Posts Tagged ‘terroryzm’

Europa patchworkowa

5

Czyli o tym, że nic tak nie tworzy historii, jak dobry przekaz przez dobrze dobrane medium

Piątkowe wydarzenia w stolicy Francji wywołały kolejną falę dyskusji na temat zasad i dalszej przyszłości osadnictwa w Europie, przy czym większość dyskutantów, wypominając Francuzom politykę wobec imigrantów, całkowicie zapomniała nie tylko o historii, ale i o obecnej strukturze administracyjnej  tego kraju. Może się okazać, że większość komentatorów aktywnych nie tylko na FB, ale również w mediach głównego nurtu nie wie, że utrzymywane po dziś dzień pozostałości imperium kolonialnego to nie tylko Departamenty Zamorskie Francji, w których żyją ponad dwa miliony Europejczyków o innym niż biały kolorze skóry (Gwadelupa, Martynika, Gujana, Reunion, Majotta) czy Wspólnoty Zamorskie (kolejny milion), ale też dawne afrykańskie kolonie, w których elity po dziś dzień mówią po francusku, jeśli mogą – kształcą się w metropolii i lubią robić z Paryżem interesy, które czujnie wspiera francuska obecność militarna w regionie.

Czytaj dalej
12 Comments

Martwi, cisi, dochodowi

Czyli o tym, że ofiara ma jednak swoją cenę a ofiarami mogą stać się Ci którzy sobie taką rolę na zimno przekalkulowali.

Narodowe flagi łopoczą zazwyczaj długo po tym, gdy telewizyjne światła zgasną, a ziemia litościwie przyjmie truchło bohaterów  przygniecione granitem społecznej pamięci. Oficjalny spektakl współczucia dla tych którzy „złożyli największą ofiarę”, „poświecili to co mieli najcenniejszego” czy też „ nauczyli nas czegoś ważnego” trwa znacznie krócej niż żywot eterycznych kwiatów na masywnych pamiątkowych wieńcach. Polityka osobliwie uwielbia żegnać zmarłych w świętej sprawie. Wydaje się bowiem, że empatia nad grobami  piętrzy słupki notowań nawet, gdy cisi bohaterowie pieczętują krwią koniunkturalne decyzje. Ot osobliwa dezynwoltura elit w epoce prymatu oglądalności nad polityczną treścią. Medialna kulminacja bólu ma się jednak nijak do niepewnego jutra rodzin ofiar. To one właśnie zderzą się niebawem z państwem, które zaprzysięgając słowami setki zobowiązań, narodowym środkiem płatniczym uregulować ich zazwyczaj nie chce. Pustka w sercu i pustka w szkatule boli. Pytanie co bardziej.

Praktycznej odpowiedzi na to niezwykle trudne pytanie udziela historia najbardziej medialnego zamachu świata. Obraz samolotów uderzających w wierze WTC na zawsze wejdzie do kanonu obrazkowej komunikacji, zyskując jedno z najwyższych, jeśli nie najwyższe miejsce. Do masowej wyobraźni nie trafia jednak los ofiar i to zarówno poległych w trakcie samego ataku, jak i cierpiących zarówno bezpośrednio, jak i pośrednio w jego wyniku. Za oceanem, ów temat jest znacznie bardziej żywy, ale i tam w niebezpieczny sposób koliduje ze sloganem – pieczęcią strefy zero. „Forever changed. Forever connected” nie brzmi już tak jak wtedy, gdy walka z terrorem wydawała się obowiązkiem każdego Amerykanina. Warto w tym miejscu zauważyć, że jeszcze w 2000 roku USA zanotowały rekordową nadwyżkę budżetową w wysokości 223 mld USD. Co więcej sytuacja była na tyle optymistyczna, że biuro budżetowe Kongresu spodziewało się, że do 2008 Ameryka spłaci swoje zadłużenie w całości! Tym samym krucjata, którą z dumą ogłaszał wśród łopoczących flag prezydent Bush, poległych nie wskrzesiła a żywych skazała na ruinę. W symbolicznym, 10 tym roku od ataku, na ulicach amerykańskich miast nie brakuje bezdomnych weteranów w mundurach. Nie brakuje świeżych nagrobków na wojskowych cmentarzach. Różnica jest jednak jedna: tylko WTC miało swoją ustawę pomocową i specjalne środki.

O wielkości udzielonych odszkodowań krążyły i krążą legendy. I tak, ponad 10 mld USD to wypłaty „od utraty zysku” drugie tyle to odszkodowania za zniszczone mienie (w tym 5,5 mld w samych wieżach) odszkodowanie dla właścicieli wież 3,6 mld USD oraz odszkodowanie za utracone przychody z najmu to ca 1 mld USD. Wobec tych kwot 6 mld  wypłat ubezpieczeń za utratę zdrowia i życia nie wypada specjalnie blado. A do tych kwot należy przecież doliczyć środki federalne.

Warto zauważyć, że mityczna amerykańska solidarność wobec tragedii nie była tak oczywista dla firm ubezpieczeniowych. Wojna o pieniądze rozpoczęła się już w drugim dniu wojny z terroryzmem. Ubezpieczyciele zaatakowali Westerplatte definicji. Ponieważ prezydent Bush gromko wypowiedział terrorystom „wojnę”, towarzystwa ubezpieczeniowe uznały, że atak na WTC to akt wojny, który z natury rzeczy ubezpieczeniem nie jest objęty. Sprawa była na tyle poważna, że komisja kongresu USA w specjalnym stanowisku przedstawionym Narodowemu Stowarzyszeniu Nadzorów Ubezpieczeniowych wyjaśniała, że „akt wojny” był tylko retorycznym zwrotem użytym przez prezydenta i nie ma oparcia w jakimkolwiek akcie dyplomatyczno-prawnym. 11 września 2001 dialektykę marksistowską na gruncie rujnowania świata i jego zasad całkowicie zdetronizowała dialektyka terrorystyczna.

Wydawać by się mogło, że kwestia zadośćuczynienia za śmierć lub kalectwo nabyte w związku z atakiem na WTC to sprawa oczywista. O tym, że jest wręcz przeciwnie przekonuje choćby doskonały artykuł w jednym z ostatnich FT. Otóż we wrześniu 2001, Jordana Baldwin  fotografowała masowo rozlepiane podówczas w NYC plakaty ze zdjęciami zaginionych. Na tych domowej roboty plakatach widniało zazwyczaj zdjęcie wraz z miejscem pracy poszukiwanego i danymi do kontaktu. W okolicach 10-lecia, artystka wydobyła je z piwnicy i przekazała  dziennikarce. Ta postanowiła prześledzić losy kilku z nich. Zdjęcie nad tekstem wskrzesza poszukiwanych z 2001 roku: Terry Gazzani zatrudniony w Canter&Fitzgerald na 104 piętrze, Lukas Milewski pracujący dla Forte Food Service na 101 i Uhuru „gonja” Houston funkcjonariusz portowej policji.

Dobór był być może przypadkowy, ale w praktyce odzwierciedlił sposób dystrybucji świadczeń związanych z atakiem na WTC. Rodzice początkującego finansisty którego śmierć zastała na 104 piętrze WFC cierpią do dzisiaj po utracie syna.  Na tyle, że Pan Gazzani nadal nie pracuje. Nie pracuje, ponieważ nie musi. Pozwala na to sowite odszkodowanie wynoszące około 2 mln USD. Dodajmy, że mowa tu o odszkodowaniu federalnym wyliczonym w oparciu o prognozowane zarobki nieboszczyka. Każdy, kto z tej opcji skorzystał, rezygnował wieczyście z jakichkolwiek roszczeń wobec kogokolwiek, a przede wszystkim  linii lotniczych których  proceduralne niedopatrzenia doprowadziły przecież do tej katastrofy. Najwięksi finansowi beneficjenci tej tragedii skorzystali z miksu dobrych polis na życie i pomocy federalnej. Kwoty  były nierzadko na tyle znaczne, aby skutecznie podzielić rodziny. Proces ten doskonale odzwierciedla przypadek żony i siostry porucznika Uhuru Houstona. Sowite odszkodowanie zainkasowała żona, która ucieka jak może najdalej od traumy 9/11, a w ucieczce tej zdążyła już zabrnąć w nowy związek, w którym do dwójki sierot po poruczniku dołączyło kolejne dziecko z nowym partnerem. Powyższe oczywiście niebywale irytuje siostrę nieboszczyka, która pamięć po zmarłym wciąż kultywuje i na tej właśnie podstawie domaga się odszkodowania twierdząc, że to właśnie jej życie umarło pod gruzami WTC. Owo przykre położenie utrudnia świadomość, że szwagierka mieszka w luksusowym apartamencie na Manhattanie, posiada nie mniej luksusowe auto a na dodatek zafundowała własnej matce Mercedesa i wygodne mieszkanie. Wszystko to z odszkodowań za porucznika Houstona. Jak trudno to znosić uświadomimy sobie lepiej wiedząc, że siostra porucznika jest dzisiaj bezdomna.

Ciekawe, że dziennikarskie śledztwo nie poszło tropem nie mniej martwego Lukasa Milewskiego. Być może nie udało się dotrzeć do jego krewnych, być może nie chcieli z dziennikarką rozmawiać. Być może. Ale bardziej prawdopodobne wydaje mi się to, że Lukas pracował na 101 piętrze na czarno albo na pół czarno. Ilu ludzi o niejasnym statusie było tego dnia w budynku? Czy ich życie znalazło jakiekolwiek zadośćuczynienie w takiej czy innej kwocie amerykańskich dolarów? Tego się najpewniej nie dowiemy. Wiemy jednak, że w dziesięć lat po najbardziej medialnym zamachu świata, więcej emocji budzą związane z nim pieniądze niż ówczesny polityczny manifest mitycznego już Ben Ladena.

O popularność tej kwestii dba WTC Capitive Insurance Company, firma powołana przez miasto Nowy Jork wyłącznie po to, aby udzielić wsparcia bezpośrednim i pośrednim ofiarom zamachu. Organizacja wsparta niebagatelną kwotą 1 mld USD z funduszy federalnych  zasłynęła przede wszystkim tym że w ciągu 6 lat działalności zapłaciła 100 mln USD wszelkiej maści opłat prawnych podczas na same odszkodowania wydała zaledwie 320 tysięcy USD. Ta interesująca proporcja to najlepszy bodaj przykład administracyjnej efektywności w dystrybucji odszkodowań. Przykład w samym USA na tyle szokujący, że w wyniku zbiorowego powództwa wobec tej organizacji zawarto przez manhattańskim sądem porozumienie pomiędzy poszkodowanymi a ubezpieczycielem. Co ciekawe, w trakcie sądowego postępowania sędzia Hellerstein zadecydował o zwiększeniu planowanego odszkodowania z 657 do 712 mln USD uznając, że pierwotna kwota jest zbyt mała. Ale ten wyrok to za pewne dopiero pierwsza odsłona i na pewno nie ostatni akord wojny prawnej która toczy się praktycznie nieprzerwanie od 11 wrześnie 2001. Wojny, w której jak w każdej innej chodzi o pieniądze a linie frontu przebiegają przez rodzinne pozycje.  A ilość potencjalnych beneficjentów pomocy ciągle rośnie. O odszkodowania ubiegają się nie tylko bezpośredni uczestnicy wydarzeń ale również ich rodziny. Chocholi taniec z pieniędzmi w tle toczy się na tak wielu pakietach, że aż trudno je wszystkie śledzić. Sądzą się wdowy po ofiarach zamachu z rodzinami tychże ofiar, sąsiedzi pracowników akcji ratunkowej twierdzący, że nabawili się schorzeń w drodze wtórnego skażenia, a nawet telewidzowie ówczesnych relacji live twierdzący, że tamto wydarzenie zrujnowało ich życie. Jedni nie mają gdzie mieszkać, inni kupują sobie mercedesy z lukratywnych odszkodowań. Jedni pamiętają i czczą pamięć ofiar, podczas gdy inny układają sobie życie na nowo.

The 9/11 compensation fund wypłacił rodzinom ofiar zamachów nieco ponad 7 mld USD co dawało średnią 1,8 mln USD na ofiarę. Podobny w nazwie September 11th fund nie był już tak imponujący ale w oparciu o prywatnych donatorów zebrał 534 mln USD i rozdysponował 528 mln USD na 559 grantów co daje średnio 1 mln USD na grant. Opisywany wyżej WTC CIC wypłaci 712 mln tym, którzy zmarli lub doznali uszczerbku zdrowia w związku z jakąkolwiek pracą przy usuwaniu skutków ataku, a nie byli od takich okoliczności ubezpieczeni.

Zwieńczeniem tych wysiłków, jest kolejny James Zadroga 9/11 Health and Compensation Act. Świeżutki podpisany przez Obamę 2 stycznia 2011 roku. Kolejne 7 mld USD trafi do tych których zdrowie i życie doznało uszczerbku w związku z atakiem na WTC. Czy zasadnie? James Zadroga zapisał się złotymi zgłoskami jako jeden z uczestników akcji ratunkowej. Efektem 450 godzin spędzonych w strefie zero miała być poważna choroba płuc uniemożliwiająca oddychanie. Z tego tytułu, w 2004 roku otrzymał 1 mln USD zasiłku kompensacyjnego i odszedł z pracy w NYPD. W 2006 roku zmarł w aureoli czczonego bohatera. Problemy zaczęły się, gdy jego ciało poddano sekcji. I tu pojawiły się wątpliwości: według jednych obecność substancji toksycznych z WTC była oczywista. Wedle drugich oczywista była narkomania oficera. Skandal uciszyła rozstrzygająca sekcja głównego patologa NY State Police. Zgodnie z nią, płuca Zadrogi wypełniały pozostałości gazów z WTC.

James Zadroga miał żonę o imienu Rhonda. Zmarła w 2003 roku. W jej przypadku nie było wątpliwości. Koroner stwierdził liczne nakłucia i obecności rozlicznych narkotyków oraz ….. metadonu. Substancji powszechnie stosowanej w leczeniu uzależnień.

Miłośników czytania w formie „nieelektroniczniej” zapraszam do październikowego numeru magazynu „MaleMEN”.

2 Comments

Kupa w raju

Czyli o tym, że ortodoksyjny nordyk to jak zwykle psychopatyczny zabójca, model państwa opiekuńczego bankrutuje, a  kozioł ofiarny potrzebny jest zawsze.

Norwegia, która od piątku jest na ustach wszystkich komentatorów, nie pojawia się w takich okolicznościach zbyt często. Jeden z najbogatszych krajów świata i chyba jedyny, w którym ponad 50% PKB stanowią podatki, wytrwale realizuje przyjętą lata temu strategię budowy nowego społeczeństwa. Na takie eksperymenty można sobie pozwalać, jeśli zaledwie 5-cio milionowa populacja korzysta ze wspomagania w postaci olbrzymich złóż ropy i gazu, co bezpośrednio i pośrednio przekłada się na imponujące ponad 50k USD PKB per capita. Nic dziwnego, że we wszelkiej maści rankingach Norwegia wygrywa jako jeden z najlepszych albo wręcz najlepszych kraj do życia, który, jeśli komukolwiek ustępuje -choćby statystycznie – to wyłącznie Luksemburgowi, bo takie na przykład USA w rankingu sporządzanym przez agendę ONZ lokują się na miejscu 14. Trudno się zatem dziwić, że Norwegia zachorowała od pewnego czasu na krzewienie „modelu norweskiego” po tym jak „model szwedzki” uległ pewnej erozji. Ciekawym przejawem egocentrycznego punktu widzenia tamtejszych władz była odmowa wydania mułły Krekara. Uznano, że wydanie Kurda naruszałoby prawa człowieka. To w sumie dość ciekawe uzasadnienie szczególnie  jeśli weźmiemy pod uwagę, że przeciętny Polandowiec Norwegię odświeżył sobie w pamięci przy okazji niedawnej akcji niesławnej pamięci detektywa Rutkowskiego. Przy tej okazji media i komentatorzy przybliżyli nam tamtejszą politykę rodzinną i jej wyraźnie trącące totalitaryzmem imperatywy. Być może istnieje pewien związek pomiędzy wszechobecnym, wszechwiedzącym państwem a kondycją psychiczną obywateli, którzy jako obywatele najlepszego państwa do życia na świecie powinni być nieustająco rozradowani i optymistyczni. W praktyce okazuje się, że bywa różnie, co najczęściej składa się na karb pogody i braku słoneczka.

Skąd zatem taki agresywny zamach? Skąd prawicowy ekstremista? Perspektywa historyczna jak zwykle ułatwia odpowiedź. Otóż mimo politycznej poprawności zarówno w Szwecji, jak i w Norwegii, działają prężne organizacje prawicowe o zróżnicowanym odcieniu, ale wspólnym nordyckim programie. Trudno się temu dziwić, jeśli weźmiemy pod uwagę, że nikt tak gorliwe jak Szwecja  nie kultywował osiągnięć III Rzeszy w dziedzinie eugeniki. W Szwecji wysterylizowano do 1976 roku ponad 63 tysiące osób, a problem stał się na tyle poważny, że w 1999 roku powołano specjalną komisję do spraw oceny przesłanek. W miłującej pokój i wolność Szwecji sterylizacja była często wymogiem dla utrzymania opieki nad dziećmi, otrzymania świadczenia społecznego, pracy lub wyjścia z więzienia. Choć Norwegia tak imponujących osiągnięć nie ma, z modelu społecznego swojego południowego sąsiada czerpała pełnymi garściami.

Anders Behring Breivik i jego makabryczna akcja to przykry komunikat dla rządzącej w Oslo centrolewicy. Choć media usiłują przekonywać, że morderca działał sam, raczej trudno w to uwierzyć analizując rozmiar zniszczeń. Ale każde wydarzenie ma swoją polityczną wagę i dla rządu w Oslo jeden świr jest na pewno lepszy niż zorganizowana siatka prawicowych terrorystów. Trudno się dziwić, warto jednak zwrócić uwagę na co innego: społeczeństwa syte coraz bardziej zwracają się ku prawej stronie politycznej sceny. Holandia – niegdyś absolutny prekursor polityki otwartego społeczeństwa, za chwilę może stać się krajem o najbardziej restrykcyjnej polityce wobec mniejszości. Wypowiedzi Geerta Wildersa – szefa trzeciej siły politycznej w Holandii jaką jest Partia Wolności, nie pozostawiają złudzeń co do przyjętego kierunku. „Islam to faszystowska ideologia” – twierdzi publicznie Wilders i… nic się nie dzieje. Po prostu w Holandii wolno już publicznie atakować inne religie, choć jeszcze niedawno groziło to wyrokiem. W zasadzie wyrokiem grozi nadal, ale sądy, choć wszędzie są niezawisłe, wyroki zawsze miarkują. Klimat społeczny za oknem sali sądowej jest zazwyczaj dla miarkujących sędziów nieocenioną pomocą.

Nie zdziwię się, jeśli w ramach odrabiania lekcji rząd norweski wprowadzi nowe ultra agresywne prawo pozwalające tropić „postawy godzące w ład i porządek państwa” co, jak sądzę, pozwoli się dobrać do każdego zagrożenia bez politycznej wrzawy. Popatrzmy tylko na zdjęcia: Anders Behring Breivik to wzorowy nordyk. Czy ktokolwiek podniesie rękę przeciwko zapisom umożliwiającym wytropienie takich ohydnych dewiantów? Zapewne nikt. Państwo dostanie nowe koncesje jeszcze bardziej ograniczające iluzoryczną w zetknięciu z policyjnym aparatem demokrację, a w nowych ustawach nikt przecież nie zapisze, że są wymierzone w prawicę☺. Zagrożenie może czaić się wszędzie, a państwo i jego agendy wiedzą najlepiej jak je odpowiednio wcześnie rozpoznać.
Terroryzm dał państwom wspaniały pretekst do zacieśnienia kontroli nad obywatelami. Państwa skandynawskie i Holandia wyznaczą nowy trend w polityce europejskiej, która musi odpowiedzieć na budzące się masowo prawicowe sympatie. Dzisiaj wolno manifestować niechęć do muzułmanów, jutro przyjdzie kolej na żydów.  We Włoszech opublikowano listę 162 osób pochodzenia żydowskiego, które zdaniem autorów prowadzą działalność na rzecz Izraela i z tego powodu powinny być bojkotowane. Publikacja wywołała powszechne oburzenie. Ale wywołała też powszechną dyskusję na temat owych 162 osób. Jeszcze niedawno nic takiego nie miałoby miejsca. Nikt poważny nie wypowiedziałby się na ten temat. Najwyraźniej publiczne tabu pęka. Politycy to nie święte dziewice w klasztornej szkole. Czują tętno społeczne i na owo tętno muszą reagować.

http://fakty.interia.pl/swiat/news/wlochy-czarna-lista-osob-pochodzenia-zydowskiego,1672011

Z nielicznymi wyjątkami Europą od dziesięcioleci włada lewica. Trudno się temu dziwić, w czasach zimnej wojny, zachodnim demokracjom ZSSR wydawał się być oazą wolności i dobrobytu a prawicowe podejście kojarzyło wyłącznie z III Rzeszą i wojskowymi przewrotami. Zmiany w europejskiej polityce sugerują, że nieuchronnie nadchodzi czas prawicy. Choćby dlatego, że lewica jest już nudna a na państwo opiekuńcze mało kogo stać. Pułkownik Bernhard Gertz z Bundeswehry wypowiada się w „Polsce Zbrojnej”, że jego armia przechodzi transformację i z armii obronnej staje się interwencyjną. Albo mi się wydaje, albo europejskie media się tą informacją nie zajęły. A powinny, ponieważ demontuje się w ten sposób ostatni element zewnętrznej kontroli nad państwem niemieckim. Ale to i tak nieuchronne. Historia jak wiadomo lubi zataczać koło. Były już unie europejskie, były okresy rozpadu i ponownej integracji europejskiej. Co by nie powiedzieć, lewicowe idee zapewniły jak dotąd najdłuższy okres pokoju na dużych połaciach Europy. Ale ów eksperyment najpierw finansowano, jako jeden z frontów zimnej wojny, potem napędzała go dobra koniunktura gospodarcza. Dzisiaj brakuje paliwa a recesja w sposób naturalny radykalizuje nastroje społeczne.

A masy będą domagać się winnych… polityka ich wskaże. Obawiam się, że już niedługo.

7 Comments

Licence to kill…

…czyli o tym, że każde państwo potrzebuje morderców, a proces demokratyzacji wymaga ofiar bez względu na to, kto tę demokratyzację sponsoruje.

Przyjęło się już dzisiaj robocze założenie, że terroryzm to w zasadzie wynalazek dość współczesny i na wskroś arabski. Pomijając osiągnięcia Palestyńczyków na niwie światowej rewolucji i walki o prawo i sprawiedliwość warto przypomnieć, że prawdziwe fundamenty terroru budowali zupełnie inni ludzie. I nie chodzi mi tu o niewinne w sumie akcje eserowców w carskiej Rosji (wypadało by tu wspomnieć o słynnym napadzie w wykonaniu towarzysza Stalina ale to innym razem), ale o początki prawdziwego zorganizowanego terroryzmu. Palma pierwszeństwa należy się w tej materii Grupie Sterna. Kim byli?

Drodzy czytelnicy, proszę sobie wyobrazić, że było kiedyś tak, że w Palestynie rządzili niepodzielnie Anglicy i bardzo niechętnie patrzyli na wszelkiej maści żydowskie osadnictwo. Co więcej, prowadzili wyraźnie pro arabską politykę limitując zgody na osiedlanie (nawet w trakcie wojny) oraz faworyzując Arabów. Trudno się zatem dziwić, że żydowscy osadnicy w ramach własnych działań zaczepno – obronnych zorganizowali się w ramach pierwszej żydowskiej organizacji paramilitarnej Hagany. Jednym z najbardziej oddanych bojowców, był urodzony w Polsce Abraham Stern. Tu warto wspomnieć, że każdy w zasadzie ruch społeczny ma swoją lewicę i prawicę podobnie było z terroryzmem żydowskim. Stern związany z Zabotyńskim był zwolennikiem bardzo agresywnej walki z Arabami, a jednym z jego największych osiągnięć była „bomba Sterna”. Beczkę wypełnioną trotylem oraz wszelkiej maści żelastwem wrzucano przez okno do szkół koranicznych. Ów morderczy instrument szybko zyskał sobie uzasadnione uznanie. Warto w tym miejscu dodać, że prawdopodobnie był to produkt techników z polskiego wydziału II, dyskretnie wspierającego wszelkie formy emigracji i co zrozumiałe walki w Palestynie. Dlaczego dyskretnie? Ponieważ Palestyna była brytyjska a Polska z Brytyjczykami w sojuszu. Od wczesnych lat 30-tych prowadzono w Polsce szkolenie wojskowe, które wraz z utworzeniem przez Żabotyńskiego Betaru nabrało silnie faszystowskiego charakteru. Jako ciekawostkę warto wspomnieć, że szkoleni w Polsce Betarowcy pozdrawiali się „rzymskim gestem” a ich wiece ochraniał ONR Falanga co już samo w sobie zasługuje na osobny post. Warto w tym miejscu zauważyć jak doraźny interes polityczny łączy teoretycznie wrogie obozy. Eskalacja konfliktu arabsko – żydowskiego doprowadziła do powstania znacznie bardziej agresywnego niż Hagana, Irgunu. Tyle, że wraz z wybuchem wojny Irgun zadecydował o wstrzymaniu akcji przeciwko Brytyjczykom i Arabom. Grupa Sterna wprost przeciwnie. Wódz uważał, że należy walczyć wszelkimi sposobami z brytyjskim uciskiem i starał się nawet nawiązać współpracę z… Hitlerem.

Jak sobie łatwo wyobrazić tego już było dla lewicowej myśli syjonistycznej zbyt wiele. Stern skończył marnie. W lutym 1942 dopadli go w domu brytyjscy agenci. Ale prawica terrorystyczna nie umarła wraz z wodzem. Nowym szefem operacji wojskowych grupy Sterna został Icchak Szamir, dodajmy późniejszy premier Izraela i wieloletni funkcjonariusz Mosadu odpowiedzialny za operacje w Europie. Ale teraz sprawa najważniejsza: pierwszy atak terrorystyczny sensu stricte, ma miejsce 22 lipca 1946. Tego dnia „grupa Sterna” zdetonowała bombę w prestiżowym jerozolimskim hotelu „Król Dawid”. Był to pierwszy zamach w ramach nieustająco popularnej strategii  „niewielu zabitych setki przerażonych”. Można by oczywiście powiedzieć, że cel był wybrany przypadkowo bez konsultacji z jakimś promotorem. Można, ale trzeba zauważyć, że ktoś przecież musiał „sternowców” utrzymywać i wyposażać w broń i to w trakcie poważnej kampanii wojennej. Któż to mógł być? Otóż byli to Francuzi.

Jak wiadomo francuska Afryka północna do 1943 roku walczyła po stronie państw osi. Co prawda po lądowaniu amerykanów front zmieniła ale przekonań absolutnie nie. Tam właśnie Icchak Szamir znalazł bezpieczne schronienie po ucieczce z brytyjskiej Palestyny w 1943 roku uzyskując status uchodźcy politycznego. Skąd ten syjonistyczny duch? Po prostu w dominiach francuskich konflikt arabsko żydowski był nie mniej silny niż w Palestynie tyle że mniej medialny. W pełnej krasie ujawnił się dopiero w 10 lat po II wojnie światowej kiedy to na dobre rozpętała się wojna w Algierii. Z uwagi na niechętną wojnie politykę De Gaulla, w Algierii w 1958 powstała tajna organizacja terrorystyczna OAS założona przez znanego generała Raoula Salana. Silnym zapleczem organizacji byli algierscy Żydzi masowo atakowani przez arabskie bojówki. Wielu z nich, w czasie II wojny światowej aktywnie udzielało się w walkach przeciwko Brytyjczykom jako naturalnym wrogom w Palestynie. OAS została skutecznie rozbita podobnie jak każdy ruch prawicowy w tym okresie.

Jeśli w tym miejscu czytelnikom przyjdzie na myśl uwaga, iż wszystkie te wydarzenia są mało prawdopodobne przytoczę inne, również związane z terrorem a znacznie bardziej współczesne. Otóż nie pamięta się już dzisiaj, że hiszpański frankizm w latach 70-tych uosabiał nie stetryczały Caudillo (Generał Franco), ale jego główny pretorianin, premier rządu admirał Carrero Blanco. Admirał Blanco był de facto wielkorządcą Hiszpanii. Operatywny admirał, działając wspólnie z Opus Dei skutecznie podporządkował sobie większość ówczesnego system urządzenia na tyle sprawnie, że na 100% miał zostać następcą Franco. Ale mu się nie udało. Czemu? 20 grudnia 1973 dosłownie wyleciał w powietrze. Dosłownie ponieważ ETA wykonała podkop pod ulicą którą miał przejechać ów notabl i umieściła w podkopie prawie 100kg ładunek. Efekt był piorunujący. Admirał wraz ze swoim samochodem przeleciał nad kościołem z którego wyszedł i wylądował na balkonie na 2 piętrze budynku po przeciwnej stronie kościoła. Co w tym dziwnego? Sporo. Po pierwsze ETA robiła wcześniej znacznie mniejsze zamachy. Po drugie w śledztwie ustalono, że materiały wybuchowe pochodziły z amerykańskiej bazy wojskowej, po trzecie, zarówno śledczy hiszpańscy jak i czterej baskijscy uczestnicy zamachu tajemniczo ginęli. Co ciekawe, 21 grudnia 1978 roku a więc w 5 lat po zamachu, zginął ostatni z zabójców Blanco. Ostatni i jedyny który znał tożsamość, osoby która ….. ujawniła zmienianą codziennie trasę którą poruszał się Admirał. Dla tych którzy nadal mają wątpliwości mała zagadka. Kiedy USA uznały ETA za organizację terrorystyczną? W 2001 roku.

Zabójstwo Blanco pozostawiało frankizm bez sukcesji co niejako automatycznie torowało drogę demokratycznym przemianom czyli prywatyzacji i reformom gospodarczym. Franco namaścił Blanco a Blanco wykończył konkurentów tym samym system pozbawiony ich obu mógł się zawalić. Dlaczego nie dokonano zamachu na samego Caudillo? Niewiele by dał. Prawdziwą podporą systemu był właśnie Carrero Blanco. ETA ani wcześniej ani później nie dokonała już równie spektakularnego zamachu. Do grubych akcji trzeba mieć możnych protektorów i informatorów. Najwyraźniej i jednych i drugich zabrakło. Terroryzm podobnie jak wojna jest jednym ze środków prowadzenia polityki międzynarodowej. Choć nie ma już tej intensywności co w latach 70-tych (Fakcja Czerwonej Armii, Czerwone Brygady we Włoszech) to nadal terror zdumiewająco odpowiada interesom politycznych graczy. Zamach w białoruskim metrze najpierw odwracał uwagę od lawinowo sypiącej się gospodarki, potem lansował Łukaszenkę jako obrońcę narodu ale zbyt szybkie wykrycie przez KGB mało wiarygodnych sprawców roztrwoniło zbudowany na śmierci i ranach polityczny kapitał.

Władimir Iljicz Putin postępował znacznie roztropniej i wyciągał wnioski a między zamachem na teatr na Dubrowce (2002), a atakiem Basajewa na szkołę w Biesłanie (2004) poparcie dla reżimu i jego militarnych akcji wzrosło mimo niemałych ofiar, bo akcja w teatrze kosztowała życie i zamachowców i 129 widzów. W szkole w Biesłanie nie było wiele lepiej dodatkowo w trakcie szturmu zginęło tam ponad 200 dzieci.

Co ciekawe, w akcjach RAF bez problemu ujawnia się polityczny motyw ich inspiratorów z NRD i nikt nie ma problemu z traktowaniem powyższego jako swoistej cynicznej gry sowieckiego politbiura. Ale zachodnie demokracje? Fu! Kto by się zniżał do takich niedemokratycznych praktyk. Na marginesie warto zwrócić uwagę jakimi metodami zwalczano terroryzm w ówczesnym RFN. Baadera, Mainhof i kilku innych aktywistów schwytano już w roku 1972. Jak się okazało, był to duży błąd tamtejszego resortu siłowego. Osadzeni obrastali w legendę która skutecznie motywowała do działania kolejne grupy terrorystyczne. Jeden z osadzonych, Holger Meins zmarł w wyniku kilkakrotnych głodówek a jego śmierć w listopadzie 1974 wywołała ogólno niemieckie zamieszki. Co ciekawe, Meins domagał się między innymi uznania członków RAF za żołnierzy i tym samym traktowania ich jak jeńców wojennych. W październiku 1977 komando Palestyńczyków porywa na Majorce samolot Lufthansy. Domagają się uwolnienia przebywających w więzieniu członków RAF. Po wielu perypetiach samolot ląduje w Mogadiszu. To właśnie tu dojdzie do spektakularnej akcji niemieckiego GSG9 a tym samym pierwszego użycia wojsk niemieckich poza granicami RFN od zakończenia II wojny światowej. Oczywiście, formalnie GSG9 to nie wojsko tylko formacja jak sama nazwa wskazuje służby granicznej. Niemniej jednak, Niemcy zadebiutowali i to popisowo skutecznie odbijając zakładników.

Ciekawsze jest co innego. Tej samej nocy kiedy GSG9 szturmowało samolot, Baader, i pozostali wpływowi terroryści popełnili samobójstwa. Niektórzy po prostu się powiesili inni (Baader, Raspe) dla odmiany strzelili sobie w głowę za pomocą przemyconych do celi pistoletów. Nie trzeba dodawać, że byli trzymani w więzieniach o zaostrzonym rygorze. Tu ukłon w stronę naszych służb penitencjarnych: Baranina tylko się powiesił.

Tak czy inaczej noc z 17 na 18 października 1977 całkowicie zmieniła taktykę walki z terroryzmem w Niemczech. Przyjęto zasadę, że w tej walce aresztowania nie mają sensu a do terrorystów strzela się  aż do skutku. Strategia była efektywna, ponieważ aż do 1985 roku zamachów praktycznie nie było. Kiedy pojawiły się znowu całkowicie zmieniono cele ataków. Bomby zabijały wyłącznie przedstawicieli wielkiego biznesu i to nawet po publicznym samorozwiązaniu się RAF w 1989 roku.

Ostatnią ofiarą RAF był szef Treuhanda zabity 1 kwietnia 1991. I tu ważna uwaga, Treuhand był gigantycznym funduszem powołanym do prywatyzacji majątku byłej NRD. Organizacja ta jest najczęściej podawana jako doskonały przykład prywatyzacji. Uzasadnieniem zamachu na życie szefa tej organizacji była podobno polityka restrukturyzacyjna która z 4 mln enerdowców zatrudnionych w przejętych aktywach na wszelkiej maści miejscach pracy pozostawiła zaledwie 1,5 mln. I być może tak było. Być może, ponieważ Detlev Rohwedder zabrał ze sobą do grobu sporo niewygodnych prywatyzacyjnych tajemnic. Ale to pewnie zbieg okoliczności. Wersja z każącą ręką ludu w tle, jest przecież i bardziej nośna i bardziej wygodna.

5 Comments