Cesarz Donald I

Czyli o tym, że Alex Garland przewidział sporo ale na pewno nie wszystko.

Lubimy wierzyć, że republika demokratyczna stanowi najwyższe stadium rozwoju ustrojowego, w jakim może funkcjonować współczesne społeczeństwo. Historia uczy, że to jedynie pewien etap, na którym można wprawdzie pozostać do samego końca jak choćby republika Wenecka do samego końca albo przejść do fazy monarchicznej co osobliwie przydarzało się zawsze wtedy gdy ostro spolaryzowane podziały wygrywał charyzmatyczny przywódca.  

Dlatego warto zadać pytanie, które jeszcze niedawno brzmiałoby jak political fiction: czy Donald Trump rzeczywiście przekaże władzę swojemu następcy 20 stycznia 2029 roku o godzinie 12:00 jak nakazuje amerykańska Konstytucja? 

Ograniczenie liczby kadencji prezydenckich nie jest przecież tak stare jak sama amerykańska republika. Przez ponad sto pięćdziesiąt lat obowiązywało jedynie jako zwyczaj zapoczątkowany przez George’a Washingtona. Dopiero po czterokrotnym wyborze Franklina Delano Roosevelta zdecydowano się wpisać to ograniczenie do Konstytucji, uchwalając 22 poprawkę w 1947. Co istotne, została ona przyjęta ponadpartyjną większością – nie dlatego, że nagle zwyciężyła troska o abstrakcyjną zasadę republikańską, lecz dlatego, że obie strony sceny politycznej obawiały się zbyt długiej koncentracji władzy w jednym ręku. Precyzyjniej, cześć Demokratów szykowała się na zmianę układu sił po wyborach w roku 1948. Trumanowi nie dawano wielkich szans: szykowano się zatem na powrót Republikanów którym przewodził Thomas E. Dewey ale ….. przegrał. Zmiany jednak zostały i w lutym 1951 roku poprawka stała się częścią konstytucji USA po ratyfikacji przez 41 stanów ( o 5 więcej niż wynosi konstytucyjne minimum ). 

Pomysły zmiany tego zapisu powracały wielokrotnie, także współcześnie. W styczniu 2025 z inicjatywą zmiany wprowadzającej 3 kadencję dla Donalda Trumpa wystąpił republikański kongresmen Andy Ogles. Jak łatwo się domyślić nie poddano jej nawet pod głosowanie wymaga bowiem większości dwóch trzecich w obu izbach Kongresu oraz ratyfikacji przez trzy czwarte stanów – a to próg praktycznie nieosiągalny w czasach, gdy notowania urzędującego prezydenta osiągają minima historyczne. 

Mimo to, w przestrzeni publicznej poważnie rozważa się scenariusze ewentualnej wojny domowej co musi skłaniać do namysłu. Co więcej, poważne projekty badawcze, choćby jak ten prowadzony przez Claire Finkelstein na uniwersytecie Pensylwanii (2024) wskazują wyraźnie, że spory kompetencyjne między władzami federalnymi a stanowymi mogą bardzo łatwo zamienić gorącą debatę publiczną w jeszcze gorętszy, militarny konflikt. Finkelstein wskazuje przy tym na bardzo delikatny element amerykańskiego prawodawstwa: o ile precedens dobrze funkcjonuje w amerykańskim systemie prawnym to w przypadku ostrej polaryzacji może się stać katalizatorem erozji jego wiarygodności. Tyle, że dywagacje o tym co i jak wpływa na relacje pomiędzy prawodawstwem stanowym i federalnym nie rozpalają do białości forów internetowych. Tu króluje Minneapolis i …. tradycyjna czarno – biała narracja typowa dla sporów plemiennych. Warto jednak zachować proporcje. Historia Stanów Zjednoczonych protestami społecznymi wypełniona jest po brzegi i nie napisały jej na nowo rozruchy w Detroit ( gdzie w 1967 użyto 82 i 101 dywizji przeciwko demonstrantom ), zamieszki w Los Angeles ( po zabójstwie Rodneya Kinga ) ani też masowe protesty związane z ruchem Black Lives Matter w tym takie incydenty jak okupacja przez uzbrojonych buntowników dzielnicy Capitol Hill w Seattle czy rajd 17 letniego Kyle’a Rittenhousea który w trakcie zamieszek w Kenosha zabił dwu i postrzelił jednego z demonstrantów.  

Najwyraźniej, amerykański system po prostu dobrze znosi gwałtowne protesty. Prawdziwym punktem zapalnym nie będzie zatem kolejny ludowy bunt, lecz naruszenie mechanizmu transferu władzy. To ono stanowi rdzeń stabilności republiki czyli gwarancję ciągłości interesów polityczno ekonomicznych. 

Konstytucja orzeka wprawdzie jasno; jeśli 20 stycznia o godzinie 12:01 nie zostanie zaprzysiężony nowy prezydent, obowiązki głowy państwa przejmuje osoba stojąca najwyżej w kolejce sukcesji – obecnie spiker Izby Reprezentantów. Tyle, że mimo teoretycznie jasnych procedur nie wiadomo jak system polityczny zachowa się w przypadku rzeczywistego ostrego konfliktu. Konstytucja zawiera wiele bezpieczników i w teorii tworzy system niemal perfekcyjny w którym proces wyborczy jest niezależny od woli prezydenta a państwo jest zabezpieczone przed brakiem ciągłości władzy wykonawczej. 

Jest tylko jedno, ale: nikt do tej pory nie zdecydował się na poważne uderzenie w konstytucyjne fundamenty. Scenariusz, w którym próbowano by je obejść lub zakwestionować, byłby a może będzie wstrząsem o globalnych konsekwencjach. Dobrze przygotowany i celowo wywołany konflikt federalno-stanowy mogłyby stać się pretekstem do podważenia wyniku wyborów lub opóźnienia ich skutków. W praktyce byłby to precedens znacznie bardziej niebezpieczny niż jakiekolwiek kryterium uliczne. 

Donald Trump w przeciwieństwie do swoich poprzedników otwarcie podważa zaufanie do procedur wyborczych oraz nadzorujących je instytucji. Co więcej  samym procesie wyborczym otwarcie posługuje się systemem osobistych protekcji który senatorom i kongresmenom zapewnia sukcesy wyborcze. To właśnie dzięki takiej postawie obecny prezydent USA nie jest już pozbawionym szerokiego zaplecza biznesmenem którego wybrano roku 2016. Dziś dysponuje sprawnym politycznym zapleczem, w którym nie brak ideowych pretorian gotowych do politycznych rozrób.  

Czy możliwa byłaby próba obejścia konstytucyjnego ograniczenia liczby kadencji? W sensie prawnym – teoretycznie nie, ale każdy faktyczny test w tym obszarze to potężny cios dla amerykańskiej demokracji która sprowadzi ją do poziomów znanych z bananowych republik. Konsekwencje dla giełdy, ratingów czy reputacji trudno sobie nawet wyobrazić i może właśnie dlatego amerykański deep state wybierze polityczny precedens, aby uniknąć nieprzewidywalnej w skutkach systemowej konfrontacji. 

Donald Trump zapytany, czy rozważa trzecią kadencję, odpowiedział w swoim stylu: „jeśli lud będzie chciał”. O tym co może zrobić lud przekonany o wyborczym fałszerstwie przekonaliśmy się 6 stycznia 2021 oglądając szturm na Kapitol na ekranach telewizorów. Warto pamiętać, że był to zaledwie paroksyzm odchodzącej słabej władzy. Mocna, zdeterminowana do walki ekipa będzie z całą pewnością bardziej niebezpieczna zwłaszcza wtedy, gdy z wyprzedzeniem zdecyduje się na konflikt. 

Może się zatem okazać, że zamiast zderzenia lepsza będzie trzecia kadencja. Przy dobrych wiatrach wybory zdecydowanie wygra kandydat Demokratów, przy złych Donald Trump pozostanie za sterami ale …..  Franklin Delano Roosevelt cieszył się swoją czwartą kadencją niecałe 3 miesiące. Jak będzie nikt pewnie jeszcze nie wie ale trudno zakładać, że ta kadencja zakończy się tak samo jak wszystkie poprzednie. 

Dodaj komentarz