Browsing Category internet

Algorytm Rekonkwisty

Czyli o tym, że ludzie nienawidzą kłamstw, ale kochają bajki

Choć powstanie tych dwóch organizmów dzielą zaledwie dwa lata, Holenderska Kompania Wschodnioindyjska (VOC) długo lała swoją brytyjską konkurencję. Powyższe nie bez przyczyny: Holendrzy od początku korzystali obficie z dobrodziejstw rynku kapitałowego a kolejne emisje akcji rozchodziły się błyskawicznie dzięki wysokiej rentowności (20%) i sowitej dywidendzie. Przez niemal cały XVII wiek akcje VOC były ozdobą każdego portfela inwestycyjnego a ich odpowiedni pakiet świadczył o pozycji gracza na rynku. Sytuacja uległa zmianie dopiero po „Chwalebnej rewolucji” w 1688 roku. Do Londynu przybył bowiem nie tylko holenderski król (Wilhelm Orański): towarzyszyło mu grono doświadczonych inwestorów:) To za ich sprawą w 1694 roku powołano do życia Bank of England, którego głównym zadaniem stało się upłynnianie obligacji emitowanych przez rząd Jej Królewskiej Mości.

Dzięki tej nowince technologicznej  VOC znalazła się w odwrocie. Insider trading pozwolił Brytyjczykom skopiować metody konkurentki i doszlifować własne: zamiast koncentracji na przyprawach postawili na szeroki rynek, monopolizując handel tekstyliami oraz kawą i herbatą. Co więcej, Londyn postawił na franczyzę: pod ich flagą mógł pływać każdy statek byleby uiścił stosowną opłatę. VOC maksymalizując zyski stawiała na własną armię i własną flotę. W połowie XVIII wieku model brytyjski znokautował holenderski. Na globalnej mapie pozostał już tylko jeden przeciwnik: Francja.

Ale tu poszło całkiem prosto: w czerwcu 1740 r. koronował się w Królewcu Fryderyk II. „Się” – ponieważ dzierżył tytuł, który prostackim manewrem przyznał sobie wcześniej jego ojciec. Rozpoczął rządy jako kolejny „Król w Prusach” ale marzyła mu się korona  „Króla Prus” różnica niby niewielka ale w monarchicznej Europie zasadnicza: dla innych monarchów Fryderyk był zwykłym księciem. Ów ambicjonalny problem prawidłowo rozpoznali brytyjscy kupcy i zaoferowali pomoc. Pruska machina wojenna uzyskała możnego sponsora a sam Fryderyk w 1756 roku, ku uciesze Londynu, rozpętał pierwszą prawdziwą światową wojnę. Precyzyjniej wsparcia udzielił mu William Pitt – podówczas szara eminencja rządu JKM. Co ciekawe, Pitt – największy stronnik Prus, był jednocześnie… wielkim akolitą Kompanii. Jego dziadek, kupiec na Madrasie, zrobił deal życia, sprzedając wielki diament samemu… Filipowi Orańskiemu. Tak, tak, temu samemu, który zafundował Francji Johna Lawa i pierwszy bank emisyjny!

Pitt w geopolityce czuł się jak ryba w wodzie i dlatego właśnie tak gorliwe popierał interesy pruskiego monarchy. Opłaciło się z nawiązką. Konflikt, który kosztował życie ponad miliona mieszkańców globu, złamał handlową pozycję Paryża a Kompania osiągnęła szczyt swojej potęgi. Nie na długo. Koszty wojny trzeba było sobie gdzieś odbić a wiadomo nie od dzisiaj, że najlepiej kogoś wtedy opodatkować. Wprost idealnie nadawali się do tego mieszkańcy 13 amerykańskich kolonii: każda z nich miała ustawowy obowiązek handlu… wyłącznie z Londynem. Wprowadzenie ceł miało szybko podreperować królewski skarbiec. Niestety osiągnięto skutek odwrotny od zamierzonego a podatkowe regulacje rozpoczęły erę przemytu, na którym zbili fortuny przyszli akuszerzy amerykańskiej niepodległości.

Dla Kompanii, która musiała wysyłać herbatę do Londynu a dopiero potem do kolonii, nastały kiepskie czasy. Tak kiepskie, że niebawem utraciła zdolność do wypłacania dywidend rządowi brytyjskiemu. Dzięki ustawie z 1773 roku rząd wymusił powołanie rady dyrektorów, spośród których 3 miał wybierać parlament a 2 – rada akcjonariuszy. W praktyce oznaczało to pierwszy krok do nacjonalizacji. Niemniej Kompania stała się para państwem: dzięki ustawie mogła zawierać pokój i wypowiadać wojnę; wszędzie tam, gdzie władała morzem i lądem w imieniu Jej Królewskiej Mości.

Choć po drodze straciła sporo na amerykańskiej emancypacji straty odrobiła na zalewaniu Chin… narkotykami. Za herbatę i jedwab należało zapłacić, ale zarobek był marny, gdy transakcji dokonywano kruszcami. Opium okazało się doskonałym rozwiązaniem, które gorliwie poparł rząd Jej Królewskiej Mości. Rentowność eksplodowała a Kompania znalazła się u szczytu potęgi. Czy wynikają z tego jakieś głębsze wnioski?

Owszem. Gdyby się tak bliżej zastanowić, da się tu zauważyć spore analogie do Facebooka i… TikToka. Absurdalne porównanie? Przekonajmy się.

Otóż historia obu Kompanii dowodzi, że nowy świat (realny i wirtualny) znacznie łatwiej podbijają firmy niż państwa. Skuteczne opanowanie i kontrola Indii było możliwe tylko dzięki temu, że Brytyjczycy w ogóle nie naruszyli lokalnych struktur władzy. Ba! Zapeklowali je głębiej oferując część wpływów  z efektywnego systemu kontroli podatkowej, na którym opierali swoje ekonomiczne status quo. Mogli tak działać, ponieważ w ogóle nie interesowały ich cele polityczne. Rozwinięte systemy informatyczne doskonale nadają się do sprawowania kontroli i monetyzacji pod warunkiem jednak, że mają formę usług, które namiętnie kochamy. Uzależnienie od social mediów nie działa przecież inaczej niż historyczne uzależnienie Chińczyków od opium: w obu przypadkach chodzi przecież o to, aby rachunek ekonomiczny nie był ekwiwalentny. Czy narkobiznes nie zaniepokoił cesarzy chińskich? Oczywiście! Pchnął ich nawet do dwóch wojen, które… przegrali i ostatecznie poddali swój kraj kontroli przybyszów z Europy.

Upadek Chin to temat wielu książek, ale najlepiej sportretował go Ian Morris w fenomenalnej książce „Dlaczego Zachód rządzi: na razie”. Trywializując tezy autora można stwierdzić, iż wysoko rozwinięte Chiny uległy Zachodowi, ponieważ… przestały się rozwijać. Matematycy zamiast mierzyć się z nowymi problemami, pisali pieśni na temat zagadnień już rozwiązanych i to ku uciesze aparatu państwa, które uznało, iż osiągnęło… doskonałość. Brzmi znajomo? Jak by nie było, żyjemy podobno w najlepszym ze społeczno-politycznych ekosystemów, którego jądro zaczynają coraz śmielej wypełniać płaskoziemcy i antyszczepionkowcy. Tropiciele wszczepionych czipów, którzy dzień po dniu wsiąkają głębiej w cyfrową sieć, powierzając jej bez wahania odciski palców. Uważają, że są wolni, ponieważ pożyteczne apki instalują sobie sami.

O ile „Mindfuck” Christophera Wylie jest tak samo nudny jak podobne wynurzenia Edwarda Snowdena, uwagę zwraca jedno: uruchomienie algorytmów wyborczych poprzedziły dokładne badania terenowe; fizyczny kontakt z człowiekiem, którego następnie skonfrontowano z siłą binarną. Dowodzi to jednak, że populizmowi nie brakowało grzybni. Social media pozwoliły jedynie na stworzenie struktury, za pomocą której można dzielić i rządzić na miarę XXI wieku. Teoretycznie to mało odkrywcze, ale w praktyce to pomnik wystawiony współczesnej demokracji: temperowanie estremizmów pozwoliło uczesać społeczeństwo. Mikro targetowanie skutecznie je sfaszyzowało.

Jeśli wiadomo już, że przy wyborach w USA mogli grzebać Rosjanie, skąd pewność, że podobnych czynności nie podejmują na bieżąco Chińczycy? Podsumowując zeszłoroczny szczyt UE – Chiny, Ursula von der Leyen oświadczyła, że UE pada ofiarą ataków cybernetycznych ze strony Chin a dezinformacja nie będzie tolerowana. Jej odważnej wypowiedzi obecni wirtualnie przywódcy Chin (prezydent Xi Jinping i premier Li Keqiang) nawet nie skomentowali.

Nie musieli. Równolegle toczyli przecież krótką wojnę z USA o ….. TikToka. Przypomnijmy dla porządku, że na żądania Donalda Trumpa ( sprzedaży TikToka amerykańskiej firmie ) oficjalnie utemperowały chińskie władze prostym oświadczeniem: sprzedaż miała godzić w ich bezpieczeństwo narodowe. Trudno zatem dalej sądzić, że TikTok jest faktycznie zwyczajnym przedsięwzięciem prywatnym. O limitach w tej materii przekonał się zresztą ostatnio charyzmatyczny Jack Ma, który zniknął po tym jak władzy nie spodobały się jego śmiałe komentarze. Dla porównania, Waszyngton zdołał wbić Zuckerberga w garnitur i zmusić do kilku odpowiedzi ale dalej się już raczej nie rozpędzi, bo ostatni przymusowy podział wielkiej korporacji wymusił… w 1986 roku. ( AT&T )

1 lipca 2021 Komunistyczna Partia Chin będzie świętować 100-lecie swojego istnienia. Prawdopodobnie nie ma na świecie organizacji lub państwa, które może poszczycić się taką skalą osiągnięć przy jednoczesnym zachowaniu wyłączności w sterowaniu. Jak mawiał Konfucjusz: „kiedy staje się oczywiste, że cele nie mogą zostać osiągnięte, nie dostosowuj celów, dostosuj działania”. Doskonale wie o tym chińska kompartia. Zachodni świat od dawna postępuje dokładnie odwrotnie.

TikTok w rękach Pekinu już jest (albo za chwilę będzie) narzędziem do budowy chińskiej dominacji i zrealizuje dokładnie takie same cele jak Kompania Wschodnioindyjska dla Londynu. Ba! Może pójść dalej, ponieważ Pekin dysponuje nieskończonymi możliwościami kreacji wirtualnego pieniądza a to stwarza możliwości o jakich Facebook nie może nawet marzyć. Od drukowania pieniędzy w USA jest przecież Rezerwa Federalna 🙂 Chiński serwis społecznościowy dość długo stanowił pośmiewisko ale … wszystko się zmienia. Rzut oka na polskiego TikToka dowodzi, że swoich wyborców szukał tu nawet… Jarosław Kaczyński 🙂  Co więcej, nie brakuje tu politycznych deklaracji u twórców, których jedynym profesjonalnym zajęciem są mało wyszukane wygłupy. Ale czy to ważne? Żyjemy w czasach gdzie liczą się tyko lidy, konwersja i zasięgi. Fejsbunio jest dla starych, instagram dla ładnych a TikTok? Być może dla zwykłych, znudzonych normalsów. Ich szeregi rosną i rosnąć będą szczególnie gdy społeczeństwa zachodnie popełnią harakiri wprowadzając dochód permanentny. Ale popełnią je, bo przecież… polityka też opiera się na algorytmowych rekomendacjach.

2020 rok był ważnym punktem w historii. Ten sam wirus, który pozwolił zachować Chinom dwucyfrowy wzrost, rzucił na kolana UE a USA po prostu… znokautował. Coincidence? I don’t think so. Ferdynand II jest już pod murami Grenady.

 

 

8 komentarzy

LIMES INFERIOR

Czyli o tym, że nadciąga cyfrowy feudalizm.

Choć od debiutu genialnej książki Janusza Zajdla upłynęło zaledwie 40 lat, jej główne tezy wpisane pierwotnie w odległą przyszłość, choć nie zmaterializowały się we współczesnym społeczeństwie, to można w zasadzie założyć, że stanie się to w najbliższej przyszłości. Warto przy okazji zauważyć, że totalitarny świat, który nad wyraz często portretowali twórcy SF, w większości przypadków był efektem naturalnej ewolucji a nie rewolucji lub wojny. Nieco trywializując można by zauważyć, że demokracja tym łacniej mutuje w dyktaturę, im gorliwiej zabiega o zdrowie i życie ludzkie. Wszelkie analogie do obecnej pandemii mogą być rzecz jasna przypadkowe, ale…. kuszą.

Jakkolwiek na to patrzeć grawitacja Republiki rzymskiej w kierunku monarchii miała te same auspicje; zresztą analogii można by znaleźć nieco więcej a ciekawego materiału do snucia porównań dostarczyli Eric Posner i Glenn Weyl. Ich książka „Radykalne rynki” zawiera szereg kontrowersyjnych propozycji, choć niektóre z nich nie są bynajmniej nowe. Autorzy postulują „retencję głosów”, czyli możliwość akumulacji praw wyborczych po to, aby użyć ich punktowo w głosowaniu, które uważamy dla siebie za najważniejsze. W uproszczeniu: rezygnując z prawa do wyboru posła, senatora lub prezydenta uzyskujemy trzy ekstra głosy, których możemy użyć np. w referendum lub kolejnym procesie wyborczym. Gdyby ten system już działał, każdy kto powstrzymałby się od oddania dwóch głosów w ostatnich wyborach prezydenckich, mógłby oddać trzy… w trakcie kolejnych wyborów parlamentarnych. Ba! Mógłby sobie poczekać i nabić konto dzięki powstrzymywaniu się od głosu i finalnie mieć ich kilkanaście. Pomysł jak pomysł tyle, że tym pięknym opakowaniu kryje się proceder dość stary i nawet częściowo skodyfikowany… w Imperium Romanum. Jako że prawa wyborcze posiadali wyłącznie obywatele miasta Rzym, dość prędko okazało się, że są pośród nich równi i równiejsi, a co za tym idzie biedni i bogatsi. Skutki były oczywiste i mimo rozmaitych zabiegów handel prawem wyborczym kwitł w najlepsze, tym bardziej, że był społecznie akceptowany. Retencja prawa do głosu to nic innego jak budowa wyborczego kapitału, który (w społeczeństwie głosującym cyfrowo) błyskawicznie stałby się przedmiotem dyskonta i wyceny rynkowej. Że to nielegalne? Cóż, w nowych realiach pojawiłby się na pewno jakiś Sneer, który zamieniłby nabite wyborcze konto na ekwiwalentne korzyści ekonomiczne. Oczywiście za drobną prowizją.

Autorzy nowatorskich koncepcji mają ich pod dostatkiem, wpisując się zresztą doskonale w modny ostatnio „internet of things”. Wedle ich koncepcji nasze aktywo jest w naszym władaniu tak długo, jak długo wyceniamy je wyżej niż… inni na nie chętni. Wyceniamy jak? Poprzez dobrowolnie deklarowane podatki, które nie są wtedy niczym innym jak odwrotnym yeldem. Owa błyskotliwa koncepcja ma jednak pewne luki i tu ponowie warto odwołać się do starożytności: drobni rolnicy, by utrzymać swoje pola (płacili podatek w parciu o zbiory), musieli je wcześniej obsiać. Aby to uczynić musieli, zakupić odpowiednią ilość ziarna i tu pojawiał się problem. Przy słabych zbiorach nie było ich na nie stać. Komasujących grunty agrariuszy – i owszem. W efekcie wolni obywatele zamieniali się w najemnych pracowników a pechowcy w niewolników agrarnej oligarchii. Taki proces dopuszczają zresztą sami autorzy, posługując się przykładami deweloperskich inwestycji borykających się z abstrakcyjnymi wycenami oczekiwanymi przez krnąbrnych właścicieli działek. Jan Kowalski, wyceniający dom poprzez kapitalizację dobrowolnego podatku, niemal zawsze polegnie w starciu z zainteresowanym owym domem wielkim kapitałem. W efekcie większość propozycji zawartych w „Radykalnych rynkach” to w istocie zgrabnie opakowane masowe wywłaszczenie tych, co jeszcze mają przez tych, którzy mają od nich więcej.

Huxley, Strugaccy, Dick, Zajdel nie wróżą cywilizacji zbyt dobrze a osiągniecia takich ludzi jak Posner i Weyl dowodzą, że mają świętą rację. Co ciekawe dla autorów bestsellera wzorem do naśladowania jest historia powstania USA, czyli struktury społeczno-politycznej, w której kilku niechętnych sobie facetów stworzyło sztuczny, ale efektywny model państwa. Efektywny – ponieważ od zarania wykluczał realną demokrację, a najpoważniejszy kryzys wewnętrzny (secesję Południa) przełamał za pomocą brutalnej wojny. Autorzy nie wyjaśniają jednak jak to możliwe, że to właśnie w USA doszło do rzezi i to w wykonaniu żołnierzy, którzy niekoniecznie uważali się za Amerykanów. Wojny wypowiedzianej wyłącznie z powodów ekonomicznych, choć pięknie udrapowanej w misję uwolnienia czarnych. Tych samych czarnych, którzy do dziś czują się obywatelami drugiej kategorii a jeszcze w latach 60-tych XX wieku (czyli 100 lat po tej wojnie) byli nimi de jure.

Chcąc brutalnie strywializować „Radykalne rynki”, można by rzec, że po raz kolejny, miłujący wolność zachód zrodził ideę, która z wolnością ma tyle samo wspólnego co mądrość… z mądrością ludową. Dlatego nawet, gdy „uwalniają” jednostkę tyranizowaną przez operatorów big data, dając jej prawo do dochodów za własne dane, jednocześnie nakładają na nią szereg istotnych obowiązków. Otóż owej opłaty za własne dane możemy się spodziewać wyłącznie wtedy, gdy tworzymy wartość (opisując zdjęcia, komentując merytorycznie, oznaczając, itp.), a to w sensie praktycznym już niemal egzystencjalny obowiązek. Prekariat jutra nie będzie pracował w biurach i fabrykach, może się przecież składać z „biologicznych” optymalizatorów algorytmów. To właśnie takich obywateli Argolandu, Janusz Zajdel wynagradza czerwonymi punktami, za które można kupić tylko wtoroj sort konsumpcyjnych produktów i dowodzi przy okazji jak złudne jest przekonanie, że na segregacji intelektualnej da się wybudować zdrową wspólnotę.

Skąd jednak te wszystkie futurystyczne pomysły? Wprawdzie dzięki technologicznym innowacjom, ropy i gazu nieprędko nam zabraknie, ale znacznie poważniejszym problemem może się okazać… brak wody. Wedle danych https://www.worldometers.info/pl/ populacja zamieszkująca Ziemię liczy sobie 7,8 miliarda. Zaledwie 20 lat temu była 2 miliardy mniejsza a w 1973 roku dobijała zaledwie do 4 miliardów. To zaiste imponujący przyrost, choć w społeczeństwach sytych zapewniony nie przez wysoką dzietność, tylko imponujące wydłużenie życia. Jakkolwiek na to jednak patrzeć, geometryczny wzrost populacji musi martwić i doprawdy trudno się dziwić dlaczego wszelkie doniesienia o ewentualnych zamiarach depopulacyjnych traktowane są jako teorie spiskowe. Tymczasem chińska polityka jednego dziecka pozostaje znanym demograficzno-politycznym faktem, choć badacze spierają się dzisiaj o sens tego przedsięwzięcia. Warto jednak pamiętać, że bez niego populacja chińska byłaby o 200 do 300 milionów większa. To niemało, zwłaszcza, że UE zamieszkuje dzisiaj 446 milionów obywateli. Owa nadwyżka, gdyby tylko tu dotarła, nakryłaby nas czapkami.

Ale Posner i Weyl mają propozycję również w obszarze imigracji. Otóż każdy obywatel sytego kraju miałby prawo osobiście zaimportować jednego emigranta i przez ściśle określony czas czerpać profity z jego pracy. No cóż… Południe USA wyrosło na niewolnictwie, zatem być może dlatego stanowiące tegoż pierwszą pochodną, mogą się zrodzić w głowie tamtejszych naukowców. Tymczasem nie ma najmniejszych wątpliwości jakimi patologiami mógłby obrosnąć taki proceder, zwłaszcza, że taki emigrant miałby siłą rzeczy ograniczoną zdolność do czynności prawnych. Zamysł, który ma pokonać niechęć sytych społeczeństw do przybyszy, stanowi w praktyce parszywą moralnie próbę przekupstwa społeczeństwa, które w zamian za nowy strumień dochodów zaakceptuje migrację o dużej skali.

Russeau mawiał: gdyby nie było Boga, należałoby go wymyślić. Developerzy najnowocześniejszych aplikacji (oferowanych, rzecz jasna, jako SaaS) lubią cynicznie stwierdzać, że gdyby nie było wirusa, trzeba by go stworzyć. Tym samym nie ma znaczenia czy obecna pandemia jest przypadkowa, czy wywołana sztucznie: służy przyspieszeniu wprowadzenia nowego modelu państwa, w którym historyczne przywileje obywatelskie zostaną mocno naruszone. Te naruszone być muszą, ponieważ jakości życia dla mas nie da się obronić z oczywistych powodów ekonomicznych. Ponieważ jednak wszelkie plany ograniczenia populacji stanowią niezwykle wrażliwy obszar polityczny, muszą być utrzymywane w sekrecie, ponieważ w przeciwnym wypadku nie mogły by być zaplanowane a następnie wprowadzone w życie. Oczywiście można łatwo przyjąć, że takie myślenie to rodzaj psychozy, ale warto przy okazji zadać pytanie: czy aby planowanie nie jest jednym z podstawowych elementów współczesnej cywilizacji? Czy UE nie oddaje się mu z dziką namiętnością wszędzie tam, gdzie uznaje to za stosowne? Odpowiedzi na te pytania są oczywiste. Wypada zatem stwierdzić, iż przyjęcie do wiadomości faktu, iż ktoś gdzieś szlifuje zaawansowaną inżynierię społeczną jest trudne do zaakceptowania wyłącznie z powodu zasad  moralnych.

Te przez stulecia kształtowała wrażliwość chrześcijańska i wiara w Boga. Choć brzmi to fatalnie, za cywilizacyjny postęp nie byli odpowiedzialni wyznawcy Allacha czy Buddy i nie ma nawet  znaczenia to, że niektórzy z niosący zmianę z Chrystusem na ustach byli dewiantami na miarę Cortesa. Główne prawdy wiary przez stulecia wytyczały chybotliwej naturze ludzkiej ramy postępowania, choć osobliwe jest to, że świat przyspieszał; tym bardziej, im bardziej historyczne ograniczenia się utleniały. Z owym zjawiskiem usiłował sobie poradzić Emmanuel Mounier a jego „Chrześcijaństwo i pojęcie postępu” to książka, którą powinien sobie przyswoić każdy, kto z wypiekami na twarzy przebrnął przez „Mieć czy być” i „Ecce homo”. Zanik wiary w Boga skutecznie katalizowany przez perfidię i nikczemność kościoła, to warunek konieczny dla ostatecznej społecznej przemiany. Jej fundamentem najwyraźniej musi się stać nowy stosunek dominacji człowieka nad człowiekiem, którego na bazie wygasającej idei chrześcijańskiej po prostu nie da się uzasadnić.

 

4 komentarze

F e szyzm

Czyli o malowaniu trawy na zielono

Moda – określenie niegdyś odnoszące się wyłącznie do ubioru powoli ewaluowało znaczeniowo, aby współcześnie rozwinąć się do szerokiego pojęcia społecznego, które liczne słowniki opisują następująco:

„Moda w potocznym rozumieniu oznacza potrzebę naśladowania innych. Występuje w różnych dziedzinach życia społecznego i choć wiąże się z pojęciem stylu, to nie jest już jego synonimem podobnie jak pojęcie elegancji. Współcześnie modny może być już nie tylko wygląd, ale także sposób zachowania, a nawet światopogląd – a wraz z nim styl życia popularny w określonym środowisku.”

Czytaj dalej
12 komentarzy

Kryzys wieku średniego

Czyli jak utlenia się zdolność do brylowania w towarzystwie a skrapla przytłaczająca obawa o przyszłość cywilizacji.

Z przykrością uświadamiam sobie, że w miarę upływu czasu degraduję się coraz bardziej i to głównie na polu szeroko rozumianej edukacji. Przerażeniem napełnia mnie powoli majacząca już na horyzoncie konieczność rozwiązywania z dziećmi zadań z fizyki, że nie wspomnę już o chemii. A  publikacje zadań maturalnych roznoszą w puch mój inteligencki, lichy fundamencik. Obawiam się, że obecny system edukacyjny zaklasyfikował by mnie co najwyżej do szkoły zawodowej gdyby taka oczywiście istniała. No ale zawsze można się podnosić na duchu ilością przeczytanych książek. I tu spotkała mnie dzisiaj przykra niespodzianka. Otóż na swych stornicach, miesięcznik Malemen publikuje sto najważniejszych zdaniem redakcji książek. Raźno przystąpiłem do lektury. Małżonka uprzejmie zaproponowała analizę w podziale na książki znane i przeczytane. Ha! Nie będzie mi tu kobita ułatwiać pomyślałem bojowo po to by za chwilę ……….. z ulgą zaakceptować taki podział. O ile 63 lektury z przedstawionego zestawienia znałem to już zaledwie 37 przeczytałem. W sumie przynajmniej więcej niż 25% więc kwalifikuję się na więcej niż ćwierć inteligenta ale generalnie optymizmem to nie napełnia. Oczywiście można by się łatwo zasłonić argumentem, że przecież wielu pozycji tam nie ma. Bo gdzie choćby „Korzenie totalitaryzmu” Arendt, „Mieć czy być” Fromma, „Archetypy i symbole” Junga, dowolna pozycja z Witkacego, „Armia konna” Babla, „Biesy” Dostojewskiego, „Lochy Watykanu” Gide’a  i wiele, wiele innych. Nie ma to jednak znaczenia ponieważ odnosimy się do przekroju który za pewne przygotował jakiś zespół i w swoim gronie uznał, że jest reprezentatywny. No to sobie nie błysnę raczej w tym towarzystwie o nie. W sumie jak się człowiek wziął za blogowanie to wypadało by podciągnąć tabory i przypomnieć sobie to i owo ze starych lektur. No ale od czego mamy net! Nie ma tytułu którego lepszego czy gorszego streszczenia, opisu albo małej rozprawki nie da się znaleźć. Pytanie oczywiście na ile jest to opis ścisły, ale jeśli czytaliśmy pozycję to się przecież skapujemy. W gorszym położeniu są oczywiście ci którzy zapragną uniknąć obowiązku przebicia się przez setki stron lektury.

I tu jak bumerang wraca poruszana już wcześniej kwestia wiarygodności materiałów dostępnych w sieci. Ostatnio po raz kolejny natrafiłem na hasło w Wikipedii, gdzie bardzo odważnie  postawionej tezie towarzyszył dopisek ( uzupełnić źródło ). Taka elegancka forma dania upustu własnej fantazji przy zachowaniu pozorów rzetelności. Ofiarą konwencji padł nawet pewien portal historyczny który pewnego dnia umieścił zapis o odkryciu rewelacyjnych dokumentów potwierdzających współpracę Romana Dmowskiego z Ochraną. Po tym jak artykuł zrobił furorę, jego autor wyznał że to fałszywka napisana wyłącznie po to aby ośmieszyć teorie spiskowe! Celu nie zrealizował, ba! stworzył istniejący w sieci dowód na prawdziwość tego rodzaju domysłów.

W świecie w którym portal internetowy staje się wolnościowym symbolem wypada się zastanowić co i jak długo jest fikcją a kiedy staje się rzeczywistością. „Wojna światów” Orsona Wellesa, to jedno z pierwszych wysoko budżetowych słuchowisk które w czasie pierwszej emisji w USA ( lata 30te ) wywołało regularną panikę Amerykanów przekonanych, że Marsjanie wylądowali naprawdę. Jesteśmy już krok dalej niż rzeczywistość „Wag the dog” gdzie dla celów politycznych montuje się fikcyjne relacje wojenne. Dzisiaj można już wykreować w zasadzie dowolny fakt który może uzyskać globalny zasięg i jak najbardziej realnie odcisnąć się na rynkach światowych.

Przyznam, że niezwykle interesuje mnie to w kontekście biznesowym. Ciekaw jestem czy istnieją już firmy których zadaniem jest wykreowanie krótkotrwałego przekonania, że na przykład ceny cukru spadną. Kto miałby być zleceniodawcą? Ci którzy chcą ten cukier taniej kupić oczywiście albo posiadacze niewygodnych kontraktów.

 Jak dzisiaj odróżnić rzeczywistość od fikcji? Kto jest czarny a kto biały? Media kształtują nasze opinie. Dzięki nim statystyczny Polak uważa, ze jedynymi agresorami w Jugosławii byli Serbowie, Saddam posiadał broń masowego rażenia a Czeczeni to wyłącznie terroryści.

Internet to potężna broń tyle że obosieczna. Nie wiemy przecież, czy ostatnie egipskie protesty zwołali obywatele samodzielnie organizujący się przeciwko tyranom czy też czynownicy nowej ekipy która chciała skatalizować wybuch społeczny. Nie wiadomo i pewnie nigdy nie będzie wiadomo. Zresztą jakie to ma znaczenie. Jak widać sprawy się dzieją. Ale w jakim faktycznie zasiegu?

Ciekawe jak sobie Internet poradzi z budowaniem informacyjnej wiarygodności. Gdzie jak gdzie, ale w Internecie o wszystkim decyduje przecież rzeczywista, mierzalna frekwencja budująca pierwsze pozycje w przeglądarkach.

Teoretycznie, ludzie głosują kliknięciami. Teoretycznie ludzie.

5 komentarzy