Dziwna wojna

Czyli o tym, że cenzura się jednak przydaje

Specjalna operacja wojskowa w Iranie rozwija się wprawdzie w sposób typowy dla wojen napastniczych z tej grupy tyle, że tym razem rozgrywający zadbali o uszczelnienie przecieków informacyjnych. O ile powyższe nie dziwi, to ostrożność komentatorów zaskakuje znacznie bardziej. Wygląda na to, że nikt nie ma ochoty na obsadzenie w roli „irańskiej onucy” a w konsekwencji banowanie kanału lub przycinanie dochodów. W rezultacie informacjom o amerykańskich planach desantowych czy irańskich zamiarach minowania cieśniny Ormuz towarzyszą mniej lub bardziej nieśmiałe przebąkiwania podczas gdy odpowiedzi na większość cisnących się na usta pytań dostarcza… historia. A konkretniej wojna iracko-irańska 1980-1988. 

Ostrożność w przypominaniu tego konfliktu ma jednak swoje uzasadnienie i to nie tylko dlatego, że obnaża absurdalność operacji lądowych. Znacznie mniej medialne jest raczej to, że owa wojna bardziej niż jakakolwiek inna ujawnia mechanikę polityczną wojen w modelu proxy. 

Konflikt, który rozpoczął się atakiem Iraku 22 września 1980 w zamyśle Saddama Husseina miał być klasycznym przykładem wojny błyskawicznej. 100 tysięcy świetnie wyszkolonych żołnierzy wspartych imponującą armadą 1.600 czołgów miało opanować roponośne tereny irańskie i pozbawić ten kraj większości dochodów. Na głównej osi natarcia umieszczono Abadanu, gdzie w owym czasie znajdowała się największa na świecie rafineria ropy naftowej. Owego miękkiego podbrzusza broniło zaledwie 25 tysięcy irańskich żołnierzy i 600 czołgów, z których wiele nie nadawało się do wyprowadzenia z koszar.  Nie było to jednak zaniechanie sztabowców. W Iranie od ponad roku trwała rewolucja islamska, która przeszła właśnie w fazę wojny domowej. Armię rozerwały polityczne czystki oraz akcje pacyfikacyjne przeciw buntującym się mniejszościom. Teheranem targały zamachy bombowe organizowane przez komunistów (partia Tude) i ludowych mudżahedinów (OBL). Władza Ajatollahów nie tylko nie była jeszcze pewna, ale chwiała się w rytm kolejnych starć i protestów. Latem 1980 r. doszło jeszcze do buntu pilotów w elitarnej bazie lotniczej nieopodal Teheranu, a nieudany coup d’etat zakończył się falą aresztowań. Jesienią 1980 r. Iran niemal sam się prosił o rozstrzygające uderzenie zewnętrzne. 

Mimo to już pierwsze dni operacji dowiodły, że nie będzie tak łatwo. Irackie naloty nie obezwładniły irańskiego lotnictwa, i to mimo zaskoczenia. Bagdad nie tylko nie wywalczył panowania w powietrzu, ale stosunek zestrzeleń był znacznie bardziej korzystny dla Irańczyków wyszkolonych przez Amerykanów. Mimo że Abadanu dzieli od granicy zaledwie 30 km, miasta nie udało się zdobyć. Postępy na północy były niewiele lepsze, toteż po 10 dniach wojny Saddam roztropnie zaproponował zawieszenie broni. Ajatollah Chomeini zdecydowanie odrzucił ofertę. Doskonale zdawał sobie sprawę jakie walory oferuje święta wojna: obrona kraju przed najazdem bezbożnych sunnitów mogła skonsolidować szyickie społeczeństwo. Jak się okazało miał rację. Na wezwanie duchowego przywódcy masowo odpowiedzieli gotowi na śmierć męczennicy, którzy przeszli do historii jako Pasdarani czyli Strażnicy Rewolucji. W efekcie opór tężał a iracka bojowość topniała wprost proporcjonalnie do odległości od granicy. Front ugrzązł na podnóżach gór Zagros, a Saddam skupił się na zachęceniu do powstania irańskich Kurdów. Wiosna 1981 r. nie przyniosła wprawdzie przełomów, ale 4 kwietnia 1981 r. irańskie lotnictwo przeprowadziło spektakularny atak na iracką bazę H3 gdzie czujnie przebazowano irackie bombowce. Operacja, która przeszła do historii jako jedna z lepiej przeprowadzonych głębokich operacji lotniczych, solidnie zaniepokoiła Izraelczyków. Uderzenie wymagało użycia armady złożonej z grupy myśliwców i powietrznych tankowców. Sukces wymagał również przychylności Syrii, która zezwoliła na wykorzystanie swojej przestrzeni powietrznej. Nieocenionej pomocy udzieliła również Turcja zezwalając na start z Istambułu samolotu, który nad Syrią okazał się być ostatnim tankowcem. 

W nalocie zniszczono wszystkie Tu22 i Tu16 a także dwa klucze MIGów, który latały w ich osłonie. Łącznie wyparowało niemal 60 maszyn pozbawiając Irak zdolności do uderzeń strategicznych w głąb Iranu. Owo śmiałe uderzenie miało swoje walory taktyczne i propagandowe, ale najlepiej wykorzystał je Izrael wykonując kilka tygodni później nalot na reaktor jądrowy Osirak, likwidując tym samym program nuklearny Saddama. Dodajmy, że ów program realizowała ta sama francuska firma, która wykonała dla Izraela reaktor Dimona. Owo uderzenie, mimo ostrych sprzeciwów światowych stolic, miało jednak swoje walory. Rok 1981 nie przyniósł wprawdzie wielkich zmian na froncie, ale wprowadził nową jakość w postaci (jak to się dzisiaj zgrabnie określa) „mięsnych szturmów”. Iran braki w czołgach i wozach pancernych nadrabiał przewagą liczebną i namiętnie stosował ataki fanatycznych bojowników wyposażonych w zdjęcie ukochanego przywódcy w ramach osobistych środków ochronnych. Owa nowatorska technika nie przyjęła się w dawnych cesarskich siłach zbrojnych, które ponownie znalazły się na celowniku duchownych. 29 września 1981 r. w tajemniczej katastrofie C130H poległ minister obrony a także dowódca lotnictwa i głównodowodzący sił zbrojnych. Był to początek kolejnej czystki, która trwała aż do wiosny 1982 roku, gdy do nowo formowanych jednostek Strażników Rewolucji napłynął sprzęt z NRD, Syrii, Libii oraz Pakistanu, który zmienił się w międzyczasie w wielki hub dostarczający wszystko co objęto embargiem a w szczególności amerykańskie części do helikopterów i samolotów. 

Radykalne wzmocnienie wojsk nie umknęło uwadze irackiego wywiadu w efekcie 10 czerwca 1982 r. Saddam ogłosił jednostronne zawieszenie broni i niemal wycofał wojska do Iraku. Na reakcję Teheranu nie trzeba było długo czekać: 13 lipca Iran rozpoczął działania zaczepne marząc o wielkim natarciu na Bagdad i Basrę. 

Obrót spraw solidnie zaniepokoił Amerykanów. Irańscy szyici stanowili żyzny grunt, na którym doskonale mogła się rozwinąć kolejna rewolucja islamska. Efektem dyskretnej współpracy było siedmiokrotne bombardowanie wyspy Chark stanowiącej miękkie podbrzusze irańskiego eksportu ropy naftowej. Rezultaty okazały się jednak dość rozczarowujące: dobrze wyszkolona OPL skutecznie raziła bombowce i umiejętnie korzystała z nabytego jeszcze przez Szacha amerykańskiego sprzętu. Saddam nie zdecydował się na zajęcie 25 km2 irańskiego terytorium spodziewając się krwawej jatki sił desantowych. 

Na lądzie bitność irackich żołnierzy rosła tym bardziej im bliżej byli własnej granicy temperując nieco ambicje irańskich duchownych. Ofensywa nie dotarła do Basry podobnie jak dwa lata wcześniej iracka nie zdołała objąć pobliskiego Abadanu.  Istotnym nowum na froncie stały się absurdalne irańskie szturmy prowadzone wprost na pola minowe. Dowódcy Pasdaranów szafowali mięsem armatnim bez umiaru i z pełną pogardą dla taktyk wojskowych. Zachęcała ich do tego presja duchownych i urodzaj ochotników wypatrujących najkrótszej drogi do raju. Celem wyrównania potencjałów, Saddam wydał rozkaz rozmieszczenia na froncie broni „C” – jak elegancko określa się broń chemiczną. Gaz bojowy ustabilizował linię frontu, ale sztabowców Saddama przeraził kolejny pomysł Ajatollachów: do wojska mieli trafić wszyscy Irańczycy począwszy od 12-letnich chłopców skończywszy na 72-letnich starcach. Mobilizacja miała wypełnić szeregi milionowej armii, której celem były święte szyickie miasta w południowym Iraku.  

24 lutego 1984 r. rozpoczęły się wieloletnie walki o Basrę, które przeszły do historii jako drugie Verdun. Zepchnięty do defensywy Irak wielokrotnie stosował gaz musztardowy a symbolem rzezi stały się szturmy powiązanych linami dzieci nacierających wprost na pola minowe i gniazda karabinów maszynowych. Ich jedynym uzbrojeniem były zawieszone na szyjach plastikowe klucze zapewniające zdaniem pułkowych mułłów ekspresowe wniebowstąpienie. Owe dewocjonalia były jednym z pierwszych produktów dostarczonych na front przez towarzyszy z Korei Północnej. W lutym 1987 r. dołączył do nich gaz bojowy, którym zdecydowano się wesprzeć krwawe szturmy na dobrze umocnione irackie pozycje pod Basrą. 

Koszmarne straty i dziesiątki tysięcy kalek zachwiały nawet formacjami fanatycznych Pasadranów. Bunty i demonstracje nadwątliły determinację Ajatollahów i zachęciły do przeniesienia wojny na północ Iraku. Kurdowie wystąpili tym razem po stronie Iranu i ochoczo przystąpili do walki o Irbil, Mosul i Kirkuk. W Waszyngtonie uznano, że sprawy ponownie wymykają się spod kontroli zdecydowano zatem o udzieleniu wojskom Saddama efektywnej pomocy wywiadowczej. Dzięki wsparciu CIA Saddamowi udało się odeprzeć natarcie Peszmergi, a przy okazji spacyfikować Halabdżę, gdzie w wyniku ataków gazowych zamordowano ponad 5 tysięcy mieszkańców.

Były to jednak detale, którymi świat średnio się podówczas przejmował, a uwagę koncertowały znacznie bardziej starcia morskie. Przewagę w tych starciach osiągnął Iran dzięki minowaniu dróg wodnych za pomocą min głębinowych. Trudne w detekcji i niemal całkowicie niewidoczne z powierzchni, wpuszczały do portów puste statki, by wybuchać dopiero wtedy, gdy ponownie wyjdą w może załadowane i głębiej zanurzone. Wysoka skuteczność min zagroziła rynkom, a do Zatoki Perskiej wpłynęła US Navy. Od tej pory statki miały mieć ochronę. 

17 kwietnia 1988 r. Irak przystąpił do wielkiej kontrofensywy, planując odblokowanie oblężonej Basry. 100 tysięcy dobrze wyszkolonych żołnierzy wspartych czołgami T-72 i wozami BMP-1 odrzuciło Irańczyków do samej granicy. W walkach ponownie użyto gazu tyle, że podobnie jak pod Ypres, wiatr pokrzyżował plany irackich sztabowców. Iran chwiał się na nogach, cierpiał na niedobory sprzętu, a mimo to nie zamierzał się poddawać. W tych okolicznościach doszło do wydarzenia, którego ocena  po dziś dzień dzieli historyków. 

3 lipca 1988 r. USS Vincennes zestrzelił irański A300 odsyłając na wieczny odpoczynek 290 cywili podróżujących z Iranu do Dubaju. Zdaniem Teheranu amerykański okręt na irańskich wodach terytorialnych z premedytacją zestrzelił cywilny samolot. Zdaniem USA doszło do pomyłki w trakcie starcia bojowego z łodziami Pasadranów. Zdaniem niezależnych źródeł był to jasny sygnał: USA mogą się przyłączyć do starcia i nie będą się przy tej okazji z nikim patyczkować. Ajatollahowie nie mieli ochoty na eskalację, tym bardziej, że w pod koniec lipca Ludowi Mudżahedini wyruszyli na swoją ostatnią krucjatę zapowiadając rychłe wkroczenie do Teheranu. Mimo wsparcia irackich czołgów rozbito ich ostatecznie dopiero 154 kilometry od stolicy. 

 Na dalszą wojnę obie strony konfliktu nie miały już ani środków, ani sił. Jej bilans otwiera trudna do ustalenia liczba ofiar, ponieważ obie strony konfliktu podporządkowały cyfry własnej propagandzie. Zdaniem badaczy konflikt kosztował życie miliona żołnierzy oraz niemożliwą do ustalenia liczbę zaginionych i rannych. W trakcie wzajemnych bombardowań zniszczono wiele miast, zabijając i raniąc cywili w trudnej do ustalenia liczbie. Wojna na morzu pochłonęła 546 statków różnych armatorów i bander a związane z ich zatopieniem skażenia do dzisiaj stanowią poważny ekologiczny problem. Łączne koszty ekonomiczne, zdaniem profesora Kamrana Modifa, da się oszacować na ponad 400 miliardów dolarów co stanowiło odpowiednio ca. 4 krotność i ca. 8 krotność PKB Iranu i Iraku wedle danych za rok 1988.  Wiele przedwojennych instalacji (choćby  rafineria w Abadanie) nigdy nie odzyskało przedwojennych mocy produkcyjnych, a oba kraje wyszły z wojny potwornie zadłużone, przy czym Irak na swój dług miał wydać niemal dwukrotność PKB i między innymi dlatego zdecydował się kilka lat później na zajęcie Kuwejtu. Iran akomodował koszty znacznie sprawniej, ale sankcje i program zbrojeniowy nie pozwoliły mu rozbudować gospodarki do poziomu, który zapewniłby uznanie reżimu w oczach obywateli. 

 Najlepiej na tej wojnie wyszedł Izrael. Irak nie był już w stanie rozwijać panarabskich ambicji i stracił znaczenie jako najbliższa granic siła militarna. Co ciekawe nie obawiano się podówczas również Iranu. W przemycie komponentów i utrzymaniu w sprawności amerykańskiej broni aktywnie uczestniczyły izraelskie firmy, co zdumionemu światu ujawniła afera Iran Contras. Tel awiw mógł się zatem skupić na kontrolowaniu Syrii i Egiptu, czekając na właściwy moment, aby z nimi również wyrównać rachunki. Jak czas pokazał należało na to nieco poczekać, ale jak wiadomo nie od dzisiaj w geopolityce warto planować długofalowo i postawić na cierpliwość. 

Dodaj komentarz