Pułapka ofsajdowa, czyli finał w mojej subiektywnej opinii
G E M
Zwycięstwo….. dowlokłem się do domu i od razu usiadłem do kompa. Po wielokrotnym szlifowaniu nad ranem miałem gotowy list do Kruka. Enter. Poszło. Kolejna gałązka oliwna. Nie spodziewałem się odpowiedzi, ale trzeba było spróbować. Po raz kolejny zabiegałem o nawiązanie współpracy.
Było warto, bo V&W, która po przejęciu GC zaczynała trzecią setkę największych przedsiębiorstw w Polsce za rok 2007, w 2008 roku po przejęciu W.Kruk lądowałaby najdalej na 160 miejscu w kraju. Co więcej, z dużym prawdopodobieństwem spółka znalazłaby się w WIG-20. Powstawała spora firma. Kończył się maj 2008, dla mnie ta historia rozpoczęła się w kwietniu 2004 w Wólczance. Takie osiągnięcie i to zaledwie w 4 lata! Szkoda by to było rozpieprzyć. Tyle, że jak powiedział kiedyś Evander Hollyfield: „Bokser wagi ciężkiej ma dwie opcje: albo chce być mistrzem, albo chce być zdrowym mistrzem. Jeśli wybierze to drugie, to już mistrzem nigdy nie będzie”. Well, ja właśnie dokonywałem takiego wyboru.
28 maja pozbyłem się resztek wątpliwości. Złudzeń pozbawił mnie wniosek PZU, które do tej pory nie bez powodów uważałem za swojego koalicjanta. Treść pisma była jednak dojmująco jasna. Oczekiwali:
ZMIAN W SKŁADZIE RADY NADZORCZEJ
Tyle, że nie było takiej potrzeby. Nawet nie kończyła się jej kadencja! Za to wygasała kadencja zarządu. Tym samym przy dobrym obsadzeniu RN, zaraz po zmianach, można mnie było zwyczajnie odparować. Ot, skończyła się kadencja. Ktoś kiedyś powinien napisać książkę o tym jak i z jaką treścią zwoływać walne zgromadzenia, bo wbrew pozorom bardzo dużo od tego zależy. Przystąpiliśmy do szybkiego szermierczego starcia i… nic. „Wieża” uparcie domagała się maksymalnie szerokiego brzmienia tego strategicznego punktu. Sprawa była jasna. Chcieli mieć wytrych. Zadzwoniłem do Marka Sojki – ówczesnego zarządzającego PTE PZU. Cóż za uderzająca przemiana! Mój niegdysiejszy akolita wyraźnie zmieniał front.
Zaczęło się polowanie. Tym razem na mnie.
30 maja 2008 kurs 8,1 zł kapitalizacja 649 milionów zł
Po lekkim dryfie z końca maja, czerwiec rozpoczął się od razu walką z solidnym sztormem. Przeczucie, szósty zmysł, intuicja – różnie określamy świadomość przyszłych wydarzeń. Z takim silnym przeczuciem zetknąłem się jako mały dzieciak w trakcie rejsu na „Warszawskiej Nike”. Jesień na Bałtyku do żeglarstwa nie zachęcała, ale harcerze na swojej łódce mogli pływać właśnie wtedy. Pierwszy sztorm pamiętać będę do końca życia. Światła zbawczego portu po ciężkiej walce z falami i… zwrot nakazany przez kapitana, gdy byliśmy tuż tuż. Ignorant próbowałby wejść, a wtedy pewnie fale roztrzaskały by nasz siatkobetonowiec w główkach portu. Ale o tym dowiedziałem się później. Tej nocy bałem się potwornie. Mimo to czułem, że nic się nie stanie. Podobne uczucie przychodziło do mnie nie raz uwalniając umysł od zwierzęcego lęku. To dzięki niemu nie spłonąłem w samochodzie, wyszedłem cało z katastrofy helikoptera, a także podniosłem się o własnych siłach, gdy na pełnej prędkości wyleciałem z zakrętu na wyścigu w czeskim Brnie. Ale były też sytuacje, gdy przeczucie milczało głucho dając tym samym oczywistą odpowiedź.
Tak było teraz.
Tyle, że gra toczy się do ostatniego gwizdka. W poniedziałek rano 2 czerwca zażądaliśmy od W.Kruk S.A. zwołania Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy z punktem, a jakże, zmiany w składzie Rady Nadzorczej. Tego samego dnia po południu Wojciech Kruk odpowiedział mi na mój list. Senator w bardzo uprzejmym piśmie wyjaśniał, że musi się odrobinę pozbierać i proponował spotkanie w późniejszym terminie. Nie dziwiłem mu się, bo maj to był prawdziwy rollercoster. List kończył następujący fragment:
„Nie ukrywam, że bardzo pomocne dla mnie byłoby, abym przed naszym spotkaniem otrzymał od Państwa bardziej konkretne propozycje współpracy, jak i określone gwarancje dla swojej rodziny przy pełnym zrozumieniu, że znaleźliśmy się w pozycji akcjonariusza mniejszościowego.”
Uciekał mi. Czułem w tym rękę mecenasa D. Facet miał swój plan. Kruk był w tym planie najwyraźniej tylko narzędziem. Rozpoczynał się mikroprzetarg. Przygotowałem ofertę.
3 czerwca PZU zawiadomiło nas o kolejnym zwiększeniu zaangażowania, w wyniku którego „Wieża” posiadała praktycznie 20% akcji na WZA. Tak duży pakiet w rękach OFE nie pojawiał się zbyt często. Tu już nie było najmniejszych wątpliwości, że ta konsolidacja dokonuje się przeciwko nam.
Mało kto zdaje sobie sprawę, że w dużej spółce kluczowa jest kontrola Rady Nadzorczej. Do owej kontroli uzyskania, potrzebny jest nie tyle kapitał, ile przychylność instytucji finansowych obecnych w akcjonariacie spółki. Wiedzieliśmy, że 20% jest przeciwko nam i zasili Jurka Mazgaja, który posiadał co najmniej 5%. Zmiany RN mogły skutecznie poprzeć fundusze, dla których mógł mieć znaczenie argument, że obecna Rada działa już długo i trzeba ją odświeżyć:). Tym samym decydujące stawało się to, czy Senator kupi akcje V&W oraz po czyjej stronie się ustawi. Trudno było się spodziewać, że ustawi się po naszej, ale należało o to powalczyć, a przynajmniej wreszcie się z nim spotkać. List, który otrzymałem dawał przecież pewne, choć niewielkie, szanse.
Ale to wszystko działo się w cieniu. W świetle dnia trzepotały flagi, otaczało mnie powszechne uznanie i spontanicznie ujawniający się przyjaciele wszelkiej maści. Znoszenie tych hołdów, od których nie można się było uwolnić, i to w sytuacji, kiedy widziałem już ślady torped mknących dokładnie w śródokręcie, to tortura, której nigdy nie zapomnę. Na dodatek w prasie czytałem o sobie coraz to nowe rewelacje, wśród których szczyt ustanowił artykuł w „Przekroju” przyozdobiony fotomontażem i pewien zaskakujący materiał z „Rzeczpospolitej”. „Kiedy poznałam Rafała Bauera” – zaczynała zupełnie nieznana mi dziennikarka, „był jeszcze początkującym menedżerem na progu restrukturyzacji Wólczanki”. Kurwa. Wólczanka zaczynała się w 2004 roku. Był 2008. Pierwszy projekt zaczął się dla mnie w 1993 roku. Za sterami Wólczanki zasiadłem po 11 latach pracy. Gdybym tam debiutował, pokryłaby się betonowym sarkofagiem w trzecim miesiącu restrukturyzacji.
To, co robiłem wcześniej, nikogo nie interesowało. Emocje budziły znane marki, Brosnan i przejęcie. Tłumaczyłem mozolnie, że wszystko to, co się dzieje teraz, ma swoje korzenie w Warfamie, Sklejce Morąg, Hucie Szkła Ujście, Sokółce – żeby wymienić tylko te, w których odegrałem pierwszoplanową rolę. Background nie miał znaczenia. Podobało się krwawe story: młody, agresywny, bezwzględny rekin pokonał statecznego dżentelmena. Znak czasów. Im bardziej starałem się z tej roli wyjść, tym mocniej mnie w niej obsadzano.
Gloria, gloria, gloria. Pracownicy w salonach wręcz pękali z dumy. W sklepach tłumy, a mój kierowca na myśl o wsiadaniu do Lamborghini dostawał wysypki. Odbębnianie obowiązkowych „reklamowych” tras po „lanserskich” okolicach w Warszawie zrobiło swoje:). Na czerwiec zaplanowany był finał najbardziej emocjonującego konkursu dla sprzedawców V&W. Tym razem nagrodą za wyniki nie były pieniądze, tylko wyjazd na tor w Poznaniu, gdzie najlepsi mieli szansę poszaleć za kierownicą firmowego Lamborghini. Ależ to był szał! Takiej konkurencji wśród sprzedawców nie było nigdy wcześniej. Podobnie jak nie było wcześniej takich wyników sprzedaży. Maj ustanowił nowe rekordy, a czerwiec zapowiadał się jeszcze lepiej!
A tymczasem wydarzenia przyspieszały i to z godziny na godzinę. Wiedziałem już gdzie się buduje koalicja najeźdźców. Skąd? Rynek kapitałowy wbrew pozorom nie jest taki duży. Ludzie spotykają się w tych samych knajpach, mają wspólnych znajomych, a nadwiślańska obsesja na punkcie dobrych informacji doskonale dystrybuuje wszelkie plotki. Do układanki brakowało mi tylko jednej informacji. Czym Mazgaj ma zapłacić za akcje Vistuli, bo trudno było zakładać, że uruchomi w tym celu setki milionów złotych. Mijanie się na spotkaniach w funduszach i plotka z rynku rozwiązywały łamigłówkę. Przejęcie kontroli nad V&W miało się dokonać w niezwykle sprytny sposób. Emitujemy nowe akcje, a Mazgaj obejmuje je płacąc udziałami w… Paradise Group – spółce, która prowadziła w Polsce tak luksusowe marki jak Armani czy Burberry. Błyskotliwy pomysł. Był tylko jeden szkopuł. Wycena. W tym punkcie informatorzy nie byli do końca zgodni. Pogrzebaliśmy w kwitach. Well, na zbyt wiele to by się tego nie wyceniło. Ale wszystko zależy przecież od woli akcjonariuszy:).
A zatem wszystko było już przygotowane i – trzeba powiedzieć, przygotowane bardzo sprytnie. Pozostawało tylko wygrać walne 30 czerwca.
Po raz kolejny napisałem do Kruka 8 czerwca. Odpowiedział następnego dnia i to CC do członków zarządu W.Kruk. W spotkaniu miał wziąć udział mecenas D. Tym samym gra się właśnie skończyła. 10 czerwca UOKiK wydał nam zgodę na łączenie Kruka i od tej pory byliśmy pełnoprawnym akcjonariuszem tej spółki. 10 czerwca, czyli dokładnie w tym momencie, w którym powinien wydać decyzję. Ani dnia wcześniej. Ani dnia później. Takie przygody zdarzają się u nas niezwykle rzadko, a punktualność administracji oznacza zazwyczaj jedno: ktoś o to zadbał i to na odpowiednio wysokim szczeblu. I wtedy ostatecznie mi się wszystko ułożyło. I choć nadal nie wiem, jak było naprawdę, to moja hipoteza jest następująca: do porozumienia Mazgaj – Kruk nie doszło od razu. Kruk musiał się chwilę zastanawiać, czy dla osobistej wendetty warto wydawać 100 mln złotych. Ktoś musiał go przekonać, że wsparcie Mazgaja, który potrzebuje pieniędzy, to dobre posunięcie, mimo że trzeba na nie wydać co najmniej 50 milionów. Co więcej, fundusze zabiegały o to, aby Senator znajdował się w projekcie, a przy takim rozwoju wypadków ten cel by się doskonale realizował. Bajkowy scenariusz.
To, że nie odpowiadał mi osobiście, nie zmieniało faktu, że takie rozwiązanie było też dobre dla spółki. Bo przecież poza zarządem nic się nie zmieniało. Nadeszła pora na wywieszenie białej flagi. Miałem amunicję i żołnierzy pełnych woli walki. Tyle, że walka miałaby tylko jeden cel: utrzymanie własnego stanowiska. Broniąc siebie zniszczyłbym wszystko, co stworzyłem. A do tego nadciągał kryzys, którego inni nie chcieli widzieć. Skończyło mi się pole do manewru. Od tej pory chciałem już tylko doprowadzić do bezpiecznego przekazania władzy.
W takiej atmosferze wybrałem się na tor do Poznania, aby wspólnie z najlepszymi sprzedawcami Vistuli & Wólczanki celebrować ich wspaniałe wyniki. Uśmiechy, zdjęcia, pełnia szczęścia. Po co tam pojechałem? Namówiła mnie żona twierdząc, że się przynajmniej odstresuję. Jazda na motorze skutecznie resetowała mi mózg. Uznałem, że w tej sytuacji to i tak już nic nie zmienia. Wyruszyłem w nocy trasą przez Łódź. Przypominałem sobie pierwsze tygodnie Wólczanki, lekko się przy tym rozklejając. W takim to stanie upolował mnie funkcjonariusz drogówki. Noc, teren zabudowany, Ferrari. Wysiadam w koszulce racingowej V&W i… bez żadnych dokumentów. Rozpromieniony funkcjonariusz pokazuje odczyt 150 na ograniczonku 50. Kiedy podchodzi do nas jego kolega wiem już, że się dogadamy „Ale żeście dojebali temu Krukowi” – zagaja, a ja po raz ostatni odgrywam rolę victora. Publiczność nagradza mnie swobodą odjazdu. Ba, prośbą, abym ostro dał w rurę, bo mi fajnie wydechy ryczą.
Na torze niespodzianka nie lada. Lambo zakopane w żwirze! Choć setki osób śmigały tam vistulowym ferrari, nigdy coś takiego nie miało miejsca. Zagadka wyjaśnia się jednak szybko. Za kierownicą siedziała dziewczyna bez prawa jazdy! Nie przyznała się, a żal jej było stracić taką szansę. Na szczęście nikomu nic się nie stało. Patrzyłem na tych ludzi, których duma dosłownie unosiła nad ziemią i zdawałem sobie sprawę, że z ekipą o takim morale można osiągnąć wszystko. Patrzyłem na sprzedawców, którzy jeszcze dwa lata temu pracowali w dwóch różnych (bynajmniej nie kochających się) firmach. Teraz stanowili jedność. I doświadczałem tego właśnie w chwili, kiedy miałem się z tym pożegnać. Nikomu nigdy nie życzę takiej konfrontacji.
Pół dnia bez telefonu pozwoliło mi zebrać myśli. Złożenie broni nie było takie proste. Najpierw należało mieć przed kim skapitulować i ustalić warunki tejże kapitulacji. To również wymagało planu.
16 czerwca AXA poinformowała nas o zejściu poniżej 5%. Spodziewaliśmy się jakiegoś komunikatu – obroty były takie, że musiał się pojawić. Wyjście AXY mnie nie zdziwiło: jej zarządzający był jedynym, któremu nie spodobał się pomysł z Krukiem. Tego samego dnia wspólnie z Jurkiem Krawcem udaliśmy się na długo oczekiwane spotkanie z Senatorem. Mecenas D. przywitał nas w swojej kancelarii z wiele mówiącym chytrym uśmieszkiem. Wojciech Kruk chciał sobie chyba po prostu na nas popatrzeć, o żadnych porozumieniach nie mogło być mowy. Był już w przeciwnej drużynie, ale poinformował przy okazji, że zgodnie z naszymi oczekiwaniami kupuje i będzie dalej kupował akcje VW. Audiencja była krótka:). Natychmiast zdałem sobie sprawę dlaczego tak reglamentowano dostęp do Senatora. Gdyby wcześniej była okazja do spotkań, sprawy potoczyły by się inaczej. Widać było wyraźnie, że mecenas D. jest jednym z tych, którzy popychają go w wygodnym dla siebie konfrontacyjnym kierunku.
Rozpoczęliśmy przygotowanie do obrony Westerplatte. Poinformowałem najbliższych współpracowników, że zrezygnuję i nie będzie żadnej wojny. Choć w oczach odmalowało się rozczarowanie, a nie ulga, uważałem i uważam, że ludzi, którzy utrzymują się z etatu nie można zmuszać do jakiejkolwiek lojalności. Opowieściami o obronie „dobrego zarządu” dzieci się w domu nie nakarmi. Rozpocząłem również akcję wymiany umów tym, których nowa ekipa mogła „wyczyścić” w pierwszej kolejności. „Nasza” Rada Nadzorcza powołała nas na nową kadencję. Zacząłem porządkować papiery i sprzątać swój gabinet.
M E C Z
20 czerwca rynek zelektryzowała wieść: w naszym akcjonariacie ujawnił się Jerzy Mazgaj. W eleganckich wypowiedziach komplementował moje zawodowe osiągnięcia obawiając się jedynie, że nie poradzę sobie z zarządzaniem luksusowymi markami, z czego należało wywodzić przekonanie, że opieka w tej materii może mi się okazać niezwykle przydatna. Na podziemnym froncie realizował się już Michał Wójcik – prezes Vistuli, którego zdetronizowałem w 2006 roku. Facet o dość przykrym usposobieniu, tym razem osiągał szczyty zdolności dyplomatycznych. Nie dziwiło mnie to. Konkurs na obsadzenie mojego fotela już ruszył, a on niekoniecznie był jedynym faworytem. Można mu było jednak pomóc. Ta skłonność brała się ze specyficznej kalkulacji. Z jednej strony była jakaś sprawiedliwość w tym, że teraz on zastępował mnie, z drugiej liczyłem, że zachowa się wobec mnie i moich współpracowników tak, jak ja zachowałem się wobec niego w 2006. O tym jak srodze się na nim zawiodłem miałem się przekonać już niebawem.
Ale prawdziwy orgazm media przeżyły 23 czerwca, kiedy ogłaszał się Wojciech Kruk. Później już się nie dało. Walne było 30, a minimalny okres na dostarczenie blokad to 7 dni. I tu zaczynały się schody. 7 z dniem walnego czy też 7 dni PRZED walnym? Blokady dostaliśmy w dacie 24 czerwca, a zatem siódmy dzień wypadał 30. Moje zaplecze prawne natychmiast się zagotowało. Można było nie dopuścić Kruka do walnego! Ani na to, ani na znacznie cwańszy zabieg, jakim było określenie czy do uchwał wystarczy zwykła większość czy też nie, nie miałem jednak ochoty. Westerplatte można było bronić długo, ale nie miało to najmniejszego sensu. I Michałowi Wójcikowi, i Jurkowi Mazgajowi powtarzałem, że nie będziemy walczyć. Nie wierzyli mi tym bardziej, że Senator w mediach dawał upust złości: „Odzyskam firmę”, „Robię to po to, aby wyrzucić Bauera”; wyglądało na to, że mecenas D. już zajmuje się innymi sprawami, bo tymi wypowiedziami Wojciech Kruk skutecznie uniemożliwił sobie w tym podejściu wejście do Rady Nadzorczej. Na rynku kapitałowym można wszystko, ale o pozory trzeba dbać.
6 dni do walnego przeżyłem jak żywy trup. W podziemiu negocjacje z Mazgajem, w których nieustająco powtarzałem, że należy jak najszybciej spotkać się z bankiem i wyjaśnić mu sytuację. Na powierzchni spotkania z bankiem, na których nieustająco zapewniałem, że nie będę walczył i odejdę, aby nie generować perturbacji w spłacie kredytu i w nowej emisji. I 50 milionów gotówki na rachunku i fenomenalne wyniki w sklepach. A na dodatek gotowi do obrony pretorianie powtarzający namiętnie, że jeszcze jest czas, że łatwo nas przecież nie wezmą, a złożenia broni na pewno pożałuję. Koszmarna mieszanka.
Ale decyzję już podjąłem, choć każde kolejne spotkanie i kolejny policzek zaciskały mi pięści.
Były kiedyś takie czasy, kiedy bardzo ostro grałem w pokera. Choć jest tym dla brydża, czym harmonia dla fortepianu, ma jedną zaletę: wciąga egalitarnie. Ta unikalna cecha powoduje, że wśród pokerzystów znajdziemy wszelkiej maści indywidua z różnych środowisk połączone jednym: namiętnością do hazardu. Moja kariera pokerzysty zakończyła się nieodwołalnie w sobotę 15 lutego 1992 roku. Gra, do której popchnął brak śniegu, rozpoczęła się w piątek wieczorem; zakończyła w niedzielę w południe. W sobotę w nocy byłem zadłużonym bankrutem. Dysząc nad umywalką w obskurnej toalecie powoli uświadamiałem sobie absurd tej sytuacji. Postanowiłem, że jeśli dam radę wrócić do stolika i uda mi się odegrać, nigdy więcej nie usiądę do kart. Odegrałem się na 90%. Kart od tamtej pory nie dotykam.
Ten, kto nie budował firmy, którą uważał za swoją; ten, kto nie patrzył na rosnące słupki wyników; ten, kto nie smakował realizowanych planów, nie zrozumie czym jest oddawanie władzy. I choć wszystko, co logiczne tłumaczy, że to rozsądny krok, wszystko zwierzęce wrzeszczy: walcz i jak już nic się nie da zrobić, spal za sobą wszystko.
I choć wytrwałem w zamiarze, popełniłem jeden straszny błąd. Ewa Bałdyga, która zajmowała się naszym PR, wiedząc o moich planach zalecała mi zorganizowanie konferencji, na której podsumuję dotychczasowe osiągniecia i tym sposobem „pożegnam” się ze spółką, pozostawiając po sobie jasny i czytelny rejestr tego, co udało się osiągnąć. Odmówiłem. Nie mogła tego zrozumieć, podobnie jak moich wysiłków, aby nie znaleźć się na okładce kolejnego wydania miesięcznika Forbes. Miejsce na okładce uzasadniał wielki demaskatorski tekst… Iwony Kokoszki – tej samej, która doszukiwała się drugiego dna w wezwaniu jeszcze na konferencji prasowej. Tytuł artykułu brzmiał złowieszczo: „Co po Kruku panie Bauer?” Drodzy prezesi, których ma niebawem zmieść parowóz przemian: nie wahajcie się nigdy w podsumowywaniu tego, co po sobie zostawiacie. W przeciwnym wypadku wasze aktywa zasymiluje nowy zarząd, a wasze pasywa pozostaną na wieki bez pokrycia.
Tuż przed walnym powiedziałem jeszcze jasno prasie: żadnej obrony, żadnych kombinacji. Akcjonariusze chcą mieć nowy zarząd, nową radę i będą je mieli. Przy okazji okazało się, że nasza dedukcja co do Paradise Group była błędna. Wymyślono znacznie lepszy projekt: fuzję z kontrolowaną przez Mazgaja Almą! I to był majstersztyk. Jego wielkim zwolennikiem był Marek Sojka z PZU, które było zresztą drugim po Mazgaju akcjonariuszem w Almie. Wszystkie klocki pasowały. „Kiedy z nimi rozmawiam” poinformował mnie Marek „zawsze mówię, że powinieneś być dalej prezesem”. Rozkoszne.
Vis-a-vis mojej placówki „Prom” czaił się nie tylko Schlezwig-Holstein. Wsparcia ogniowego udzielała mu prawie cała Kriegsmarine.
Dla mnie liczyła się już tylko emisja. Wszystkim akcjonariuszom mówiłem wyraźnie: nie będę się szarpał, tylko przegłosujcie emisję. Niewiele brakowało, a znowu PZU powtórzyłoby numer ze zbyt wysoką ceną. Poprosiłem na bok Sojkę. „W grudniu 2007 r. to był sprytny myk. Teraz podstawicie sobie sami nogę. Ta emisja musi być!”. Zrozumiał. Przegłosowali, ale ciśnienie mi podskoczyło. Przecież dlatego między innymi rezygnowałem! Uważałem, że jeśli zdecyduję się na walkę, PZU zablokuje emisję akcji, a ja znajdę się w trudnej sytuacji z kredytem. Ktoś zauważy, że takie ryzyko powinienem sobie przekalkulować wcześniej. I przekalkulowałem. Ale wtedy PZU było po mojej stronie:).
30 czerwca VW 7,69 kapitalizacja 616 mln
Nową radę nadzorczą rynek przywitał 10% spadkiem. Akcje na zamknięciu notowano po 6,86 co oznaczało ni mniej, ni więcej tylko odparowanie 66 mln kapitalizacji. Jak sobie łatwo wyobrazić Jerzy Mazgaj pretensje miał do mnie. Sugerował, że to celowe działanie „moich” funduszy, a w tej grupie były oczywiście te, które go akurat nie popierały. Nie miałem w tym najmniejszego interesu, każdy spadek o złotówkę oznaczał dla mnie osobiście kilkaset tysięcy straty. Rozumiałem jego zdenerwowanie. Liczył na „efekt Mazgaja”, czyli wzrost kursu i na to również, co zrozumiałe, liczyli jego koalicjanci. Posiedzenie nowej rady odbyło się następnego dnia, we wtorek. Zgodnie z umową zakomunikowałem na nim jasno, że chcę zrezygnować. I tu pojawił się problem. Rada nie chciała mnie od razu odwołać! Bo choć Mazgaj i Kruk mianowali się „właścicielami” V&W, to podówczas mieli w niej zaledwie po 5%. Umówiliśmy się, że ja się zastanowię i na kolejnej radzie 15 lipca sprawa się ostatecznie rozstrzygnie.
Ostatnie dwa tygodnie w V&W to prawdopodobnie najgorszy okres w moim życiu. Pracownikom wydawało się, że skoro mnie nie odwołano to znaczy, że jesteśmy dogadani na przyszłość. Zapanowało jakże złudne odprężenie. W międzyczasie kurs spadał coraz bardziej. Michał Wójcik ciągle trząsł porami, że stołek przeleci mu koło nosa. Pomagałem mu, jak mogłem. Coraz bardziej martwiły mnie relacje z bankiem. Wreszcie wybrałem się na spotkanie z Jurkiem Mazgajem do Krakowa. Przegadaliśmy noc w Hotelu Starym pijąc gigantyczne ilości wina. Zaproponowałem, że złożę rezygnację in blanco i zajmę się sfinalizowaniem kredytu. Powiedział mi, że to propozycja dobra, ale nieakceptowalna, ponieważ nie przejdzie z Senatorem. Dla niego najważniejsze było moje odejście. A kredyt? Wojciech Kruk miał go podobno załatwić w innym banku, więc problem relacji z obecnym kredytodawcą wydawał się nie istnieć.
Biurko już miałem spakowane. 15 lipca pacyfikacja przebiegła sprawnie. Na radzie nie było już żadnych dyskusji. Poproszono mnie na 5 minut i zakomunikowano, że odwołują mnie na moją prośbę.
W bardzo wąskim gronie udaliśmy się na stypę do jednej z moich ulubionych restauracji. Małe grono, które w pewnym momencie opuścił jeden ze współpracowników mówiąc, że ma gdzieś umówione spotkanie w swojej nowej pracy. Nie pamiętam o której zasnąłem tej nocy. Po powrocie do domu czytałem pożegnalne emaile – niektóre zaskakująco sympatyczne.
Na moje odejście rynek odpowiedział kolejnym spadkiem, a na koniec sesji za walory V&W płacono już tylko 5,1 złotych. Tym samym wartość spółki od 30 czerwca, czyli w ciągu zaledwie dwóch tygodni, spadła o 207 mln złotych. W owym czasie był to swoisty rekord. Kiedy wychodziłem z biura 15 lipca, Michał Wójcik powiedział mi ze złośliwym uśmieszkiem: „Dwa razy mnie odwoływali. Trzeciego razu nigdy nie będzie”. Jak się potem okazało „nigdy” oznaczało niewiele ponad rok.
Miesiące, które nastąpiły później, nie należały do najprzyjemniejszych. Media obsadziły mnie trwale w roli „łosia”; prawa głosu nie dawał nikt. W kolejnych artykułach Wojciech Kruk coraz gorliwiej opowiadał o tym, jak sobie wymyślił chytry plan ogrania młodego ambitnego gówniarza. Michał Wójcik kompromitował mnie gdzie tylko mógł, a przy okazji naśmiewał się z „dziadka” Brosnana, który był jakoby całkowicie niepotrzebny marce i wręcz jej szkodził.
Aż w końcu nadszedł kryzys, którego wypatrywałem od dawna. Rynek zdominowały znacznie poważniejsze problemy. Kryzys odbił się również na kursie Vistuli, zmuszając jej „właścicieli” do kolejnych wydatków. W mediach gruntowano przekonanie, że jedynym problemem tej grupy jest przejęcie Kruka. Tego samego Kruka, który w publikowanych przez V&W raportach wykazywał większość z prezentowanego przez grupę zysku. Znaleziono czas na zmianę nazwy, przy czym nie dodano elementu, który symbolizowałby Kruka. Po prostu usunięto ten, który kojarzył się ze mną. Wypadła Wólczanka; powstała Vistula Group.
Wójcik, który przejął gotowy dom prestiżowych marek, dokonał całkowitego zwrotu, w którym wtórował mu (ku memu wielkiemu zdumieniu) Jurek Mazgaj. „Polska jest krajem kiełbasy, a nie mody” – poinformował w jednym z wywiadów oświadczając, że Vistula będzie marką dostępną, lokującą się pomiędzy Próchnikiem a Bytomiem. Bez światowych ambicji.
Kurs spadał. Linczowano mnie w artykułach, zaciskałem zęby. Do czasu. Pod koniec stycznia 2009 r. spotkała się ze mną dziennikarka „Rzeczpospolitej”, pisząca o błyskotliwej obronie Senatora. Poświeciłem jej sporo czasu. Mimo to przygotowała stronniczy tekst. Po publikacji nie odpowiadała ani na telefony ani na emaile. Puściły mi bezpieczniki.
30 stycznia 2009 2,45 kapitalizacja 300 mln
Panika na rynku sięgała szczytów. Opcje walutowe rozwalały kolejne spółki, a nad przyczynami ich powstania debatował rząd. Kursy pikowały, a nad Europą unosiło się widmo katastrofy większej niż amerykańska. Każdy kolejny dzień ustalał nowe rekordy spadków na różnych aktywach. Patrzyłem na to z pełnymi kieszeniami. Zwrot akcji z Vistuli spowodował, że posprzedawałem wszystko w lipcu i sierpniu 2008. Teraz nadchodził mój czas. Kupujący wyparowali z rynku, a szok zablokował finansowanie w bankach. Kto żyw sprzedawał akcje, aby zdobyć gotówkę. Wybrałem sobie dwie spółki. Próchnik i…. Vistula Group. Im bliżej złotówki, tym ostrzej ją kupowałem.
27 luty 2009 1,03 zł kapitalizacja 125 mln
Kiedy na początku marca kurs Vistuli przebił podłogę kupowałem już jak szalony. Żądza zemsty zaślepiła mnie kompletnie. 5% było już w zasięgu ręki. Kładłem się spać z myślą o tym, jak będą się czuli podając mój komunikat o przekroczeniu 5%. Wyobrażałem sobie kolejny wybuch zainteresowania prasy tak zakochanej w tym kapitałowym melodramacie. Aż pewnego dnia już w zasadzie miałem te 5%. Jeszcze mały krok i… komunikat. Potem żądanie zwołania walnego i … ja również będę „właścicielem” Vistuli.
I wtedy zacząłem myśleć. Co to w praktyce da? Zaangażowałem się już w nowe projekty. Próchnik agregowało się trudniej, ale tu w zasięgu ręki było znacznie więcej niż w Vistuli.
Kurs się zaczął lekko odbudowywać. Do 5% pozostało mi 500 akcji. Grosze. Wahałem się…
30 marca 2009 1,49 zł kapitalizacja 181 milionów
Jak to się ładnie mówi: rozsypał się worek z tematami. Pomyślałem, że nie będę się pchał tam, gdzie mnie nie chcą, a tuż pod progiem 5% mogę sobie „powisieć”. Do jego przekroczenia zostało tak niewiele, że nawet przy istotnej zwyżce ceny mogłem się łatwo dokupić. Ale coraz bardziej pochłaniały mnie inne rzeczy.
Rodził się już RAGE AGE, choć się tak jeszcze nawet nie nazywał, i rodził mi się wspaniały pomysł na Próchnika, którego zawzięcie akumulowałem. Miałem znowu cel. A nic nie cieszy bardziej niż zrealizowanie tego, o czym inni mówią, że się nie da. Stworzenie własnej luksusowej marki i przemiana próchna w dumnego Próchnika korciło mnie bardziej niż ambicjonalna szarża, która poza rozgłosem i tak niczego by nie dała.
Na przegubie ręki nosiłem cały czas żelową obrączkę z nieaktualnym już logiem VISTULA&WÓLCZANKA. Nosiłem ją jako rodzaj memento i jednocześnie sarkofag wspomnień. Tuż przed zbliżającym się długim weekendem zaliczałem kilka biznesowych spotkań w ogródku przed restauracją 6/12. Świeciło piękne słońce. Zaczynał się ten okres w roku, kiedy wszystko wydaje się możliwe. Kiedy zostałem sam, powróciły wspomnienia zeszłorocznych kwietniowych dni.
„Ma pani nożyczki?” – zapytałem zdziwionej kelnerki. „Na zapleczu mamy tylko to” – przyniosła mi sekator, którym nie bez kłopotu uwolniłem się od swojej gumowej obręczy.
Na ulicę wyszedłem wolny. Z jednym silnym postanowieniem. Już nigdy nie będę nic musiał. Był 30 kwietnia 2009.
Post Scriptum
Jakkolwiek lansuje się teorię, że standard w biznesie to sytuacje „win win” w moim przekonaniu to bardziej życzenie zwycięzców niż stan faktyczny. Tym samym uczestnicząc w obrocie gospodarczym nie można mieć pretensji do konkurentów, których celem, podobnie jak naszym jest realizacja własnej wizji biznesu. Walka z konkurencją polega na usuwaniu przeszkód które raz my usuwamy, a raz inni usuwają nas. Metody bywają różne. Siadając do tej gry trzeba się z tym zawsze liczyć.
Dzisiaj „właściciele” Vistula Group mają nadal zaledwie 10% każdy, z tym że Wojciech Kruk niedawno gromko obwieścił, że nie odnajduje się już w formule tej spółki i…. zamierza stworzyć własną markę lub odkupić od Vistuli Kruka.
A sama spółka? Jest dzisiaj warta niewiele ponad 100 milionów czyli dokładnie tyle ile w 2008 roku otrzymał ode mnie Wojciech Kruk. W gotówce. Z projektu budowy domu polskich marek nie zostało nic.

Przejmując akcje KRUK S.A. sprowadził Pan na siebie przysłowiowego kruka, który w szybkim tempie pozbawił Pana stanowiska z rady nadzorczej, a to przecież Pan był osobą, który doprowadził całą sprawę do finalizacji. Smutne, a zarazem prawdziwe, ale dzięki takiemu posunięciu mógł Pan spieniężyć swoje akcje po przyzwoitej wycenie, a następnie odkupić po bardziej atrakcyjnej cenie w niedługim odstępie czasu.
Szkoda również, że takie osoby jak P. Mazgaj zajmują się w Polsce „modą” (nawiązanie do wódki i kiełbasy). Uważam, że zawsze należy porównywać i rywalizować z „lepszymi od siebie”, natomiast nie ogladąć się za siebie np. Intermoda itp.
Dwa spostrzeżenia i jeden żarcik.
1. Dotychczas markę R.B., wśród nas maluczkich, kształtowały media oraz konkurenci. W tej chwili m.in. dzięki temu blogowi ma Pan specyficzny instrument, którego głos trafia pod strzechy. To duży kapitał chociaż niewymierny.
2. Z cyklu mój ulubiony Prof. A. Fierla powiedział:)
Zapamiętajcie! Jak zostaniecie powołani na prezesa zarządu pierwsze co robicie to: LAMENT nad kondycją tego czym władacie oraz założenie maxymalnej liczby REZERW na wszystko co się da. Dzięki temu:
a) poprzednika obujecie we wszystko co najgorsze;
b) rezerwami „zbijecie” wynik, dzięki czemu baza do porównania będzie bardzo mała.
i już po kwartale, 6mies, roku będziecie na okładce Forbsa jako manager opatrznościowy oraz nadwiślański cudotwórca.
Aż szkoda, że nie znaliśmy się wcześniej to bym podpowiedział, że pożegnanie w takich warunkach – Gambit Senatora – musi byc jak najgłośniejsze. To właśnie ten żarcik:)
Za to jak najpoważniej: Chylę czoła!!!
Nabieram wiary w zdolności edukacyjne polskiej profesury! Prof. A. Fierla przedstawił klasyczny model postępowania w przypadku spółki publicznej. Na okładkę Forbes tak łatwo się nie trafi ale do jakiejś ładnej rubryczki rankingowej – na pewno. Nie mówiąc oczywiście o laurach za wyniki i związanych z tym apanażach.
Niestety ja nie podzielam Twego optymizmu co do zdolności edukacyjnych (zaznaczam, że nie odnoszę się do wiedzy) tutejszej profesury. Przytoczony wyjątek potwierdza, w moim odczuciu, regułę…
Powiedz sam aż tylu świetnych nauczycieli miałeś w szkole jednej czy drugiej? Jeśli tak to szczęściarzem byłeś i jesteś:)
Jesteś bo w miniony piątek miało miejsce małe spotkanie blogerów w pewnej oberży i out of the blue jednym z dyskutowanych tematów okazały się… perypetie R.B.
Trafiasz na języki, pod strzechy. Sam zapewne zauważyłeś, że ruch większy i komentatorów wyraźnie przybywa ( Podtwórca jest gotów zrealizować swoją „groźbę” to wyjątkowy ziomal) proszę pozostań tym samym blogerem, którego jakiś czas temu poznałem.
Pozdrawiam,
czyta się jak jakiś thriller …
Trafiłem na tego bloga w chwili ukazania się pierwszej części historii przejęcia Kruka, bardzo ciekawa opowieść 😉
Za decyzję o odejściu ze spółki wielki szacunek, ciekawe ilu by tak postąpiło, myślę, że sporo osób raczej kierowałoby się wspomnianymi „zwierzęcymi instynktami”.
Pozdrawiam
Trudno powiedzieć. Proszę jednak pamiętać, że był to wynik pewnej kalkulacji. Trudnej i przykrej ale jednak kalkulacji. Poza tym wiedziałem, że odchodząc nie ryzykuję bezpieczeństwa rodziny i na taki ruch było mnie po prostu stać. Gdyby za plecami był kredyt hipoteczny i zobowiązania do pokrycia. Zachował bym się zupełnie inaczej. Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości.
trochę mało jednak o ludziach którzy mieli duży wkład w firmie wtedy 🙂 ale dobry kolejny blog
Precyzyjniej tu nie ma ani słowa o moich ówczesnych współpracownikach. To wynik przyjętej narracji. Zabrakło mi literackiego talentu. Poza tym w kwestii zasadniczej pomocy udzielały mi dwie osoby. Osiągnięcia samej spółki czy też raczej spółek to bezdyskusyjne efekt pracy wielu ludzi co zawsze staram się podkreślać. W tej relacji były jednak tłem. Komentarze w tym te które otrzymałem majlem a nie na blogu skłoniły mnie do opisania kilku innych wydarzeń dotyczących V&W. Będzie to doskonała okazja aby opisać wkład osób o których mowa choć i tak na pewno nie o wszystkich.
Jest mi pan winien kilka dobrych wieczorów, bo lektura dwóch poprzednich wpisów wciąga do tego stopnia, że muszę teraz przeczytać cały blog 🙂 Jeśli zafunduje pan sobie kiedyś emeryturę, proszę zacząć pisać książki.
Pozdrawiam i wracam do archiwum (już grudzień 2010).
🙂 Chciałbym ale jak tu opisałem szczególne osobiste przeżycie. Z opisem wykreowanej fikcyjnej rzeczywistości raczej bym sobie nie poradził. Ale kto wie:) Miłej lektury przy czym im głębiej tym gorzej. Było nie było, praktyka wpływa na tekst…..
Mam nadzieję, że kiedyś przyjdzie mi współpracować z członkami Zarządu o zbliżonej do Pana osobowości. Na razie niestety takie życzenia pozostają w sferze marzeń.
mailem a nie na blogu …
🙂
W zamierzchłych czasach, Marek Niedźwiecki w Liście Przebojów Trójki, używał określenia: emajla.
Czy ten majl brzmi zatem aż tak „nieteges”?
🙂
Czytając całośc tej, rzeczywiscie z dynamizmem opowiedzianej historii mam pewną refleksję.
Otóż działania pozostałych aktorów sugerują pewne drugie dno. Każdy, kto miał o tym pojęcie (a już zwłaszcza przedstawiciele właścicieli w RN), wiedział, że to ty stworzyłeś zespół, który zbudowal wielkośc tej firmy. Pozbywając sie człowieka z wizją rozwoju i umiejętnościami prowadzenia firmy tej wielkości, akcjonariusze (w końcu zawodowcy- przynajmniej fundusze) musieli sobie zdawać sprawę, że odwołanie Ciebie doprowadzi do znacznego spadku wartości firmy. Musieli więc na czymś innym zarobić, co najmniej wystarczająco dla odbicia tej straty (zakładam, że nie mogli ze swoich pakietów wyjść na tyle szybko, aby tego uniknąć), a prawdopodobnie duzo więcej- bo inaczej się nie robi na tyle skomplikowanych rozgrywek (media też przecież kosztują). Na czymś zarobili. Sporo. A może tylko ktoś nie stracił przyhamowując plany ekspansji V&W?
Tak czy inaczej przy takich operacjach, duzi zarabiają zwykle po obu stronach lewarka, więc przynajmniej komuś na chwilę zepsułeś humor. Za to, zgaduję, jesteś na dozywotniej czarnej liscie w części „kręgów inwestycyjnych”
Masz race tyle, że w Polandzie zazwyczaj nie szanuje się wartości zespołu. Pamiętaj, że moje miejsce zajmował Michał Wójcik który teoretycznie przejmował w znacznej mierze swój dawny zespół bo przecież jak pisałem jak w 2006 roku w większości tych ludzi przejąłem zamiast zwalniać. Tym samym, problem sukcesji wydawał się nie występować. W konsekwencji spadku wartości nikt nie zakładał, więcej wyeliminowanie menedżera o rzekomych nadmiernych skłonnościach do marketingu i rozwoju miało poprawić zyskowność. Jak na to spojrzysz z tej perspektywy to na tej operacji nie zarobił nikt po prostu zwykły fuckup zdarza się każdemu. Miało być tak, że kurs wzrośnie, dojdzie do fuzji z Almą dzięki czemu Jurek przejmie faktyczną kontrolę nad olbrzymią organizacją o dużym prestiżu. Ale nie wyszło. A czarna lista? Oczywiście, że na niej jestem choć paradoksalnie zrobiłem co się tylko dało aby agresorom pomóc. Powód był prozaiczny katastrofę zwalili by na mnie podobnie jak zwalali wszelkie niepowodzenia. To była bardzo pouczająca lekcja.
Hm… „W Polandzie zazwyczaj nie szanuje sie wartosci zespolu”.
Jak w takim razie pan Wojcik i Mazgaj tlumaczyli sobie to, ze firma pod Twoimi rządami zwiekszyla sprzedaz i kapitalizacje??
A pozniej – spadek wartosci akcji? Problem z przejeciem Kruka? Przypomina mi to SUN Microsystems. Mieli chlopcy wyjatkowy talent do spierdzielania akwizycji. W zasadzie jedyna udana, z ktorej czerpali frukta to byl Cray. W wypadku calej reszty schemat wygladal tak: przejmuja firme majaca niezle wyniki i profity. Po roku – same straty. Przyczyna m. in. bylo to, ze po przejeciu „wcielali” dzial sprzedazy i marketingu danej firmy do „sun sales organization”. A sun sales organization byla wyspecjalizowana w sprzedazy ogromnych maszyn na kontrakt np. z rządem albo armia. Jeden-trzy tresciwe kontrakty rocznie i sprawa zalatwiona. Ci ludzie nie mieli pojecia jak sprzedawac male serwerki, gdzie profit margin mikry a idzie sie w ilosc. Albo jak sprzedawac soft czy uslugi z tym zwiazane. No i rozkladali kazda nabyta firme.
V&W miala szanse jako pierwsza firma polska „wejsc na salony” swiatowej mody. Z podejsciem „Polska jest krajem kielbasy a nie mody” to rzeczywiscie perspektywy rozwoju rysowaly sie cudne..eh….
Ale wtopy zdarzaja sie wszedzie. Kiedy Steve Jobs odszedl z Appla z powodu konfliktow z board members to tez akcje polecialy w dol i pod koniec lat 90-tych wydawalo sie, ze Apple umrze smiercia naturalna, podobnie jak stalo sie to z SGI (ktos dzis w ogole pamieta o tej firmie? :).
Dzizas Silicon Grapchics…. to już prehistoria i faktycznie ciekawy case bo absolutny rynkowy prekursor już chyba dzisiaj nawet nie istnieje… Doskonały przykład na to jak brak innowacyjności może wykończyć doskonały pomysł. Taktyki przejęciowe to również ciekawa kwestia. W Polandzie kultywuje się w tej materii doświadczenia GE podobne do strategii SUNa. Mam w tej materii swoje zdanie choć 4 przeprowadzone przejęcia ( bez Kruka ) można oczywiście uznać za zbyt mały kapitał wiedzy. A V&W? O losie spółki decydują właściciele et consortes. Bez względu czym się kierują i jakich wzajemnie używają technik mają do własnej polityki prawo. Problemem jest wyłącznie to, kto odpowiada za rezultaty jeśli okazują się rozczarowywujące:)
SGI oficjalnie zbankrutowalo w 2009r. w ramach Chapter 11 (bankruptcy law).
Brak innowacyjnosci i slepota na to, co sie dzieje na rynku to jedno ale…chodzilo tez (a to wiem bo znam osobiscie sporo osob co stamtad odeszlo a byli wazni w dziale eng) o ZESPOL.
Otoz, na skutek zlego zarzadzania (w duuzym skrocie) najzdolniejsi inzynierowie odeszli z SGI i.. zalozyli Nvidie. W pewnym momencie sytuacja byla taka, ze konkurencja żerowala na SGI potwornie, a oni byli bezbronni, bo nie mieli juz ludzi do obrony wlasnych patentów w sądzie…
Jesli chodzi o odpowiedzialnosc… zgadzam sie. Pol biedy jesli wlasciciele i rada nadzorcza to sa mniej-wiecej te same osoby (lub ich przedstawiciele).
Nieciekawie robi sie, jesli na skutek idiotycznych badz krotkowzrocznych dzialan zarzadu szkode ponosza zwykli akcjonariusze.
Dołączam się do pochwał dotyczących Pana zdolności narracyjnych. Naprawdę czyta się to z zapartym tchem.
Przeczytałem też artykuł do którego zamieścił Pan odnośnik i zaciekawiła mnie wypowiedź Jerzego Mazgaja a dokładnie ten fragment: „Vistulę za czasów poprzedniego prezesa reklamował Pierce Brosnan. Tyle że na sprzedaż to się w ogóle nie przełożyło” – Jest to całkowite zaprzeczenie tego co Pan twierdzi a mianowicie iż reklama ta spowodowała znaczne zwiększenie sprzedaży.
Jako że lubię opierać moje oceny na faktach a nie emocjonalnych wypowiedziach czy mógłby Pan zamieścić odnośnik do oficjalnych wyników sprzedaży V&W obrazujących sprzedaż w okresie przed oraz po kampanii reklamowej z udziałem Pierce Brosnana ?
Niestety nie będzie to takie proste. Mam oczywiście bardzo szczegółowe dane które powyższe pokazują ale to historyczne dane wewnętrzne dotyczące spółki publicznej i muszę sprawdzić czy można je swobodnie publikować. Sporo da się wyczytać z raportów postaram się przygotować odpowiednie zestawienie. Mam napisać post o Brosnanie będzie zatem doskonała okazja:) Na razie pozwolę sobie poddać analizie wypowiedź JM. Myślę, że trudno założyć, aby tak znana do dzisiaj akcja promocyjna nie przełożyła się na sprzedaż w ogóle. Mogła się przełożyć średnio lub uzyskana ze wzrostu marża mogła nie pokryć kosztów. Atak na Brosnana miał jednak istotne uzasadnienie. Ponieważ JM i WK z ochotą kontynuowali samo założenie domu marek czymś trzeba się było odróżniać stad ataki na luksus i jego najbardziej widoczną emanację jaką był Brosnan.
Z tego scenariusza powstałby świetny rodzimy film sensacyjny, bijący na głowę nawet Wall Street.
Jak sam napisałeś, odcinając lateksową obrożę wyszedłeś na ulicę jako wolny człowiek, który już nic nigdy nie będzie musiał. I to jest sedno. Możesz teraz oddawać się pasji, hobby, rodzinie nie martwiąc się czy starczy do pierwszego. Warto było. Powodzenia.
Bardzo dobre wpisy – nie tylko ostatnie 3 części – do specyficznej grupy ludzi Pan trafia jak widzę po autorach wpisów 😉
Z tego co wiem ten blog jest na liście obowiązkowych lektur wielu sensownych ludzi zatem proszę się nie ograniczać
pozdrawiam
Jeden z uczestników spotkania w pewnej Oberży 😉 komentujących pierwsze 2 części ;>
W tym całym biznesie popełnił Pan mały błąd. Chciał Pan przejąć firmę na szczycie hossy a tego nigdy się nie robi! Kiedy sępy rzuciły się na akcje to trzeba było im je sprzedać po te kilkanaście złotych , tym bardziej , że spodziewał sie Pan krachu na rynku ! To nie była przecież mała , technologiczna firma z super produktem ,a biznes o ograniczonej skali na polskim rynku , który na kryzysie mocno cierpi . Na giełdzie , jak i w życiu , moda szybko przemija jak spadają kursy akcji i trzeba się tego zawsze trzymać ! Największe pieniądze człowiek robi na głupocie innych ludzi ,a w Polsce mamy ich dostatek , więc nie ma sensu z nimi walczyć , trzeba tylko troszkę poczekać a czas ich sam zabije. Krótko mówiąc był Pan za szybki.
Powodzenia
Co do szczytu hossy i sprzedawania akcji masz rację. Sęk w tym że bohater bloga miał po prostu wielką pasję stworzenia czegoś wielkego.A wtedy hossa czy bessa nie są już tak ważne.Ważne żeby się rozwijać czy tworzyć.
Ohoczo dołączam do fanclubu i zachwytów nad fantastyczną narracją:)
Od lat mieszkam w Niemczech i bliżej mi do venture capital niż spółek publicznych, ale polski rynek kapitałowy obserwuję, z dystansu acz z sentymentem 🙂
Dotychczas dostępny był mi jedynie pryzmat zagmatwanych polskich newsów i ploteczki, a tu proszę – nareszcie jest „bez ściemy”. Czekam na kolejny odcinek – pozdrowienia!
Panie Rafale,
Mijam Pana dosyc czesto – przepraszam – Pan mnie mija Ferrari 😉 na drodze do / z Konstancina, i jak tak mnie Pan mijał do tej pory to sobie myślałem, o to ten co mu Kruk na dziobie zagrał i pokazał gdzie raki zimują. Jak widzę jednak po niniejszej trylogii, nie wszystko złoto co Krucze. Kracze. Tfu! W prasie 😉
Istotne jest aby w każdej sprawie poznać opinie obu stron i wyrobić sobie własne zdanie. Do tej pory miałem możliwośc
Niniejszym publicznie zwracam Panu honor! A następnym razem jak się będziemy mijać to dwa razy zatrąbie… 😉
Pozdrawiam!
Bardzo mnie swego czasu uwierał ten samochód…. wydawało mi się, jak widać nie bez racji, że doskonale wiadomo, czyje to auto. Pomyślałem jednak, że nazwiska ani twarzy nie zmienię więc i od auta nie ma sensu uciekać tym bardziej, że ma również swoja historię i blachy z którymi trudno by mi było się rozstać:) 3 mam za słowo z tym podwójnym klaksonem:) Pozdrawiam RB
Wie Pan, to sprawa honorowa – wiec musze uzyc klaksonu przy najblizszej okazji 😉
Pozdrawiam
MK
Rafał,
Jak zawsze ogromny szacunek… dawno czegoś tak dobrego nie czytałem… i smutne jest to że tak fajny projekt został rozwalony przez ego rodziny…
G
Przypomina mi to, zarowno fabulą, jak i duzym talentem narracyjnym, bardzo dobra autobiografie Geralda Ratner’a – ktora goraco polecam do przeczytania. Nec Hercules contra plures.
Pozdrowienia 🙂
A
Kłaniam, błędem kardynalnym był brak nawiązania relacji z Senatorem. Przy tak dużym przejęciu, zalecałbym minimum cztery butelki wina i to na osobę, a bladym świtem konsensus byłby gwarantem dobrej dalszej współpracy.. Etyka w biznesie to bardzo ważna rzecz i asygnata wroga w postaci Jegomościa Kruka była jak miecz obosieczny..
Bądź Pozdrowiony Rafale
Tomtay, wzdychasz za weteranami z forum a tu takie obiegowe opinie i to u weterana:) Relacji z Senatorem nie dało się wcześniej nawiązać i to z wielu różnych względów. Jeden z nich to choćby „działanie w porozumieniu” za to przecież między innymi śledzisz sprzedające w dołkach Fundy….
Ten mariaż całkiem ciekawie rokował w kwestii promocji polskich marek i szkoda, że prywatne animozje wzięł górę nad zdrowym rozsądkiem, gdyż w tym przypadku sukces mógłby mieć wielu ojców. Chociaż gdyby mi przeniesiono produkcję Tissot do Czech, pewnie szukałbym innej marki do której miałbym równie wielką słabość 🙂
I życzyłbym sobie więcej artykułów związanych z rynkiem kapitałowym …, może coś o cyklach? 😉
Pozdr.
p.s. Za starą gwardią tęsknię i tęsknił będę!
Czyta sie rewelacyjnie! Obraz jaki sie zas jawi, smutny. Nierozumienie ponadprzeciętnych dażeń to niestety smutna nasza przecietna rzeczywistość , której drugie imie jeszcze zawisc. Choc plany w perzyne los obrocił jest jeszcze pamiec drogi jaka sie podazało. Wspomnienia ludzi i chwil pieknie wspolnie spedzonych.Było mi dane przezyc takowe na torze w pucharze Wólczanka-Vistula wlasnie dzieki temu ze ktos taki jak Ty kierował wowczas Ta firmą. Ciesze sie ze moglem Ciebie poznac osobiscie bo nalezysz do zacnego i waskiego grona osób o niczym nieskrepowanym mysleniu nawet gdy sztorm za oknem. Takich ludzi mozna pokonac ale nie zwyciezyc! Ze szkoły sredniej staralem sie wyniesc jak najmniej to jedno poszło ze mna samo „Idziesz przez swiat i swiatu dajesz ksztalt przez twoje czyny” St.Wyspiański. Tego sie trzymajmy:) Pozdrawiam!
Powiem szczerze, ze pierwszy raz miałem okazje przeczytać tak ciekawy artykuł. Do tej pory znałem jedynie wersje lansowaną w mediach, że Mazgaj i Kruk to dobrzy, a Bauer to ten zły co doprowadził firmę na dno. Cieszy mnie to że mogłem poznać relacje drugiej strony.
Zastanawia mnie jedna kwestia, która została poruszona już parokrotnie w komentarzach, ale nie doczekała się jasnej odpowiedzi. Czy jest w Polandzie szansa na stworzenie luksusowego domu mody. Coś takiego jak Pan chciał stworzyć z V&W z Krukiem. Czy np Próchnik albo Bytom mają na to jakieś szanse? I z jakimi podmiotami musiały by się połączyć? Wiem, że to jest trochę jak wróżenie z fusów, ale może ma Pan jakąś wizje?
Takiego potencjału jakim dysponowała VW oraz W.Kruk nie ma nikt i najpewniej nie będzie miał ponieważ mamy tu do czynienia z unikalną kombinacją pozytywnych emocji po stronie nabywców/fanów oraz jakości i struktury sieci dystrybucji. Próchnik czy Bytom nie mają się po co łączyć ponieważ eksploatują ten sam rynek. Jako autonomiczne spółki są z kolei zbyt małe aby oddziaływać w sposób podobny do V czy W. Ani Próchnik ani Bytom nie powinny budować pozycji w oparciu o luksusowy komunikat tylko inne, często nie mniej ważne dla nabywców cechy. Obie spółki nie mają się specjalnie z kim łączyć. Projekt fuzji Bytomia i Gino Rossi został ostatnio odtrąbiony tym samym mariażu Bytom, Gino Rossi, Simple raczej nie będzie. Czy sam pomysł był dobry? Konsolidacja retailu jest zawsze uzasadniona z uwagi na obniżenie kosztów zarządzania siecią. Ewentualne synergie to kwestia dyskusyjna bo zalezą od punktu widzenia. W moim przekonaniu, dysponując bazą lojalnych nabywców cross selling wygeneruje się na pewno.
Czyli jednak nie ma dużych szans zbudować w polandzie markę opierającą się na luksusowych komunikatach? Opisywany projekt fuzji Bytomia i Simple wydaje się był dobrym pomysłem. Może było by to trochę jak Massimo Dutti.
Dokładnie tak by mogło być. Nawiasem mówiąc taki projekt przedstawiałem kiedyś akcjonariuszom Bytomia ale im się nie spodobał.
Ciągnąc dalej ten wątek… Zastanawiam się czy opisany wyżej pomysł stworzenia polskiego Massimo Dutti, nie chciałby Pan zrealizować tworząc w jakąś sposób synergie pomiędzy Rage Age, a butkiem Moniki Jaruzelskiej. Wiem, ze jest może na to trochę za wcześnie, ale taki pomysł przyszedł mi do głowy po lekturze niektórych artykułów na blogu.
Monika Jaruzelska i Rafał Czapul to duet który stać na znacznie więcej niż „polskie” Massimo Dutti:) Na razie to dwa odrębne projekty które gościnnie występują pod jednym dachem. Ale jest pewien projekt który…..:)
GRATULACJE Z WYRAZAMI SZACUNKU !!
Jak to powiedzial jeden z przedmowcow „Chciał Pan przejąć firmę na szczycie hossy a tego nigdy się nie robi!”.
Taaak – bardzo latwo powiedziec po fakcie. W 2008 roku mozna bylo conajwyzej przewidywac ze bedzie krach, ale bez mozliwosci dokladnego przewidzenia terminu. Szacun za kawal dobrej roboty wtedy i wcale nie mniejszy teraz – przy wpisach.
Co do ksiazki – mysle ze innemu z przedmowcow chodzilo bardziej o (auto)biografie niz o jakiekolwiek fiction.
Pozdrawiam i czekam na jeszcze.
Tom
Kulisy przejęcia Kruka w Pana wykonaniu pierwsza klasa, od paru lat sam inwestuje i dosyć mocno handluje na forexie, tym bardziej interesują mnie takie rzeczy. Pana tekst spokojnie może posłużyć za scenariusz filmowy 🙂 jest o czym opowiadać. Czy mógłby Pan rozwinąć role jaką odegrały fundusze…zmiana stanowiska OFE PZU które od dłuższego czasu chciało wpuścić Mazgaja do Vistuli.
Rola i motywy postępowania funduszy w spółkach na GPW to temat na obszerne opracowanie ale raczej na pewno nie mojego autorstwa:) Sportretowałem swoje własne doświadczenia dotyczące sprawy która stała się publiczna i dotyczy mnie bardzo osobiście co nawiasem mówiąc obniża „merytoryczność” ocen które formułuję. W spółce którą podówczas dowodziłem fundusze odgrywały rolę właściciela więc mogły robić co im się podoba. Paradoksem sytuacji było to, że nie powstały regulacje umożliwiające funduszom funkcjonowanie w takiej roli. A powinny, bo 5 instytucji ma ponad 51% akcji to trudno ich inwestycje nazwać portfelowymi. No ale VW to była bardzo nietypowa spółka a z tego „case” wyciągnięto szerokie wnioski:)
Ja się zgodzę z Marcel`em. W końcu miałam możliwość wyrobienie własnego zdania.
Na szczęście swój czas spędzam z ludźmi, którzy Pana wspominają baaaardzo dobrze i tęsknią za starymi czasami; kiedy to jeszcze Vistula była traktowana jako światowa, luksusowa marka. A teraz… no cóż. Liczę, że się to jeszcze kiedyś zmieni.
Wszystkie trzy części przeczytałam z miłą chęcią, mimo tego, że 3/4 tekstu nie rozumiem. Czekam na kolejne posty i jestem zdania, żeby książki Pan nie pisał. Dobry blog jest najmocniejszym źródłem przekazu. 🙂
Czy po tym wszystkim jest satysfakcja, że Pański kierunek myślenia, strategia dla firmy de facto okazała się dla niej najlepszym rozwiązaniem? Czy jest tylko złość, że przez nieudolność innych marzenia o „budowie domu polskich marek” zostały pogrzebane?
W zasadzie to ani jedno ani drugie. Ja nie mogę oceniać tej sytuacji obiektywnie ponieważ mam do niej silnie emocjonalny stosunek. Zabrzmi to oczywiście szalenie nie profesjonalnie ale tak właśnie jest bo projekty które robiłem i robię to pasja. W tym kontekście bardzo trudno o wyważone opinie. Najbardziej bym się cieszył gdyby cała ta historia przebiegła w ten sposób: odchodzę bo muszę ale zostawia mi się jakieś „okienko” umożliwiające kontakt z biznesem i większy albo mniejszy coatching z poziomu Rady Nadzorczej na przykład. Oczywiście zastosowanie takiego rozwiązania uniemożliwiły emocje a to one czy nam się podoba czy nie niezwykle często wpływają na decyzje biznesowe:) Lepiej mieć więcej satelitów niż o jedną supernovą za dużo….
Nie wiem czy Pan się ze mną zgodzi, ale mimo to, że biznes łączony jest pasją (moim zdaniem, żeby sięgać po najwyższe cele biznesowe tudzież strategiczne trzeba maksymalnie wczuć się w biznes, a bez pasji to chyba nie jest możliwe) to chłodna kalkulacja biznesowa też jest obecna? Kolejne pytanie jakie mi się nasuwa to, co by Pan zrobił, gdyby był w tamtej sytuacji z tą wiedzą, którą ma Pan teraz? Jakby to Pan rozegrał? Uprzedziłby Pan ruchy ze strony oponentów czy raczej cała ta sytuacja miała by podobny przebieg, bo nie byłoby szansy odeprzeć ataku?
Zwrócono mi ostatnio w pewnej rozmowie uwagę, że twierdzenie jakoby wszystko zrobiło się raz jeszcze w taki sam sposób jest niepoważne. Jak łatwo sobie wyobrazić całą rozgrywkę analizowałem setki razy i w trakcie i po niej. Kiedy czyta Pan opisy bitew i to zarówno tych wygranych jak i przegranych dowódcy piszą zazwyczaj „wedle informacji które miałem wtedy” lub „zgodnie z tym co widziałem na przedpolu” albo „jak mi doniosło rozpoznanie” Analiza historyczna nie ma tu większego zastosowania bo co z tego, że po czasie wiadomo iż przeciwniki był nie tam gdzie go szukano lub faktycznie słabszy niż wydawało się nacierającym? Miałem swoje równania i niewiadome. I wtedy i teraz kalkulowały mi się tak samo. Rzecz jasna ktoś o większych zdolnościach mógłby pewnie rozegrać to inaczej ale to już zupełnie inna kwestia. Chłodna kalkulacja jest fundamentem każdej decyzji. Tyle, że w oparciu o jej rezultaty interes zrobi każdy. Problem zaczyna się wtedy gdy zysk trzeba osiągnąć czymś więcej czyli bezwarunkowym przekonaniem, że coś się uda zrobić. I tu zaczynają się emocje:)
Oczywiście. Wszelkie decyzję podejmuje się w oparciu o najlepszą, dostępną w danej chwili wiedzę. Tu bardziej interesują mnie Pańskie wnioski, gdyby (czego oczywiście nie życzę) sytuacja się powtórzyła. Uważa się, że w myśleniu i planowaniu strategicznym trzeba patrzeć kilka kroków w przód. Oczywiście przyszłość ma to do siebie, że nie da się jej przewidzieć, więc najlepiej mieć kilka scenariuszy rozwoju wydarzeń. Czy Pana zdaniem w sytuacji, w której miałby Pan przed sobą właśnie ten scenariusz, który się sprawdził choć był mało prawdopodobny, byłby Pan w stanie się wtedy „obronić”? Jest to czysto hipotetyczna dywagacja. Tamta sprawa to historia i teraz można tylko gdybać, ale to gdybanie może doprowadzić do ciekawych wniosków. Mnie osobiście zastanawia to, na ile człowiek stojący na czele firmy, od którego oczekuje się strategicznego myślenia, jest w stanie z takiego zobowiązania się wywiązać.
Biznes to chyba generalnie oparcie na przekonaniu, że coś się uda zrobić i przeczucie, że będzie to sukces.
Lubię mówić, że bez wariantu B z domu nie wychodzę i tak de facto jest. Tyle, że zdarzają się sytuacje w których kreatywność się kończy. W tamtej tak właśnie było prowadziłem grę tak długo jak długo miało to sens moim zdaniem. Proszę zauważyć, że moim celem była realizacja pewnego projektu a nie zapewnienie sobie pewnej przyszłości. Może nie napisałem tego jasno, ale nawet gdyby zrealizował się mój scenariusz współpraca z Krukiem jako przewodniczącym była by trudna i mogła skończyć źle. Dla mnie najważniejszy był cel. W innych projektach i wcześniej i później ryzykowałem własnym stanowiskiem ale inaczej się po prostu nie da. Jeśli priorytetem menedżera jest zachowanie stanowiska to żadnych ryzykownych działań nie podejmie bo to nielogiczne. W kontekście analitycznym czytelnik może sobie zadać pytanie co zrobił by na moim miejscu i takie myślenie ma na pewno jakąś dydaktyczną wartość. Dla mnie był to jeden z najtrudniejszych biznesowych momentów i było nie było bardzo ważna lekcja. Wyciągnąłem z niej wnioski:)
Panie Prezesie 🙂
dziękuję za wszystko i pozdrawiam.
Kłaniam,
spójrz drogi Rafale jaką popularnością cieszył się wpis o mariażu spółek giełdowych. Zatem może pokusisz się o deliberację przyszłości EU? Oczywiście bez żadnego skrajnego stanowiska, a kończącego się subtelną alternatywą. A z każdym wyrażeniem sprowadzonym do alternatywy jako czytelnicy powinnismy sobie poradzić na zasadzie zaprzeczenia ostatniego następnika … Pozdrawiam
Na temat przyszłości EU wypowiadałem się na blogu już kilka razy i to obawiam się dosyć skrajnie. Moje stanowisko da się sprowadzić do mało odkrywczego spostrzeżenia, iż Europa konsolidowała się i dekonsolidowała kilkakrotnie toteż ów proces jest niejako historycznie uwarunkowany co czyni rozpad nieuchronnym. W kontekście makro moje stanowisko najlepiej oddaje wpis Das Reich nawiasem mówiąc dość popularny bo przecież fejsbukowa sympatia to wyłącznie fragment a nie całość czytelnictwa postów:) Oczywiście dywagacja na temat Euro popularnością z historią Kruka konkurować nie może ale to przecież nic dziwnego. Grexit i jego następstwa zapewnią nam na pewno wiele okazji do dyskusji.
Przyłączę się do wcześniejszych komentarzy. Tekst jest świetny i bardzo ciekawie się go czyta. Szczególnie, że w naszej części Internetu nie ma wiele tak dobrze opisanych casów z różnych przejęć/fuzji, co czyni ten ciąg wpisów jeszcze bardziej ciekawym.
Trzeba oddać Panu dużą klasę i wiedzę w zakresie managementu. Chciałbym móc w przyszłości współpracować z takimi osobami, jak Pan, bo obecnie większość kierowników, z którymi się spotkam ma na celu przetrwać jakoś na stanowisku i na tyle byle nikt się nie czepiał ich. A niestety to prowadzi do „karłowienia” zarówno biznesu, jak i wszystkich współpracowników.
Każdy człowiek komplementy przyjmuje niezwykle łatwo i chętnie toteż nie różnię się w tej materii od średniej krajowej. I choć kolejny przyjmuję z satysfakcją proszę pamiętać, że to moja wersja wydarzeń w której całość procesu relacjonowana jest moimi oczami. I choć uważam, że moja relacja jest dość obiektywna pozostali bohaterowie wydarzeń mogą ją oceniać nieco inaczej. Oportunizm to grzech w Polandzie dość powszechny. Kiedy obserwuje Pan tych grzeszników proszę pamiętać, że bardzo często są to ludzie którzy na ryzyko z różnych względów pozwolić sobie nie mogą. Mnie na moje po prostu było stać. Nie stawiałem na szali dobrobytu rodziny. Co więcej miałem olbrzymie wsparcie ze strony przyjaciela i niewiele mniejsze w osobie najważniejszego współpracownika w zarządzie. Bez nich wszystko potoczyło by się inaczej. Bo choć w tej relacji narrator pojawia się w pierwszej osobie to bez wsparcia swoich decyzji nie wprowadził by w życie:)
Moze nie bylo to jasno napisane, ale taki wniosek nasuwal sie sam. Nie wiem czy to wina doradcow czy samego Senatora, ale z tego nic by nie wyszlo. Cel byl zaiste piekny i wart walki, ale jego realizacja nie mogla sie udac. Ale to niestety wie sie dopiero teraz. Od poczatku widac, ze projekt byl dla Pana priorytetem, bo gdyby chodzilo o Panska osobe i stanowisko wybralby Pan inny cel przejecia. Decyzja o wyborze Kruka to byl tzw gruby temat. Nawet spektakularny. Piekny w sensie biznesowym i medialnym. Gdyby sie powiodl to teraz bysmy na ten temat nie rozmawiali, bo nie mialby Pan czasu na pisanie bloga. Uwazam, ze podjal Pan dobra i jednoczesnie trudna decyzje. Ale zawsze przychodzi taki czas, zeby trzeba ograniczac straty na froncie. Nie mial Pan chwili ze zalowal Pan tego projektu? Zalowal, ze nie odpuscil Pan sobie Kurka i nie wszedl Pan w cos innego? Ja nie podejmuje sie dywagacji co bym zrobil na Pana miejscu…
🙂 Była w zasadzie tylko jedna alternatywa której faktycznie nie zrealizowałem. LMBO. Mogłem sfinansować wezwanie na 33% V&W bo jak Pan sobie policzy była to kwota w okolicy kredytu na Kruka. Ale ja obawiałem się poważnego kryzysu i jego reperkusji. Trudno było zatem zdecydować się na taki radykalny plan. Dzisiaj wiem, że powinienem to zrobić ponieważ wiem jak w kryzysie zachowywały się zarówno banki jak i spółki. Wtedy patrzyłem na to oczami „bankowca” z moich czasów w Powszechnym Banku Kredytowym. O tym ile bym miał czasu i na co trudno dywagować:) Gdyby nie przebieg tamtych wydarzeń nie było by jednak ani Rage Age ani Browaru Czarnków czy wreszcie Soho Factory które ma szansę stać się projektem o większej kapitalizacji niż V&W. Dlaczego to istotne? Ponieważ Senator zarzucał mi w mediach, że sam niczego nie zrobiłem tylko co najwyżej poprawiałem to co zrobiono przede mną. W pewnym sensie miał rację. Miał. Bo dzisiaj z perspektywy kilku start upów ja również mogę się wypowiedzieć na temat różnic pomiędzy restrukturyzacją a kreacją. Proszę pamiętać, że w V&W po sprzedaży głównego pakietu akcji byłem już w zasadzie tylko najemnikiem z pakiecikiem akcji . To jest bardzo nieperspektywiczna rola:)
No właśnie przeszło mi to przez myśl. Miałem zapytać czemu się Pan na taki wykup nie zdecydował, bo to byłby piękny ruch i ładna riposta. Ale też trudno do końca przewidzieć konsekwencje LMBO. A to w Browarze Czarnków też Pan macza palce. Zacny trunek tak na marginesie i bardzo perspektywiczny biznes. Gratuluję. A co do Kruka to mam jeszcze jedno pytanie. Jeśli wszystko przebiegłoby zgodnie z planem zamierzał Pan dużo zmienić w tej marce czy raczej trzymać się jej wizerunku i komunikacji jaką realizował Senator?
Czarnków to wspaniały projekt tutaj też można by sporo opisać ale to raczej innym razem:) W Kruku chodziło nam o realizację 3 celów: a) utrzymując wizerunek wprowadzić do sprzedaży modową bizuterię nie kruszcową /wzorem był tu Apart taka strategia została faktycznie wdrożona/ b) bazując na istniejącym wizerunku ( budowanym na stylizacjach Deni Cler ) umacniać pozycję marki luksusowej w koniunkcji z DC /wybrano inny wariant bazujący na komunikacji Pandory/ c) zmodernizować salony tak aby „umodowić” prezentację biżuterii /wdrożony program modernizacyjny moim zdaniem tego celu nie realizuje choć koncept jest dość ładny/. Był jeszcze element d) polegający na przygotowywaniu specjalnej oferty zegarkowej do bezpośredniego crossowania z bazą V&W tego zdaje się w ogóle nie zrobiono a szkoda. W całym tym projekcie Senator nie był niezbędny ale bardzo potrzebny. Uważaliśmy, że wraz z nim uda się zrealizować wspomniane wyżej punkty. Co ciekawe rozmawialiśmy o tym w trakcie spotkania które opisałem. Odniosłem wtedy wrażenie, że Wojciech Kruk był pozytywnie zaskoczony naszymi planami wobec marki. Ale to rzecz jasna wyłącznie odczucie:)
W takim razie czekam na post o Czarnkowie. Ten pomysł z zegarkami – ekstra. Faktycznie szkoda, że nie pokuszono się o jego wprowadzenie. Te wszystkie marki mogły bardzo ładnie się wspierać i uzupełniać budując skalę. Wizja piękna. Takie inne pytanie mi się nasunęło. Senator był niezbędny i mógł odegrać znaczącą rolę. Czemu zanim ruszyła cała machina (mam tu na myśli wezwanie i cały projekt zakupu Kruka) nie przedstawił mu Pan swojej strategii? Może odbyłoby się bez zgrzytów i fuzja przebiegłaby pomyślnie i bez ofiar.
🙂 Nie było takiej opcji. W tej kwestii nie ma najmniejszych wątpliwości. A o Czarnkowie i nie tylko napiszę w niedalekiej przyszłości:)
Obecnie jest Pan prezesem i udziałowcem funduszu Blacklion, wiem że robi Pan tam fajne rzeczy (Soho, Scanmed). Może następna historia z tego fragmentu Pana kariery. Czekamy.
O Soho już pisałem i niebawem napiszę. O Scanmedzie choć to temat znacznie bardziej skomplikowany również.
A jak to jest teraz występować z pozycji Inwestora a nie prezesa zarządu? Perspektywa jest szersza? Jakieś nowe projekty w najbliższym czasie się szykują?
Perspektywa jest moim zdaniem węższa. Prezes spółki jest lub raczej powinien być na nastawiony na realizację celów które popychają biznes do przodu. Właściciela interesuje przede wszystkim stabilność. Kompromis zapewnia firmie stabilny rozwój tyle, że trudno się go uzyskuje:) Czasy są takie, że projektów nie zabraknie. Brakować i to coraz bardziej będzie środków finansowych dlatego też ceny staną się jeszcze bardziej atrakcyjne niż dzisiejsze. Tym samym kilka pomysłów nieuchronnie zbliża się do możliwości ich realizacji.
Ale może się Pan zaangażować w kilka biznesów jednocześnie i zdywersyfikować w ten sposób swoje aktywa. No i chyba codzienne życie ma inny smak?:)
Wszystko ma swoje plusy i minusy:)
Życie pisze niesamowite scenariusze! Czytając ten artykuł nie mogłem się nie uśmiechnąć, mając świeżo w pamięci rewelacyjną opowieść Pana Rafała o przejęciu Kruka. A pierwszy akapit to zupełny creme de la creme. A zatem miłej lektury! 🙂
http://www.forbes.pl/artykuly/sekcje/strategie/w-oparach-luksusu,28078,1
Rzeczywiście ciekawe porównanie…
Prawda życia i prawna ekranu (w tym przypadku papieru… ).
Witam,
Dziś przypadkowo trafiłem na tego bloga i wiem, ze wrócę tu jeszcze nie raz. Pamiętam doskonale artykuł w Rzepie o wrogim przejęciu Kruka i „niedobrym Bauerze”. Telewizja kłamie, prasa kłamie. Czasem już tylko jakiegoś bloga poczytam. Dziękuję za tego bloga.
Cała przyjemność po mojej stronie, że miał Pan okazję zapoznać się z moją wersją wydarzeń:)
Tekst..nadaje się na dobry scenariusz. A pomysłu z kupnem Czarnkowa gratuluje.
Bardzo ciekawa historia. I świetnie napisana.
Znałem ją właśnie z drugiej strony z medialnych doniesień i muszę przyznać, że istotnie miałem Pana za aroganckiego młodego rekina. 🙂
Ma pan niezłą rękę do pióra.
Pozdrawiam.
Bardzo mi miło:) Każda osoba która jest wstanie spojrzeć na tamte wydarzenia moimi oczami jest mi szczególnie bliska:)
Trafiłem na ten blog szukając materiałów do pracy dyplomowej, nie o wrogich przejęciach a o rozwoju przedsiębiorstw przez M&A. Musze przyznać, że po zapoznaniu się z Pana blogiem case „Polskiego domu mody” wydaje się jeszcze bardziej interesujący. Szkoda tylko, że nie opisał Pan połączenia Vistuli z Wólczanką 😉 Tak czy inaczej merytoryka i forma przekazu sprawiła, że zyskał Pan kolejnego czytelnika 😉 Pozdrawiam
Bardzo się cieszę:) O przebiegu fuzji bardzo chętnie napiszę wydawało mi się jednak, że nie będzie to nikogo interesowało.
Niesamowite. Przeczytałem ten tekst po raz ósmy od momentu publikacji. Mam 24 lata i kilka miesięcy temu zacząłem swoją przygodę z biznesem. Mam ogromną nadzieję, że uda mi się kiedyś Pana spotkać na żywo.
pozdrawiam!
Bardzo mi miło, że po raz ósmy ja też lubię ten tekst było nie było sprawa osobista:) Spotkać się możemy w każdej chwili ale proszę sie zatanowić czy warto. Pozdr RB
Panie Rafale,
Piszę pracę magisterską na temat Vistuli jako przykładu firmy ze strategią rozwoju poprzez fuzje i przejęcia. Jedno mnie zastanawia i nie mogę sobie tego w logiczny sposób wytłumaczyć. Mianowicie niezrozumiałe jest dla mnie zachowanie funduszy inwestycyjnych w tym przede wszystkim PZU. Z jednej strony dają Panu wolnę rękę przy realizacji koncepcji stworzenia polskiego domu marek luksusowych. Być może poza fuzją z Wólczanką, której pierwsze zamiary pojawiły się wiele lat wcześniej, akcjonariat pozwala Panu na dosyć ryzykowne przejęcia Galerii Centrum a zwłaszcza W.Kruka, które łączą się ze wzrostem zadłużenie firmy. Wydaje się, że pozwalając na takie działania akcjonariat powinien wierzyć i podzielać wizję prezesa. A w tym przypadku przy okazji wejścia do akcjonariatu duetu Kruk-Mazgaja, który mimo wszystko nie posiadał aż tak dużych udziałów, bo było to nieco ponad 10%, fundusze oddają im stery. Trochę przypomina to sytuację, w której planuje się ślub z narzeczonym, żeby na chwilę przed ślubem zamienić go na innego. Jak Pan tłumaczy motywy funduszy?
Panie Mariuszu odpowiedź na to pytanie znajduje się w moim poście ale chętnie przestawię ją Panu osobiście gdy tylko pojawi się Pan w Warszawie.