REBEL

Czyli o tym, że droga do sukcesu jest kręta, architekci mają fantastyczny zawód, a rzeczy wspaniałe rodzą się wyłącznie dzięki światopoglądowym różnicom.

Arkana praktycznych relacji pracodawca – pracobiorca poznawałem w latach 80-tych w różnych miejscach. Pracowałem u trumniarza, zniczarza, meblarza, nie stroniąc wszakże od gospodarki uspołecznionej, dla której udzielałem się spółdzielczo (lukratywne sprzątanie przystanków oraz znacznie mniej efektywne odśnieżanie), ale
i półniewolniczo w ramach praktyk jako uczeń technikum. W tej roli pojawiłem się na Mińskiej po raz pierwszy. Jesienią 1988 „zorganizowałem” sobie pracę w tych zacnych zakładach w celach nazwijmy to „gospodarczych”. I choć może się to wydawać niewiarygodne to po raz kolejny w posępnych murach centrali PZO pojawiłem się raz jeszcze jako niosący wierzycielom ulgę bankowiec. Tak, tak: ulgę – to nie pomyłka. Państwo postanowiło dokapitalizować wtedy banki, aby mogły uratować swoich dłużników. Była to jesień 1993, a ja restrukturyzowałem polski przemysł w  Powszechnym Banku Kredytowym. I jak się okazało nie była to moja ostatnia wizyta.

Jesienią 1995 przywiała mnie do PZO mityczna IV transza programu NFI, choć zakłady przypadły w udziale innemu niż mój funduszowi. Kto dzisiaj pamięta, że spółki wybierano za pomocą tak finezyjnej metody jak losowanie :). Żeby było zabawniej, jesienią 2003 wylądowałem w PZO  jako doradca ówczesnych właścicieli, między innymi z gorliwym zamiarem przekonywania ich do pomysłu inwestycji polegającej na przebudowie zakładów na kompleks loftów.

Skąd się wziął? Miasta zachodniej Europy jednych urzekają przepychem dawnych budowli, innych obfitością muzeów, jeszcze innych luksusem rezydencji. Mnie od pierwszych samodzielnych eksploracji pociągały najbardziej tymi dzielnicami, w których dokonała się przysłowiowa „wielka zmiana”, dzięki której spichlerz stawał się mieszkaniem, magazyn – galerią, a dok – biurowcem. Urzekło mnie wszystko to, co mieści się między kultową Regenbogenfabrik na berlińskim Kreutzbergu, a rozmachem londyńskiego Docklands. Powstawanie nowych dzielnic i związanych z nimi mitów wymaga zdegradowanych przestrzeni przemysłowych, a tych pod koniec lat 90-tych ubywało w Warszawie w niesamowitym tempie. W tym kontekście w roku 2001  Kamionek (niesłusznie wtłoczony w Pragę) wydawał być się postindustrialnym eldorado. Małe i większe fabryczki zlokalizowane na niedużej przestrzeni zachęcały swoim niezaprzeczalnym urokiem, a rynek inwestycyjny omijał je szerokim łukiem. Jak się okazało: do czasu. Ostatnia hossa na rynku nieruchomości skutecznie zmiotła z powierzchni ziemi większość unikalnych budynków, a te, które pozostawiono, czasem prezentują się tak karykaturalnie, że chyba lepiej, aby ich w ogóle nie było. (Fabryka Kemnitza)

Toteż kiedy znów jesienią, tyle że 2009 roku, pojawiłem się na Mińskiej 25 wiedziałem, że to prawdopodobnie ostatnia szansa, aby zrealizować projekt budowy prawdziwej przestrzeni kreatywnej – subdzielnicy, w której jakość życia będzie istotna nie mniej niż jakość mieszkania.

Początek nie był łatwy. Każdego poranka wymieniałem grzeczności z panami ciągnącymi wózki trofeów do złomiarza, w okolicznych krzakach odnajdowałem ślady namiętnych integracji wspieranych wyskokowymi napojami, a organa ścigania eliminowały placówki drobnej przedsiębiorczości, wśród których perłą była ta, gdzie Matiza preparowano na atrakcyjne handlowo fragmenty i to w niecałe 15 minut! Nawet Krystian Legierski chwiał się już na swojej samotnej placówce klubu M25 zlokalizowanego w zapierającej dech w piersiach starej węglowej kotłowni, która nota bene miała być kiedyś moim pierwszym warszawskim loftem.

Tym gorliwiej zabraliśmy się do pracy. Niemalże na pierwszy ogień poszła „ruinka”. Pod tą pieszczotliwą nazwą krył się obiekcik, który z powodzeniem sprawdziłby się jako plener do filmu o powstaniu warszawskim. Choć z pozoru beznadziejna i zapuszczona, nam „ruinka” wydała się wspaniałym obiektem z niesamowitym potencjałem.


Skąd się w ogóle wzięła? Nasz dzisiejszy „basen” był jednym z nieistniejących dzisiaj budynków słynnej przedwojennej fabryki amunicyjnej pocisk. Słynnej, ponieważ to tutaj między innymi powstawała amunicja do  rusznicy przeciwpancernej UR. To za jej pomocą ułani 21 pułku powstrzymali niemieckie czołgi w bitwie pod Mokrą, choć niemiecka propaganda stworzyła wtedy do dziś powtarzany mit jakoby szarżowali na nie z szablami.

Tutejsze tradycje przemysłowe są zresztą  starsze i sięgają manufaktury lniarskiej „Juta”. Stały się przyczynkiem do długiej debaty, jak nasz projekt powinien się nazywać. Historia przemysłu przy Mińskiej 25 jest bowiem niezwykle ciekawa i mam nadzieję doczeka się odpowiedniego podsumowania, choć zanim to się stanie, postaram się ją amatorsko opisać. Warto, ponieważ w naszej okolicy krzyżują się ze sobą losy Józefa Piłsudskiego, jednego z najbardziej wpływowych polskich faszystów, pewnej mrocznej figury przedwojennego wydziału II oraz pułkownika Sosabowskiego i… Heinza Guderiana – twórcy niemieckiej broni pancernej.
Dość zatem zaznaczyć, że koncepcji było sporo, ale uświadamialiśmy sobie, że nasz projekt musi się kojarzyć przede wszystkim z tym, czym ma się stać, a nie z tym, czym był i już nie będzie. I tak narodziło się SOHO Factory – z jasnym odniesieniem do swojej nowojorskiej imienniczki: dzielnicy, w której kultura i sztuka podbiły upadłą przestrzeń zamieniając ją w jedną z najlepszych dzielnic miasta.

Ktoś powie, że porządkowanie przestrzeni nie jest zadaniem szczególnie wymagającym. Tylko teoretycznie, bo gdy jeden projekt musi pomieścić wymogi budżetowe i kreatywny pomysł robi się już znacznie trudniej. Równie łatwa wydaje się adaptacja starych budynków, a już szczególnie takich, które na pierwszy rzut oka nadają się jedynie do tete a tete z buldożerem Fadroma. Ciekawym przykładem jest nasz „budinek 18” jak nazywają go anglojęzyczni entuzjaści.

budynek 18

Dla jednych to duża psia buda dla innych perełka. Jako że znalazłem się zdecydowanie w drugiej grupie udało nam się wypracować koncept budynku doskonale nadającego się na siedzibę małej kreatywnej firmy. I tu trzeba poruszyć ważną kwestię. Zrewitalizowane powierzchnie muszą trafić w ręce osób, które je po prostu kochają. To ważne, bo stare budynki mają swoje niespodzianki i duszę, z którą trzeba żyć w zgodzie. Ten, kto tego nie rozumie i nie czuje, do loftu w ogóle nie powinien podchodzić.

Dla odmiany, przebudowa siedziby Funduszu BlackLion takich trudności już nie nastręczała, choć stan wyjściowy był nie mniej żałosny niż „budinku 18”.

Projekt Polska

Galeria Leto

Otoczenie

Oczywiście do tych projektów nie wystarczyła wyłącznie wizja. Bez serca i wkładu Yny Lewandowskiej i Marcina Garbackiego nie miały by takiego blasku.

Równolegle z rewitalizacją, trwały prace koncepcyjne nad naszym wielkim zamiarem budowy na terenie SOHO osiedla, które wpisze się idealnie w industrialną atmosferę i dziedzictwo. Przez kolejne imprezy kulturalne, koncerty, pokazy i firmowe eventy  przewijały się tysiące osób, a pytania jaką formę przyjmie budowane przez nas osiedle pojawiały się coraz częściej. Zdawałem sobie sprawę, że projekt, który tu zrealizujemy musi połączyć rozłączne: przystępną cenę i wybitną architekturę. Niemożliwy w realizacji cel wymagał nietypowego postępowania. Dlatego też na pierwszym etapie postawiłem na sprawdzonych fachowców: pracownię KONKRET – autorów wielu efektywnie wykonanych i dobrze sprzedanych budynków. Dopiero zaawansowany projekt skonfrontowałem z wizją pracowni WWAA – autorów słynnego już polskiego pawilonu podziwianego na EXPO w Szanghaju w ubiegłym roku. Dodajmy, że obie pracownie, rezydujące na co dzień w SOHO, przez długi czas nie zdawały sobie sprawy, że pracują równolegle. I choć dzień, w którym musiały stworzyć jeden zespół, wspominać będą pewnie niezbyt dobrze, to budynek, który stworzyli najlepiej oddał celowość tego posunięcia. Stworzyli REBEL ONE – nasz pierwszy budynek i manifest przyjętych założeń. Stworzyli go RAZEM i tylko dlatego jest taki wyjątkowy.

Oddali doskonale to, co chciałem otrzymać: miał powstać budynek, który czerpie z kontekstu, ale jednocześnie nie wyrywa się z fabrycznej rozbujanej architektury; budynek, który przyjmie szereg zapomnianych już funkcji a mieszkańcom zapewni komfort, którego nie proponuje się dzisiaj w najlepszych apartamentowcach; budynek, który pójdzie wbrew trendom, zaleceniom i modom. I co najważniejsze, mieszkania miały w nim kosztować nie więcej niż w okolicznych praskich projektach.

I taki właśnie jest:).

Oczywiście nie narodził się sam. Ale o pełnym koncepcie SOHO to już innym razem.


Powiązane wpisy

29 Comments
Previous Post
Next Post