Posts Tagged ‘ropa’

Stagflacja cz.2

Czyli o tym, że syjonizm generalnie się nie sprawdził, USA rozgrywają ostatnie globalne rozdanie a Rosja wraca na pozycję mocarstwa

Napięcie rośnie: baryłka ropy prędzej czy później ustanowi kolejny rekord. Przez Ormuz przepływa ponad 16 ml baryłek ropy, co stanowi podobno 20% światowego obrotu tym paliwem. To sporo. Dociskanie sankcjami Iranu ma również swoje granice tym bardziej, że europejscy odbiorcy irackiej ropy to… Grecja, Włochy i Hiszpania, czyli bankrut i kandydaci na bankrutów. Co jak co, ale wzrost kosztów i ograniczenie w dostawach na sytuację gospodarczą tych krajów na pewno nie wpłynie dodatnio. No, ale Wujek Sam ma swoje wyraźne oczekiwania – szlaban na ropę Ajatollahów. Póki co Europa zagrała na czas: decyzja ma być podjęta do końca maja. Sprytnie. A nuż będzie już po balu? A zauważyć trzeba coś jeszcze: jakim cudem Iran istnieje mimo sankcji? I znów mała dygresja. Irak w wojnie z Iranem wspierały oba główne mocarstwa, Francja i kilkanaście innych krajów. Iran miał w zasadzie jedynego istotnego koalicjanta: Chiny. Dzisiaj Państwo Środka jest głównym partnerem handlowym Iranu toteż trudno się spodziewać, że będzie go można zaatakować bez zasięgnięcia opinii Hu Jintao. I to choćby dlatego, że do ataku przydałaby się pewnie jakaś rezolucyjka Rady Bezpieczeństwa ONZ. Nie jest wcale pewne, że politbiuro ma ochotę na popieranie inicjatywy, która niekoniecznie skończy się sukcesem. Bo wojen nie da się wygrać wyłącznie siłami mobilnymi – przekonał się o tym Guderian w Rosji w 1941 roku, przekonali Amerykanie w Afganistanie i Iraku. Do wygrania wojny potrzebni są również żołnierze. Tych Saddamowi nie brakowało. Wsparcia również. Ale mimo, że zaatakował pierwszy, przez 6 lat 8-letniej wojny wyłącznie się bronił. Jak wiadomo Hu Jintao o taktyce wojskowej ma pewne pojęcie. Zagadnienia tamtej wojny przyswoił sobie na pewno.

Uzasadnieniem tego całego zamieszania jest zablokowanie Teheranu w jego zabiegach o broń masowego rażenia. Warto zauważyć, że pod takimi samymi auspicjami dokonała się inwazja na Irak tyle, że żadnej broni masowego rażenia tam nie odnaleziono. O ile nie mam wątpliwości, że Iran takową broń posiadać chciałby, to trudno mi sobie wyobrazić, aby z ową bronią był znacznie bardziej niebezpieczny niż na przykład jego sąsiad Pakistan. Warto pamiętać, że to myśli kształtowane w Islamabadzie dały początek ruchowi Talibów. To tam ukrywał się Ben Laden i to tam umieszczono swego czasu rozsadnik rewolucji ideowej wspierającej opór przeciwko ZSRR. Mało tego, nie wspomina się dzisiaj, że to Amerykanie hojnie finansowali religijne ruchy „odrodzenia moralnego”, gdyż atakowały kabulski reżim wojskowy lansujący laicyzację i europeizację kraju. Tyle, że ze wsparciem Moskwy.

I wreszcie rzecz najważniejsza: wielu komentatorów sugeruje, że kolejna wojna w regionie mogłaby wywołać kryzys podobny do tego jaki powstał w wyniku pierwszego szoku naftowego. Przypomnijmy, że ów szok był reakcją arabskich eksporterów zrzeszonych w OPEC na poparcie USA udzielone Izraelowi w trakcie wojny Jom Kippur. W wyniku zastosowania broni ekonomicznej, cena baryłki eksplodowała z kilku na kilkanaście dolarów. O tym, jak ważny jest dla ropy ten region, najlepiej wskazują okoliczności kolejnego rekordu, który ropa ustanawia w trakcie rewolucji w Iranie osiągając 30 USD, a oba wydarzenia dzieli raptem niecałe 5 lat! Choć podkreśla się często, że produkcja ropy jest dzisiaj bardziej zdywersyfikowana niż podówczas, zapomina się dodać, że bez dostaw z Zatoki Perskiej reszta świata nadal sobie nie poradzi. Przekonuje o tym najlepiej zestawienie tabeli producentów i importerów ropy. Rozwój gospodarczy ma swoje prawa. Dlatego właśnie Indonezja, od 2008 roku nie jest już w OPEC, ponieważ sama jest zmuszona do importu tego surowca. Konsumuje więcej niż wydobywa. Niegdyś zaopatrywała cały okoliczny region.

Tym samym polityczną spiralą wszystkich wydarzeń na Bliskim Wschodzie jest istnienie lub zniszczenie państwa Izrael.

W większości wywodów dotyczących absurdalności arabsko-żydowskiego konfliktu podaje się jako dowód niewielką istotność żydowskiej wyspy w morzu arabskim. Taka kategoria nie ma najmniejszego znaczenia. Antyizraelskość to dla państw arabskich lustrzane odbicie żydowskiego mitu założycielskiego. Kiedy dochodzi do pierwszej wojny arabsko-żydowskiej, przeciwnikami Żydów nie są państwa o określonej historii czy specyfice, tylko terytoria, którym nadano osobowość prawną. Syria, Jordania, Irak, Egipt to pozostałości podziału Imperium Otomańskiego po I Wojnie Światowej. Pozostałości administrowane przez Anglię i Francję w ramach „mandatu” Ligi Narodów, czyli de facto ukazu fasadowej organizacji politycznej, która zezwoliła Anglii i Francji na kolonizację tych terenów.

Co więcej, pierwociny państwa Izrael to pieniądze i wsparcie z Moskwy. Na tym etapie konfliktu Arabów zbroi i zachęca do walki głównie Wielka Brytania. Tyle, że Arabom nie chciało się walczyć. I trudno im się dziwić, ponieważ syryjscy, egipscy czy jordańscy żołnierze nie mieli motywacji, aby ginąć w ramach niejasnej idei wypierania Żydów z jakiegoś kawałka terenu. Mieli ich przecież również u siebie i to od zawsze. I choć za nimi nie przepadali to nie na tyle, aby w ramach tej antypatii dać się zabić. Znacznie wygodniej było od czasu do czasu splądrować stragany lub pokrzyczeć. Było gdzie. Handel w regionie organizowali tradycyjnie Żydzi, a jeden z najsłynniejszych bazarów w Bagdadzie w zasadzie stworzyli i niepodzielnie trzymali w garści.

Powstanie Izraela umożliwiło wzniesienie sztandaru narodowego w walkach i jednocześnie pod nim facetów, którzy nie mieli własnej tożsamości państwowej. Dzisiaj jest już nieco inaczej, bo 70 lat i więcej budowania świadomości syryjskiej czy jordańskiej zrobiło swoje. Ba, skutecznie przekonano świat, że istnieje taki naród jak Palestyńczycy podczas, gdy w tej kategorii mieszczą się wyłącznie tacy sami Arabowie jak w krajach sąsiednich. Lepszym określeniem są „uchodźcy palestyńscy”, ale niewygodnym w użyciu i to w zasadzie dla każdego. Najdotkliwiej przekonała się o tym właśnie Jordania – swego czasu mekka owych uchodźców. Ci, stanowiąc prawie 1/3 populacji, postanowili… zorganizować sobie własne państwo odrywając kawałek Jordanii.

Obu stronom konfliktu męczeństwo jest w zasadzie niezbędne. Izraelowi do istnienia (dzięki tezie o nieustannym zagrożeniu jest od dziesięcioleci wspierany przez USA materialnie, logistycznie i wojskowo); Arabom – do kanalizowania narastających problemów społecznych. Arabska, czy raczej islamska, ulica w każdym z tak różnych przecież krajów wie doskonale, że głównym wrogiem jest Ameryka, a ciemiężcą Izrael, bez którego na Bliskim Wschodzie żyłoby się znacznie lepiej. Ów paradoks wzajemnego zapotrzebowania można by porównać z siłami zwalczającymi handel narkotykami oraz producentami tychże. Wiadomo powszechnie, że zarobki związane z narkotykami są gigantyczne, mimo że produkcja samego narkotyku niezwykle tania, porównywalna z produkcją ziemniaków. Tyle, że ograniczenia w dystrybucji i ryzyko jej prowadzenia windują cenę do tak wysokich poziomów. Dzieje się tak, ponieważ państwa wydają krocie na systemy powstrzymywania dystrybucji narkotyków.

Ciekawe jest to, że zamiast koncesjonować kolejną używkę, podobnie jak to się dzieje w przypadku papierosów i alkoholu, na świecie nagminnie powiela się popełniony i przećwiczony błąd jakim była prohibicja w USA. Akceptacja bądź sprzeciw wobec narkotyków to kwestia ściśle polityczna. Na tej samej zasadzie pornografia jest znacznie bardziej szkodliwa niż brutalna przemoc. Tym samym mój syn w drodze do kina na poranek obejrzy plakat filmu, na którym dżentelmen wymachuje ociekającą krwią piłą mechaniczną, a widoczna za nim kobieta składa się już tylko z poszatkowanych elementów. I choć jestem przekonany, że golizna zaszkodziłaby mu mniej, normę ustala większość, a ta dla przemocy ma od dawna znacznie więcej zrozumienia. A wracając do rzeczy: nie można nigdzie pozyskać zestawienia ile kosztowała wszelkiej maści „wojna” z narkotykami. Szkoda. Mogłoby się okazać, że samo jej prowadzenie jest dla wielu państw i organizacji dochodowym interesem.

W podobny sposób istnieje i napędza się konflikt żydowsko–arabski, który najprawdopodobniej nigdy się nie zakończy. Jest wymiernie potrzebny obydwu stronom. Najlepiej widać to na przykładzie Egiptu – niegdyś głównego i najbardziej agresywnego przeciwnika Izraela. Przyjmuje się uważać, że wojna Jom Kipur to kolejna wielka wygrana armii izraelskiej. W praktyce było nieco inaczej. Egipcjanom powiódł się spektakularny desant i w zasadzie zrealizowali wszystkie cele jakie sobie stawiali w pierwszym etapie wojny. Nie gorzej poszło Syryjczykom. Załamanie było tak głębokie, że do walki musieli się włączyć Amerykanie. I choć ostatecznie wojna zakończyła się zwycięstwem Izraela, to w znacznej mierze dzięki temu, że ani USA, ani ZSRR nie były gotowe do bezpośredniego starcia. Konflikt był o krok od III wojny światowej. Nawet towarzysz Tito, lider ruchu państw niezaangażowanych w tym konflikcie, postanowił stanąć po stronie ZSRR, czyniąc tym srogi zawód amerykańskim strategom, których od wielu lat kokietował. Amerykanów rozczarowała również postawa krajów europejskich bardzo niechętnych wojowaniu. Ale i ZSRR nie był w doskonałej kondycji. Towarzysze syryjscy i egipscy cofali się przed wzmocnioną sprzętem i logistyką armią i to by się jeszcze dało przeżyć. Ale na towarzyszy syryjskich mógł natrzeć doskonale wyekwipowany w amerykańską broń Szach Iranu Reza Pachlawi. Klasyczny pat.

O tym kto wygrał, a kto przegrał, najlepiej świadczą granice. Izrael wycofał się z terytoriów zajętych po wojnie 6-cio dniowej. Ale ważniejsze jest co innego: stało się jasne, że kolejnej wojny, bez bezpośredniego zaangażowania USA już się wygrać nie da, a należało zakładać, że jeśli wojen było już tyle, zawsze może wybuchnąć kolejna. I wtedy właśnie podjęto najrozsądniejszą decyzję w historii tego konfliktu. Zadecydowano, że pokój należy kupić. W efekcie Anwar Sadat zmienił całkowicie front i jako główny przeciwnik Izraela stał się jego pierwszym arabskim stronnikiem, podpisując układ pokojowy uznający istnienie państwa Izrael. Dzięki temu błyskotliwemu posunięciu przez kilka dziesięcioleci Egipt ustawił się tuż za Izraelem jako biorca wszelkiej maści pomocy finansowej i wparcia wojskowego. I jakkolwiek w chłonności i jakości otrzymywanego sprzętu ze swoim dawnym wrogiem nie może się równać, to rzut oka na listę beneficjentów US Foreign Military Financing Programme nie pozostawia wątpliwości: Egipt Mubaraka plasował się wysoko, generałowie pewnie nie obsuną się niżej. Dlaczego? Choćby dlatego, że Egipt jest drugim po USA operatorem czołgów Abrams i posiada ich grubo ponad 1000. Oczywiście nie mają na pewno wszystkich najnowszych bajerów, a nie zdziwię się jeśli się okaże, że sprzedano je z jakimś zgrabnym wyłącznikiem systemów uzbrojenia dostarczonym do Tel Awiwu, ale… w dzisiejszych czasach takie rozwiązania nie są już pewne. Wybitni programiści są wszędzie.

Lokalne status quo finansuje Ameryka. Jak zabraknie jej pieniędzy, wydarzyć może się wszystko i tego chyba nie wzięto pod uwagę, eskalując sankcje.

Izrael posiada dzisiaj oficjalnie więcej głowic jądrowych niż Wielka Brytania, a tego jakim potencjałem dysponuje naprawdę na pewno się nie dowiemy. W trakcie II Wojny w Zatoce, mimo ochrony baterii Patriot, kilka Scudów uderzyło w Tel Awiw, co nawiasem mówiąc stanowiło pierwszy udany atak na stolicę w całej historii konfliktu żydowsko–arabskiego. Mimo paniki okazało się, że rakiety wyposażono w głowice konwencjonalne, a nie gazowe, czyli te, których się naprawdę obawiano. Wniosek był oczywisty: Saddam uderzał z bezsilności. Atakiem chemicznym wywołałby pewnie jądrowy odwet. Ale po raz kolejny okazało się, że technika jest zawodna. Miało nie przelecieć nic, a tu niespodzianka. Daje do myślenia.

Świat zbliża się do kolejnego pata, przy czym każda perturbacja związana z wydobyciem prowadzi do wzrostu ceny ropy. Jeśli ten wzrost okaże się trwały, po raz pierwszy w ujęciu globalnym zetkniemy się ze stagflacja. Rosnące ceny paliw oraz wszelkich innych w większości ropopochodnych komponentów gospodarczych muszą wywołać inflację, której przy tak rozchwianym systemie finansowym nie da się niczym zahamować, a wzrostu na skutek bankructwa polityki pobudzania długiem nie będzie czym pobudzać. Oczywiście w prasie mainstreamowej przeczytamy na pewno, że wyższe ceny przełożą się na spadek zużycia. I choć w pewnym stopniu tak jest, ów mechanizm kompensacyjny zawodzi w skali makro, ponieważ zarówno wydobycie, jak i konsumpcja ropy cały czas rośnie ponieważ wzrasta konsumpcja w Chinach i Indiach. I nawet jeśli OPEC to już „tylko” 40 a nie 50% wydobycia, nadal stanowi bardzo istotny element w grze. Przy okazji warto odnotować, że OPEC nigdy nie było jednorodne i dzieli się w zasadzie na dwie podgrupy: tj. kraje, które mają duże wydobycie i małe populacje (Arabia Saudyjska, Kuwejt, ZEA) oraz całą resztę, gdzie ropa jest elementem polityki państwowej. Co ciekawe, współpraca producentów ropy pojawia się w zasadzie wyłącznie wtedy, gdy cena ropy jest niska a nie wysoka. W odwrotnej sytuacji nikt się nie kwapi do współdziałania. Tym samym, czego by nie powiedzieć o obecnym para konflikcie, leży on w interesie wszystkich sprzedawców ropy. Najbardziej w interesie Rosji, która odradza się właśnie jako mocarstwo surowcowe, a w jednostkowym wydobyciu ropy zajmuje w zasadzie miejsce pierwsze ex equo z Arabią Saudyjską. Nic dziwnego, że nagle pojawiają się w Rosji ruchy anty-Putinowskie. Satrapa w kraju zadłużonym to jedno. W kraju, który coraz efektywniej prowadzi politykę broni surowcowych – to drugie. Na miejscu Władimira Ilicza Putina inwestowałbym w ochronę. Może się okazać, że „wola ludu” urodzi jakiegoś zamachowca. Choć w światowych mediach przystojny blogger z Rosji robi ostatnio karierę, każdy kto zna zapyziałe imperium wie jedno: ani wielikoj oktriabskoj, ani żadnej innej inicjatywy nie zorganizowała w tym kraju „ulica”.

Dzienne zużycie ropy zbliża się do 90 mln baryłek dziennie i dzieje się tak w świecie, który oszczędza energię, wydaje krocie na źródła odnawialne itp. Konsumentem nr 1 jest USA, główny odbiorca ropy z OPEC. Ten sam kraj jest sponsorem obecnego bliskowschodniego układu sił. Ze względów oczywistych w tym równaniu coś się obecnie nie zgadza. Jednocześnie owo równanie doskonale wyjaśnia dlaczego USA wybrały bezpośrednią interwencję w Iraku – kraju, którego udokumentowane złoża ropy plasują zaraz po Arabii Saudyjskiej i Iranie.

Amerykańska obecność w Iraku zakończyła się tak samo jak radziecka w Afganistanie. Obie miały na celu dobranie się do zasobów Iranu. I obie się nie udały.

Światowe larum o irańskim programie nuklearnym zaczyna się od ostrzeżenia Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, która ustami swego szefa Yukiya Amano ostrzegła świat, że Iran pracuje nad bombą. Na jakiej podstawie – tego już nikt się nie dowiedział, ale i nie było to interesujące. Podobnie jak to, że poprzedni szef tej instytucji Mohammed el Baradei wybrał się do Iraku tuż przed atakiem USA z misją ostatniej szansy i przywiózł informację, że… broni jądrowej tam nie ma. Za tę misję dostał Nagrodę Nobla; Irak – interwencję.

Świat wchodzi w erę, w której rządzić będą ci, którzy kontrolują strategiczne surowce. USA – żandarm świata, z eksportera stał się importerem kluczowych surowców. O tym, jak wielkie znaczenie ma uzależnienie od strategicznych dostaw, Departamentu Stanu przekonywać nie trzeba. Pamięta się tam doskonale, że jeszcze w latach osiemdziesiątych pszenicę z USA importował… Związek Radziecki. Tym samym ani Imperium, ani jego główny protegowany bez kontroli nad zasobami nie mogą istnieć. Oba kraje mają jednak problem, którego rozwiązać nie są w stanie. Iran można zbombardować, ale do jego kontrolowania potrzebna jest liczebna armia. A ta właśnie wycofała się z Iraku, którego i tak nie była w stanie kontrolować.

Nie wierzę, aby służby izraelskie nie posiadały doskonałej orientacji w tym komu się podoba, a komu nie podoba obecny układ rządzący w Teheranie. Warto pamiętać, że wszelkiej maści marsze niezadowolenia zaczęły się właśnie w Iranie od „zielonego protestu” wiosną 2009 stłumionego brutalnie przy biernej postawie świata.

Obstawiałbym, że USA liczą na przewrót w Iranie dokonujący się w tle „ratowania kraju” przed nieuchronną wojną. Nowe demokratyczne władze miłujące pokój przejmują stery państwa, Halliburton otrzymuje koncesje wydobywcze, świat oddycha z ulgą. Tyle, że ten bardzo sympatyczny scenariusz może się nie zrealizować, a wtedy przed stagflacją świata nie uchroni nic. Nie wierzę w solidarny wzrost wydobycia producentów ropy świadomie przeciwdziałających inflacyjnej presji ropy. Nie wierzę, ponieważ demokratyczna, etyczna Norwegia nie ma najmniejszej ochoty na obniżanie swoich zysków z ropy. Jak zatem wymagać takiej postawy od Kazachstanu czy Wenezueli?

I w tym momencie można by dojść do wniosku, że świat uzależni się od ropy znajdującej się w posiadaniu zaledwie kilkunastu państw. Otóż nie, ponieważ taki scenariusz od lat przewidywały Chiny. Dlatego też zaangażowały się finansowo w Angoli, Kongu i Sudanie. Tam ropę wydobywa się za chińskie pieniądze i w oparciu o chińskie inwestycje.

Uważam, że do żadnej wojny w regionie nie dojdzie, ponieważ USA na nią nie stać, a Izrael taktycznie nie może sobie poradzić z Hamasem i Hesbollahem toteż poza jądrowym uderzeniem niczego innego zrobić nie może. Na naszych oczach Ameryka dokonuje pokerowej zagrywki. Flota Rosji wypłynęła na Morze Śródziemne a dwa okręty złożyły oficjalną wizytę w Syrii – kraju, który z pomocy ZSRR korzystał długo i chętnie. Dzisiaj sowieckie dywizje powietrznodesantowe nie są w stanie dolecieć na wzgórza Golan w 12 godzin. Ale co się stanie, jeśli Teheran poprosi o pomoc Chiny? Jeśli na oficjalne zaproszenie w Teheranie wylądują samoloty wiozące chińską misję stabilizacyjną, świat się zmieni. Nie wiem czy Państwo Środka stać na takie zagranie, ale jeśli ma ochotę zadebiutować na mocarstwowej scenie, lepszej okazji nie będzie.

Bo Recep Erdogan nie zasypuje gruszek w popiele. Na pewno ma gdzieś w gabinecie starą mapę z której wynika niezbicie, że wszystkie kraje od Maroka po Iran to dawne Imperium Osmańskie. Tyle, że tereny podówczas w porównaniu z Europą mało atrakcyjne, dzisiaj są roponośne. Nie, premier Turcji na pewno Imperium nie wskrzesza. Ale budowa Unii Islamskiej? Już dzisiaj, dzięki Al Jazeerze Erdogan jest najbardziej popularnym politykiem islamskim, a o Turcji mówi się, że jest dla państw wyznawców proroka tym, czym Niemcy dla Europy. Z ropą w garści Turcja stałaby się dla Niemiec partnerem numer 1. Były już kiedyś takie czasy kiedy Zjednoczona Republika Arabska obejmowała dwa państwa Egipt i Syrię. Wszystko zależy od kalibru przywódcy i jego rozpoznawalności. Odrodzenie moralne braci w islamie. Nowy kalifat ankarski. Pięknie.

W 2011 Turcy wyprzedzili Chiny jako inwestor w regionie. Cóż, bliższa koszula ciału. Nie mam najmniejszych wątpliwości, komu islamscy bracia wolą przekazać koncesje wydobywcze i inne atrakcyjne frukata. A że islam ma swoje odcienie? Cóż. Europa też je kiedyś miała.

Cokolwiek się nie wydarzy, 2012 rok na bliskim wschodzie będzie miernikiem zmiany światowego status quo. Kto wygra tego jeszcze nie wiadomo choć wskazówką może być jedno ze słynnych powiedzeń Napoleona Bonaparte: „Zwycięstwo w ręku Boga, ale Bóg jest zwykle po stronie silniejszych batalionów”.

A o tym kto był silniejszy dowiemy się post factum:).

16 Comments

Stagflacja cz.1

Czyli o tym, że interesy małych państw wywoływały światowe wojny, Saddam był łosiem, a gospodarka światowa bez ropy już sobie nie poradzi.

Kiedy 22 września 1980 roku irackie czołgi przekraczały granicę Iranu wydawało się, że operacja pozbawiania ajatollahów ich roponośnego południa przebiegnie szybko i bezboleśnie. Chomeini nie zdołał jeszcze podporządkować sobie całego kraju, a armia była podzielona i rozpolitykowana. Co więcej, koncepcja republiki islamskiej – owej unikalnej hybrydy religijno-demokratycznej, w najmniejszym stopniu nie przypadła do gustu feudalnym władcom roponośnych państw. Więcej: urażona w swym majestacie Ameryka, wielki sponsor obalonego przez rewolucję Szacha Rezy Pachlawiego, życzliwym okiem popatrywała na zmierzające na wschód kolumny pancerne, a ich radziecka proweniencja nie obniżała satysfakcji Departamentu Stanu. Nic dziwnego, Saddam realizował podówczas politykę odpowiadającą prawie wszystkim w regionie.

Choć może się to wydawać dziwne, na przełomie lat 60 i 70-tych ulice w Bagdadzie, Damaszku, Kairze, Bejrucie czy Teheranie były znacznie bardziej laickie niż dzisiaj. Na ten egzotyczny z dzisiejszego punktu widzenia klimat miały wpływ całkowicie różne czynniki: z jednej strony umacnianie się wojskowych reżimów zasilanych przez ZSRR; z drugiej rosnąca zamożność eksporterów ropy. W obu przypadkach tyle, że z różnym natężeniem, rosło zapotrzebowanie na tanią siłę roboczą, a ta przybywała masowo z tradycyjnych i zachowawczych wsi. Recesja w drugiej połowie lat 70-tych najbardziej uderzyła właśnie w te warstwy. Tracący pracę i utrzymanie ludzie nie mieli dokąd pójść. W Europie Zachodniej taka grzybnia wydałaby masowe ruchy lewicowe. W rzeczywistości bliskowschodniej ów wrzący kapitał najefektywniej zagospodarowali działacze religijni. A w szczególności jeden z nich: Ruhollach Chomeini. Ów gruntownie wykształcony duchowny kumulował społeczną niechęć wobec coraz bardziej krwiożerczych rządów Szacha opisanych niezwykle plastycznie w słynnej książce Kapuścińskiego. Warto wiedzieć, że zmuszony do emigracji znalazł bezpieczną przystań… w Iraku. Co więcej: ojciec rewolucji islamskiej nie był jedynym orędownikiem zmian. Był jednak owych zmian orędownikiem najbardziej znanym. Co ciekawe, ów zadeklarowany przeciwnik rozmaitej maści szatańskich wynalazków zdobył ogromną popularność dzięki… kasecie magnetofonowej. To błyskotliwe posunięcie zapewniło Chomeiniemu rząd dusz, ale nie dało władzy. Ta przyszła w sposób dla rewolucji naturalny. W chwili, gdy upadek szacha był już pewny, zdradziło go własne zaplecze i zgrabnie zaproponowało współrządzenie Chomeiniemu. Traf chciał, że ów stary i sprawdzony polityczny manewr tym razem nie zaskoczył. Chomeini nie był bowiem zainteresowany samym rządzeniem tylko głęboką moralną rewolucją. Istnieje zresztą cały szereg domysłów czym Chomeini był zainteresowany i przez kogo inspirowany, ale to już zupełnie inna sprawa.  Przez pewien czas w Iranie zapanowała dwuwładza, choć zastosowanie taktyki sprawdzonej w praktyce przez towarzysza Lenina zapewniło ostatecznie zwycięstwo Chomeiniemu. Mnożące się jak grzyby po deszczu Trybunały Ludowe i rosnąca w siłę Gwardia rewolucyjna stały się w krótkim czasie solidnym instrumentem rządzenia. Jak łatwo sobie wyobrazić miecz rewolucji skierował się w pierwszej kolejności przeciw funkcjonariuszom ancient regime’u a w tej liczbie wyższym wojskowym. Trudno się zatem dziwić, że spodziewano się łatwej kampanii. Rozchwiany kraj, armia pozbawiona wyższego dowództwa i rzut beretem za granicą – roponośna prowincja zamieszkała przez braci Arabów marginalizowanych w perskim Iranie. Bułka z masłem. Na dodatek Chomeini otwarcie wspierał bojówki i agitował za rewolucją islamską w Iraku. Zamachowcy dosięgli, choć nie zabili, Tarik Aziza – irackiego ministra spraw zagranicznych.  Powodów do wojny nie brakowało.

Okazało się jednak, że nic tak nie cementuje rewolucji jak wróg zewnętrzny. Od pierwszych dni walki wszystko szło źle: lotnictwo irackie nie zdołało uziemić irańskich sił powietrznych, arabscy bracia pozostali lojalni wobec Iranu, a opór tężał z każdym kilometrem. Im wolniej nacierały irackie wojska, tym głośniej świat domagał się zawieszenia broni. I kto wie, co byłoby dalej, gdyby nie brak doświadczonych dowódców irańskiej armii. Wielkie natarcie pancerne, które mogło zniszczyć całą ówczesną iracką armię, o mały włos nie skończyło się dokładnie odwrotnie. Irańczycy zafundowali sobie swój mały kocioł Falais, tyle że niskie morale irackich żołnierzy nie pozwoliło im podobnie wykorzystać normandzkiego wzorca. Obie strony wyciągnęły wnioski. Chomeini (ponownie wzorem Lenina) nakazał zmobilizowanie „białych” oficerów. Saddam zorientował się, że bez wsparcia tej wojny wygrać nie może.

Przyspieszona mobilizacja zapewniła co prawda napływ rekrutów na linię frontu, ale efekty były marne. Irak się cofał. Już po roku wojny Iran przejął inicjatywę. Gniewne pomruki świata zamieniły się w sankcje. Saddam zaproponował rozejm. Odpowiedzią Chomeiniego było słynne zdanie: „Droga rewolucji do Jerozolimy prowadzi przez Karbale”. Zrobiło się niefajnie. Trudno w tym miejscu nie przypomnieć epizodu jaki wydarzył się w pierwszych tygodniach hiszpańskiej wojny domowej. Jak wiadomo, główną siłę zbrojną faszystów stanowiły jednostki Franco, przerzucone pierwszym mostem powietrznym w historii. Co ciekawe, nie wszystkie Ju52 dostarczone przez Hitlera dotarły do Maroka samodzielnie. Większość załadowano na statki. A te, niedaleko wybrzeża Afryki, zauważył największy okręt republikańskiej floty pancernik Jaime I. Tyle, że pozbawiony dowództwa wymordowanego przez towarzyszy marynarzy nie był w stanie ani zatopić ostrzałem artyleryjskim, ani też doścignąć szybszych jednostek transportowych.

Saudowie i Kuwejt ponownie sypnęli petrodolarami, ZSRR dostarczył nowe czołgi a Francuzi rakiety Exocett. Najistotniejsza była jednak broń chemiczna. Na atakujące z furią irackie oddziały najlepiej działał gaz musztardowy. Głowice bojowe dostarczyła między innymi Hiszpania. Mimo przewagi w sprzęcie Irak cofał się coraz bardziej. Front jako żywo przypominał czasy I WŚ z tą różnicą, że gaz bojowy stosowany był na znacznie większą skalę. I choć Henry Kissinger, portretując stosunek administracji USA do konfliktu powiedział kiedyś „największym problemem wojny iracko-irańskiej jest to, że oba kraje nie mogą jej przegrać”, to w 1984 roku zanosiło się na to, że wygranym będzie Iran. Szariat zbliżał się do Bagdadu wielkimi krokami.

Wojska Saddama nie radziły sobie z przeciwnikiem. Do historii tej wojny przeszły irańskie „brygady rozminowania” złożone z chłopców torujących własnymi ciałami  drogę nacierającej za nimi piechocie, która falami atakowała umocnione irackie pozycje.  Potencjał ludnościowy rozstrzygał na korzyść Iranu.

W czasie tych zmagań przez cieśninę Ormuz w miarę spokojnie sunęły sobie tankowce. Teoretycznie tak być powinno, bo choć jeden ze szlaków prowadzi po wodach terytorialnych Iranu, to zgodnie z prawem morskim każdy statek ma tam prawo drogi. Poza tym wojnę trzeba finansować, więc ropa musi płynąć. I płynie; aż do kwietnia 1984 roku, kiedy to Irak zatopi tankowiec należący do Iranu rozpoczynając tym drugi etap wojny nazywany później „wojną tankowców”. Od tego momentu konflikt nabiera znacznie szerszego wymiaru, a stawką w grze staje się interes państw położonych znacznie dalej niż zasięg rakietowy. Według Lloyds, w okresie wojny zatopiono i uszkodzono ponad 400 statków. Nic dziwnego, że Kuwejt i Arabia Saudyjska poprosiły o ochronę swoich statków. W 1987 roku w roli eskorty pływały solidarnie okręty wojenne ZSRR i USA. Sprawa nie była błaha. O ile ropę transportować można również rurociągami, to siłą rzeczy przebiegają one przez terytoria obcych państw. Przekonali się o tym boleśnie Irakijczycy w 1982 roku, kiedy to sympatyzująca z Iranem Syria zablokowała im rurociąg.

W 1988 roku oba państwa są już skrajnie wycieńczone. Najgorliwsi bojownicy irańscy są już najczęściej poległymi bohaterami, a reżim zaczyna mieć kłopoty w związku z brakiem rozstrzygnięcia. Co gorsza okręty USA zaczynają atakować irańskie cele i to bez wypowiedzenia wojny. Punktem kulminacyjnym jest zestrzelenie cywilnego irańskiego Airbusa. Ginie 220 osób (w tym 66 dzieci), a w Teheranie staje się jasne, że w stosunkach z USA pojawia się nowa jakość. Po latach amerykańscy dziennikarze śledczy nie będą mieli wątpliwości jak zakwalifikować ten „incydent”. Iran Air 655 był zwykłym czarterem cywilnym. Słyszała go kontrola lotów na kilku lotniskach. Amerykanie nie usłyszeli…

Krążownik USS Vincennes – okręt, który zestrzelił cywilny samolot pasażerski, pełni służbę w cieśninie Ormuz. Choć dwa przeciwległe brzegi przesmyku dzieli zaledwie 54 kilometry to faktyczny tor wodny ma zaledwie 10 km. Co więcej tor podzielony jest na 3 osobne szlaki komunikacyjne: jeden w kierunku Zatoki Perskiej, jeden w kierunku Adeńskiej i rozdzielający je techniczny. Zastanawiając się na tymi wymiarami warto zauważyć, że współczesne supertankowce często przekraczają 400m długości i 60m szerokości. Dla lepszego porównania: w najwęższym punkcie cieśniny gibraltarskiej Afrykę od Europy dzieli zaledwie 14 km. Jeszcze w latach 70-tych artyleria fortecy owąż cieśninę dosłownie korkowała.

W mediach znajdujemy informację, że pomysły Iranu z blokowaniem cieśniny są niedorzeczne, ponieważ V flota zmiecie każdego morskiego przeciwnika. Cóż, sytuacja dzisiaj i w 1988 roku nie jest taka sama. Okręty nawodne nie są niezbędne do blokowania Zatoki. Znacznie większe znaczenie ma broń rakietowa. Przy okazji warto wspomnieć, że we współczesnych działaniach morskich wielkie znaczenie ma ręczna broń przeciwpancerna. Owi piraci, na których w Zatoce Adeńskiej V flota poluje już od lat, za pomocą granatników RPG są w stanie skutecznie terroryzować spore jednostki. Rakiety, które ostatnio przetestował Iran mają skuteczny zasięg 200km. Oznacza to możliwość odpalania ich z wnętrza kraju,+ a nie tylko wybrzeża.

Ale wyobraźmy sobie coś znacznie bardziej spektakularnego. Na wody zatoki wypływają małe łodzie wypełnione uzbrojonymi w RPG bojownikami. Łodzie mogą być małe, ale gotowych na śmierć bojowników są setki. Bardzo jestem ciekaw, jak amerykańscy wyborcy odebraliby szatkowanie tych młodzieńców na ekranach swoich telewizorów. A Europejczycy? Nie wspominam o islamskich masach informowanych online przez Al. Jazeerę. Masakra dziesiątek bojowników z miejsca awansowałaby do rangi najważniejszych symboli muzułmańskiego męczeństwa, replikowana w milionach telefonów komórkowych z pewnością wpłynęłaby na postawy i to nie tylko w świecie arabskim podobnie jak masakra w My Lai nie dotyczyła tylko Wietnamu i USA.

A są przecież jeszcze tak trywialne metody, jak na przykład minowanie. Ciekawym przykładem jest tu zablokowanie zatoki Haipong przez w 1972 roku w trakcie wojny wietnamskiej. Mimo użycia zaledwie 40 min zatoka była całkowicie zamknięta aż…. Amerykanie rozminowali ją sami realizując postanowienia zawieszenia broni.

11 Comments

Ryk Afryki

Czyli o tym, że każdy satrapa prędzej czy później oddaje władzę, głodny lud powstanie przeciw czołgom oraz o tym, że brak perspektywy szkodzi i państwu i obywatelom.

Jeszcze kilka miesięcy temu nikt by nawet nie pomyślał, że w takich, jakby się zdawało, spacyfikowanych krajach jak Tunezja czy Egipt, może nagle dojść do wybuchów społecznych. Nie zdziwię się, jeśli 2011, choć niestety nieparzysty, przejdzie do historii, jako kolejny rok Afryki tyle że tym razem północnej. W 1960 oniemiały świat oklaskiwał narodziny 17 nowych państw w tym roku równie oniemiały może powitać nowe republiki islamskie a jak pójdzie źle może nawet jakiś kalifat. Wszystkie kraje począwszy od Egiptu skończywszy na Algierii, to de facto reżimy wojskowe ukształtowane w latach zimnej wojny. Najciekawszym egzemplarzem w tym panteonie satrapów jest autor zielonej książeczki, czyli Wódz Libii – towarzysz Kadafi. Dla przeciętnego czytelnika europejskich gazet każdy Arab to prawie terrorysta, więc nie spodziewam się, aby opinia publiczna nadmiernie interesowała się obecną sytuacją. Faktycznie, islamiści zbiorą spore żniwa, ale trudno się temu dziwić skoro wszystkie reżimy poza libijskim opierają się na wojsku i świeckiej administracji a’la wczesna Turcja Ataturka. Dobrej recepty chyba nie ma. Izrael nie ma szans na rolę wiodącej siły gospodarczo politycznej a Arabia Saudyjska za pomocą eksportowanych masowo wahabickich wojowników nadaje się na pewno na replikę Talibanu ale to nie jest najciekawsza opcja dla było nie było społeczeństw nieco innych niż afgańskie. Problemem regionu który teraz doprowadzi do destabilizacji na niespotykaną skalę, jest brak wyraźnego lidera.

Aby właściwie zrozumieć powody, należałoby jak cofnąć się nieco w przeszłość. Trop, jak to w ostatnich czasach bywa, zaprowadzi nas do Amerykanów. Reagan był pierwszym prezydentem USA, który na masową skalę zastosował broń gospodarczą. Lektura opracowań (National Security Decision Directives) wskazuje na to aż nadto wyraźnie. RR uważał, że opłaca się ostre finansowanie zbrojeń, jeśli się coś za nie uzyska. Doktryna Reagana przewidywała podstawianie nogi ZSRR wszędzie gdzie się da, tyle że przy użyciu amerykańskich dolarów zamiast amerykańskich żołnierzy. Z ówczesnych opracowań strategicznych wyłania się jasno konieczność kontroli zasobów. Dlaczego to ważne? Mało kto wie skąd USA importuje ropę. Na miejscu pierwszym jest…. Kanada, następnie Meksyk, Wenezuela i dopiero na 4 miejscu Arabia Saudyjska. Ale tak jest dzisiaj. W latach 80-tych ranking wyglądał inaczej. Ameryka chciała kontrolować wszystkich strategicznych dostawców surowca dlatego też bliskim wschodem i Afryką północną musiała się interesować. Europa wschodnia była tylko jednym z boisk, na których angażowano zasoby ZSRR. Tu zresztą doktryna walki długiem sprawdziła się celująco.

Ale w chwili dojścia Reagana do władzy Ameryka w zasadzie ledwo zipie. Dwucyfrowa inflacja, recesja, a właściwie ładnie rozwinięta stagflacja i, delikatnie mówiąc, solidny spadek prestiżu USA na świecie. 5 lat po wycofaniu z Wietnamu to najprawdopodobniej najgorszy okres we współczesnej historii USA, zwieńczony podwójną kompromitacją w Iranie. Z jednej strony bezbronność wobec napastników (studenci wdarli się do ambasady USA i aresztowali wszystkich funkcjonariuszy), z drugiej strony nieudolność desantu wysłanego z odsieczą (komandosi Delta Force pogubili się na pustyni, zniszczyli sprzęt i ledwo uszli z życiem).

Ale Ronald Reagan był prawdziwym odkrywcą. O ile jego poprzednicy żyli w cieniu podlejącego po 1971 roku dolara, RR odkrył, że zamiast bać się zadłużenia należy korzystać z obfitości środków, jakie owo zadłużanie stwarza. A ponieważ wiadomo, że najszybciej pobudza się gospodarkę militaryzacją, RR już w przemówieniu inauguracyjnym nie pozostawiał wątpliwości wyborcom, jaki kurs będzie realizował. Finansowane długiem zbrojenia pozwoliły Ameryce dokonać testującego świat desantu na Grenadzie (1983) i odbudowywać pozycję w Europie i na świecie. Czy RR zamierzał faktycznie zaatakować Związek Radziecki? Wątpię. Jego doktryna oparła się na założeniu, że ZSRR jest słaby ekonomicznie i nie wytrzyma nacisku zarówno materialnie, jak i psychologicznie. Jadwiga Staniszkis w swojej wspaniałej pracy o rewolucji militarnej oddaje rację temu podejściu wskazując na konflikt pomiędzy sztabem generalnym a partią w ZSRR. Politycy bali się wojny. Wojskowi parli do wojny konwencjonalnej zakładając, że Reagan blefuje. Tak czy inaczej najlepszym interesem dla USA było wygrać wojnę budując siły, które zajmą nowe dochodowe terytoria w zasadzie bez walki. Co najciekawsze do arsenału militarnego wciągnięto tu nową, finansową broń. Zakładano operowanie długiem celem uzależnienia państw na terenie przeciwnika, choć równocześnie warto zauważyć, że właśnie w latach 80-tych przypada rekord zadłużenia ówczesnych państw komunistycznych. Długi przekraczają 100 mln USD i poważnie obawiano się, że ZSRR może nakazać swoim wasalom odrzucenie długów (zrobiła tak Rosja sowiecka z długiem carskim). Otoczenie Reagana twierdziło jednak, że to tego nie dojdzie z uwagi na zapotrzebowanie tamtejszych gospodarek na import towarów, którymi same nie dysponowały. Równolegle jednak, za pomocą szeregu dyplomatycznych nacisków RR wymusił na RPA obniżenie cen złota, a uzależniając Bliski Wschód od dostaw amerykańskiej broni skutecznie zaniżał światowe ceny ropy. Tym samym ZSRR tracił na przychodach ze swoich dwu najbardziej strategicznych surowców eksportowych. W takiej skali i zakresie nikt jeszcze gospodarczo nie wojował.

USA wygrały rozgrywkę z ZSRR już w 1985 roku. Warto pamiętać, że Gorbaczow został wybrany na genseka 11 marca 1985, a już w marcu wznowiono radziecko-amerykańskie rozmowy pokojowe w Genewie. Trudno o lepszy sygnał. Od tej pory Ameryka zmieniła priorytety. Teraz liczyło się przede wszystkim zabezpieczenie surowców na Bliskim Wschodzie.

Na tym trudnym odcinku jedynym kłopotem była otwarcie wojująca z USA Libia. Towarzysz Kadafi, mistyk a dodatkowo jeszcze zaangażowany muzułmanin, operował retoryką bardzo podobną do irańskich ajatollahów. O ile jednak z tymi drugimi Ameryka potrafiła robić interesy ( Iran Contras), to z Kadafim zupełnie nie szło. Po 1985 roku relacja z ZSRR zmieniła się na tyle, że Ameryka mogła już dać wyraźny sygnał, że powinien się jednak towarzysz nieco pilnować. 15 kwietnia 1986 bez wypowiedzenia wojny samoloty amerykańskie zbombardowały Trypolis i Bengazi niszcząc cele wojskowe i, oczywiście „przypadkiem”, cywilne. Jaki był powód? 10 dni wcześniej, w berlińskiej dyskotece w wyniku libijskiego zamachu zginęło 5 żołnierzy amerykańskich (230 innych osób odniosło rany). Jeśli ta reakcja nadal nie wydaje się dziwna, dodam, że w 1983 roku w zamachu libijskim w Libanie zginęło 240 żołnierzy Marines. Wtedy RR musiał przełknąć taki policzek bojąc się reakcji ZSRR. W 1986 mógł sobie już pozwolić na ostrą zagrywkę. Choć w rewanżu Kadafi zmasakrował pasażerów samolotu Pan Am (Lockerbie) to lekcję odebrał i on, i reszta świata: Ameryka będzie pilnować źródeł ropy. Taktyka „zastraszania” przynosiła, zatem wspaniałe rezultaty. Świat nie tylko nie potępił amerykańskiej akcji, ale niebawem potraktował Libię wszelkiej maści embargami, co jak się można spodziewać, wymiernie wpłynęło na wydobycie ropy i dostawy technologii. Kadafi wprawdzie nie znalazł się na deskach, ale zaliczył techniczny knock out. 

Ponieważ system działał, należało zwiększać skalę długu. Paul Volcker, ówczesny szef FED, już się do tak agresywnej polityki nie nadawał. Dlatego zapewne, stery drukarni pieniędzy objął Allan Greenspan – entuzjasta, agresywnych technik, a jednocześnie dobrze ułożony towarzysko polityk. Rynki powitały go spadkami, ale prawdziwym problemem był dzień określany do dzisiaj, jako „Czarny poniedziałek”, kiedy to DJ posypał się o 22%. Drodzy czytelnicy, to był 1987 rok. Allan Greenspan na lata wyznaczył wtedy kierunek, jakim było zasypywanie pieniądzem każdego kryzysu. Tym samym wykreował niespotykany wcześniej okres ciągłego wzrostu podaży pieniądza. Uznał, że nieustanne pompowanie do systemu jest lepsze niż regres gospodarczy, do którego musi dojść w wyniku kryzysów.

Ale nas interesuje Afryka. Pod koniec lat 80-tych wszystko dzieje się dokładnie tak, jak sobie tego życzą Stany Zjednoczone. W Algierii trwa w zasadzie wojna domowa, rośnie zadłużenie zagraniczne, a wydobycie ze znacjonalizowanych w 1971 roku złóż ropy jest limitowane przez odbiorców. Kadafi w Libii już intensywnie czuje efekt embarga i powoli robi się skłonny do oddania czci Imperium. Na mapie pozostaje wyłącznie problem Iracko-Irański, ale ten jak wiadomo rozwiązano dzięki pierwszej wojnie w Zatoce, o czym już wcześniej obszerniej pisałem.

Tym samym, od 1990 roku aż do dzisiaj, Ameryka prowadziła własną politykę imperialną w tej części świata. Handel ropą do dzisiaj jest rozliczany w USD, a tym samym sprzedaż ropy jest w każdym kraju rodzajem subsydiowania budżetu USA. (Wyjaśnienie dla niedowiarków: jeśli USA drukują pieniądze bez pokrycia (czemu już nawet nie zaprzeczają), to w zamian za „zielone kawałki papieru”, jak dolara po 1971 roku nazywał Richard Nixon, otrzymują całkiem prawdziwe produkty.)

Chciałoby się powiedzieć „do dzisiaj”, ponieważ wieloletnia polityka rosnącego sprzedawania własnego deficytu innym, doprowadziła w końcu do ujawnienia się silnej presji inflacyjnj.

Zaraz, czy w tej tabelce nie ma błędu? Indonezja, Chiny, Indie? Jak to się ma do Afryki?! Otóż ma się, ponieważ pokazuje pewien przykry kierunek. Indonezja ( dawniej Holenderskie Indie Wschodnie ) była przez przez wiele lat dużym eksporterem ropy naftowej. Od 2009 roku nie jest już nawet w OPEC, ponieważ została IMPORTEREM ROPY. Mimo miana azjatyckiego tygrysa nie poradziła sobie z tym, że żywność importować musi. Jeśli tak marnie na tle gospodarek znacznie lepiej rozwiniętych wygląda Indonezja, która jednak sporo w siebie inwestowała, to można sobie wyobrazić jak prezentuje się kondycja Algierii, Libii, Iraku czy wreszcie Egiptu. ( Dodajmy, że właśnie Algieria, Libia i Irak to dawne agresywne skrzydło w OPEC forsujące agresywne rozwiązania polityczne ).

W moim przekonaniu rewolty w tych krajach nie powstrzyma nic. Tamtejsze władze nie mają po prostu środków, a dławienie demonstracji przemocą nic nie da. W mediach mówi się dużo o Tunezji i Egipcie, ponieważ tam leje się krew. Nie wspomina się wiele o Algierii, gdzie władze obiecały obniżki cen strategicznego w Afryce północnej cukru. Obiecały, więc demonstranci wrócili do domów – niektórzy z siatami pełnymi fantów z rabowanych sklepów. Ale owe władze nie są w stanie dotrzymać obietnicy, więc lud na ulicach pojawi się znowu.  Ponura prawda jest taka: kraje, które w latach 70-tych rzuciły na kolana cały świat ( w 1973 roku podniesiono cenę za baryłkę z 3$ do 11$ ) nie zdołały wybudwać własnych gospodarek, a sporą część petrodolarów przeżarły, wydały na zbrojenia i zainwestowały w obligacje USA.  

Nie zdziwię się, jeśli sytuacja w regionie doprowadzi do rozpadu OPEC. Ciężko będzie pogodzić intersy Wenezueli i pozostałych państw. Może się okazać, że Libijczycy i Algierczycy pójdą w zwiększone wydobycie przy stałej cenie. Gdyby Peak Oil zmaterializował się szybciej niż myślimy, miliony ludzi na tamtym kontynencie nagle straci jakiekolwiek środki do życia.

Zapomina się często jakim upokorzeniem zakończyła się angielska i francuska obecność militarna na tym niezwykle ważnym obszarze. W 1956 roku Anglia, Francja i Izrael wspólnie zaatakowały Egipt z chęcią ponownego zajęcia znacjonalizowanego Kanału Sueskiego. Wszystko szło pięknie, krwią płacili główne Izraelczycy, a dwa niezależne desanty: brytyjski i francuski, zakończyły się powodzeniem. Ale w końcu zdenerwowała się Ameryka, której ta impreza była absolutnie nie na rękę. Wezwała Anglię i Francję do zabrania zabawek, ale bez skutku. I wtedy prezydent Eisenhower, przedstawił Anglikom następującą propozycję: albo się wycofają, albo zacznie wyprzedaż funta szterlinga. Wycofali się natychmiast.

W historii politycznej to symbol upadku Imperium Brytyjskiego, które utraciło wtedy globalną autonomiczność. W historii gospodarczej pierwsze bezpośrednie użycie broni walutowej.

Ostatnie 100 lat intryg na bliskim wschodzie i w Afryce północnej wskazuje wyraźnie, że żandarm jest w tym rejonie bardzo potrzebny. Problemem jest to, że jedni się już do tej roli w zasadzie nie nadają, a drudzy tej roli jeszcze pewnie nie rozumieją. Afryka Północna pozostawiona sama sobie może eksplodować, a skutki tej eksplozji z AK-47 w dłoniach mogą przemaszerować przez Półwysep Apeniński w poszukiwaniu żywności.

9 Comments