Browsing Category internet

F e szyzm

4

Czyli o malowaniu trawy na zielono

Moda – określenie niegdyś odnoszące się wyłącznie do ubioru powoli ewaluowało znaczeniowo, aby współcześnie rozwinąć się do szerokiego pojęcia społecznego, które liczne słowniki opisują następująco:

„Moda w potocznym rozumieniu oznacza potrzebę naśladowania innych. Występuje w różnych dziedzinach życia społecznego i choć wiąże się z pojęciem stylu, to nie jest już jego synonimem podobnie jak pojęcie elegancji. Współcześnie modny może być już nie tylko wygląd, ale także sposób zachowania, a nawet światopogląd – a wraz z nim styl życia popularny w określonym środowisku.”

Czytaj dalej
12 Comments

Kryzys wieku średniego

Czyli jak utlenia się zdolność do brylowania w towarzystwie a skrapla przytłaczająca obawa o przyszłość cywilizacji.

Z przykrością uświadamiam sobie, że w miarę upływu czasu degraduję się coraz bardziej i to głównie na polu szeroko rozumianej edukacji. Przerażeniem napełnia mnie powoli majacząca już na horyzoncie konieczność rozwiązywania z dziećmi zadań z fizyki, że nie wspomnę już o chemii. A  publikacje zadań maturalnych roznoszą w puch mój inteligencki, lichy fundamencik. Obawiam się, że obecny system edukacyjny zaklasyfikował by mnie co najwyżej do szkoły zawodowej gdyby taka oczywiście istniała. No ale zawsze można się podnosić na duchu ilością przeczytanych książek. I tu spotkała mnie dzisiaj przykra niespodzianka. Otóż na swych stornicach, miesięcznik Malemen publikuje sto najważniejszych zdaniem redakcji książek. Raźno przystąpiłem do lektury. Małżonka uprzejmie zaproponowała analizę w podziale na książki znane i przeczytane. Ha! Nie będzie mi tu kobita ułatwiać pomyślałem bojowo po to by za chwilę ……….. z ulgą zaakceptować taki podział. O ile 63 lektury z przedstawionego zestawienia znałem to już zaledwie 37 przeczytałem. W sumie przynajmniej więcej niż 25% więc kwalifikuję się na więcej niż ćwierć inteligenta ale generalnie optymizmem to nie napełnia. Oczywiście można by się łatwo zasłonić argumentem, że przecież wielu pozycji tam nie ma. Bo gdzie choćby „Korzenie totalitaryzmu” Arendt, „Mieć czy być” Fromma, „Archetypy i symbole” Junga, dowolna pozycja z Witkacego, „Armia konna” Babla, „Biesy” Dostojewskiego, „Lochy Watykanu” Gide’a  i wiele, wiele innych. Nie ma to jednak znaczenia ponieważ odnosimy się do przekroju który za pewne przygotował jakiś zespół i w swoim gronie uznał, że jest reprezentatywny. No to sobie nie błysnę raczej w tym towarzystwie o nie. W sumie jak się człowiek wziął za blogowanie to wypadało by podciągnąć tabory i przypomnieć sobie to i owo ze starych lektur. No ale od czego mamy net! Nie ma tytułu którego lepszego czy gorszego streszczenia, opisu albo małej rozprawki nie da się znaleźć. Pytanie oczywiście na ile jest to opis ścisły, ale jeśli czytaliśmy pozycję to się przecież skapujemy. W gorszym położeniu są oczywiście ci którzy zapragną uniknąć obowiązku przebicia się przez setki stron lektury.

I tu jak bumerang wraca poruszana już wcześniej kwestia wiarygodności materiałów dostępnych w sieci. Ostatnio po raz kolejny natrafiłem na hasło w Wikipedii, gdzie bardzo odważnie  postawionej tezie towarzyszył dopisek ( uzupełnić źródło ). Taka elegancka forma dania upustu własnej fantazji przy zachowaniu pozorów rzetelności. Ofiarą konwencji padł nawet pewien portal historyczny który pewnego dnia umieścił zapis o odkryciu rewelacyjnych dokumentów potwierdzających współpracę Romana Dmowskiego z Ochraną. Po tym jak artykuł zrobił furorę, jego autor wyznał że to fałszywka napisana wyłącznie po to aby ośmieszyć teorie spiskowe! Celu nie zrealizował, ba! stworzył istniejący w sieci dowód na prawdziwość tego rodzaju domysłów.

W świecie w którym portal internetowy staje się wolnościowym symbolem wypada się zastanowić co i jak długo jest fikcją a kiedy staje się rzeczywistością. „Wojna światów” Orsona Wellesa, to jedno z pierwszych wysoko budżetowych słuchowisk które w czasie pierwszej emisji w USA ( lata 30te ) wywołało regularną panikę Amerykanów przekonanych, że Marsjanie wylądowali naprawdę. Jesteśmy już krok dalej niż rzeczywistość „Wag the dog” gdzie dla celów politycznych montuje się fikcyjne relacje wojenne. Dzisiaj można już wykreować w zasadzie dowolny fakt który może uzyskać globalny zasięg i jak najbardziej realnie odcisnąć się na rynkach światowych.

Przyznam, że niezwykle interesuje mnie to w kontekście biznesowym. Ciekaw jestem czy istnieją już firmy których zadaniem jest wykreowanie krótkotrwałego przekonania, że na przykład ceny cukru spadną. Kto miałby być zleceniodawcą? Ci którzy chcą ten cukier taniej kupić oczywiście albo posiadacze niewygodnych kontraktów.

 Jak dzisiaj odróżnić rzeczywistość od fikcji? Kto jest czarny a kto biały? Media kształtują nasze opinie. Dzięki nim statystyczny Polak uważa, ze jedynymi agresorami w Jugosławii byli Serbowie, Saddam posiadał broń masowego rażenia a Czeczeni to wyłącznie terroryści.

Internet to potężna broń tyle że obosieczna. Nie wiemy przecież, czy ostatnie egipskie protesty zwołali obywatele samodzielnie organizujący się przeciwko tyranom czy też czynownicy nowej ekipy która chciała skatalizować wybuch społeczny. Nie wiadomo i pewnie nigdy nie będzie wiadomo. Zresztą jakie to ma znaczenie. Jak widać sprawy się dzieją. Ale w jakim faktycznie zasiegu?

Ciekawe jak sobie Internet poradzi z budowaniem informacyjnej wiarygodności. Gdzie jak gdzie, ale w Internecie o wszystkim decyduje przecież rzeczywista, mierzalna frekwencja budująca pierwsze pozycje w przeglądarkach.

Teoretycznie, ludzie głosują kliknięciami. Teoretycznie ludzie.

5 Comments

Na kogo będzie głosował Facebook ??

Czyli co łączy Adolfa Hitlera i Oil Peak, Hugo Bossa i zbiórkę szkła oraz Google i wybory samorządowe.

Moim zdaniem rok 2011 zapamiętamy na długo. Mnożenie kolejnych czarnych scenariuszy nie ma już większego sensu. Jest ich wszędzie pełno, a Peak Oil stracił urok wiedzy dla wtajemniczonych, od chwili gdy koniec ropy naftowej wieszczy co drugi tygodnik.

Trudno oczekiwać jakiegokolwiek uspokojenia nastrojów skoro żyjemy w świecie, w którym USA całkowicie legalnie po prostu drukują pieniądze. Najdziwniejsze jest to, że mimo wielu artykułów na ten temat przeciętny wyborca zapewne nie zdaje sobie sprawy co to oznacza! Ale co tu się emocjonować rozumieniem istoty druku pieniądza, kiedy Rybiński stawia tezę, że większość zadłużonych nie rozumie istoty stopy procentowej.

W świecie każda wartość przeżywała jakiś kryzys złoto również. Wprawdzie było to dość dawno, ale warto w tym miejscu przypomnieć czytelnikom, że w efekcie odkrycia nowego świata rozwalono w zasadzie europejski system wartości oparty na kruszcu. Dlaczego? Ponieważ w obiegu pojawiło się znacznie więcej złota niż wcześniej. Cały system musiał się „zrównoważyć” na nowo i dopasować do większej ilości złota w obiegu. Czemu o tym piszę? Ponieważ podówczas nie było niczego pewniejszego niż złoto, a mimo to zadziałał mechanizm dewaluacji. Przybyło złota jako środka płatniczego, a dóbr do kupienia było tyle samo. W tym kontekście obecny mechanizm dodruku pieniądza zdziała dokładnie tak samo, i tak jak zalew złota podstawił nogę koronie hiszpańskiej, zalew dolara zakończy imperialną rolę USA.

W 2011 najpierw wszystko jeszcze trochę spuchnie dzięki pompowanym papierowym pieniądzom, a tuż przed końcem roku bańka pęknie i doświadczymy zjazdów na giełdach nie tylko większych, ale i szybszych niż te które widzieliśmy na przełomie 2008 i 2009.

Ale w zasadzie co z tego? Każdy kto zaliczył choćby prosty kurs mikro i makro ekonomii wie, że pieniądz musi istnieć aby umożliwić realizację podstawowej zasady sterującej gospodarką kapitalistyczną, jaką  jest realizacja ceny ukształtowanej poprzez popyt i podaż. Kursy po spadkach 2009 roku ruszyły nie dlatego, że Kowalski dostał jakieś zasilenie z budżetu USA, ale dla tego, że ceny wielu spółek po prostu były już bardzo atrakcyjne. Pieniądz jako czynnik wymiany będzie istnieć zawsze. Pytanie czy może go niebawem zastąpić googlor albo inny substytut? Być może jakieś mega Allegoro okaże się lepszym instrumentem do określania cen niż polityczno – spekulacyjne giełdy.

Ceny wszystkiego co nas otacza najprawdopodobniej spadną do poziomu przy którym zawieranie transakcji stanie się po prostu ponownie możliwe. A że okaże się, że bez długu kupowanie czegokolwiek jest możliwe rzadko – to już zupełnie inna historia.

W tym scenariuszu musi dojść do dużego wzrostu bezrobocia, ale może się przecież okazać, że rynek wchłonie pracowników, tyle że do zupełnie innych zajęć. Jakich? Polecam wizytę w Japonii. Może się przecież okazać, że MPO warszawskie będzie liczyło np. 20.000 pracowników FIZYCZNIE zbierających wszelkie odpady. Idiotyzm? Niekoniecznie. Ceny surowców nawet jeśli spadną z obecnych poziomów to coraz bardziej  opłacalne będzie ich odzyskiwanie. Posłużę się przykładem.

Szkło jest jedynym opakowaniem w zasadzie w pełni przetwarzalnym. Butelkę można przetopić w butelkę z niewielką zaledwie 2% stratą. Kolejna jest dopiero stal, ale tam
efektywność jest już daleko mniejsza! Jaki jest więc problem? Zbiórka. Poza Szwajcarią żaden okraj nie stworzył dobrego systemu recyclingu szkła. Wymaga to po prostu bardzo dużego udziału ludzkiej pracy, a śmieciami zajmować nam się przecież nie chce. Ale wkrótce nam się zachce, bo większość otaczającego nas plastiku to opakowanie ropopochodne, które niebawem wykładniczo zdrożeją. Tym samym w wielkim stylu wrócą wszelkiej maści słoiki i butelki.

Niechęć do śmieci zmieni się również. Odrobina prania mózgów i zamiast śmieciarzy będą asenizatorzy wlepiający mandaty za nieprawidłowe sortowanie odpadów. Znowu utopia? Kolejny przykład. W 2008 roku Hugo Boss postanowił wskrzesić w Szwajcarii szwalnie garniturową. Dziwne prawda? Wybudowali wspaniały budynek, który tradycyjnej szwalni w niczym nie przypominał. Pracownicy? I tu niespodzianka: we współpracy z kantonem HB uruchomili program przekwalifikowania pracowników małych banków zamykanych z uwagi na przeniesienie większości operacyjnej bankowości do internetu! Urzędnicy bankowi stali się niepotrzebni, wielki koncern potrzebował szwaczy. Piękny budynek, wielki koncern w tle i poczucie misji pozwoliły stworzyć nową załogę. I na koniec dnia nie jestem wcale pewien, czy dupogodziny w okienku małego bankowego oddziału były lepsze niż dobrze zorganizowana praca przy modowym produkcie. Co jak co ale „corporate values” w wydaniu Hugo Bossa podziwiałem przez kilka lat.

Poprzedni wielki kryzys uruchomił wielkie prace społeczne jako sposób na rozładowanie problemu bezrobocia. Różnie można oceniać je dzisiaj, były jednak formą zaangażowania dużych mas ludzkich. Adolf Hitler poszedł oczywiście dalej ale to tylko dlatego, że tam roboty publiczne nie kończyły się na autostradach, portach i elektrowniach. Hitler uruchomił wzrost który finansował rozwój przemysłu ciężkiego. Dzisiaj mówi się jasno, że wojna była ucieczką przed kosztami zmilitaryzowania procesu wychodzenia z kryzysu. Tamta gospodarka musiała po prostu ruszyć na podbój bo nie była w stanie spłacić swoich długów.

Jak zatem sobie radzić z bezrobotnymi masami które wykreuje Peak Oil? W epoce page ranków itp. trwa nierówna walka pomiędzy twórcami wszelkich narzędzi udających prawdziwy ruch internetowy, a Google imperatorem i jego wasalami. Mimo zaawansowanych narzędzi korzysta się również z fizycznych klikaczy w Pakistanie czy Indiach gdzie są już ludzie utrzymują się wyłącznie z pisania zleconych tekstów, obecności na forach czy kreowania świadomego ruchu na stronach. Co to ma do rzeczy? Ci ludzie nie znają polskiego.

Rozwój Internetu w Polandzie wykreuje prędzej czy później podobne zapotrzebowanie. Jeśli tylko zdamy sobie sprawę, że w Estonii odbywają się już wybory przez Internet, stanie się jasne jak w niedalekiej przyszłości ważne będą „lojalne” internetowe środowiska. Etat aktywnego klikacza to może być całkiem atrakcyjna alternatywa! Ktoś zapyta ilu takich może być? To już jedynie kwestia budżetów tych którzy klikaczy będą potrzebować. W polityce już się przelicza wydatki na efektywny koszt jednego głosu. Co się tu opłaca, a co nie, widać najlepiej na przykładzie kompletnie odrealnionych wyborów do euro parlamentu. Ostatnie kosztowały niemało bo w sumie prawie 200 mln PLN po stronie partii politycznych i budżetu państwa który pawie 90 mln wydał na organizację wyborów! Same druki kosztowały ca 6 mln PLN. I teraz głupia wyliczanka: przez jeden miesiąc kampanii można by za to utrzymać prawie 60.000 klikaczy zachęcających do wybrania opłacających ich polityków w zamian za 3,3 tysia czyli średnią krajową. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że w tych wyborach frekwencja wyborcza wyniosła niewiele ponad 20% to okazuje się, że do urn poszło zaledwie 6 mln ludzi! Na jednego klikacza przypadło by zatem 100 osób. Przy założeniu, że głosowano by w Internecie taki wynik dało by się bez trudu osiągnąć.

Struktura społeczna niebawem nam się ponownie zmieni. Nie po raz pierwszy i nie ostatni. Liczba urodzin sukcesywnie spada więc Europa sobie jakoś poradzi. Przed nami otwarcie rynku pracy w Niemczech. To będzie prosta lekcja zasysania przez rynek pracy silniejszej gospodarki. Znowu się okaże, że lepiej za Odrą opiekować się emerytem niż w Polsce wykazywać sprytem. A może będzie zupełnie inaczej i wszystko będzie po prostu fajnie. Może. Ale nic nie zaszkodzi zastanowić nad czarnym scenariuszem bo jeśli nie pomoże to przynajmniej pogimnastykujemy się intelektualnie. A do Arki też się przecież podobno nie wszyscy załapali prawda?

1 Comment

Facebook kills?

W ramach cyklicznych badań dzięki którym dowiaduję się w jakim kraju lub raczej z kim w tym kraju żyję, nabyłem zestaw probierczy w postaci: tygodnika „NIE”, „Faktu” i „Przeglądu”. I jakież zaskoczenie! Nie, oferuje mały wykład na temat internetowej toksykologii. W treści dwa życiorysy i dwie kariery złamane przez niewinne treści zamieszczane na osobistym profilu FB. O ile wiwisekcję owych treści możemy na chwilę odłożyć to nie sposób pominąć następującego faktu: nikt już nie szanuje jakiejkolwiek prywatności w sieci. Jeśli nawet reguluje ją jakiś paragraf, to odium społeczne dopada znienacka, a vox populi stawia pod pręgierzem i gorliwie zasądza razy.

Oczywiście można powiedzieć, że prywatności w sieci nie ma, lub jeśli ktoś nie zadbał o jej zapewnienie to każdą treść pod którą się podpisał publicznie opublikował. Trudno się nie zgodzić, ale trudno też nie zauważyć tu pewnej zbieżności z mechanizmem donosu rodem z najczarniejszego okresu stalinizmu. W obu przypadkach, mamy do czynienia z wykryciem nieobyczajności przez jakiś oburzony „aktyw” który z definicji nie daje racji. Co więcej, jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, nikt pewnie nie będzie wnikał jak duża jest grupa oburzonych, jak bardzo są oburzeni oraz kim są owi oburzeni  bo tu akurat spektrum może być bardzo szerokie od zawistnych sąsiadów poprzez politycznych wrogów na czyhających na stanowisko współpracownikach skończywszy.

Obawiam się, że tego typu oskarżeń będzie coraz więcej. Jak sądzę UE która uwielbia się zajmować tego typu problemami prędzej czy później zaproponuje jakiś rodzaj cyber obyczajówki badającej jakość stawianych zarzutów oraz wagę samego występku który czujny aktyw wykrył. I tak niewinne zacznie się moim zdaniem rozbudowa państwa w sieci. Obywatelu, chcesz pisać co Ci się podoba? Droga wolna ale świat jest zły i jeśli ktoś zrobi użytek z Twoich ściśle prywatnych i zabezpieczonych treści dojdziesz być może swoich praw ale…. już nie koniecznie Ci się to do czegoś przyda.

Ale jest przecież rozwiązanie! Serwery koncesjonowane. Otwierającą się stronę poprzedzi mały gustowny bannerek ” Strona zawiera poprawne treści. Zdrożne wykorzystanie będzie ścigane. Zakaz powielania” i na dole jakiś zgrabny emblemat cyber policji. Pytacie kto tam będzie zakładał stronę? Jak to kto? Kierownik wydziału komunikacji ma stronę?! I nie jest na koncesjonowanym serwerze? Co z tego, że to strona o małpach! Ale jak nie ma nic zdrożnego w tych małpach to czemu nie na koncesjonowanym serwerku? Oj nieładnie nieładnie……. Mała uwaga, że piętro wyżej się krzywi i strona zmieni serwer. Dla świętego spokoju, bo przecież jak się nie ma nic do ukrycia to taka zmiana nie ma żadnego znaczenia. Mówi to Państwu coś? żeby zacytować w tym miejscu ulubiony passus Wirgilusza Grynia z filmu Dom.

Oj doczekamy się tego. Zadałem sobie trochę trudu i poczytałem nieco o tych dwu przypadkach. Debatowanie na temat zasadności zarzutów jest bezcelowe. Nie dlatego, że uważam ich za niewinnych lub winnych. Pomijam debatę ponieważ kontestuję co do zasady, zarówno tryb jak i sankcje które zastosowano. Systemy demokratyczne realizując doktrynę ochrony obywatela przed nim samym, prędzej czy później zadbają o nasze bezpieczeństwo w sieci. Znajdą się tacy którzy gorliwie będą za tym agitować. Nie, nie jestem jakimś zaciekłym netowym wolnościowcem. Zbyt często przywalali mi wojtkowie70, hunterzy czy Dociekliwi, miotający kalumnie z bezpiecznego ukrycia swoich nicków. Uważam jedynie, że treści wypowiadane jawnie i pod nazwiskiem, nie mogą podlegać samosądom. Nie zmienia to faktu, że ustawodawca jak zwykle wybierze drogę na skróty i prędzej czy później zafunduje nam jakiś system koncesji cyberpolicyjnych.

W ramach ćwiczeń zalecam osobiste śledztwo w tej drobnej sprawie. Jeśli się komuś będzie chciało, z przyjemnością wczytam się w opinie na temat winy i proporcjonalności sankcji.

http://www.uprzejmiedonosze.pl/pl/forum/ocen-urzad-urzednika/ocen-urzad-urzednika/maciej-zegarski-asystent-szefa-msz-i-jego-slynne-majtki/1#

http://www.tvnwarszawa.pl/archiwum/-1,1682860,wiadomosc.html

Gdyby się komuś wydawało, że mam właśnie napad paranoi, śpieszę zapewnić, że cyber obyczajówka nie była by bynajmniej szczytem osiągnięć w zakresie kontroli obywateli przez system. Nieoceniony Orwell wskazał bowiem poziom znacznie wyższy: policję myśli.

3 Comments