Czyli o tym, że okoliczności się zmieniają, a metody już niekoniecznie.
Polska historia przewrotów politycznych byłaby prawdopodobnie jednym z najbardziej emocjonujących obszarów do studiowania gdyby nie fakt, iż ze względów doktrynalnych nieustająco lansuje się przekonanie o „praworządności” dokonujących się zmian. Bez względu na okres, którego dotyczą podlane są zawsze ideologicznym sosem, skutecznie zabijającym smaczki takie jak: zdrada, konflikt interesów i pieniądze, czyli to wszystko, co znajduje się zazwyczaj za litościwym parawanem „procesów historycznych”.
Wydarzenia, których świadkami jesteśmy obecnie nie są bynajmniej niczym nowym. Nie tylko dwudziestolecie międzywojenne, ale również okres PRL był widownią rozmaitych gier i rozwiązań siłowych dedykowanych rozmaitym, czasem egzotycznym koalicjom. Zmiany miały zazwyczaj swoich sponsorów. Choć usiłuje się wmawiać, iż dzisiejsza polityka to niemalże nowa dziedzina, która z tysiącami lat tradycji nie ma nic wspólnego, praktyka dowodzi, że ciągłość pewnych dążeń i strategii jest niezwykle trwała. Aby się o tym przekonać, wystarczy cofnąć się zaledwie o cztery dziesięciolecia.
Choć większości publikacji owa zbieżność umyka, „wypadki” z grudnia 1970 uruchamia decyzja o podwyżkach cen wprowadzona 12 grudnia. 13 wypadał wtedy w niedzielę, podobnie jak 11 lat późnej, co być może świadczy o tym, że generał Jaruzelski miał słabość do 13 jako symbolu udanej operacji wojskowej. W masowej pamięci rozlew krwi był skutkiem spontanicznej reakcji rozjuszonych podwyżkami robotniczych mas. Dokumenty zdają się sugerować coś wręcz przeciwnego.
Pacyfikacja Wybrzeża w grudniu 1970 wymagała użycia 46 000 żołnierzy, 1370 czołgów, 1460 transporterów, 50 samolotów i 71 śmigłowców. W operacji użyto 12 i 16 Dywizji Pancernej, 8 Dywizji Zmechanizowanej, 7 Dywizji Desantowej oraz 10 i 12 Pułku Wojsk Wewnętrznych. Dyslokacja takiej liczby ludzi i sprzętu wymaga czasu. Czasu liczonego nie w godzinach, ale w dniach. Choć tereny operacyjne jednostek nie leżały daleko od miejsc ich stacjonowania, przemieszczenie kompletnego związku taktycznego wraz z odwodami wymaga stosownych przygotowań PRZED wymarszem. I być może dlatego powszechna pamięć medialna milczy o nowatorskim rozkazie generała Jaruzelskiego, ówczesnego ministra Obrony Narodowej z 8 grudnia 1970. Rozkaz o numerze 0084 „W sprawie zasad współdziałania wojska i sił resortu spraw wewnętrznych w zakresie zwalczania wrogiej działalności, ochrony porządku i bezpieczeństwa publicznego” po raz pierwszy regulował, a tym samym legalizował łączne użycie wojska i milicji. Trudno zatem zakładać, iż w tej dacie wydano go przypadkowo. Co więcej, należy mniemać, iż najpóźniej w tej dacie zarządzono wymarsz w jednostkach użytych do akcji, które w PRL miały status „pierwszorzutowych”, a zatem takich utrzymywanych w ciągłym pogotowiu bojowym.
Ówczesne siły milicyjne nawet z odwodami nie byłyby w stanie zmierzyć się z szerokim protestem społecznym. Cytowany rozkaz pozwalał na legalne wprowadzenie do gry wojska, a materializował się w bezpośredniej bliskości oczekiwanych wydarzeń. Choć nadal niechętnie stawia się taką tezę, za kilka lat historycy ośmieleni zmianami poglądów opinii publicznej być może ośmielą się do bardziej gorliwego twierdzenia, iż wypadki na Wybrzeżu nie były efektem spontanicznego protestu, ale przygotowanej przez oponentów Wiesława Gomułki akcji politycznej, która miała położyć kres jego 14-letniemu panowaniu. Panowaniu, którego nie podcięła nawet zawierucha w 1968 roku.
Na ową śmiałość już czas najwyższy. Tym bardziej, że analogie do najsłynniejszej prowokacji jaką była Krwawa Niedziela w Petersburgu w 1905 roku cisną się same. Do największych starć nie dochodzi bowiem ani 14, ani 15 czy 16 grudnia. Wydarzenia nie były najwyraźniej na tyle krwawe, aby towarzysz Wiesław przekazał władzę, i być może właśnie dlatego na 17 grudnia przygotowano spektakl nie mniej spektakularny, niż jego petersburski odpowiednik. Spektakl był zapewne potrzebny, ponieważ lokalnym władzom, lojalnym wobec towarzysza Wiesława, sytuacja 16 grudnia rano wydawała się opanowana.
Jak wiadomo, demonstracje rozpoczęły się w poniedziałek, 14 grudnia rano, i aż do 16.00, kiedy to tłum zaatakowały słabe siły milicyjne, miały dość pokojowy przebieg. To właśnie atak milicji skierował demonstrantów w rejon KW PZPR w Gdańsku. Choć starcia uliczne trwały aż do wieczora, podpalenie budynku udało się dopiero następnego dnia, wtedy też bilans strat po stronie władzy sięgnął dwu zabitych i kilkudziesięciu rannych funkcjonariuszy, wieść o czym gorliwie przekazano do towarzysza Wiesława. Demonstranci wydawali się być w przewadze, poinformowany o wszystkim przez dowodzącego operacją generała Korczyńskiego Gomułka miał telefonicznie wyrazić zgodę na otwarcie ognia, domagając się podobno, aby pierwsze salwy kierowano w bruk. W realiach starcia okazało się, że rykoszety raniły równie skutecznie jak ogień skierowany wprost przez tych, którzy pierwotnego nie zrozumieli, lub zrozumieć nie chcieli. Korczyński zgodnie z rozkazem 0084 nikogo o zgodę pytać nie musiał, najwyraźniej dzwonił po zrozumiałą w tej sytuacji akceptację polityczną. Ulice zaścielili zabici i ranni. Ujęcia z zajść pokazano w telewizji publicznej, przy czym obraz i komentarz zupełnie do siebie nie pasowały. Wieczorem 15 grudnia 1970 cała Polska wiedziała już, że w Gdańsku strzela się do protestujących robotników, a nie do warchołów rabujących sklepy.
Po co odbyło się to wszystko? 16 grudnia rano zwołano pilne posiedzenie Biura Politycznego PZPR, czyli nominalnie organu PARTYJNEGO, a de facto centrum sprawującego rzeczywistą władzę w Polsce. Gremium jednoznacznie odmówiło Gomułce prawa do kierowania partią robotników i chłopów po autoryzacji rozkazu strzelania do elektoratu. Co ciekawe, o zreferowanie sytuacji poproszono Józefa Cyrankiewicza jako premiera rządu! W ówczesnych realiach była to rzecz bez precedensu. W sowietbloku liczyła się władczo wyłącznie partia. Mimo, iż tego dnia towarzysz Moczar utracił nadzieję na sukcesję (jego ekipa wyraźnie nie była przygotowana na wypadki, które miały miejsce), to sam towarzysz Wiesław i jego zaplecze nadal trzymali się w siodle. Tymczasem na wybrzeżu napięcie opadało. Robotnicy wrócili do domów i hoteli, a lokalne władze, które reprezentował Stanisław Kociołek, przez radio i telewizję nawoływały do podjęcia następnego dnia normalnej pracy. Tymczasem stocznię i najważniejsze zakłady pracy obsadzało właśnie wojsko. I choć co bardziej przytomni widząc, co się święci, wysyłali na prawo i lewo umyślnych, ci nawołując w hotelach robotniczych i osiedlach do pozostania w domach traktowani byli jak… prowokatorzy. W efekcie, w różnych miejscach trójmiasta kolejki i autobusy wypluwały setki ludzi. Na przystanku Gdynia Stocznia gromadzili się przybywający do pracy. Tłum gęstniał napotkawszy zamknięte bramy obsadzone przez wojsko. Wreszcie z krążących nad głowami ludzi helikopterów posypały się strzały. Intryga kosztowała 24 ofiary śmiertelne i kilkuset rannych.
Równolegle z wydarzeniami w Gdyni szykowano się do przewrotu w Warszawie. Na polecenie ministra Jaruzelskiego pogotowie bojowe ogłoszono w wybranych jednostkach okręgu, przy czym ich celem mieli być nie protestujący, a wybrane obiekty publiczne i rządowe. Teoretycznie Gomułka był skończony, ale nadal nie przekazał władzy.
Dopiero 19 grudnia, przy walnym udziale Moskwy i generała Jaruzelskiego straszącego rozszerzaniem się protestów, doszło do intronizacji towarzysza Edwarda Gierka. To jemu Moskwa udzieliła poparcia, ale realnie zaproponowała znacznie więcej: aktywne wsparcie dławiącej się gospodarki. Wybór przypieczętowały pieniądze.
Czemu służy ta przydługa dygresja historyczna? Wyłącznie temu, aby podkreślić, iż zmiany władzy to zawsze i w każdym systemie kombinacja koteryjnej gry oraz… interesów ekonomicznych owych gier sponsorów. Zmieniają się czasy, zmieniają się metody i ich skala. O prawdziwości tej tezy przekonał się między innymi Gierek…
Pierwsze lata panowania towarzysza Edwarda to okres dość unikalny w historii komunistycznej Polski. Rozpoczęto kompleksowe inwestycje infrastrukturalne, planowano industrializacyjny skok, nie zapominając jednak o społeczeństwie i poprawie warunków bytowych. Rozliczane w rublu transferowym dostawy z ZSSR, a w szczególności tania ropa i gaz, walnie przyczyniały się do akumulacji dochodów na inwestycje. Ekonomiczni doradcy, których pierwszy raz poważniej słuchano, dowodzili, że dalszy rozwój wymaga kredytów i nowych technologii, a te mogły przybyć wyłącznie z Zachodu. Tu pojawił się jednak zasadniczy problem: aby pojawiło się zachodnie finansowanie, musiała się pojawić stosowna polityczna wola. I właśnie z tego powodu doszło do rzeczy w socjalizmie niezwykle rzadkiej: w maju 1972 pojawił się w Polsce z roboczą wizytą urzędujący prezydent USA Richard Nixon. Co ciekawe, wizytę organizowano bez uzgodnień z towarzyszami radzieckimi. Mimo to, jak dowiadujemy się ze wspomnień Henry’ego Kissingera, przed przyjęciem zaproszenia Nixon zapytał o zdanie Moskwy. Ponieważ nie było sprzeciwu, prezydent USA zawitał do Polski. Choć wizyta zbiegła się ze wznowieniem bombardowań Wietnamu Północnego, nie zaszkodziło to w budowie doskonałych relacji. Przedmiotem rozmów były kredyty i… licencje. W tym jedna z najbardziej nieszczęsnych – na ciągniki Massey Ferguson. Niezwłocznie po tej wizycie doszło do kolejnych przełomów w relacjach Polska-RFN, z jednej strony zasilanych zgodami na wyjazd, z drugiej – kredytami i technologią. A wszystko to pod czujnym okiem Moskwy, która najprawdopodobniej na polskim poletku testowała model państwa wasalnego napędzanego kredytami od kapitalistów.
I kto wie, co byłoby dalej, gdyby nie coraz bardziej buńczuczna propaganda Warszawy. Polska miała się stać 10. potęgą gospodarczą świata, rosła konsumpcja, a towarzysz Gierek chwalił się obrotami handlowymi z Zachodem. Ba, sugerował wprost, iż kraje Zachodu staną się dla Polski najważniejszymi partnerami gospodarczymi. Dla Moskwy było tego za wiele. Pod koniec 1974 roku zapowiedziano poważne korekty cen ropy i gazu, a także ograniczenia dostaw płodów rolnych. ZSSR zacisnął pętlę. Nie bez przyczyny. Ostatecznym powodem była decyzja o budowie Portu Północnego i rurociągu Gdańsk-Płock, którym mogły popłynąć do rafinerii dostarczane tankowcami niezależne dostawy ropy. W 1975 roku ujawniły się poważne problemy aprowizacyjne. Rząd zaplanował niebezpieczną podwyżkę cen na 1 czerwca 1975. Moskwie zapachniało to powtórką z grudnia 1970. Jak wynika z dostępnych dokumentów, do tej pory datuje się kryzys w relacjach sowieckiego politbiura z ówczesną ekipą w Polsce. Plan budowy wasalnej Polski za pieniądze Zachodu nie wypalił. Co gorsza, zanosiło się na rychłe bankructwo. W Moskwie podjęto zapewne decyzję o kolejnej dekompozycji obozu politycznego w Polsce. W sierpniu 1975 ZSSR ogłosił koniec wsparcia dla dalszej rozbudowy Huty Katowice, zmniejszono zamówienia w polskich fabrykach i zapowiedziano ograniczenia w dostawach ziarna. Równolegle doszło do wydarzeń, które plotka szybko określiła jako zamachy. Do najbardziej spektakularnych należały podpalenia Domu Towarowego „Smyk” w centrum Warszawy i mostu na Trasie Łazienkowskiej – dumie ówczesnej propagandy. Nawet jeśli przyjąć, że te i podobne im wydarzenia były tylko zwykłymi przypadkami, ulica wiedziała swoje, a nastrój sukcesu zaczął się ulatniać.
Prawdziwe przesilenie dokonało się dopiero w czerwcu 1976, kiedy to rząd musiał się zdecydować na nieuchronne (ceny były zamrożone od 1971 roku) podwyżki. Początek czerwca przyniósł historyczną wizytę Gierka w RFN, po której obie strony oczekiwały bardzo wiele. Kanclerz Schmidt obiecywał Polsce kredyty, licencje, partnerstwo zakładów o podobnym profilu (dotyczące głównie Śląska), a także daleko idące koncesje polityczne, wśród nich poparcie na forum ONZ. W Moskwie zawrzało. Konflikt Polska-Niemcy był systemowo wpisany w zarządzanie krajem nadwiślańskim. Mimo wyraźnych ostrzeżeń Polska wdawała się samowolnie w coraz głębszy flirt z Niemcami. Ci, którzy na ten obrót wypadków byli przygotowani musieli zacząć działać.
To, co stało się później, jako żywo przypominało model z grudnia 1970. Tyle, że w nowych warunkach dotyczyło innej skali. 24 czerwca opublikowano podwyżki cen. Już następnego dnia rano doszło do wydarzeń, które do dziś znane są jako „Wypadki Radomskie”. Mniej znany jest fakt, iż robotnicze manifestacje rozpoczęły się od załogi zakładów „Łucznik” – jednej z perełek ówczesnego przemysłu zbrojeniowego. Zakładu gruntownie spenetrowanego przez SB i nasyconego agenturą bardziej, niż jakikolwiek inny. Podobnie było w innych miastach, a największą gorliwość w protestach wykazały te zakłady, w których realizowana była produkcja specjalna. Ową „spontaniczną” akcję ktoś najprawdopodobniej koordynował. Zdawał sobie z tego sprawę premier Jaroszewicz, który odwoławszy następnego dnia podwyżki podał się do dymisji. Ale ekipa przeciwników była jeszcze zbyt słaba, a Gierek zbyt silny. Towarzysz Jaruzelski pewnie trzymał w rękach cugle armii. Uderzenie było silne, ale ekipa rządząca utrzymała się przy władzy.
I kto wie co byłoby dalej, gdyby towarzysz Edward nie odkrył nowego ważnego akolity. Stał się nim… Kościół. Na polu gry pojawił się Prymas Wyszyński. Zapewnił rządzącą ekipę, że nie dopuści do rozlewu spontanicznych protestów społecznych, a jednocześnie (jak się coraz częściej spekuluje) zaproponował hodowanie koncesjonowanej opozycji, której udzielił strukturalnego wsparcia. Co na to Moskwa? Teoretycznie niczjewo… obóz władzy skonsolidował się ponownie. Tandem Jaroszewicz-Gierek odzyskał kontrolę nad partią i rządem. Wojsko stało w koszarach, ale aparat wywiadowczy ZSSR nasilił pracę na kierunku polskim. We wrześniu 1976 roku Mi2 o numerach 3603 z 103 „milicyjnego” pułku lotniczego zaliczył katastrofę, w wyniku której w lutym 1977 został spisany ze stanu jako wrak niezdolny do służby. Wypadek nie byłby specjalnie istotny, gdyby nie fakt, iż głównym pasażerem, który cudem uniknął śmierci był… premier Piotr Jaroszewicz. Jak chcą wspomnienia współczesnych, Jaroszewicz nie miał złudzeń, iż był to zamach. Czy tak było czy nie, można wyłącznie spekulować. Podobnie, jak o prawdziwych powodach brutalnego, połączonego z torturami morderstwa którego ofiarą padł 15 lat później.
Koteryjne gry na szczytach władzy nie są oczywiście niczym nowym podobnie jak to, że mają zazwyczaj swoich politycznych i ekonomicznych sponsorów. Zwyczajny obywatel może się jednak cieszyć, że we współczesnym instrumentarium nagrania zastąpiły czołgi. Korzyści są dla sprawców takie same, a o ileż mniejsze nieuchronne skutki uboczne. Nie ma przy tym znaczenia, czy „opinia publiczna” bulwersuje się podwyżkami, czy też szczerym komentarzem do realiów obecnej polityki. Ważne jest, aby masy toczył ferment, sprzeciw wobec złych, których na pewno… wykorzystają jacyś dobrzy. Kto na przykład zaprzeczy jakże gorzkiej prawdzie poniższego zdania:
„Wiesz, że polsko-amerykański sojusz to jest nic niewarty. Jest wręcz szkodliwy, bo stwarza fałszywe poczucie bezpieczeństwa. (…) Bullshit kompletny. Skonfliktujemy się z Niemcami, z Rosją, i będziemy uważali, że wszystko jest super, bo zrobiliśmy laskę Amerykanom. Frajerzy. Kompletni frajerzy” – mówi na nagraniu minister spraw zagranicznych, Radosław Sikorski.
Tyle, że ambitnemu ministrowi wypowiadać się tak rzecz jasna nie przystoi J. Ba, kandydatowi na ważne europejskie fotele nie wypada dać się nagrać. Nie rokuje to dobrze skutecznym politycznym targom w Brukseli, które zawsze gdzieś toczą się na boczku, jak nie w knajpie, to w równie intymnej atmosferze. Co jeszcze bowiem nagrano? Co wypłynie? Kiedy?
Nawet jeśli w mitycznych już kolejnych nagraniach nie ma wielkiej petardy, to kolejni pretorianie Donalda Tuska będą się kompromitować kuchnią polityki tak różną od dulszczyzny panującej na salonach. Premier albo wytrzyma ów szturm, albo pewnego dnia usłyszymy i jego „nieprawilne” wypowiedzi, wszak on również pojeść i popić lubi. A może agonia obecnego układu władzy potrwa długo, zapewniając aż do przyszłorocznych wyborów okres wzajemnych oskarżeń i pełnej politycznej degrengolady. I cieszyć się należy, że jest małe prawdopodobieństwo, iż auto premiera nie wyrobi się na łagodnym skądinąd zakręcie, helikopter nie spadnie, a samolot nie stanie w płomieniach, lub przy lądowaniu nie wysiądą mu hamulce. Te metody wyszły już z mody. Łatwiej jest nacisnąć enter niż pociągnąć za spust.
Zabija się równie skutecznie. Signum temporis.
Zakup licencji na ciągnik Massey Fergusson nie miał nic wspólnego z wizytą prez. Nixona w Polsce, a z wizytą ówczesnego premiera Jaroszewicza w Wlk. Brytanii; wtedy również podpisano kontrakt z f-mą budowlaną Construction Int. Ltd., która co prawda zbudowała hotel Marina na granicy Gdańska i Sopotu, ale uciekła z budowy wieżowca LOTu (dziś także hotelu Marriott) wcentrum Wwy, 22lipca (!) 1981 r. po zainkasowaniu ponad 50% kasy za ok 30% budowy…
Hmm faktycznie. Dziękuję za korektę. Zaufałem pamięci.
„(…) dzisiejsza polityka to niemalże nowa dziedzina, która z tysiącami lat tradycji nie ma nic wspólnego, (…)”
Wydaje mi się, że w ostatnich Pańskich komentarzach zarówno w powyższym artykule, jak i we wcześniejszym, zdaje się Pan w to wierzyć.
Ludzie wciąż umierają i umierać będą. Tylko że przekaz pokaże to tak, by zawsze były jakieś wątpliwości. I wydaje mi się przy tym, że stał się Pan podatny na ów przekaz – zastanawiam się z przykrością.
Dlatego uważam, że do starych metod dodaje się nowe, a nie – zastępuje.
W zabijaniu ludzi ważne jest, by po te narzędzia sięgać tylko w ostateczności, a i nie trzeba w kogoś celować z broni, by go pozbawić życia (dosłownie i w przenośni – vide: prokurator zajmujący się mafią paliwową).
Pozdrawiam Serdecznie,
N.A.J.
Wszyscy szukają winnego – służby specjalne, PIS, a może sprawa jest prozaiczna, grupa kelnerów wpadła na pomysł nagrywania Vipów i dorabiania do pensji. (Ciekawy jestem czy też Pan nie chciałby wiedzieć o czym mówią Pana antgoniści?). Interes się kręcił póki nie nagrali polityków – nagrania trzeba sprzedać tylko komu? Kupił, być może ktoś kto był wkurzony na PO i bez oglądania się na konsekwencje jakie to spowoduje wobec własnej osoby przekazał mediom. Takie nagrania to jak znalezienie walizki pełnej kokainy na chodniku – ktoś się o nią upomni. Ani z tego zysku a mogą być tylko kłopoty.
W tej materii jest już teoretycznie wszystko jasne ale z uwagi na fakt iż jest to wersja wygodna dla obecnej władzy za pewne nie jest wersją jedyną:) Jeśli idzie o potrzebę wiedzy: każdy z nas jest ciekaw co mówi się za naszymi plecami. Tyle, że znam kilka osób które poszły krok dalej instalując nagrywanko we włąsnych firmach. Efekty? Okazywało się zazwyczaj, że każdy ma do szefów pretensje a najgorszymi krytykami byli zazwyczaj najwięksi serwiliści. Łapali czasem jakieś newsy ale w większości masę błota z którym trudno było sobie potem poradzić. Dlatego ja już wolę nic nie wiedzieć i niczego nie podsłuchiwać.
Notabene, przy okazji obecnej afery nie poinformowano społeczeństwa, że niejawne nagrywanie rozmów w których się samemu uczestniczy jest w naszym kraju legalne. Interesujące prawda?
To, że Gospodarz przyjmuje to wyjaśnienie bez zdziwienia – jest najlepszym komentarzem do sytuacji w Polsce…
BTW: nikogo nie trzeba informować o sytuacji prawnej nagrywania swoich rozmów – ci, których to dotyczy dowiedzą się czego trzeba z forum prawnego…
W obecnej aferze jest wiele wątków w tym kilka wartych rozwinięcia – słowa Sikorskiego – święte – podpisuję się obydwoma rękoma. Bardzo dobrze, że cała Polska mogła to przeczytać, może część zrozumie i zacznie robić REALNE interesy z Rosją, Niemcami i Francją, a nie OBIECYWANE z USA. Amerykanie, z którymi łączy nas „niewiarygodnie silny sojusz” 🙂 nie potrafią przeprowadzić nawet tak banalnej sprawy jak zniesienie wiz dla Polaków, nie mówiąc o innych kwestiach.
Drugi istotny wątek to Belka i jego wizja Narodowego Banku – facet ma jakieś problemy z libido i wyraźne parcie na władzę, moim zdaniem jest do wymiany. Pomysł na wykup obligacji SP przez NBP w warunkach Polski uważam za skrajnie niebezpieczny. Tak warto mieć własną walutę, ale dopóki się jest w 3 dziesiątce gospodarek świata to narzędzie to ostateczność, ratunek na bardzo krótką metę i pokusa do wykorzystania w grze wyborczej – teraz rządzi PO, a co jeśli będzie rządził PiS ? To broń obosieczna.
Trzeci wątek – kto zlecił nagrania – mam przewagę 2 dni i dzisiaj już wiadomo, że głównym podejrzanym jest Marek F., motywy są ekonomiczne, wszystko niby pasuje, niby, bo Składy Węgla kupił jakieś pół roku po tym jak nagrano pierwsze taśmy..
Partia nigdy nie była monolitem, Gierek miał dużo wrogów wewnątrz partii, ciekawy jestem jaki wpływ na to miała reforma administracyjna z 1975r. zrobiona po to aby zmniejszyć władze sekretarzy wojewódzkich i praktycznie zrównać je z sekretarzami z powiatów, a ci stawali się sekretarzami gminnymi.
Bezdyskusyjnie Gierek chciał osłabić rosnących w siłę wojewodów silnych gospodarczo regionów. Co ciekawe z równie politycznych powodów wykonano później ruch odwrotny. Przy obowiązującej ordynacji wyborczej bardziej się to opłaca….
Czy ten tekst nie pozostaje w pewnej sprzeczności z bardzo wyważonym zdaniem na temat Jaruzela (dla mnie Jaruzel)? Nie miał chyba złudzeń, jaki cel miał przyświecać owej „udanej operacji wojskowej”?
Na pewno nie miał. Niestety nierozstrzygniętą do dzisiaj kwestią pozostaje kto wydał rozkaz otwarcia ognia. Osobiście nie uważam, aby to był towarzysz Ministre ale rozkaz wydano na pewno, podobnie zresztą jak w przypadku kopalni Wujek. Możliwe są zatem dwie tezy: a) od początku założono ofiary przyjmując iż jeśli padną w odpowiednio „atrakcyjnym medialnie” kontekście efekt propagandowy będzie silnie oddziaływał na resztę społeczeństwa b) zarówno w 1970 jak i 1981 trafili się w terenie tacy dla których manifestacja siły miała większe znaczenie niż ofiary. Teorie różnią się wyłącznie odpowiedzialnością techniczną ponieważ formalno prawna zarówno w grudniu jak i w styczniu spoczywa na generale.
Jak zawsze dobry tekst.
Mam jednak kilka uwag. Po pierwsze, jak to możliwe że Rosja eksportowała zboże do Polski? To chyba jakaś pomyłka? O ile mi wiadomo, polska żywność była dawana Rosjanom za darmo, żeby w Polsce stworzyć złudzienie głodu. W ten sposób wmawiano nam że prywatne rolnictwo jest nieefektywne i jest potrzeba stworzenia kołchozów.
Po drugie, skąd ma Pan takie dane że aż 46 000 żołnierzy, 1370 czołgów, 1460 transporterów, 50 samolotów brało udział w tej akcji Jaruzelskiego? Biorąc pod uwagę, ilość zabitych podejrzewam że mała grupa zomowców dała by radę. Możliwe że te wozy bojowe były w gotowości w jednostkach, ale nie wjechały do miasta. Zawsze ciekawiło mnie jak winansowane były imperialistyczne marzenia ZSRR? Jak wszyscy wiemy, Rosja napadła na RPA. Brad Fidela Castro dowodził całą operacją. Ale na miejscu byli rosyjscy generałowie, doświadczeni w walce w Afryce Północnej. Wielka pomoc była z NRD, zwłaszcza Honeckera. O Polsce się jakoś nie mówi, ale wiem że polskie fabryki broni pracowały dniami i nocami, a całą produkcję wysyłano na wojnę do RPA. Moje pytanie brzmi, czy kiedykolwiek dostaliśmy pieniądze za to uzbrojenie, czy było to za Bóg zapłać? Ta wojna była nieporozumieniem, jak taki zacofany kraj jak Rosja mogła wygrać wojnę z RPA? Przecież był Pan w RPA i Pan wie że jest to kraj wysoko rozwinięty. Mają dobrych polityków. Dlatego w RPA poziom życia jest wyższy od polskiego. Wstyd mi że Polska angażowała się w taką wojnę. Wstyd mi że w prywatnych rozmowach Radek Sikorski mówi że w Polsce są murzyńskie rządy. Chodzi o to że RPA uzyskała niepodległość 4 lata później niż Polska. Jeśli porównamy, jak te kraje rozwijały się, zobaczymy, że Murzyni nie zniszczyli swojego przemysłu, zwiększyli dochód narodowy 5 krotnie, tym czasem Polska jest bankrutem.
Historia relacji ekport import pomiędzy Polską a ZSSR jest bardzo ciekawa i znacznie odbiega od stereotypów. Przy okazji daje się łatwo zauważyć, jak Polska staje się dla ZSSR coraz większym ciężarem a nie polem do eksploatacji. Powyższe z całą pewnością stało za polityką pieriestrojki która sprowadzała się w znaczym stopniu do ograniczenia lub uwolnienia się od kosztów finansowania satelitów. Dane na temat zaangażowania wojska w grudzień 1970 znajdzie Pan bez większych problemów choćby w materiałach IPN towarzyszącym procesom. W Elblagu i 3 mieście zabezpieczano potężne zakłady wojskowe ZOMO by sobie z takim zadaniem nie poradziło. Pacyfikacja obszarów miejskich wymaga znacznych sił o czym przekonują się cały czas rozmaitej maści puczyści…..
O wojnie w Agnoli ( do niej się Pan de facto odnosi ) pisałem już na blogu choć prawie dwa lata temu. Znajdę post i wyślę link. W czasie kiedy się toczyła ZSRR nie był jeszcze tak zacofany a RPA podcinały sankcje międzynarodowe. Faktycznie jednak, afrykanerzy skutecznie opierali się sporym ofensywom kubansko radzieckim. Zadecydował hart żołnierzy. Na udział polskich jednostek w tym konflikcie dowodów nie ma ale interesując się tematem dowiedziałem się iż na Migach w trakcie tej wojny latali Rosjanie i Polacy.
Szanowny Panie Rafale,
to prawda że RPA miała dobrze wyszkoloną armię, ale wyszkoleniem nie wygrywa się wojny z Układem Warszawskim. RPA miała lepszą technologię. Zbudowali bardzo szybko nowoczesne działa G5, G8 jak się nie mylę zdolne do strzelania ładunkami atomowymi. Oczywiście były też bomby atomowe przygotowane żeby najeźców ugotować i upiec żywcem. Pogłoski mówiły o bombie neutronowej.Użycie takiej bomby było łatwe, bo akcja toczyła się na pustych terenach. W dodatku RPA posiadała rakiety międzykontynentalne gotowe do ataku na Moskwę. RPA miała nawet swojego satelitę gotowego do umieszczenia na orbicie, oraz wiele innych, bardzo nowoczesnych zabawek. To prawda, że w latach 80. zarówno Polska jak i inne kraje obozu wschodniego nie były tak zacofane jak teraz, pomimo że były u szczytu swojej technologii, nie potrafili zbudować broni porównywalnej z afrykańską. The Economist z dnia 28.06.2014 podał że przyczyną tak głębokiego zacofania jakie obserwujemy obecnie w Polsce jest nasz rząd demokratyczny. Czy zgodzi się Pan z ich opinią? Zanim zapanowała demokracja, pod względem nauki było u nas o niebo lepiej.
Jakość nauki i technologii zależy zazwyczaj od tego jakie nakłady decyduje na te cele państwo oraz jak poważnym odbiorcą własnego know how jest własny przemysł.Bezdyskusyjnie gospodarka jako taka mocno się wyredukowała zamieniając się z wytwórczej w przetwórczą. Inna sprawa, że wiele gałęzi przemysłu choć były technologicznie zaawansowane nie miały szans w zderzeniu z dalekim wschodem ( choćby przemysł stoczniowy z niezłym konstrukcyjnym know how ). Państwo powinno ochronić te sektory ale nie leżało to w interesie UE która ich likwidacji wręcz się domagała. Nie brakowało jednak dziedzin w których polska myśl techniczna była delikatnie mówiąc zacofana i dlatego też nikt nie korzysta dzisiaj ze sprzętu HIFI sygnowanego logiem Kasprzak, czyli zakładu o profilu głównie zbrojeniowym. PRL była zupełnie innym państwem i bez względu jakie miała auty miała swoje wyraźne pasywa które doprowadziły do takich a nie innych politycznych rozstrzygnięć. Rożnica jest jednak taka, że dla ZSRR Polska była obszarem afirmacji dla Zachodu jest rynkiem zbytu i niczym więcej.
Edzio Gierek to był solidny gość. Popełnił wiele błędów, bo to prosty górnik, ale zrobił wiele dla ojczyzny. Zrobił Polskę potęgą gospodarczą. Przykro mi że przyszli tacy ludzie jak Wałęsa, Kaczyński, Tusk I zniszczyli to wszystko co zrobił dla nas Edzio Gierek. Teraz staliśmy się bananową republiką. Nie mamy przemysłu, nauki, pracy, tylko długi. Najgorsze, że nie widzę sposobu żeby Polska kiedykolwiek z tego wyszła. Nasze nadzieje na lepszą Polskę już się rozwiały. Nie widzę sposobu żeby naprawić te zniszczenia. To gorsze niż wojna. Po II wojnie światowej Polska szybko się odbudowała. Aż dziwne, że kraj w oczach rósł w siłę. Wystarczyło 20 lat rządów tych złodziei I Polska upada. Martwi mnie że nasza nauka też upadła. Za Gierka budowaliśmy okręty, samochody, samoloty, telewizory itp. Teraz nie jesteśmy w stanie zbudować nic. W tym czasie USA planuje wysyłanie wahadłowców na Marsa. Buduje nowoczesną broń, a Polska nie ma prawie armi. To demostruje nam poziom polskiej nauki. Gierek w tajemnicy przed ZSRR budował sprzęt dla naszej armii. Mieliśmy wielu inżynierów. Zastanawiam się, co się teraz dzieje z tymi ludźmi? Gdzie ta polska inteligencja? Nawet ten portal jest na WordPressie, bow Polsce nie potrafią nic zrobić.
Panie Rafale, właśnie czatałam Pana artykuł o Angoli. Pan nie zrozumiał sedna problemu. Nie chodziło tutaj o ropę naftową ani o Angolę.
Armia RPA broniła tam swojego kraju, nie Angoli. Książki o której Pan pisze nie czytałam i nie chcę czytać, wygląda dla mnie jak komunistaczna propaganda. Może Pan pojechać do Angoli, są tam pomniki dla poległych, ale nie dla wojsk RPA, bo tych wojsk nie chciała tam Angola. W rozumieniu rządu Angoli, to SADF (RPA) był najeźdźcą, nie Kuba.
Konstrukcja „nie czytałam i nie chcę czytać” brzmi znajomo:) Być może nie zrozumiałem sedna problemu, nie aspiruję na tym blogu do roli nośnika prawd uniwersalnych przedstawiam wyłącznie swój, siłą rzeczy subiektywny punkt widzenia. O tej wojnie rozmawiałem wielokrotnie z obywatelami RPA w tym weteranami którzy nie nazywali tej wojny inaczej niż „graniczna” co de facto jest zgodne z Pani tezą.
Od pewnego czasu czytuję tego bloga. Widzę, że kiedykolwiek Rafał pisze o RPA, wywołuje to wiele komentarzy. Oznacza to że temat jest interesujący I bulwersujący zarazem. Uważam, że nasz kraj wiele może nauczyć się od RPA. Na Wirtualnej Polse każdego dnia widuję artykuły o planach modernizacji polskiej armii. Zakupimy najlepsze systemy rakietowe I najlepsze wyposażenie jakie jest możliwe. Moja opinia -najlepsze znaczy najdroższe. W RPA mają inne podejście. Zamiast kupować taki drogi sprzęt, lepiej zbudować t samemu. RPA zbudowała całe systemy rakietowe, bomby atomowe, samoloty, helikoptery, działa I dużo więcej samodzielnie. Pamiętajcie że była blokada I było niemożliwością zakupić broń. Przez długie lata RPA eksporowała swoją broń. Niestety,teraz RPA coraz mniej liczy się w zbrojeniach, bo nowy rząd to zaniedbał. Moim zdaniem, zamiast kupować, Polska powinna samodzielnie budować uzbrojenie. Jest to najlepszy sposób żeby podwyższyć nasz poziom technologiczny. Nie oszukujmy się, obecnie Polska stoczyła się na sam dół. Poziom edukacji bardzo niski, ale jak ma być wysoki, jeśli w Polsce nic się nie produkuje? Nie robi się badań naukowych. Nie możemy polegać na obcych technologiach. Musimy sami tworzyć technologie, to jedyny ratunek dla Polski.
[…] Jak pisze Rafał Bauer: […]
Gdzieś czytałem ostatnio, ze Gomułkę wykończyła Moskwa rękoma Jaruzelskiego za traktat z Brandtem i próbę manewru ekonomicznego. Czyli ogólnie – antycypowaną emancypację.