Co to jest mord polityczny?

Pozornie to kategoria która w nadwiślańskim kraju albo nie występuje albo jest zarezerwowana wyłącznie dla okresu ancient regime’u. Tymczasem warto by było wskazać choćby dwie najgłośniejsze serie zabójstw popełnionych już w teoretycznie przynajmniej wolnej Polsce. Pierwsza to ofiary FOZZ czyli przede wszystkim Walerian Pańko i Michał Faltzmann. Drugi nie mniej ciekawy łańcuch to Piotr Jaroszewicz i jego współpracownicy.

Kto jeszcze pamięta morderstwo Piotra Jaroszewicza? W 1992 roku było to jedno z najważniejszych wydarzeń. W nocy z dnia 31 sierpnia na 1 września zamordowano ich oboje: Piotra Jaroszewicza i Alicję Solską. O ile kobieta została po prostu zastrzelona o tyle były premier zanim potwornie skonał przeżył wielogodzinne tortury. Teoretycznie sprawców schwytano. Objęto śledztwem 4 drobnych meneli których sąd w 2000 roku uniewinnił. Można by powiedzieć zwykła sprawa. Być może dla ludzi którzy nie pamiętają już kim był Piotr Jaroszewicz jedna z najważniejszych figur w naszym kraju.

Wedle informacji takich świadków jak choćby Albin Siwak, Jaroszewicz nie przyjmował nie zapowiedzianych gości, sam wychodził na zewnątrz aby otworzyć im furtkę a w domu nie rozstawał się pistoletem nawet siedząc w swoim ulubionym fotelu. I w tym właśnie fotelu został zamordowany. Torturowano go naprawdę okrutnie. Obie stopy miał przybite gwoźdźmi do podłogi podobnie jak lewą dłoń tyle że do podłokietnika fotela. Zył mimo tak zadanego bólu postawiono mu wolną prawą rękę po to aby coś podpisał albo wskazał. Skonał uduszony specyficzną garotą. Duszono go paskiem zaciskanym na szyi ciupagą. Umierał w mękach przez wiele godzin. Zona miała więcej szczęścia. Skrępowaną, po wielu godzinach asysty torturowanemu mężowi zastrzelono ją strzałem w głowę. Takie morderstwa nie trafiają się zbyt często prawda? Co ciekawe podobnie jak w kilku znanych publicznie śledztwach przybyła na miejsce ekipa dochodzeniowa popełnia wszelkie możliwe błędy. W prasie pojawiają się różne hipotezy gdzie główną ma być obawa byłych funkcjonariuszy PRL o ujawnienie zakamarków ich przeszłości. Alternatywnie sugeruje się obawę polityków nowej Polandy o ujawnienie informacji dotyczących ich płatnej współpracy z MSW. Moim zdaniem to tylko celowe mylenie tropów. od 1980 roku, odsunięty jako członek ekipy Gierka, Piotr Jaroszewicz jest tylko kibicem wydarzeń który wszelako mógłby bez trudu paść wtedy ofiarą wypadku samochodowego. W 1981 roku jest nawet internowany. Gdyby posiadał informacje mordercze dla ówczesnych ekip za pewne by nie dożył 1989 roku. A nowi potencjalni agenci przy władzy? Nawet gdyby zostali ujawnieni z łatwością obalili by zarzuty podobnie jak choćby Michał Boni który w słynną czerwcową noc żarliwie nazywał listę Maciarewicza SBcką manipulacją. W 2008 roku wyznał, że współpracował. Ale mało i niechętnie. Nie jestem apologetą Antka. Po prostu wskazuję na to jak łatwo było jednak odeprzeć nawet prawdziwe zarzuty. Cóż nam zatem pozostaje? Historia ciekawie podwójna.

Radomierzyce 1945.

W kwietniu tego roku pułkownik Piotr Jaroszewicz z małą grupą współpracowników pojawia się w Redmitz małej wsi na dzisiejszej granicy Polsko Niemieckiej, podówczas w sercu niemieckich do szpiku Sudetów. Towarzyszy mu Jerzy Fonkowicz, Władysław Boczoń i Tadeusz Steć. Pierwsze dwa nazwiska to nie byle jakie figury Fonkowicz agent NKWD jako szef  wywiady Armii Ludowej i główne aktywo Mariana Spychalskiego przeprowadził w 1944 akcje na Archiwum Delegatury Rządu na Kraj zawierające między innymi dane o przedwojennej polskiej agenturze w szeregach KPP. Część materiałów przekazano podobno Gestapo które niebawem zrobiło z nich dobry użytek. w 1945 roku Fonkiewicz jest już szefem III Oddziału słynnej już Informacji Wojskowej gdzie zdobywa wtedy szlify młody zdolny oficer Czesław Kiszczak. Fonkowicz w LWP ma dwu szefów wiceministra Mariana Spychalskiego ale przede wszystkim Iwana Sierowa szefa mrocznego Smiersza. Jaroszewicz i Fonkowicz to wtedy de facto NKWD i GRU w armii. Jaroszewicz w Radomierzycach jest jako szef Głównego Zarządu Politycznego czyli nadzoru politycznego nad armią. Kim są pozostali? Steć wedle dostępnych źródeł jest wtedy nikim, uchodźcą który znajduje się w okolicy przypadkowo a do zamku trafia dzięki znajomości niemieckiego. Trudno uwierzyć w taką wersję. Nie wydaje mi się możliwe aby w takiej operacji uczestniczyli amatorzy. Co więcej upewnia mnie w tym osoba numer cztery. Władysław Boczoń pseudonim Pantera. Bardzo interesująca postać. Przedwojenny oficer kontrwywiadu, w trakcie wojny funkcjonariusz Abwehry we Wrocławiu podobno z polecenia wywiadu ZWZ, czego jednak do swej śmierci nie udowodnił. Co ich sprowadziło do Riediemritz?

Archiwum.

Sudety miały być ostatnim szańcem, bastionem w którym Fuhrer będzie bronił się do końca. Ten górzysty i dość bezludny teren wydawał się idealnie do tego nadawać. O powadze tych projektów świadczą ślady wielkich inwestycji w tym regionie najlepiej widocznych jako kompleks Riese. Kto nie widział tych sztolni nie zrozumie ogromu tego zamysłu. Gorąco polecam to ciekawy nie tylko historycznie teren. Do dzisiaj nie wiadomo co kryją liczne zasypane chodniki. Wiadomo natomiast co znajdowało się na zamku w Rediemritz. Tytułowe archiwum to nie byle co ale zasoby Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy słynnego RSHA nadzorcy Gestapo, SiPO, KRiPO i wreszcie SD. Ten konkurencyjny do Abwehry organ wywiadowczy zaciekle z nią zresztą konkurujący w zajmowanych w trakcie wojny krajach przejmował w zasadzie nienaruszone a bardzo cenne aktywa wywiadowcze. W Polsce praktycznie nie naruszone, w Belgii, Holandii czy Francji w stanie być może nawet lepszym. Podobno Jaroszewicz spędził w Zamku kilka dni, Fonkowicz wyjechał wcześniej a niebawem po jego wyjeździe pojawili się Rosjanie. Wedle relacji Stecia, Jaroszewicz przeglądał wiele dokumentów wybierał niektóre i wywiózł z zamku trzy niewielkie pakiety. Zasoby były ogromne do ZSRR wywieziono podobno 300 tysięcy teczek. I najważniejsze: wśród dokumentów były podobno między innymi  akta Leona Bluma, jednego z najważniejszych polityków międzywojennej Francji. Wiadomo co było w archiwum dzięki opublikowanym w latach 90tych wspomnieniom wiceprzewodniczącego Komitetu Archiwów Rosji Anatola Prokopienki.

Można zatem z dużym prawdopodobieństwem domniemywać, że zebrane przez Jaroszewicza dokumenty dotyczyły Europy zachodniej a nie wschodniej.

Ale co w tym wszystkim dziwnego? Boczoń nie dożył 1992 roku. Jaroszewicz umiera torturowany. Steć, podobnie w kilka miesięcy później w styczniu 1993. Fonkowicz miał więcej szczęścia ale w 1997 roku został zamordowany w swoim domu w Konstancinie. Dodam, że po kilku godzinach tortur. Scenariusz podobny. Oczywiście istotnego nie zginęło.

Wcześniejszej śmierci Boczonia na pewno dopomógł pobyt w PRL owskim więzieniu. To również dziwna historia. Aresztowany w 1949 roku, zostaje zwolniony w 1955. W sentencji wyroku wskazuje się na jego zasługi dla konspiracji i przekazanie archiwów hitlerowskich wywiadowi armii czerwonej w 1945 roku. Niewdzięczność obdarowanych? Można zatem domniemywać, że to właśnie Boczon doprowadził Jaroszewicza i Fonkiewicza do tych archiwaliów. Najwyraźniej albo nie miał okazji zabrać dla siebie stosownej paczki dokumentów albo były mniej użyteczne w rękach podwójnego czy wręcz potrójnego agenta?

Boczoń był bardzo aktywny w strukturach niemieckich kierowanych przez tych samych ludzi którzy współpracowali z aktywami wywiadowczymi Mariana Spychalskiego. Nie zdziwił bym się, gdyby się okazało, że Boczoń służył nie tylko AK jeśli oczywiście ta informacja jest prawdą. Osobą przypadkową nie był podobnie jak pozostali uczestnicy tej wyprawy. Ze strzępów informacji można się dowiedzieć, że wizyta Panów w zamku była „nieoficjalna”. Jeśli tak faktycznie było, to obaj agenci ZSSR ponosili spore ryzyko. Najwyraźniej jednak nic im nie groziło, aż do upadku ZSRR. Gdyby ich wiedza zagrażała służbom PRL za pewne przydarzyło by się choćby coś takiego jak Janowi Strzeleckiemu, zmarłemu w czerwcu 1988 po ciężkim pobiciu.

Czemu mnie zainteresował akurat ten łańcuch śmierci? Otóż warto wspomnieć czym hobbystycznie zajmował się Piotr Jaroszewicz. Za czasów panowania Edwarda Gierka tropił jak by się dzisiaj powiedziało lobby handlowo dewizowe. Nadzorowana przez niego osobiście struktura prowadziła śledztwa których celem było wskazywanie powiązań pomiędzy inwestycjami zachodnimi w Polsce a osobami które te decyzje podejmowały. Jaroszewicz poświęcał wiele uwagi budowie nieformalnych struktur wykorzystujących zasoby państwowe do budowania prywatnych majątków na bardzo dużą skalę. Podobno wielokrotnie wspominał jak wielką siłą sprawczą dysponowali ówcześni gestorzy inwestycyjnych pieniędzy. Jeśli uświadomimy sobie, że gross polskiego długu powstaje wtedy i to w ciągu 6 lat to naprawdę było co wydawać. Czy owi wydający byli na to przygotowani? Czy wtedy nie było prowizji czy łapówek? Ileż na ten temat pisał nieodżałowany a zupełnie zapomniany dzisiaj Kuśmirek! Ow były partyjniak jeździł po Polsce i tropił opisywane poźniej w reportażach, maszyny gnijące na zatrzymanych budowach, nie uruchomione linie produkcyjne czy nie pasujące do siebie ich elementy. Popularny nie był.

Wiadomo, że Jaroszewicz był poważnie skonfliktowany z aparatem wywiadowczym MON i MSW. Mimo to, za czasów PRL był osobą o niebywałych możliwościach, co sugerowało by bardzo mocne zaplecze w ZSRR. Zaplecze tym bardziej tajemnicze, że kariera Jaroszewicza w LWP była niezwykle błyskotliwa. Został Generałem w ciągu 28 miesięcy obejmując jedną z najważniejszym w ówczesnym wojsku funkcję. Komuś w ZSRR musiało na tym bardzo zależeć.

Moim zdaniem to właśnie jakiś element ekonomicznej układanki mającej swój związek z archiwum RSHA jest przyczyną śmierci tych ludzi. Pamiętajmy, że ofiary długo torturowano co oznacza, że oprawcom zależało na pozyskaniu określonych informacji. Czy ich udzielili czy nie, nie dowiemy się nigdy.

4 Komentarze

  • Wydaje się trafnym pogląd, że za likwidacją Jaroszewicza i Fonkowicza nie stoi żadna obawa o kompromitację polityczną. Idea „grubej kreski” nie zrodziła się bowiem w Magdalence jako rezultat obrad, ale znacznie wcześniej i była wręcz ich fundamentem, warunkiem sine qua non.
    Kiszczak udostępniając Adasiowi w 1989 r. część materiałów nie zrobił tego po to, żeby mu pokazać kto donosił, lecz aby mu uzmysłowić, jak dalece ma go w ręku. Michnik kończąc kwerendę wyjąkał: „Nnie wiedziałem że z takimi kkkurwami pracowałem”, ale nie donosicieli miał na myśli lecz prowadzących go esbeków. Miało być wszystko utajnione a tymczasem natknął się na meldunki z wykonania uzgodnionych z SB działań. I tak się stało, że tenże koryfeusz opozycji nagle rzuca słynne hasło „Nasz premier wasz prezydent” promujące Jaruzelskiego. Następnie staje w pierwszym szeregu obrońców Jaruzelskiego, ogłasza go człowiekiem honoru, w Paryżu wrzeszczy do nagabujących go dziennikarzy „odpieprzcie się od generała” a GW czyni przytuliskiem wszelkiej maści konfidentów peerelowskich, z osławionym Maleszką na czele. Wildsteina, jedną z niedoszłych ofiar Maleszki, ogłasza niemal wrogiem publicznym nr 1 za opublikowanie listy tajnych współpracowników SB. Dlaczego?
    Dla każdego kto ma jakieś doświadczenia w pracy z archiwaliami jest oczywiste, że zniszczenie teczki dotyczącej poszczególnej sprawy nie oznacza jej całkowite usunięcie. Pojawia się ona jeszcze wielokrotnie i to często w najmniej spodziewanych zasobach. Michnik wiedział więc, że po pierwsze Kiszczak nie udostępnił mu wszystkiego, a po drugie, że na kompromitujące materiały przypadkiem ktoś kiedyś się natknie. Rozpętał więc kampanię wmawiania ludziom, że materiały esbeckie to niewiarygodne wypociny fantazjujących oficerów służb specjalnych, pełne falsyfikatów i oszczerstw, a archiwa IPN najlepiej byłoby zabetonować po wsze czasy. I tu mała dygresja na temat rzekomego nieprofesjonalizmu SB. Otóż nie byłem żadnym znaczącym człowiekiem solidarnościowego podziemia, ale pewnego wieczoru pojawił się w mieszkaniu hoży przystojniak jako chłopak kuzynki mojej żony. Ta kuzynka nigdy wcześniej u nas nie bywała. Okazało się, że to esbek. Nawet w tak mało istotnym śledztwie zadano sobie trud nawiązania znajomości pracownika SB z kuzynką po to jedynie by zbliżyć się do mnie i wejść do mieszkania.
    Michnik rozpętując propagandę antylustracyjną zastosował typowe uderzenie wyprzedzające, które nigdy by się nie powiodło, gdyby nie wsparcie ze strony elit. Zbyt wielu ludzi obawiało się tego samego co Michnik by nie stanąć za nim murem, łącznie z Bolkiem (do czasu).
    No i stało się, idea lustracji została podważona, wręcz ośmieszona, skompromitowana bezkarnością oczywistych zaprzaństw. Efekt – bomba została rozbrojona. Nikt się zarzutu współpracy z tajnymi służbami PRL nie obawia. Już wtedy, kiedy wykańczano Jaroszewicza było oczywiste, że taka współpraca może najwyżej trochę zaszkodzić ale nie zniszczy nikogo.
    Tyle na wsparcie tezy, że nie o politykę w tych morderstwach chodziło. No to o co?
    Nie o pieniądze ani wartościowe przedmioty, bo tych ani Jaroszewicz ani Fonkowicz nie posiadali. Wątpliwy jest motyw zemsty za czasy kiedy obaj byli czynnymi oficerami i zwalczali wrogów władzy ludowej, zbyt wiele lat upłynęło a ponadto Jaroszewicz wpuścił do domu kogoś, kogo dobrze znał.
    Od obydwu chciano uzyskać jakieś informacje. Znamienne, że w przypadku Jaroszewiczów pominięto w celu ich uzyskania Solską, została zlikwidowana jako świadek. Ktoś zatem wiedział, że agentka pilnująca męża nie została wtajemniczona i należy się tylko jej pozbyć. Kim ten ktoś mógł być? A no zapewne mocodawcą Solskiej, mającym pewność, że ona w sprawie nic nie wie, zatem nie warto tracić na nią czasu. Musiał być przez wiele lat bardzo blisko niej.
    W marcu 2008 r. został aresztowany Peter Vogel (Piotr Filipczyński), przestępca który zabił w 1970 r. starszą kobietę dla niewielkiego zysku. Skazany na 25 lat, po 8 latach wypuszczony na przepustkę został wyprawiony (niby zbiegł) do Szwajcarii prawdopodobnie od początku z zadaniem pilnowania czyichś pieniędzy w jednym z banków. Opowiadania o tym jak to nikomu nieznany w sferach bankowych emigrant z Polski, były więzień z podrobionymi dokumentami, robi karierę w Coutts Bank są funta kłaków nie warte. Czyich pieniądzy? Ludzi z SLD. Okazało się, że kontem należącym rzekomo do ojca Filipczyńskiego zarządza Jacek Piechota, były minister gospodarki w rządach Millera i Belki. W chwili ujawnienia tego faktu na koncie znajdowała się równowartość 5 mln złotych.
    To jest pozornie bardzo oderwana sprawa, ale może jednak Jaroszewicz i Fonkowicz dysponowali czymś co utrudniało bądź uniemożliwiało dysponowanie nielegalnymi funduszami za granicą. Może obie te śmierci nie mają wspólnej przyczyny a jedynie nastąpiły z podobnych powodów. Fonkowicz jako Żyd o szerokich koneksjach wiele lat przebywał za granicą, cały czas w wywiadzie. Nie zbierał przecież plotek, afera o kryptonimie”Żelazo” wskazuje na rodzaj zainteresowań i działalności peerelowskich tajnych służb za granicą. Natomiast Jaroszewicz śledząc przekręty towarzyszy mógł dobrać się do danych z których sam nie mógł skorzystać, ale w połączeniu z czyjąś wiedzą otwierających konta.

  • Ciekawy wpis i bardzo ciekawy komentarz-czyta sie je jak dobre polityczne thrillery.
    Odnośnie tematu to pokazuje jaką siłą jest polityka-ileż to niewyjaśnionych do tej pory spraw kryje się-JFK, Bierut, wspomniany w innym wpisie Sławek, Stalin, Lenin, Papała, Dębski,Petelicki…

    • No a Juliusz Cezar:)? Tu akurat doskonale wiadomo czym się kierował Brutus. Dzisiaj politycy mają już lepiej bo często nie trzeba ich zabijać wystarczy wyeliminować medialnie. To nowa, cywilizacyjna okoliczność świadcząca o postępie:)

  • Parę drobnych uwag. Radomierzyce to nie Sudety. To Łużyce. Sudety nie miały nigdy być ostatnim szańcem Fuehrera. Nie miały praktycznie żadnych fortyfikacji, żadnych sił zbrojnych. Zajęte zostały w ostatnim fragmencie działań wojennych. Wojska sowieckie wkroczyły (bez żadnych walk) do Jeleniej Góry w dniu kapitulacji III Rzeszy to jest 9 maja 1945 roku witane przez tamtejszą władze miejskie. Składały się one z niemieckich komunistów i socjaldemokratów, którzy przejęli miasto po ucieczce administracji hitlerowskiej dzień albo dwa wcześniej.Bardzo ciekawa jest postać Boczonia-Pantery. Praktycznie nie jest ona znana szerzej. A szkoda. Podano powyżej, że został on aresztowany w 1949 a wypuszczony w 1955. Z powyższego tekstu wynika, że został on skazany. Warto natomiast przyjrzeć się kalendarium tych wydarzeń. Aresztowany był co prawda w 1949 i śledztwo w jego sprawie trwało prawie sześć lat. Zakończyło się wyrokiem skazującym w roku 1955 (wtedy kiedy już praktycznie nikogo nie skazywano) i niemal zaraz po wyroku został on uwolniony. Nie lepiej było umorzyć postępowanie lub wycofać akt oskarżenia zamiast ciągnąć sprawę? Tak przecież postępowano wtedy w podobnych przypadkach. Wiatr odnowy już wtedy wiał w stalinowskim sądownictwie i prokuraturze. Sama postać i działalność Władysława Adama Boczonia przed wojną, w jej trakcie i tuż po niej, stanowi wielką zagadkę i pełna jest niejasności. Prawnik, polski oficer kontrwywiadu, agent Abwehry a potem jej funkcjonariusz dr Richar Wagner, oficer ZWZ AK „Pantera”, agent sowieckiego Smierza, oficer ludowego Wojska Polskiego, długoletni więzień stalinowski

Dodaj komentarz