Czyli o tym, że wygrywa ta racja społeczna, po której stronie opowie się polityka państwa.
Emancypacja to temat nośny i kontrowersyjny, ale, jak się okazuje, bywa również śliski. To ostatnie szczególnie dotyczy produkcji, która przebojem zdobyła salony w USA niejako z punktu ustalając nowy i jedyny właściwy wizerunek historyczny emancypacji czarnoskórych obywateli w ojczyźnie demokracji. „Kamerdyner”, film inspirowany życiem Eugene Allena, wieloletniego pracownika Białego Domu, ma proste zadanie: znokautować widza losem jednego człowieka potraktowanego jako swoista soczewka postaw i celów czarnoskórej mniejszości.
Głównego bohatera poznajemy na plantacji bawełny w 1929 roku. Emanujący złem biały panicz zmusza jego matkę do usług seksualnych, przy całkowicie biernej postawie ojca tłumaczącego małemu, że tak musi być. Dziecku to jednak nie wystarcza i nadal domaga się reakcji. Ojciec staje naprzeciw gwałciciela i pada z kulą w głowie. Pozbawione ojca dziecko spotyka niespodziewane wyróżnienie: matka białego oprawcy zabiera małego do służby w domu. Tam wyszkoli się jako „house nigger”. W efekcie po pierwszych 10 minutach filmu mamy już całkowitą jasność jakie cele i motywy ma przyszły kamerdyner prezydentów. Każdy, kto do kina wybrał się po lekturze reportażu wie jednak, iż prezentowana historia z prawdą nie ma nic wspólnego. Gene Allen faktycznie wychował się na południu i faktycznie pracował w domu, tyle, że ani nie trafił do służby w tak dramatycznych okolicznościach, ani też z niej nigdy nie uciekał. Filmowy Allen jak najbardziej, a tłem dramatycznej ucieczki są czarnoskórzy dyndający na powrozach i zwierzęcy głód, który doprowadzi go w końcu do włamania po… tort. Od (jak wnosimy z narracji) pewnej szubienicy ratuje go jednak czarnoskóry kelner, pracownik klubu dla białych. To właśnie ten człowiek rozpoczyna edukację polityczną głównego bohatera. Prawdziwy życiorys jest rzecz jasna mniej dramatyczny. Allen, jak każdy młody człowiek, po prostu szukał wrażeń i bez większych trudności znalazł sobie pracę w jednym z luksusowych klubów dla białych, gdzie jego kwalifikacje wzbudziły zrozumiały entuzjazm właścicieli. I choć w tym miejscu los filmowego i prawdziwego Allena na chwilę się zbiega, to tylko po to, aby uzasadnić dotarcie bohatera do Białego Domu. W filmie, dzięki wprawnemu oku białego szefa służby prezydenckiej siedziby, a w rzeczywistości, dzięki informacji od zatrudnionych w kuchni przyjaciół.
Ale prawdziwe ekwilibrystyki propagandowe są dopiero przed nami. Allen rozpoczyna prace w czasach administracji Eisenhowera, czyli w okresie, gdy kwestie rasowe stają się jednym z głównych tematów społecznych w USA. W 1957 roku będzie świadkiem dramatycznej decyzji Prezydenta. Żołnierze słynnej 101 dywizji powietrzno-desantowej trafią na jego rozkaz do Little Rock High School po to, by umożliwić przystąpienie do zajęć 9-tce czarnoskórych studentów, na których drodze do szkoły stanęła Gwardia Narodowa. Powyższe, ku wielkiej uciesze planistów z Moskwy. Świat zachodni cofał się na wszystkich frontach, a wojna wewnętrzna w USA wydawała się, jeśli nie pewna, to przynajmniej prawdopodobna.
Od tego momentu do scenariusza wkracza już konkretna propaganda, a życie Allena poddaje się coraz głębszym modyfikacjom. Czego dotyczą? Filmowy kamerdyner ma dwu synów, a ich losy, niczym w socjalistycznej agitce, mają obrazować, czym kończy się walka i uległość wobec systemu. Starszy z synów, obowiązkowo w opozycji do służalczej roli ojca, wybiera walkę o sprawiedliwość i prawa murzynów. Młodszy pod wpływem ojcowskich przekonań w okresie, kiedy USA staje na krawędzi rasowej wojny, wstępuje do armii na ochotnika i wyjeżdża do Wietnamu. Aby widz nie miał najmniejszych wątpliwości, jakie są konsekwencje takich wyborów, młodszy syn oddaje czarne życie za segregującą rasy ojczyznę białych, a wieść o tym dociera do jego ojca dokładnie w dniu jego urodzin. Starszy niezłomnie walczy o prawa swoich braci. Jaka jest prawda? Pierwowzór bohatera filmu miał tylko jednego syna, który nie dość, że przykładnie się uczył, a do Wietnamu nie trafił na ochotnika, wrócił z frontu cały i zdrowy. Z punktu widzenia propagandzistów, doprawdy fatalny obrót spraw.
Dlatego choć w filmie na przykładzie losów starszego syna prześledzimy drogę czarnoskórego aktywisty – od pokojowych protestów, aż do udziału w strukturach paraterrorystycznych „Czarnych Panter”, to nie znajdzie się już miejsca dla Nation of Islam czy Malcolma X, szalenie przecież istotnych dla odmalowania kolorytu tamtych lat – tyle, że dzisiaj politycznie niepoprawnych. Podobnie z narracji wyparuje Związek Radziecki tak, jakby w ogóle nie istniał i z wydarzeniami tamtych lat nie miał żadnego związku! I choć dowiemy się w filmie, że „Hoover ma już plan rozbicia Czarnych Panter”, to nie dowiemy się jaki. Tymczasem demoniczny szef FBI niezwykle skutecznie spacyfikował sporą cześć murzyńskich organizacji zbrojnych kanalizując je w walkach z mafią, gdzie głównym obszarem konfliktów były dostarczane do USA pod cichym nadzorem FBI narkotyki. Co ciekawe, Hollywood brało się już za owe pominięte tematy, a w roli ikony amerykańskiego rynku narkotykowego i wielkiego działacza murzyńskiego (Malcolma X) obsadzono… tego samego aktora, Denzela Washingtona.
Jak słusznie napisał jeden z amerykańskich komentatorów Gene Allena, z jego filmową wersją łączy go w zasadzie tylko jedno: obaj byli kamerdynerami w Białym Domu. Allen był dumny z tego, że przez lata zachował w całkowitej dyskrecji to, co słyszał w siedzibie prezydenta USA i podkreślał, że przez cały okres służby był całkowicie apolityczny. Film opowiada historię człowieka, który systematycznie zyskuje zarówno świadomość, jak i ochotę do politycznej walki, czego symbolicznym dowodem jest porzucenie pracy w związku z niechęcią do polityki realizowanej przez Reagana (zawetował on sankcje wobec utrzymującego apartheidu RPA). Tymczasem faktycznie nic takiego nie miało nigdy miejsca. Prawdziwy kamerdyner prezydentów pracował w Białym Domu do ostatniego dnia swojego zawodowego życia, po czym z należnymi honorami odszedł na emeryturę.
W tych wszystkich zabiegach nie byłoby nic dziwnego, gdyby film opowiadał po prostu wymyśloną historię. Informując o „oparciu na faktach” sugeruje się jednak coś zupełnie innego. I choć europejska publiczność pewnie tego nie zauważy, ów zabieg ma poważnego sponsora politycznego. Otóż, choć lubi się twierdzić, iż Ameryka jest dzisiaj bardziej czarna niż biała, to faktycznie około 45 milionów czarnoskórych wyborców stanowi ok. 12% ogółu uprawnionych do głosowania.
Co więcej, z uwagi na fakt, iż czarnoskóra społeczność bardziej niż inne dotknięta jest ubóstwem, a w efekcie jest szalenie niejednorodna i politycznie skonfliktowana, trudno jej wyłonić jednego kandydata. Barack Obama nie będzie władał wiecznie, toteż pojawia się zapewne solidne zapotrzebowanie na budowę etosu, który będzie jednoczył murzyńską społeczność, a przede wszystkim formował z niej sprawdzony elektorat wyborczy. Poza USA rzadko wspomina się o tym, że pierwszym amerykańskim prezydentem, na którego wybór miały poważny wpływ głosy innych obywateli niż biali, był otoczony uwielbieniem czarnoskórych John Kennedy, a to przywiązanie do dziś określa się jako „ewangeliczne”.
„Kamerdyner” ma za pewnie oddziaływać również na białych wyborców i, jak należy wnosić z frekwencji w amerykańskich kinach, ów cel został zapewne osiągnięty. Niewielu widzów zda sobie jednak sprawę z tego, że karierę tytułowy bohater zawdzięczał zupełnie innym cechom niż te, które przypisano mu na ekranie. Co ciekawe, istotę jego sukcesu najlepiej opisał filmowy Martin Luther King w dialogu z kontestującym ojca starszym synem: „Czarna służba pełni ważną rolę społeczną zadając kłam toksycznym stereotypom. Czarnoskóra służba to być może nieświadomi, a bardzo ważni żołnierze w naszej wspólnej sprawie”. Nic dodać nic ująć. Choć ze skutecznością sit–inów, marszu na Waszyngton, czy innych form społecznego sprzeciwu trudno dyskutować, to wszystkie one zapewne nie byłyby efektywne, gdyby nie rosnąca populacja czarnoskórych profesjonalistów mozolnie pnących się po szczeblach takiej, czy innej kariery. Równie ważna, a może nawet ważniejsza była postawa białej polityki. W latach 60. Zachód cofał się na całym froncie, a ingerencja w Wietnamie była dla USA dramatyczną próbą utrzymania mocarstwowej pozycji. Jeśli towarzysze radzieccy kreślili swoje plany wielkiej rewolty w USA, to na przeszkodzie w ich realizacji stanął Biały Dom. Decyzje podejmowane przez amerykańskich prezydentów, choć bardzo niepopularne pośród białych, torowały drogę oczekiwanym przez ulice rozwiązaniom. Lyndon Johnson, który nie zwykł czarnoskórych współobywateli określać innym mianem niż „czarnuchy”, był jednocześnie autorem najbardziej przełomowej legislacji od czasów Lincolna, która faktycznie umożliwiła zrównanie praw białych i czarnych obywateli USA.
Choć prawdopodobieństwo było niewielkie, Ameryka poradziła sobie z problemami społecznymi o znacznych rozmiarach, wspieranymi hojnie przez przeciwny blok polityczny, który, oprócz funduszy, dysponował atrakcyjną społecznie ideą. Być może powyższe udało się wyłącznie dlatego, że zaplanowany przez ojców założycieli totalitaryzm demokratyczny miał w zasadzie dwie alternatywy: istnieć za cenę rozmaitych kompromisów, albo rozlecieć się na drobne kawałki. Należy mieć nadzieję, że to drugie nie zdarzy się w najbliższej przyszłości, bo choć imperia rozpadały się w historii świata niejeden raz, wywołana ich upadkiem fala zmieniała cały jego porządek.



Panie Rafale nazwanie gwałtu „zmuszaniem do usług seksualnych” brzmi bardzo dziwne. Cały tekst jak zwykle jest popisem erudycji, tylko jakoś wyjątkowo jej potencjał został skierowany na manowce.
Fakt, że kontekst wypada niezręcznie nie miałem takiej intencji. Co do zasady nie chodziło mi również o jakiekolwiek umniejszanie prześladowania czarnych przez białych w USA. Dla mnie tematem była manipulacja medialna która dzisiaj idzie znacznie dalej niż teraz. Autentyczny bohater okazał się po prostu zbyt mało ideowy, aktywny, usłużny białym itp aby przybrać nim sztandary. Dlatego filmowemu nadano wszystkie niezbędne atrybuty autoryzując je prawdziwą historią.
Jeszcze nie widziałam, ale kino amerykańskie, to tzw. zaangażowane, czy ideowe, jest jak najbardziej propagandowe. Nie wiadomo kto jest lepszy w propagandzie, Rosjanie czy Amerykanie, za to w obu wydaniach ta propaganda jest czasem bardziej, czasem mniej udana. Pamiętam taki film z podróżą na Marsa (tylko tytułu dokładnie nie pamiętam, z Garym Sinise), kiedy po katastrofie statku połowa załogi zginęła w drodze z orbity marsjańskiej na planetę, a główny bohater po wylądowaniu zajął się wbijaniem amerykańskiej flagi w marsjański grunt. Choć atmosfera wcale nie była do śmiechu 3/4 kina rżało.
Przynajmniej próbują się rozliczyć ze swoimi „grzechami”. Dzięki temu powstało kilka dobrych filmów choćby o Wietnamie. Czy były prawdziwe? Nie mam pojęcia, ale oglądało się dobrze 🙂
Propaganda to ułomny twór twórcy 😉 i kiedy człowiek nie dorasta do ambicji owego twórcy, mamy do czynienia z koloryzowaniem. Największą sztuką jest tak zmanipulować widza, żeby się nie zorientował, że oto wciskamy my wartości. A zresztą są też takie wartości, które warto wciskać. Moim zdaniem Amerykanie są mistrzami we wciskaniu i zawsze znajdą sposób. Ich propaganda to taka bajka z morałem. W tej kategorii widzę np „Awatar”. Wystarczyło obsadzić Sama Worthingtona, żebym przestała się czepiać, że bajka, że propaganda, że moralizują… 😉
Zero Dark Thirty,Captain Philips,The Butler-nie ma to jak radzieckie kino slawiajce internacjonalistyczna bratnia pomoc e tfu to znaczy chcialem powiedziec nie ma to jak „oparte na faktach” apologie demokracji i wolnego rynku.Na faktach-a przeciez z faktami sie nie dyskutuje wiec wiadomo ze takie oparte na faktach „Poklosie” to musi byc sama prawda.
Piotr34
Piotr34
Witam,
dobrze wypunktowane niezgodności. Ale w USA bywałem często i myślę, że takie filmy są tam potrzebne.
Gdy obserowaliśmy z kolegami-inżynierami w IMAXie w Ohio dokumentalny film z naprawy silnika odrzutowego w warunkach bojowych podczas ćwiczeń Red Flag, zauważyliśmy czernoskórego żołnierza robiącego coś naprawdę nie niezbędnego, za to bardzo niebezpiecznego.
Daruję techniczne szczegóły – wszyscy najpierw oniemieliśmy, a potem wybuchnęliśmy śmiechem.
Jako jedyni, w całym kinie wypełnionym przez Amerykanów.
Wówczas zdaliśmy sobie sprawę z czegoś, czego nigdy nie odczuwaliśmy.
Pozdrawiam