Czyli o tym, że nadzieja umiera ostatnia.
Historia Polski obfituje w wydarzenia, które, mimo iż na scenariusze filmów nadają się doskonale, nie mogą się przebić do kanonicznej wersji znanej z podręczników szkolnych. Tymczasem nocny skok Józefa Retingera nadaje się wręcz idealnie na punkt wyjścia do ważnej dyskusji i na pewno zainteresowałby najbardziej rozwydrzonych nastolatków. Nic dziwnego, bo ta historia to w zasadzie gotowy thriller, w którym trup ściele się dość gęsto i co gorsza pośród swoich. Wszystko zaczyna się nocą z 3 na 4 kwietnia 1944: swój pierwszy i ostatni skok na spadochronie oddawał wprawdzie polityk o ustalonej renomie intryganta, ale jego wybitnych koneksji nikt nie śmiał kwestionować. To dzięki nim właśnie leciał do kraju przy wsparciu brytyjskim. Choć eskapadę popierał premier (Mikołajczyk), to ów niebezpieczny pomysł blokował Naczelny Wódz (Sosnkowski). Dlaczego?
Otóż celem misji było zaproszenie do rządu… PPR. Pomysł nie był nowy – rozmowy prowadzono rok wcześniej, ale rozbiły się o fundament ideowy (Katyń). Retinger liczył na momentum: w chwili gdy skakał Stalin negocjował w Moskwie z ekipą Gomułki, ale na skreślenie rządu w Londynie jeszcze się nie zdecydował. Już w Warszawie okazało się, że pomysły Retingera padają na bardzo podatny grunt, ale… nie podobają się wojskowym ani towarzyszowi Gomułce. Ci pierwsi swoją niechęć wyrażali zresztą konkretnie: zamachów było kilka, a emisariusz tylko cudem wyszedł z nich obronną ręką. Jego misję zakończył niemal symboliczny rajd śmierci: major Jerzy Makowiecki (wraz z żoną), kapitan Ludwik Widerszal (żonę oszczędzono; egzekutorzy nabrali wątpliwości) stracili życie wyłącznie dlatego, że zdaniem części środowisk wojskowych (przy czym do dzisiaj nie wiadomo kto faktycznie wydał wyroki) za bardzo rwali się do porozumienia z Moskwą. Kuli cudem uniknął kapitan Kazimierz Moczarski (autor „Rozmów z katem”) i można by przyjąć, że celem likwidatorów byli wyłącznie działacze Stronnictwa Demokratycznego, gdyby nie to, że zamachnięto się również na samego dowódcę Biura Informacji i Propagandy AK, czyli pułkownika Jana Rzepeckiego. Czerwiec 1944 był gorący. Po tych zabójstwach chętnych do porozumienia z Moskwą wyraźnie ubyło.
Czy taka wciągająca historia nie powinna być tłem do rozważań na temat zasadności Powstania w Warszawie? Jakie i o ile lepsze warunki rozmów mogło zapewnić przyjęcie Rosjan w roli gospodarzy skoro nie podjęto wcześniej żadnych politycznych porozumień? Ba, znano efekty operacji „Ostra brama”, gdzie mimo wspólnego ataku, Sowieci aresztowali żołnierzy AK zaraz po zdobyciu miasta. O kalkulacjach zwolenników Powstania napisano już niejedno, ale w tej chwili ważniejsze jest coś innego: za prawicową wizję Polski dało gardło ponad 200 tysięcy mieszkańców Warszawy. To znacznie więcej niż oszacowana przez Tomasza Łabuszewskiego, a nigdy nie zweryfikowana, liczba 50 tysięcy ofiar zbrodni komunistycznych. Pojawia się zatem proste pytanie: czy nawet gdyby i tak miało do nich dojść, warto było rzucić na stos tak wielu niewinnych?
Z perspektywy Boga, Honoru i Ojczyzny ów rachunek jest oczywisty; podobnie jak piewcom tej wersji podejścia do polskiej racji stanu oczywisty wydaje się zwrot, po którym Polska – sojusznik Hitlera (wspólny rozbiór Czechosłowacji X 1938), zaledwie 4 miesiące późnej radykalnie opiera się dalszej współpracy przy ataku na ZSRR, który… był przecież naszym głównym wrogiem przez 18 lat niepodległości! Oczywiście natychmiast odezwą się głosy, że niezwłocznie po pokonaniu Rosji przyszłaby kolej na polsko-niemieckie rewindykacje graniczne. Być może, ale się o tym nie przekonamy. Wiadomo za to, że ZSRR był niezwykle litościwy dla swoich wrogów: jak by nie było w gronie krajów Demokracji Ludowej tylko i wyłącznie Polska była przeciwnikiem Hitlera w II Wojnie Światowej. O powyższym zadecydowały geopolityczne kalkulacje. Nigdzie nie jest powiedziane, że Hitler w roli zwycięzcy pozwalałby sobie na pruskie małostkowości.
Czemu jednak służy ten przydługi wywód? Otóż cudem ocalały Józef Retinger był po wojnie jednym z animatorów projektu Unii Europejskiej a do historii przejdzie na zawsze jako założyciel Grupy Bilderberg – organizacji, która od dziesięcioleci realizuje politykę z dala od oczu opinii publicznej. Dla przeciwników to dowód na to, iż realna siła sprawcza to nie parlamenty, ale rozmaite grupy wpływu – czyli amorficzny mariaż polityki i pieniądza. Nasuwa się jednak proste pytanie: czy to aby faktycznie coś nowego? Jest przecież dokładnie odwrotnie: polityka realizowana w imieniu ludu to mit, który szerzej upowszechniła się dopiero po roku 1918 roku:). Choć to zaiste zgrabna koncepcja, trudno założyć, że zbiorowa wola kolejarzy, drukarzy, nauczycielek i lekarzy jest w czymkolwiek lepsza od tego, co uknuje sobie taka czy inna międzynarodowa sitwa. Dzieje się tak dlatego, że ową zbiorową wolę zawsze formuje się sloganami a te z rozsądkiem mają zazwyczaj tyle wspólnego ile mądrość z mądrością ludową. Polska jest tu zresztą najlepszym przykładem a szczególnie teraz, gdy w przestrzeni publicznej pojawił się POLEXIT. Obie strony politycznej scysji uciekły się do mocno naciąganych argumentów, bo prawda jest po prostu obustronnie niewygodna. Czemu?
Bo dalsza obecność w UE to głębsza integracja – o czym można sobie poczytać na stronach samej UE. Przyjęcie EURO to nie opcja, tylko obowiązek zapisany w traktacie z 2004 roku i niebawem może się okazać, że musimy je przyjąć nawet jeśli nie chcemy. Wszystko to razem z niepodległością wiele wspólnego nie ma, ale projekt UE to w ujęciu docelowym projekt Stanów Zjednoczonych Europy, więc w dalekiej przyszłości możemy liczyć na taką suwerenność jak Kalifornia czy Teksas. Idąc dalej trzeba by przypomnieć, że od 2025 roku Polska będzie już najprawdopodobniej płatnikiem netto, więc wywody ile jeszcze dostanie, mają znacznie drugorzędne. Zwolennicy obecności w UE powinni umieć się z tymi faktami zmierzyć i swoim zwolennikom być w stanie powiedzieć jasno: dostaliśmy, aby osiągnąć sukces; ale mając go, będziemy musieli się podzielić. Niby to oczywiste ale nad Wisłą….. bardzo niewygodne politycznie.
Krytykom jest znacznie prościej. Przykład pierwszy z brzegu: utrata własnej waluty to utrata najważniejszej sprężyny gospodarczej niepodległego kraju, głównego instrumentu makro stymulacji. Czyż nie będzie to dla PIS fundament przyszłej kampanii wyborczej? Chcesz złotówek w portfelu czy Euro? Chcesz tkwić w eurosojuzie skoro to my będziemy płacic im a nie oni nam? Jak wiadomo, solidarni jesteśmy na papierze więc wyniki takiej polityki iformacyjnej mogą się okazać zaskakujące….
Tymczasem w historycznych momentach zwrotnych powinno się liczyć coś więcej niż tylko wyborcza kalkulacja. W 1939 Beck zbierał punkty pod wybory prezydenckie, które miały się odbyć wiosną 1940 i postawił na wojnę z Niemcami. W 1944 Sosnkowski i Raczkiewicz woleli obronę honoru niż współpracę z mordercami polskich oficerów w Katyniu. W 1989 udało się uniknąć daniny krwi, ale warto pamiętać, że dla Kornela Morawieckiego był to zawsze naczelny grzech III RP: konszachty z „czerwonymi” przy okrągłym stole.
W 2023 będziemy najpewniej decydować czy wolimy być stanem w Unii Europejskiej czy też samodzielnym państwem zakleszczonym między wschodem i zachodem. Osobiscie uważam, że lepiej być choćby trzonkiem młota niż najlepszą politurą na kowadele. Ale też może się okazać, iż większość będzie uwazać, że lepiej nie płacić rachunków, trzasnąć drzwiami i wyjść.
Prosto w czułe objęcia Moskwy.
Skupiamy się na szczegółach, a warto zacząć, tak, jak to robili starożytni – od ogółu, wtedy i sprawa Polski nabierze innego kontekstu.
Zacznijmy od tego, że USA napadło na Irak nie z powodu broni masowego rażenia, której przecież nie wykryto, a z powodu glinianych tabliczek, które masowo „znikły” z muzeów, ale też i z piasków pustyni. Tak się właśnie składało, ze najbardziej podejrzane o składowanie broni chemicznej okazały się stanowiska archeologiczne. Cóż to ma wspólnego z Polakami? Genetycznie i kulturowo jest nam bliżej do Irańczyków i Irakijczyków niż do Niemców, czy Francuzów.
W czasie opisywanych działań władzę w ZSRR dzierżyła grupa, bynajmniej nie Rosjan, stąd też analogicznie władze w Polsce powojennej przejąć mogła tylko taka sama mniejszość, jak w ZSRR. Cel działań obu tych mniejszości, i w ZSRR i w Polsce był taki sam – przejąć „gliniane tabliczki” i dokończyć eliminacje elity z określonego genotypu. Tak się bowiem składa, że zarówno I, jak i II woja światowa to holocaust słowiańskiego genotypu na niespotykaną skalę, sięgającą ok 70% ofiar tych wojen. A co było na polskich i rosyjskich „glinianych tabliczkach”? Najprawdopodobniej coś zbliżonego do tego co było i na tabliczkach w Iraku. Tam znaleziono podstawy matematyki przestrzennej opartej o system 15 i 60-siętny. Na ziemiach polskich i rosyjskich, aż do dalekiej Syberii stosowano też ten sposób liczenia, więc zniknięto „gliniane tabliczki” i głowy tych, w których mogłoby się przypadkiem coś tam przechować.
Takie korporacyjne działanie, typowe dla Atlantów – jak już ciebie nie potrzebujemy, to najlepiej włożyć wiertarkę do głowy narodów i zamieszać.
Obecnie mamy powtórkę z rozrywki, tyle, że w sferze grabieży gospodarczej. Naiwnym jest, kto uważa, ze Murzyni z Luizjany będą umierać za Gdańsk. Anglicy z Londynu też nie umierali, za to całkiem lekko popchnęli nas w przepaść.
Kapitalny wpis, zresztą jak cały blog.
To zderzenie w okolicy 2025 może być groźne do naszej racji stanu, gdyż tak jak pan napisał może popchnać PiS do narracji w powyższym stylu, jak do tego dodamy to, że opozycja do zaoferowania miała jak do tej pory: niebieskie baloniki oraz frazesy o „uśmiechniętych, przyjaznych, nowczesnych ludziach”.
W sumie jeżeli chodzi o europejski projekt i udział Polski to patrzę z optymizmem w przyszłość i o dziwo bardzie nawet przy udziale obecnej władzy z kilku powodów:
– Unia w końcu wydaje się dorosła do jednocznia, a zwyczajową danine krwi w takim momencie może zastapić chaos pandemiczny
-Pakiet 'covidowy” którego jakoś cieżko dopasować obciążeniami epidemii będzie jednoczniem przez powiązanie gospodarcze, energetyczne, medyczne. Znacznie skuteczniejsze niż sympozja o równości i kolorowe naklejki
-Morawiecki za brak veta i 55% redukcji emisjii musiał mieć obiecane dużo i to zwłaszcza przez niemiecką prezydencję
– spoiwem jednoczenia może być transformacja energetyczna, wielkie projekty jak energetyka jądrowa, gazowa co kto woli. Ale duże projekty widać i czuć, że są wspólne.
-wyobraźmy sobie, że dość chłodno nastawiony do EU PiS jest teraz w opozycji, ileż więcej miałby paliwa do budzenia niepokojów niż gdy jest u władzy
-mimo wszytko ci krzykacze pokroju Kowalskiego itd nie chcą być poza EU tylko mieć właśnie swój własny Teksas 🙂
-najbardziej eurocesptyczna Konfederacja traci młodych, bo za cene obecności w sejmie nabrała do swojego grona tych którzy ustawiają szklany sufit na pozimie 7% max.
-PiS musi najbardziej zrobić zwrot wśród swojej starzejącej się grupy wyborców, może właśnie zwrot do EU
-Unia musi w końcu pokazać jakąś siłe w dziedzinie obronności, bez tego nie będzie jednoczenia. Nikt nie uwierzy w Stany Zjedonczone jeżeli nie umie trzymać w ryzach swoich południowych granic, dać się sztanżować Sułtanowi znad Bosforu. Musi pokazać realna siłę i nie na dopłatach do scieżek rowerowych nad Mamrami lub Blatonem.
Pozdrawiam i jako wierny odbiorca dziękuję za częste wpisy.
Zdrowia!
Bardzo się cieszę, że ten wpis przypadł do gustu ponieważ jest to jeden z bardziej osobistych tekstów jakie napisałem ostatnio. PIS w opozycji byłby werbalnie znacznie bardziej anty UE ( wystarczy przypomnieć „Polskę w ruinie ) ale …. byłby w opozycji więc pozbawiony siły sprawczej. Obecnie z UE chętnie skorzysta ale jak sądzę z powodów czysto koniunkturalnych. Balon próbny wykazał jasno, że nie ma jeszcze politycznego zapotrzebowania na Polexit ale …. możne się ono stworzyć. Wiec zgadzam się z wnioskiem, że teraz luminarzom PIS z UE jest na rękę ale proszę zauważyć jaką piękną mają opcję: dzisiaj mogą być na swoich warunkach za UE a jutro jeśli tylko będzie im to pasowało ( płatnik netto ) mogą nas z UE wyprowadzić nie bacząc w ogóle na to gdzie się znajdziemy. Pośrednio świadczy o tym stan naszej dyplomacji. Jestem bardziej niż pewien, że niedawny kryzys ….. rozładowała tak na prawdę Angela Merkel. Po coś były te ciche wizyty w Berlinie. I na koniec kwestia obronności….. przez lata irytowali nas Francuzi którzy nie chcieli umierać za Gdańsk. A dożyliśmy czasów gdzie jestem bardziej niż pewien, że Polacy nie bedą chcieli umierać za Paryż a to oznacza, że w sensie militarnym UE może liczyć na armie zawodowe a te są nieliczne i nie nadają się do odpierania zagrożeń w skali makro …..
Zatem, czy nie jest najlogiczniejszym wyjściem tworzenie elastycznie (by nie wadzić interesom UE) i konsekwentnie tworu, który z naszej racji historycznej posiada największy sens: Inicjatywa 3morza? Chyba po to gramy na rozbudowę infrastruktury dróg (via Carpatia, via Baltica) + staramy się rozbudować możliwości naszych portów morskich / rozbudowa Terminalu LNG w Świnoujściu. W 1 koeljnosci rozbudowa infrastruktury, która pogłębi handel / współprace?
Coż to stara i na pewno interesująca koncepcja która niestety już kilka razy bankrutowała…To w sumie idealny temat na post w którym chętnie rozwinę swój punkt widzenia.
Panie Rafale felieton jednym tchem przeczytany.
Bardzo mi miło:)
Zawsze z wypiekami czytam Pańskie artykuły, może dlatego że są tak rzadkie.
Marzy mi się i wydaje mi się możliwy do przeprowadzenia projekt który odsuwając PiS od władzy przekształca Polskę rzeczywistego uczestnika transformacji jaka przynosi nam Unia. Takie political fanfiction zasługujące na pokojowego Nobla. Taka urocza kaskada nieprawdopodobności. Jednak zgodna z teorią chaosu, która wyznaje. Trochę jak błyskawica gdy kilka rzeczy będzie na swoim miejscu, wystrzeli i zbieżność symboli jest tutaj zupełnie przypadkowa.
Dziękuję za motywację do dalszego pisana i muszę przyznać, że ….. zawsze miałem podobne nadzieje. Tyle, że od pewnego czasu je tracę ponieważ po raz kolejny okazuje się, jak mocno oddziałują na nas państwa ościenne. Co gorsza nie widzę możliwości aby po raz drugi w historii Polski takie wraże figury jak Piłsudski i Dmowski podali sobie ręce ponad podziałami a taki akt jest w zasadzie niezbędny dla uruchomienia owej „kaskady nieprawdopodobności nieprawdaż :)? Niestety Tusk i Kaczyński prędzej zatłuką się szpadlami niż podadzą sobie ręce:( Poza nimi nie ma na politycznej szachownicy figur które były by wstanie oddziaływać na historię. Ale nie ma ich na razie. Kto wie, czy nie wyłoni się jakiś lider z tego co dzieje się obecnie …..
W tym przypadku lepiej niż teoria chaosu ( która przecież jest wysoce deterministyczna ) , pasowałaby LEM-owska „Algomatyka” , czyli Algebra sporów fatalnych , zwana też przez teoretyków gier „Sadystyka” 😉
Znakomite!! To jest zawsze co myślałem a nigdy nie powiedziałem.
Nie podpisuję się tylko pod ostatnim zdaniem.
Dziękuję za miły komplement a jednocześnie się cieszę, że jest miejsce na polemikę:)
Dobry wpis. Panie Rafale czy jest Pan w stanie polecić jakieś książki opisujące niuanse wydarzeń z Pana wpisu: 1944r., Retinger, emisariusz, zabójstwa itd.? Z góry ukłony
Bardzo dziękuję za przychylną opinię. Literatura na temat kulis zmiany z lat 1944/1945 jest niestety bardzo uboga ponieważ to kwestie aktywne politycznie. Sporo można przeczytać u Cata, ale osobiście zacząłbym od „Polityk prywatny” Bogdana Podgórskiego. Rewelacji tu nie ma ale można sporo zrozumieć analizując treść między wierszami. Warto przeczytać wspomnienia Rzepeckiego ale mając na uwadze datę ich spisania. KIlka ciekawostek znajdzie się również w „Rozmowach z Katem” oczywiście w wydaniach po 1989. UB maglowało Moczarskiego między innymi o grupę Sudeczki i zabójstwa w BIP. Zakładam, że pozycję Ciechanowskiego „Powstanie Warszawskie” Pan zna tam również da się znaleźć kilka ciekawych wątków w tym jeden dotyczący roli Okulickiego który przecież oficjalnie podważył rozkazy Naczelnego Wodza. Warto przeczytać „Stanisław Mikołajczyk klęska realisty” Paczkowskiego. Na koniec Celta „Z Retingerem do Warszawy i z powrotem” sporo tam mikro intryg ale przeczytać warto 🙂
Sporo ciekawostek można znaleźć w „Dramacie dowódcy” – Pamiętniku Jana Jaźwińskiego. Polecam.
„Rzuca światło na destruktywną działalność Mikołajczyka, Kota, Modelskiego, Retingera, Litauera, Tatara et consortes” ciekawe zestawienie! Dziękuje za wskazówkę przeczytam na pewno choć jak widzę nie będzie łatwo dotrzeć do tej pozycji.
Dobry wpis. Panie Rafale czy jest Pan w stanie polecić jakieś książki opisujące niuanse wydarzeń z Pana wpisu: 1944r., Retinger, emisariusz, zabójstwa itd.? Z góry ukłony
Blog jest świetny i czytam go od dawna ( fajnie że się uaktywnił 🙂 . Zwłaszcza smaczki historyczne są rewelacyjne. Natomiast z przenoszeniem wniosków w przyszłość ( i receptami jutro) bywa różnie. Tak jest też w tym wypadku – traktowanie UE i obecnego jej kierunku „rozwoju” jako konieczności historycznej jest mocno dyskusyjne szczególnie w roku dokonanego Brexitu. Warunki którego może nie są zbyt dobre dla angoli ( zwłaszcza „city” ) ale na pewno nie tak odstraszające jak wielu pragneło ( np Piotr Kuczyński ciągle o tym pisał).
Nawet założenie że będzie to Unia skuteczna bo niemiecka nie jest koniecznie przekonywujące bo same niemcy straciły sporo ze swojej legendarnej marki ( rynkowej) i wydaje że to tendencja pogłębiająca się ( np radzenie sobie z Covid19 dobrze wygląda tylko na tle sąsiadów ( nie wszystkich) ale jest dalekie od tego co u nas ciągle się powiela bezkrytycznie)
A wcale nie jest powiedziane czy Paryż i Rzym zgodzą się na takie przywództwo – dlatego pisanie teraz ( w 2021 ) o konieczności przyjęcia € jest mocno ryzykowną tezą z którą nie zgadza się nawet większość ekonomistów tradycyjnie przychylnych tej idei.
Bardzo mi miło, że jest Pan czytelnikiem od dawna.Zaniechałem pisania ….. ponieważ pokonał mnie pogląd z którym starałem się polemizować prowadząc ten blog przez 10 lat. Niestety historia faktycznie nigdy nikogo niczego nie nauczyła i nie nauczy. Ale pisać warto choćby dla przypominania historycznych smaczków:) Z receptami staram się uważać choć czasem coś się wyrwie:) Jeśli idzie o Euro nigdy nie byłem fanem wspólnej waluty i do jej przyjmowania nie namawiałem. Chodziło mi raczej o to, że takie zobowiązanie zostało przyjęte i było jednym z warunków akcesji. O tym czy EURO zostanie przyjęte lub będzie to jeden z powodów POLEXITU przekonamy się w przyszłości….
Skoro wspomina sie tutaj o „projektach politycznych” i punktem wyjscia jest 39r gdzie finalizowal sie projekt „spuszamy brytoli po brzytwie”. Ktory to byl sfinansowanego przez Wielki Kryzys USA z lat 30tych za zlote dolary (pamietajmy ze wtenczas nikt nie osmielil sie drukowac ani 1% tego co teraz) zeby zbudowac 3 Rzesze na gruzach bankruta Weimarskiego.. Hitler i jego pacholki to byli najemnicy wykonywujacy polecenia inwestorow..
Jest to zly punk wyjscia.
Historie trzeba pisac od jakiegos poczatku i dlatego „najpozniejszym” punktem wyjscia musi byc Wersal.
Granice byly wytyczone w taki a nie inny sposob a pod pozniejsze projekty gdzie pierwszy nieudany to byl Tuchaczewski ze swoja swolacza jedzie do Hiszpani ktory niewypalil 100 lat temu mimo usilnych dizalan „aliantow” aby sie „ruskim” udalo.. kto chce niech doczyta jak nas „alianci i kontrahenci” „wspierali”.
Po 100 lat dla Polski nadal sa 3 strony.. jedna sie zmienila UK wypadlo z ligi rozgrywajacych.. i zastapil ja dawny proxy USA-Niemcy(i obecne jego poxy UE).. USA i Rosja sa ta gdzie byly z takim samym potencjalem..
I pytanie pozostaje czy Polska powinna byc w sojuszu:
1) z USA(ktore sa w stanie spalic kraj do golej ziemi „w imie zasad” po czym spierdzielic.. Libia, Irak, Wietnam).. oczywiscie sa szczesliwcy jak Japonia i Korea z bogactwem „work till you drop” dla 80% populacji..
2) z Niemcami ktorzy palili polakami w piecach dla zasady, jak nie bylo czasu by wyrzucac popiol to rozwalali ich hurtowo jak w powstaniu warszawskim.. i nadal uwazaja ich za „rownych sobie”
3) z Rosja – rozwalili kazego Polaka ktory sie im sprzeciwial razem z rodzinami i znajomymi a jak bylo potrzeba to cale „elity” dla pewnosci. Ale posluszni dozyli w chwale do starczej smierci jak tow. Jaruzelski..
Dla entuzjastow „nowosci”.. Chiny nie stanowia dla Polski zadnej alternatywy.. chyba ze zainstaluja w Polsce „mala baze” tak ze 100k lepszych wojsk.. tyle ze to nie ich metoda dzialania wiec wracamy do poprzedniej trojki..
Gdyby się cofnąć w czasie nieco bardziej ( 1756 ) okaże się, że już wtedy po prostu skończyło się zapotrzebowanie geopolityczne na taki byt jak Rzeczpospolita Polska.O przyczynach napisano juz wiele poważnych pozycji ale prawda jest za pewne prozaiczna: centrum polityczne kraju oferowało po prostu mniej niż państwa ościenne. W 1918 roku nic się nie zmieniło poza tym, że państwom ościennym na restytucji Rzeczpospolitej po prostu zależało. A że obecnie znowu nie zależy to nasze pole do manewru się mocno zmniejsza z tą różnicą, że po raz pierwszy od wieków liczymy się jako rynek gospodarczy. Co prawda wyłącznie konsumpcyjny ale ….. w dzisiejszych czasach zrobiło się to szalenie ważne. Dlatego też nie ma już dylematu kogo na sojusznika mamy sobie wybrać. Pytanie jest raczej takie kto w roli swojego sojusznika nas obsadzi.
Skoro cofamy sie do XVII i XVIIIw to nalezaloby dac kontekst roku 1756 bo okaze sie ze tak jak 2WS byla projektem finansowanym przez „najbogatsze” panstwo swiata w latach 30tych tak Powstanie Chmielnickiego i pozniejszy Potop Szwedzki tez byly projektami finansowanymi przez najbogatsze panstwo uwczesnego swiata..
Skoro ktos wylozyl taka fure pieniedzy na zatopienie 1RP wynikalo ze byl to twor ktory zagrazal calej reszcie w kwestiach symbolicznych czyli najwazniejszych..
Tak wielkie projekty polityczne mimo przeogromych kosztow jak widac dzialaja od stuleci.
Słuszna racja dlatego też, 1756 skontekstowałem w swoim kolejnym wpisie:)
@Maciej
A to jest bardzo ciekawe, jak to było z tym powstaniem Chmielnickiego i później z Potopem….
Bo z jednej strony ktoś to musiał faktycznie pchnąć organizacyjnie i finansowo do przodu. I ciekaw jestem jak to w detalu wyglądało, a nie wiem gdzie szukać…. jakieś pomysły?
Ale z drugiej strony musiały te wysiłki trafić na podatny grunt… jak by Ukraina nie byłą beczką prochu, to i góra złota by pewnie nie pomogła?
Oraz z trzeciej strony Potop to był odłamek wojny 30 letniej. Ja już gdzieś na jakimś forum sformułowałem tezę, że Panowie Bracia to dali tylnej części ciała na całej linii. Bo mogli obserwować co się działo za zachodnią granicą i nie przygotowali najbogatszych terytoriów RON na nic podobnego. Nie było żadnych fortyfikacji z których można by się przed ewentualnym najeźdźcą bronić. Każda siła wojskowa mogła wejść w ten rejon jak w masło…. co też się stało.
Warto pamiętać, że Chmielnicki dysponował sporymi środkami które korona przeznaczyła na finansowanie kozaków rejestrowych. Wykorzystał je do swoich celów a jego „najemnikom” było doskonale wszystko jedno z kim walczą. Wolnościowe hasła podchwyciła „czerń” która podówczas składała się w sporej części z potomków zbiegłych chłopów koronnych zatem rachunki krzywd były dość świeże:/