Program Powszechnej Reprodukcji

Czyli o tym, że dzieci nie urodzą się same (póki co).

Pomimo programów zachęt i ogólnego biadolenia nad niską dzietnością Polek, rok 2024 ustanowił kolejny smutny rekord przynosząc zaledwie 252 tysiące żywych urodzeń. Aby uświadomić sobie lepiej jak to niewiele, wystarczy przypomnieć rok 1993 kiedy to po raz ostatni przyszło w Polsce na świat ponad 500 tysięcy dzieci. Jeśli obecny trend się utrzyma, już w 2030 roku, 25% polskiej populacji stanowić będą seniorzy a w 2050 jeden na 3 obywateli liczyć będzie sobie ponad 60 lat a populacja pracujących skurczy się o 5 milionów co uczyni Rzeczpospolitą jednym z najstarszych społeczeństw na świecie. 

Spadek urodzeń o połowę w ciągu 30 minionych lat to osiągnięcie spektakularne, ale w nowoczesnej Europie niestety dość typowe i siłą rzeczy, rozpoznane znacznie wcześniej niż nad Wisłą. Tyle, że podejmowane tam środki zaradcze nie stały się remedium na wszystkie problemy nawet jeśli pozwoliły nie tylko zatrzymać spadek, ale wręcz zapewnić spektakularny wzrost populacji. Widać to szczególnie dobrze na przykładzie Szwecji: 
populacja skoczyła wprawdzie z 8,6 mln (1990) do 10,6 mln (2024), ale 38% narodzin w roku 2024 dotyczyło dzieci, których jedno z rodziców było cudzoziemcem w chwili narodzin dziecka. Co więcej, rodzice którzy nie urodzili się jako Szwedzi odpowiadają za ponad 50% narodzin w roku 2024! Kim konkretnie byli łatwo się nie dowiemy, ponieważ Szwecja zaciekle unika koloru skóry czy pochodzenia etnicznego w pakietach danych dotyczących urodzin na terenie królestwa. Niemniej jednak możemy się dowiedzieć, że 79,8% obywateli „określa się” jako Szwedzi, choć nie oznacza to rzecz jasna, iż są to obywatele biali. Tyle, że w ojczyźnie IKEA, statystyki społeczne wyposażono w politycznie poprawne określenie „etniczny Szwed” być może dlatego, że do tej kategorii nie ma się kto przyczepić:) Dzięki temu wiemy, że posiadacze obojga rodziców urodzonych w Szwecji jako Szwedzi to zaledwie 64,6% populacji na rok 2024 i nadal nie można założyć, że są to ludzie biali, ponieważ programy aktywnego wsparcia migracji rozpoczęły się w Szwecji w głębokich latach 70tych. Oburzonym wyjaśnię, iż celem tego wywodu nie jest, uchowaj Boże, uchybienie społecznej roli kolorowych. Chodzi raczej o wskazanie, że pośród współczesnych Szwedów mniej niż ¾ ma faktycznie szwedzkie korzenie a wedle nieoficjalnych źródeł nieco ponad połowa jest genetycznie szwedzka. Czy to problem? Temat – rzeka, ale najważniejsze w tej kwestii jest przecież społeczne odczuwanie: nie ma zatem wątpliwości, że między Odrą a Bugiem, model szwedzki to symbol porażki a nie wzór do naśladowania. Co zatem robić by uniknąć podobnego scenariusza?

Wykres prezentowany powyżej może dowodzić, że najgłębszy spadek urodzin towarzyszy epoce, w której po raz pierwszy państwo postanowiło wesprzeć dzietność kobiet. Tymczasem może się po prostu okazać, że w zmieniającym się świecie żadne 500, 800 czy 1000+ nie wpłynie na tak ważną decyzję jaką jest urodzenie i wychowanie dziecka. Może zatem należy zadać prowokacyjne pytanie, że nadszedł czas najwyższy, aby katalog zawodów pełnionych przez urzędników publicznych: obok policjanta, nauczyciela i lekarza, uzupełniła pełnoetatowa MATKA?

Zdaniem chata GPT godziwy ekwiwalent zawodowy dla kobiety skoncentrowanej wyłącznie na wychowaniu dziecka to ca 5.000 netto miesięcznie, przy czym wedle tego samego źródła wydatki konieczne do poniesienia w związku z wychowaniem (wyżywienie, kursy, odzież, wakacje) to przynajmniej 600.000 PLN pomiędzy narodzinami a egzaminem maturalnym. Łącznie to zatem niemal 1,7 mln choć wiadomo, że skala wydatków na dziecko zależy wyłącznie od głębokości kieszeni i determinacji rodziców. 

W tym miejscu warto by również zauważyć, że obecne programy pomocowe przeważone są zazwyczaj na korzyść rodzin wielodzietnych. Tymczasem analiza danych dowodzi, że największy realny spadek dotyczy kobiet, które zdecydowały się urodzić po raz pierwszy. Choć trudno sięgnąć do danych za rok 1994, jeszcze w 2010 pierworódki odpowiadały za 55% urodzin. W roku 2024 ów wskaźnik spadł o 11% a w roku 2025 będzie zapewne jeszcze niższy. 

W praktyce oznacza to, że 110 tysięcy kobiet zdecydowało się na urodzenie pierwszego dziecka. Czy wprowadzenie programu wsparcia oznacza, że każda z nich natychmiast znalazłaby się na utrzymaniu państwa? W żadnym wypadku, dotację mogłyby otrzymać wyłącznie te kobiety, które zrezygnują z pracy, aby skupić się wyłącznie na wychowywaniu dziecka.  Wedle dostępnych danych, 48% kobiet, które w roku 2024 zdecydowały się na urodzenie dziecka miało wykształcenie wyższe a mediana wieku wyniosła w tym gronie 29 lat co pozwala sądzić, że na taki krok decydują się kobiety posiadające już odpowiednim zabezpieczeniem na przyszłość. Oznacza to ni mniej, ni więcej tylko tyle, że zdecydowana większość pierworódek zdecydowała się na ten krok świadomie i dysponuje odpowiednim komfortem ekonomicznym. Eksperyment Coalhouna (https://rafalbauer.pl/?p=1637) zdaje się dowodzić, że nie ma czegoś takiego jak immanentna skłonność rozrodcza w populacji, zatem pobudzanie jej powinno być jednym z najważniejszych obowiązków państwa. Czy ważniejszym niż obrona? Cóż, rzut oka na strukturę budżetu za rok 2024 

wskazuje, że na 800+ wydano niemal 64 miliardy złotych i jak wynika z ujemnej dynamiki narodzin – raczej bez efektów. Trudno się temu dziwić, 500 czy 800+ to dla wielu rodzin przydane wsparcie, ale na pewno nie czynnik decydujący w ramach rozważań nad posiadaniem potomstwa. Tu, znacznie bardziej przydałoby się właśnie narodowe stypendium dla matki i jej potomstwa. Jaki mogłoby mieć zasięg? 

Wspomniane wyżej 1,7 mln dotacji na matkę i jedno dziecko to kwota około 100 tysięcy rocznie, czyli za 64 miliardy złotych dałoby się sfinansować 640 tysięcy nowych urodzeń rocznie. Niezły wynik zważywszy na bardziej niż mierne efekty obecnego programu. Co więcej, dałoby się go całkiem sprawnie sfinansować, gdyby tylko rząd zdecydował się na emitowane przez BGK obligacje, które przez 18 lat w równych częściach osoba fizyczna mogłaby zaliczyć do kosztów uzyskania przychodów odliczając te nakłady od osobistych podatków. Taki program byłby też wdzięcznym obiektem do tokenizacji animując przy okazji rozwój cyfrowego rynku papierów wartościowych.

Być może znacznie trudniejsze niż finanse, byłyby jednak kwestie ideologiczne. Ileż to by było dyskusji na temat sprowadzania kobiety do roli inkubatora, zaganiania do kuchni i ograniczania możliwości zawodowego rozwoju. Zaryczałyby zapewne lwice z lewicy, kto wie czy nie unisono z hierarchami kościoła. Ktoś pochyliłby się nad losem samców sprowadzanych ustawowo do roli dawców nasienia a w procesie wychowawczym pozbawionych ekonomicznych subwencji. 

I być może to właśnie tutaj tkwiłby największy walor nowatorskiej ustawy? Kobiety jak zawsze potrzebowałyby prawdziwych, zaangażowanych w wychowanie partnerów uwalniając się na zawsze od tych, których jedyną rolą było wykładanie środków na utrzymanie. Przy okazji powstałby na pewno nowy model rodziny kto wie czy nie najlepiej przystosowany do nadchodzącej epoki, w której państwo i jego rola zdecydowanie się zmieni. Paulina Siegień – waleczna czekistka z Krytyki Politycznej, ubolewa nad powrotem autorytarnego państwa. Zdumiewa ją przy tym opinia „znanej blogerki od Chin”, która mimo pokrewieństwa ideowego, wolna od patriarchalnych retro utopii jest przekonana, iż niektóre autorytarne polityki Chin są lepsze od demokratycznych.

Well, być może demokracja po prostu się zużyła a do gry wraca monarchia i centralne planownie? Nie byłby to nietypowy przypadek w globalnej historii zwłaszcza w czasach gdy skuteczność państwa coraz częściej wygrywa ze swobodami obywateli.

Dodaj komentarz