą nawet czy ich projekt da się wyprodukować masowo, a jeśli tak, to za ile.

Dzisiaj nasz RAGE AGE by Czapul skutecznie działa w Polsce i za granicą – naszym oczkiem w głowie jest sklep w Mediolanie, który jest jednocześnie pierwszym sklepem otwartym w mieście mody przez markę z nadwiślańskiego kraju. Można powiedzieć, że to taka mała sprawa, ale dla mnie wielka satysfakcja, że można skutecznie wyeksportować coś w tak specyficznej dziedzinie.

Patrzyłem w ten czwartek na Donnę Karan i choć nie mówiła o modzie cieszyłem się, że jako RAGE AGE jesteśmy w gronie sponsorów tego wydarzenia, bo mój biznesowo-modowy wzorzec znalazł się na wyciągnięcie ręki. A że było o Kabale? Jak powiedziała kiedyś Madonna: „wszystkie pytania metafizyczne stanowią punkt wyjścia do poszukiwania jakiejś religii, bo religijność mamy we krwi i bo taka jest natura ludzka. Ja swoje odpowiedzi znalazłam w Kabale”. Ja ich w Kabale nie znalazłem i pewnie już nie będę miał okazji. Nie zmienia to faktu, że Rousseau napisał, że „gdyby Boga nie było, należałoby go wymyślić.”

Per aspera ad astra.

0 Comments

Aguirre Gniew Boży

Czyli  o tym, że historia uczy nas głównie tego, że nigdy nikogo niczego nie nauczyła.

Rozwój wypadków  w Afryce ponownie skłania do namysłu nad scenariuszami użycia wojsk obcych do zabezpieczenia zasobów surowców w krajach obecnie zrewoltowanych. Nie ma to jak bratnia pomoc w czym co prawda ostatnio celuje armia USA ale nie jest wcale powiedziane, że ta „demokratyzująca” misja pozostanie wyłącznie jej domeną. W jednym z wcześniejszych postów pozwoliłem sobie na sugestię, że w taki właśnie celu mogą być użyte na przykład chińskie zasoby wojenne. Jeden z internautów, zwrócił mi uwagę w liście, że to twierdzenie dość nierozważne, ponieważ poza amerykanami nikt nie prowadził i nie prowadzi operacji zamorskich o dużej skali. Otóż pragnę zapewnić, że międzykontynentalna wyprawa po surowce pod pretekstem umacniania wolności jak najbardziej się odbyła. Nie firmowała jej Ameryka tylko Kuba i miała miejsce w Angoli.

Portugalia delikatnie mówiąc nie maszeruje dzisiaj w awangardzie europejskich państw, ale były czasy kiedy Lizbona dyktowała swoje warunki na sporych połaciach kuli ziemskiej. Że w podbojach poszło jej nieco gorzej niż Hiszpanii to osobna sprawa, ale miała też szczęście trafić na zasoby których wartość doceniono w czasach kiedy kolonie hiszpańskie były już tylko wspomnieniem. Posiadłości którymi w Afryce subsaharyjskiej władała Portugalia to Gwinea Portugalska, Mozambik i właśnie Angola. Gwinea i Mozambik o ile mi wiadomo, mieszczą się w czołówce najbiedniejszych państw świata i od czasu zakończenia walki o niepodległość ( 1974 ) pogrążają się w otchłani niekończących się wojen. W Angoli historia potoczyła się inaczej.

Kolonia obficie wyposażona w kopaliny ( ropa, złoto, diamenty ) długo dostarczała metropolii atrakcyjnych profitów ale jak wiadomo, kontynent stał się areną zimnowojennej walki a rodzącym się nacjonalizmom arabskim i afrykańskim finansowanym obficie przez ZSRR przyszła jeszcze w sukurs Francja przyznająca niepodległość na prawo i lewo. ( De Gaulle w 1958 roku przyznał niepodległość wszystkim koloniom francuskim ). Polityka tonącej Francji skutecznie pokrzyżowała szyki innym posiadaczom afrykańskich aktywów. Najbardziej stratni na tym procesie byli Belgowie. Bo to w ich posiadaniu znajdował się prawdziwy afrykański skarb czyli Kongo a  przede wszystkim jego niezwykle bogata prowincja Katanga. W owych czasach 60% światowej produkcji diamentów i 30% światowej produkcji miedzi pochodziło z tej unikalnie zasobnej krainy. To co się w tym kraju działo zasługuje na osoby post choćby dlatego, że wśród wielu najemników walczył tam Jan Zumbach ( weteran dywizjonu 303 ) a Mike Hoare dowódca najemników z Katangi to pierwowzór bohatera „Psów wojny” Frederica Forsytha. Miarą determinacji państw europejskich do kontroli tych zasobów może być to, że po raz pierwszy i chyba jedyny w WALCZĄCYCH siłach OZN znalazła się armia szwedzka! No ale trzeba przyznać, że rzadko kiedy tak doskonale splatały się interesy państw i prywatnych koncernów. Chciało by się zauważyć w tym miejscu, że podobna symbioza występować zaczyna dzisiaj.

Nas interesuje jednak Angola w  której Portugalczycy trzymali się mocno i mimo wydarzeń w sąsiednim Kongo systematycznie zwiększali zaangażowani intensyfikując akcję osiedlania białych której szczyt przypada na 1970 rok. W Angoli mieszkało wtedy 335.000 białych, a Luanda była trzecim po Lizbonie i Porto miastem portugalskiego świata.  Akcja osiedleńcza była rezultatem desperacji władz w metropolii które namiętnie eksportowały pozbawionych pracy Portugalczyków. Warto w tym miejscu zauważyć, że dla Salazara i jego junty wojskowej eksport obywateli był w zasadzie podstawowym sposobem rozwiązywania problemów społecznych. Liczono na to, że proces „wybielania” Angoli zapewni skuteczną kontrolę nad tym bogatym obszarem.

Tyle że, jak już wspominałem wyżej,  od 1961 roku toczyła się tu mniej lub bardziej agresywna,  zrodzona wypadkami w Kongo wojna domowa. Wojna, w   której uczestniczył systematycznie zwiększany kontyngent wojsk portugalskich. Jak sobie łatwo wyobrazić, w coraz większym stopniu kontyngent składał się z poborowych a nie zawodowych żołnierzy co systematycznie obniżało wartość bojową armii. Portugalskie siły zbrojne w 1973 roku spuchły do niebotycznych 150 tysięcy z pośród których 87 tysięcy znajdowało się w Angoli, Gwinei i Mozambiku. W szczycie konfliktu wojna była już tak krwawa i nieefektywna, że wymusiła „rewolucję Goździków” w samej metropolii. Młodzi oficerowie obalili dyktatora Antonio Salazara. Nie mieli już ochoty ginąć na wojnie która pozbawiała życia coraz większe zastępy młodzieży a co gorsza….. rujnowała metropolię. Przypominam, że akcja toczy się głównie przed kryzysem naftowym toteż obfite zasoby ropy nie ratują sytuacji. Doszło do sytuacji absurdalnej, Portugalia zamiast na Angoli zarabiać, trwoniła budżet na działania wojenne.

Paradoksalnie, Portugalczycy tracą Angolę w momencie kiedy stanie się najbardziej atrakcyjna. Dla nich jest jednak zarówno społecznym ( ofiary ) jak i ekonomicznym obciążeniem dlatego też po nieudanych próbach politycznego kontrolowania sytuacji wycofują się ostatecznie w 1975 roku.

Ich miejsce zajęli ochoczo, uwiedzeni internacjonalistyczną misją towarzysze kubańscy. Tryskająca tu ropa była dla nich niejaką zachętą i z dużym prawdopodobieństwem poprawiała ekonomikę dość ubogiej w surowce Kuby.  Każdego komu może się wydawać, że była to jakaś mała batalia wyjaśniam, że wedle szacunków w chwili największego zaangażowania Kuba utrzymywała w Angoli ponad 50 tysięczny kontyngent, a o skali walk najlepiej świadczy ofensywa angolańsko – kubańska z 1985 roku w całości zaplanowana ( a od szczebla batalionu wzwyż ) dowodzona przez Rosjan. Operację poprzedziły dostawy wartego ponad miliard dolarów sprzętu ( 30 Migów 23, 8 Su 22, 33 Mi 24, 69 Mi 8, 27 śmigłowców Alouette, 150 T34, 350 T55 i 50 PT76 ) Co ciekawe, uważa się ( Krzysztof Kubiak, autor unikalnej książki o tej wojnie również tą tezę wspiera ), że mięknąca w Europie Moskwa, bynajmniej nie zamierzała zrezygnować z obecności w Angoli. Za pewne, kontrola nad jej zasobami, dla ówczesnego Biura Politycznego i samego Gorbaczowa miała bardzo istotne znaczenie. Powyższego celu nie tracił również z oczu Fidel Castro, którego żołnierze stanowili przecież podstawową siłę interwencyjną w tym kraju.

Wspominanie tych wypadków ma jednak swój cel. Uzasadnia tezę, iż podlewana politycznym sosem międzykontynentalna operacja militarna realizowana przez inne siły niż USA, jest jak najbardziej możliwa.

Wszystkich zainteresowanych tym niezwykle ciekawym z wojskowego punktu widzenia konfliktem ( znacznie słabsze wojska RPA skutecznie opierały się silnej przewadze angolańsko kubańskiej ) odsyłam do wspomnianej już książki Kubiaka. Niniejsza historia służy jednak innemu celowi niż prezentacja militarnych zmagań i ma dwie pointy:

  1. W 1931 roku uruchomiono w Angoli budowaną przez wiele lat kolej benguelską. Łączy ona zagłębie wydobywcze Katangi ( Kongo ) z atlantyckim portem Lobito. Z 1697 km tej linii 1344 leży na ternie Angolii. Linia ta była podstawowym kanałem wywozu kopalin w tej części Afryki ale została praktycznie zniszczona w trakcie wojny w latach 1975 1991.W 2001 roku stała się ponownie częściowo przejezdna, a w 2008 ponownie uruchomiona w całości. Głównym sponsorem ponownego uruchomienia tej linii dzięki wsparciu wynoszącemu ponad 500 mln USD jest ……. rząd chiński!
  2. Od 2008 roku, w Portugalii ujawnił się nowy exodus ludności. Biali specjaliści zabiegają dzisiaj o wizy do ….. Angoli kuszącej  opartą na drożejących kopalinach prosperitą gospodarczą.

Jeśli towarzysze kubańscy wyprawili się przez ocean po angolańskie złote runo, nie widzę powodów aby z podobną motywacją nie pojawili się tam prędzej czy później towarzysze chińscy, których inwestycje angolańskie to dzisiaj już nie tylko wspomniana wyżej linia kolejowa. W tych niepewnych czasach, oczekiwane przez komentatorów lądowanie obcych wojsk w Libii, może być wyznacznikiem nowego trendu i znów może się okazać, że na zaproszenie „ludu” można wkroczyć gdzie się chce.

Metale szlachetne, spowite kajdanami angolskich skał czekają na wyzwolenie.

5 komentarzy