Posts Tagged ‘motoryzacja’

Jak nie wiadomo o co chodzi, to….

Chodzi zazwyczaj o pieniądze czyli o tym, że przed oknami na znanym nam od dziecka placyku może wyrosnąć nagle biurowiec a na naszej teoretycznie budowlanej działce nie postawimy psiej budy.

Modna obecnie restauracja Flemming rozwinęła się zgrabnym ogródkiem pochłaniając część zielonego placyku przy kameralnej ulicy Chopina. Ten agresywny czyn, nie umknął uwadze czujnego aktywu okolicznych mieszkańców którzy niezwłocznie przystąpili do śledztwa – któż to, jaki urzędnik tak nieprawilnie zagospodarował publicznym przecież kawałkiem Warszawy? Nieustępliwa na froncie walki o sprawiedliwość społeczną GW udzieliła swoich łamów rozgoryczonym mieszkańcom. Co wykryło śledztwo? Co zaciska pięści dziarskim aktywistom z okolicy?

Zaciska je bezsilność, okazuje się bowiem, że zgrabnym placykiem nie włada już żaden urząd tylko właściciel który odzyskał zagrabiony przez Państwo kawałek Warszawy. I tu oczywiście przestaje być śmiesznie bo dalej może być już tylko strasznie. Czemu? Bo dla tego kawałka Warszawy nie ma planu. Może się zatem okazać, że zdeterminowany właściciel coś tam sobie wybudować zdoła. Takiemu zamiarowi się nie dziwię, w końcu odzyskał własność z której ograbiła go za pewne ustawa warszawska toteż wolność budowy należy mi się jak psu buda. Z drugiej strony, od lat nieruchomość jest małym parkiem  więc być może taka powinna pozostać. Być może, bo właściciel nie miał prawa głosu kiedy takie decyzje podejmowano należy więc sądzić, że będą nieskutecznie. Miasto chcąc zachować stan obecny powinno zadość uczynić spadkobiercom innym gruntem. Ale tego nie zrobiło. Nie zdziwię się jeśli się okaże, że zwracano ów grunt z sardonicznymi uśmieszkami na twarzach. A niech sobie mają. I tak nic nie wybudują a podatek będą płacić.

Inna równie ciekawa kwestia to pospolite ruszenie bardzo egzotycznej koalicji ekologów, ornitologów, prawników no i oczywiście mieszkańców wymierzone przeciwko dwu bardzo specyficznym obiektom. Na celowniku znalazły się jedyny w Polandzie tor wyścigowy w Poznaniu i lotnisko aeroklubowe na warszawskim Bemowie. Oczywiście dowiem się zaraz, że ani lotnisko ani tym bardziej tor nikogo nie powinien interesować ponieważ to jakaś kompletna nisza. Co więcej związana z działalnością absolutnie niepotrzebną.  Cóż, w oparciu o takie myślenie można by przecież wykarczować wszystkie ogródki działkowe, sporą część parków kilka kortów tenisowych boisk i wszelkich innych obiektów użyteczności publicznej bo wiadomo przecież, że nie wszyscy z nich korzystają.  Co najbardziej irytuje przeciwników awiacji i sportu? Podobno hałas. Pisze podobno, bo norma maksymalna na torze w Poznaniu to 91 db. Warto dodać, że tor graniczy przez siatkę z jedynym poznańskim lotniskiem na którym samoloty lądują dość często a w ostatnią środę w tym gronie znalazły się również dwa F16. Ponieważ obsługa toru poddawała wtedy inspekcji mój wydech poprosiłem o pomiar odrzutowca. Zabrakło skali. Choć start regularnego boeinga jest znacznie mniej spektakularny niż F-ki to i tak w konkursie łomotu motorek nie ma tu najmniejszych szans.

O co więc idzie? O wspomniane na początku pieniądze. Tor Poznań to 45ha gruntu położonego strategicznie bo tuż obok lotniska. Lotnisko na warszawskim Bemowie to ponad 100ha, 5 km od centrum. Oba grunty to nie byle gratka dla dewelopera. Czasy niby nie najlepsze ale trzeba pamiętać, że zarówno tor jak i lotnisko, to grunt pod wieloma względami bardzo atrakcyjny. Mogłoby się przecież okazać, że po pierwsze tani a po drugie przystępny inwestycyjne bo pozbawiony obiektów do wyburzenia oraz kosztownych w przekładkach podziemnych instalacji. Na drodze do tego łakomego kąsku i w Poznaniu i Warszawie stoją jednak pasjonaci. W Poznaniu ścigania w Warszawie latania. Jako, że należę zarówno do jednych jak i drugich zachowanie obecnego status quo jest mi szczególnie bliskie. Obu obiektów warto bronić również dlatego, że w większości dużych europejskich miast podobne ma i wykorzystuje do promocji walorów turystycznych miasta. Niestety nie u nas, bo warszawiakom Bemowo kojarzy się z miejscem gdzie organizowane są koncerty a wielu poznaniaków albo istnienia toru nie zauważyło w ogóle albo…. uważa go za infrastrukturę odbywającej się tam co niedziela giełdy.

O ile lata faktycznie mała część populacji, to na jednośladach jeździ procent coraz większy. Wśród powszechny narzekań na śmigających między pasami wariatów jak również nieudolnych kierowców zarówno skuterów jak i motocykli nikt nie zadaje sobie pytania gdzie Ci ludzie mieli by się nauczyć jeździć a przede wszystkim wyszaleć. Gwarantuję, że mozolne ćwiczenie winkli aby wreszcie nawiązać elegancki kontakt z asfaltem skutecznie zniechęca do podobnych czynności na ulicy nie mówiąc już o bezsensownym pałowaniu od świateł do świateł. Zachęcałem i zachęcam każdego motocyklistę bez względu na sprzęt którym jeździ aby choć raz wybrał się na tor najlepiej swoim sprzętem. 12 zakrętów na nieco ponad 4 kilometrowej pętli toru uczy stosownej pokory i pozwala ostudzić niebezpieczny zapał a często całkowicie zniechęcić do jazdy na ulicy która nie daje nawet ułamka emocji których doznajemy na torze. Emocji które prowadzą również do spektakularnych ale znacznie mniej groźnych niż się zazwyczaj obserwatorom wydaje kraks. Piszący te słowa zaliczył ich kilka, ale trzeba przyznać szczerze, że wyłącznie w amoku walki o pozycję w wyścigu. Ów specyficzny stan udziela się zresztą każdemu.

Mogłem się o tym przekonać zaledwie w ubiegły weekend gdy w niezwykle szacownym gronie znalazłem się na torze Formuły 3 ( przez dwa lata zdobywał w niej pozycję Kubica ). O ile reżim organizatorów i wyśrubowane procedury skutecznie temperowały wolę walki, to kolejny wydawało by się dziecinny punkt programu ( wyścigi kartami na profesjonalnym torze ) uwolnił monstra. Rozważni Panowie słynący ze spokoju i opanowania walczyli tak zażarcie, że zaskarbili sobie prawdziwe uznanie personelu na torze. Musze przyznać, że walka o miejsce na pudle z pewnym znanym z pierwszych stron gazet biznesmenem przekonała mnie, że wola walki to jest jednak najpoważniejszy imperatyw w działalności gospodarczej.

Są ludzie którzy podróżują zwiedzając muzea inni pola golfowe. Ja przez ostatnie dwa tygodnie zwiedziłem 3 całkowicie różne tory. Należący do Ferrari w Maranello, klubowy tor w Poznaniu i specyficzny Le Luc w Prowansji. Jedno je łączy: pasja kierowców. Dzieli wszystko. Nie mogę się nadziwić, że miasto Poznań nie wykorzystuje takiego atutu. Na każdym vencie formuły na przeciętnych wyścigach motocyklowych tory gromadzą tłumy. W Poznaniu owe tłumy gdyby się nawet pojawiły nie mają gdzie usiąść bo prawie ……. nie ma trybun poza tymi które wychodzą na tor kartingowy. Dlaczego nie wybuduje się nowych trybun? Bo nie wiadomo ile jeszcze ten tor będzie istniał. Nikt nie zainwestuje w obiekt który w każdej chwili może zostać zamknięty. Podobnie dzieje się na warszawskim Bemowie. Tu i tam tymczasowość niszczy obiekt nie pozwalając mu się stać pełnoprawną turystyczną atrakcją. A wszystkiemu winny jest brak jasnej miejskiej polityki urbanistycznej.

Wygląda na to, że od wielu lat nikt nie zajmuje się tym co i kiedy miastu będzie potrzebne. Duzy organizm nie składa się wyłącznie z bloków mieszkalnych. Muszą w nim współistnieć różne formaty rozrywki i aktywności mieszkańców. A cisza? Zawsze kiedy spaceruję letnim wieczorem po rozgrzanym śródmieściu. Przypomina mi się wtedy dzieciństwo. W letni wieczór autobusy hałasują potwornie, ryk motorów na wysokich obrotach niesie się ulicami. Ale takie jest właśnie miasto. Miłośnicy ciszy zawsze mogą się odnaleźć na przedmieściach  na które sam również wyemigrowałem ale ten wybór ma swój koszt i codziennie w korku zastanawiał się czy warto go ponosić. Brak planów miejscowych życie będzie komplikował jeszcze długo. Bez nich miasto „nie wie” jak ma się rozwijać a jednocześnie nie wie również jak się rozwijać nie powinno. I tylko dlatego zaskakują nas nagle płoty w miejscach gdzie zawsze był trawnik a drogi kończą się ślepo bo nie mogą postawać tam gdzie nie ma ich w planach. Błędne koło które dotyka nas wszystkich; mieszkańców inwestorów i hobbystów wszelkiej maści bo w tej grupie są również działkowcy. Większego domku na działce przy Alejach jerozolimskich wybudować im nie wolno. Być może się to wszystko kiedyś zmieni ale tymczasem jednak poklepię sobie stojący w garażu motorek i zadumam się nad projektem planu wchodzącym na terenie na którym mam działkę. Przewiduje wiele; trasę szybkiego ruchu która pewnie nie powstanie, plac dla mieszkańców który nie jest im potrzebny, gubi za to przejście podziemne pod ruchliwą ulicą która oddziela mieszkańców od największego w Warszawie parku. Taki drobiazg.

0 Comments