Czyli o nikłych skutkach ubocznych masowego mordowania
Dzienniki nie są ostatnio w modzie, a już szczególnie te, w których brakuje kontekstowych opisów, a czytelnik ma w zasadzie jeden wybór: albo spojrzy na relację oczami bohatera albo odłoży książkę na półkę. Tak właśnie pisane są wspomnienia Hansa Rotha, sierżanta z batalionu przeciwpancernego 299 dywizji piechoty Wehrmachtu. Człowieka, który rozpoczyna zapiski w nerwowe noce poprzedzające operację Barbarossa, ale kończy je za niego żołnierski los. Ostatni zapis nosi datę 9 maja 1943. Wiadomo, że później Roth otrzymał długo oczekiwany urlop i udał się do Niemiec. Musiał przeczuwać, że jego żołnierskie szczęście jest już mocno nadwyrężone, bo trzy precyzyjnie zapisane zeszyty pozostawił w depozycie u brata. Sierżant Roth wrócił na front już po wielkiej bitwie na łuku kurskim i rozpoczął zapewne zapisywanie czwartego zeszytu. Ale nigdy nie poznamy treści tych zapisków, ponieważ autor został uznany za zaginionego 25 czerwca 1944. Dokładnie 3 lata i 3 dni po dniu rozpoczęcia ataku na Związek Radziecki. Co porusza w jego dzienniku?
Autentyczność relacji pozbawionej przez śmierć autocenzury. Dzięki temu, na pierwszych stronach poznajemy oddany trybik narodowo-socjalistycznej polityki. „…..kilku towarzyszy broni wywlekło z kryjówek czerwonoarmistów i żydów. Solowy występ broni maszynowej rozległ się echem na placu, a schwytana zgraja poszła do nieba.” Czytelnik nie ma większej wątpliwości kto pociągał za spust. Ale to zapiski z pierwszych dni wojny. Krwawe walki temperują zapał do trzebienia azjatyckich hord przy użyciu cudownych wyrobów niemieckiego przemysłu. Ba, groza frontu nauczy Rotha miłości do armaty 210 mm wytworzonej wprawdzie w zakładach Skoda dla armii Tureckiej, ale od zajęcia Czechosłowacji stanowiącej wsparcie niemieckiego wysiłku wojennego. Armaty, której walorem jest miotanie rozpryskowych pocisków na odległość ponad 30 km, co skutecznie oszczędza życie wielu ubermenschów.
Im bardziej realia wojny przypominają Verdun 1918, tym opis walk staje się mniej entuzjastyczny. I choć powyższe nie zaskakuje, to skłania do myślenia. Owa tracąca motywację armia walczyła przecież jeszcze prawie 4 lata, atakowana z każdej strony przez przeważającego liczebnie i technicznie przeciwnika. Lektura wspomnień Hansa Rotha po części tłumaczy, jak to było w ogóle możliwe. Pierwsza rana otrzymana w trakcie samobójczej misji tylko umacnia wolę walki. Roth ucieka ze szpitala i chce być ze swoimi kameraden. Jest z nimi również w trakcie pierwszej regularnej egzekucji, choć tym razem nie pociągnie za spust. Ofiarami będą kobiety, którym nie dano wyboru po sowieckiej stronie frontu: działalność sabotażowa po nadejściu Niemców albo rozstrzelanie najbliższych. Roth zaczyna powoli rozumieć absurd toczącej się wojny, ale pojmie go lepiej dopiero po zajęciu Kijowa. Pierwsze godziny po zajęciu miasta skomentuje jeszcze „Odziały specjalne SS zawalone robotą. Przesłuchania i egzekucje non stop”, ale już dwa dni później po rozmowie z młodym żołnierzem Einsatzkommando, który przedstawi mu zalety efektywnej i nieustająco szlifowanej techniki eksterminacji po prostu mu nie uwierzy. Ale koledzy zabiorą go do miejsca swojej ciężkiej pracy przy budowie lebensraum, gdzie obejrzy kolejny przykład stosowania techniki niemieckiej. Zgodnie z zaleceniami władz zwierzchnich SS egzekucji dokonywano nad dołami mogącymi pomieścić 1000 ofiar. Po uzyskaniu właściwego wypełnienia doły wysadzano w powietrze grzebiąc zwłoki. „Świetny pomysł ta detonacja. Nie?” Zauważy roześmiany przewodnik Rotha. „On ma 19 lat!” przeraża się doświadczony frontowiec „To zostawia ślady. Nie tylko na ubraniu. Co będzie, kiedy oni wrócą do domów?!”
I w tym miejscu należy zwrócić uwagę na dwie sprawy. Zarówno z tego, jak i innych pamiętników wynika jasno, iż trudno było nie wiedzieć o ludobójstwie bez względu na to w jakiej służyło się formacji. O tym, że „niewinność” Wehrmachtu to mit między Odrą a Bugiem wiadomo od zawsze. Bardziej interesujące jest jednak spostrzeżenie, jak wielu oprawców i uczestników masowych rzezi bez najmniejszych problemów odnalazło się w powojennym społeczeństwie. Warto pamiętać, iż to Ci weterani stali się fundamentem „gospodarczego cudu” i to oni między innymi zebrali jego żniwo w postaci wczesnych emerytur. Na jednego z takich turystów wpadłem w Tunezji jesienią 1995 roku. Kiedy zawiesiłem wzrok na doskonale widocznych pod pachą runach SS zapytał bez cienia wstydu „Bist du ein Pole?”. Na moją uwagę, że to nieco niegrzeczne, odpowiedział już w poprawnej polszczyźnie. Miałem przed sobą Niemca z poznańskiego, który wojnę spędził w Warszawie. Po polsku mówił dobrze, a używanie języka sprawiało mu wyraźną przyjemność, podobnie jak relacjonowanie wydarzeń sprzed dziesięcioleci. Opowiadał ze swadą o widzianych jego oczami realiach warszawskiej konspiracji i wewnętrznych animozjach oprawców. Zapytany wprost czy zabijał nie mrugnął nawet okiem, tylko się nieco obruszył: „Miałem od tego ludzi”. Choć nie rozmawialiśmy więcej, widywałem go przez cały pobyt. Zawsze machał do mnie niezwykle radośnie.
Każdy, kto sięgnie po wspomnienia Hansa Rotha dobrnie do następującego fragmentu: „…. Kiedyś nieustraszeni idealiści, teraz staliśmy się nieludzko wyczerpanymi żołnierzami walczącymi w okopach. Musimy być twardzi, więc przyglądamy się otoczeniu ostro, krytycznie i gorzko. Długie walki przyniosły nam wiele zmian, na które moi towarzysze reagują zjadliwym sarkazmem, a ja zasmuceniem. Ale żaden ze mnie Remarque! …. Z nas dumni są wszyscy Niemcy. Czy na pewno wszyscy? No,może za wyjątkiem tych, którzy nie zasługują na to miano.”
Jednym z wielkich fundamentów niemieckiego nacjonalizmu była klęska Warusa w Teutoburskim lesie. Jedyna w historii klęska trzech rzymskich legionów przez setki lat budowała mit germańskiego militaryzmu. Produktem tej idei były setki tysięcy Hansów Rothów znoszących dzielnie trudy agresywnej, prowadzonej z dala od domów wojny. Wojny toczącej się zaledwie 20 lat po rzezi o której świat miał nigdy nie zapomnieć. Roth zaginął w czerwcu 1944, niecały rok później wojna się skończyła. I choć zbliżamy się do rekordowego 75-lecia pokoju w Europie, można mieć wyłącznie nadzieję, że historyczne postawy zmieniły się bezpowrotnie. Nadzieję, bo pewności nie będziemy mieli nigdy.
Jak wiadomo tzw cywilizacja anglosaska jak kolonizowala Ameryke Pn to wywozila co sie dalo do kraju a miejscowych zabijala. Efekty dzialan Hiszpanow podbijajacych Ameryke Pd widac do dzisaij. Mamy mnostwo miejscowych i kilka krajow. Ja czytalem np o sprzedawaniu Niemieckich zolnierzy z obozow jenieckich do prac niewolniczych w kopalniach po II ws … dlatego przydalby sie jakis pamietnik od strony drugiej czyli aliantow.
Należy wziąć pod uwagę to, że do poszczególnej roboty wybierano odpowiednią grupę osób.
Tak na przykład w obozach koncentracyjnych żołnierzami byli ludzie którzy byli na bakier z prawem a nawet seryjni mordercy. Zabijanie nie robiło na nich wrażenia. W dodatku byli poddawani praniu mózgu.
Frontowcy to zupełnie inna grupa ludzi w zasadzie taki misz masz społeczeństwa począwszy od bibliotekarza a skończywszy na cwaniakach.
Poza tym proszę zrozumieć że to była (jest) wojna a nie paintball. Ludzie walczący wspólnie to rodzina a każda śmierć kolegi odbijała się na psychice pozostałych.
Dlatego też częstokroć dawali sobie upust zabijając ludność cywilną w barbarzyński sposób.
Tak naprawdę to w jaki sposób zabijali Niemcy to pikuś w porównaniu z tym co robiła UPA.
Kiedyś jak byłem w Zakopanem przysiadłem się na ławeczce do dwóch starszych panów i tak od słowa do słowa ruszyliśmy temat o Ukraińskiej Powstańczej Armii. Tego dnia nie dałem rady nic zjeść po tym jak mi opisali w jaki sposób UPA mordowała. Dla ukrainców Bandera jest bohaterem.
Co do Niemców to mnie kiedyś jeden bardzo pomógł. Był żołnierzem walczył podczas wojny. Jego żona była (jest) Polką, mieszkają w Polsce. Nie pytałem go czy zabijał bo po co? Wojna to wojna!
W każdej armii jest tak, że do poszczególnej jednostki bierze się osobę która odpowiada odpowiednim cechom fizycznym ale też psychicznym. Dlatego też jeden mordując będzie płakał a drugi będzie się śmiał!
6 Pomorska Dywizja Powietrznodesantowa z lat 1957 -1963 – jeśli będzie miał Pan okazję poczytać/porozmawiać z kimś o niej to bardzo polecam. Zdziwi się Pan kim byli Ci żołnierze i w jaki sposób ich wybierano. Grzecznymi chłopcami to oni nie byli, ale dlatego byli najlepsi!
Pozdrawiam!
Co do nadziei to warto pamiętać o jedynej nauce jaka płynie z historii, że wydarzenia się nie powtarzają, ale układy sił i sploty sprzyjających okoliczności.
„Bardziej interesujące jest jednak spostrzeżenie, jak wielu oprawców i uczestników masowych rzezi bez najmniejszych problemów odnalazło się w powojennym społeczeństwie”
Interesujace, ale nie nadzwyczajne. No w kazdym razie nie po ksiazce Hanny Arendt, nie po doswiadczeniach Milgrama i Zimbardo pokazujacych, ze wlasciwie z kazdego czlowieka da sie zrobic sprawna maszyne do zabijania i zadawania cierpienia – kwestia tylko stworzenia odpowiednich warunkow i moralnego usprawiedliwienia.
Jesli powyzsze zostalo oparte na ideologii, w ktora wierzy caly narod, to potem tacy ludzie gladko przechodza do „cywila” i nie drecza ich zadne wyrzuty.
Jesli ida na wojne pod oszukanczymi haslami a potem odkrywaja potworna rzeczywistosc (jak np. baardzo wielu zolnierzy amerykanskich w Iraku i Afganistanie) – to wtedy maja ogromne problemy z powrotem do normalnego zycia w spoleczenstwie.
Dobrze napisane – jak zwykle.
pod oszukanczymi haslami a potem
To chyba nie do konca przemyslane. Chyba normalnie uzdolniony czlowiek zdaje sobie sprawe, ze „walka o demokracje” jest taka sama figura retoryczna, jak swego czsu „walka o pokoj”. W PRL-u…
Oczywiście, że normalnie uzdolniony zdaje sobie sprawę. Ale jak wiadomo tylko taki.