Posts Tagged ‘warszawa’

Zamach

Piłsudski_on_Poniatowski's_Bridge

Czyli o tym, że nie wszystko złoto, co się świeci

Choć żyjemy w czasach, gdy wszelkiej maści rekonstrukcje weszły do stałego repertuaru koncelebracji ważnych rocznic historycznych, rocznica wypadków majowych przebiegła zadziwiająco spokojnie, bez zakłóceń ze strony oddziałów nacierających mostem Kierbedzia. Nieprzypadkowa jest zapewne obecna konduita tej ważnej dla miasta budowli. Pragę i Stare Miasto spina dzisiaj trasa WZ, która – zarówno w obszarze architektonicznym jak i ideologicznym – ma z mostem Kierbedzia tyle wspólnego, co Pałac Kultury z Empire State Building.

Czytaj dalej

7 Comments

FASZYSTA

Czyli o tym za co niektórzy otrzymywali medale oraz o tym, że mury mają swoją historię, która tu i ówdzie trwa do dzisiaj.

Kamionek – przemysłowy beniaminek Warszawy, rozwija się od końca XIX wieku kiedy to otwiera swoje podwoje Dworzec Terespolski (Wschodni). Atrakcyjne tereny w niewielkiej odległości od centrum Warszawy kuszą nowych, dynamicznych inwestorów. Prawdziwy boom przypada jednak na wiek XX, a jednym z pierwszych fabrykantów jest Wojciech Kemnitz, który w 1912 roku wznosi Fabrykę Wyrobów Ołowianych i Cynowych. W chwilę po nim na Grochowskiej wyrasta PERUN – pionier konstrukcji spawanych. Potem wybucha wojna. Zaraz po odzyskaniu niepodległości Kamionek staje się terenem prawdziwej ekspansji przemysłowej. Nowe zakłady powstają od postaw, a ich właścicielami są głównie polscy przedsiębiorcy lub państwo. PWATiT rusza w 1920,Fabryka Aparatów Optycznych Kolberg i Ska  w 1921, w 1925 w obecności Józefa Piłsudskiego uruchamiają produkcję amunicji przeciwpancernej Zakłady Amunicyjne „Pocisk”. W 1927 roku uruchamia produkcję najnowocześniejsza w owym czasie w Europie fabryka czekolady E.Wedel.

Fabryka Wedla
Fabryka Wedla

Plakat "Radio Echo".

Zakłady "Pocisk"
Zakłady Amunicyjne „Pocisk"

W 1928 roku otwiera swoją Fabrykę Aparatów Elektrycznych Kazimierz Szpotański.

Fabryka K. Szpotański
Fabryka K. Szpotański.

Fabryka K. Szpotański. źródło:madein.waw.pl
Fabryka K. Szpotański.

W 1931 roku na gruzach  „Alimy” uruchamia się państwowa Fabryka Wyrobów Gumowych RYGWAR SA, a istotnym czynnikiem napędzającym industrializację Kamionka stają się nowe technologie i zbrojenia.  Ci, których zaskoczy obecność Marszałka na zdjęciach z otwarcia fabryki „Pocisk” powinni wiedzieć, że nie była to jego pierwsza wizyta na Mińskiej 25. To tu, przy istniejącej do dzisiaj bramie wjazdowej, miał swoje konspiracyjne mieszkanie. I to tu skierował swoje pierwsze kroki natychmiast po powrocie z Magdeburga. W budynku przy Mińskiej mieszkała wtedy długo niewidziana pani jego serca…

Kamionek w latach 20-tych wyrasta na trzecie pod względem wielkości zaplecze produkcyjne stolicy, pracuje tu 14% ogółu zatrudnionych w Warszawie. I choć ustępuje wiodącej Woli, odróżnia się od niej strukturą własności. Przemysł w polskich rękach wspiera rozwój świadomej prawicy. Syn Wojciecha Kemnitza: Edward z ruchem narodowym spotka się już w gimnazjum wstępując do skrajnego Pogotowia Patriotów Polskich. Jako student prawa  działa w Młodzieży Wszechpolskiej, jako absolwent UW wstępuje od faszyzującego Obozu Wielkiej Polski a po powrocie ze studiów ekonomicznych w Londynie staje się jednym z założycieli skrajnie narodowego i antysemickiego Obozu Narodowo Radykalnego. Jako niebezpieczny faszysta w gronie pierwszych zatrzymanych trafia do obozu koncentracyjnego w Berezie Kartuskiej. Po wyjściu na wolność udziela się w zdelegalizowanym ONR, a jako współwłaściciel fabryki intensywnie finansuje działalność organizacji i jej ideowego periodyku „ABC Nowiny Codzienne”.  Druga połowa lat 30-tych to silne przyspieszenie rozwoju Kamionka, rosną zamówienia wojskowe, buduje się COP. Fabryki Wedla, Szpotańskiego i Kemnitza stają się przykładem relacji socjalnych stawianym za wzór w kraju i za granicą. Sam Edward Kemnitz udziela się jako miejski radny.  Niebawem jednak nadchodzi  wojna.  Fabryki Kamionka stają się linią frontu.

Mapa wojskowa

Choć Warszawa walczy od 8 września, pierścień okrążenia wokół miasta zamknie się 15 września. Tego samego dnia o świcie na przedmoście praskie docierają długo wypatrywane posiłki. Wiadomo, że Niemcy szykują się do szturmu. Kiedy w ZA Pocisk żołnierze z 21 pułku piechoty uzupełniają amunicję, ich dowódca wie już, że obrona nie może potrwać zbyt długo. Pomimo tego pułkownik Stanisław Sosabowski wraz ze swoimi żołnierzami 16 września zdoła odeprzeć atak znacznie silniejszego 23 pułku piechoty Wermachtu. Dzięki wyśmienitej organizacji, Sosabowski jako dowódca pod odcinka Grochów  odeprze wszystkie ataki wroga a ZA Pocisk przez cały okres walk stanowić będą zaplecze materiałowe walczących wojsk. Bombardowania pociągną za sobą ofiary wśród żołnierzy i pracowników. Wiele budynków zniknie z powierzchni ziemi w tym wielka narzędziownia. 27 września wchodzi w życie zawieszenie broni. Zaczyna się niemiecka okupacja.

Najprawdopodobniej już 28 września na terenie zakładów na Mińskiej pojawia się Heintz Guderian – twórca niemieckiej doktryny walki pancernej. Do wizyty na Mińskiej skłoniły go wydarzenia z 7-9 września, kiedy to nieliczna obrona Wizny zdołała zatrzymać na dwa dni natarcie 10 Dywizji Pancernej. Powodem były umocnienia i… karabin przeciwpancerny UR. Obrona Wizny miała do niego jedynie 20 pocisków. Pomimo to, wedle źródeł niemieckich, zniszczyła 10 czołgów i kilka pojazdów pancernych. Zainteresowanie generała broni pancernej było jak najbardziej uzasadnione. Polski karabin na dystansie 100 m przebijał pancerz każdego ówczesnego niemieckiego czołgu z najnowocześniejszym Panzer IV włącznie. Guderian wyjechał niezadowolony. Amunicję do tej broni produkowano  w Państwowej Wytwórni Amunicji w Skarżysku Kamiennej. Dotarł tam później.

Mniej więcej w tym samym czasie, w swojej fabryce pojawił się Edward Kemnitz, który zakończył kampanię wrześniową jako podporucznik w twierdzy Modlin. Natychmiast przystąpił do konspiracji w ramach organizowanego przez środowiska skrajnie prawicowe „Związku Jaszczurczego”. Choć członkowie tej formacji do AK podchodzą z dużą niechęcią, Kemnitz  od 1943 roku  udziela się również w AK zajmując się przyjmowaniem zrzutów, organizacją produkcji broni oraz przerzutem cichociemnych. Najciekawsze w życiorysie tego przedwojennego antysemity jest jednak co innego: wraz z ojcem staje się jednym z najbardziej oddanych współpracowników „Żegoty” – Podziemnej Rady Pomocy Żydom. Z pomoc udzieloną w trakcie wojny, w 1983 roku otrzyma order Yad Vashem.

Warto przy tej okazji stwierdzić, że to właśnie Polacy przodują pośród wyróżnionych tym odznaczeniem. Na drugiej lokacie znajdują się… Holendrzy. Trzeba jednak zauważyć, że wyłącznie w Polsce za ukrywanie czy choćby pomoc Żydom groziła kara śmierci.

Powstanie warszawskiej zastaje Kemnitza poza miastem. Porucznik „Marcin” zostaje oficerem łącznikowym VI Okręgu Narodowych Sił Zbrojnych Warszawa Powiaty w którym od 9 listopada 1944 pełni funkcje szefa Wydziału IV ( propagandy i informacji ) zagrożony aresztowaniem wiosną 1945 roku przenosi się na ziemie odzyskane aby objąć dowodzenie I Pomorskim Okręgiem NSZ. Już w stopniu majora NSZ w lipcu 1945 roku aresztuje go Poznaniu UB.

W tym czasie Wedel, Szpotański i Kemnitz nie są już właścicielami swoich zakładów. Obejmuje je nacjonalizacja. Twórcy wspaniałych fabryk zostają zredukowani do rangi dyrektorów, aby już za chwilę stracić nawet prawo wstępu do swojej własności.  Kiedy w 1947 roku Kemnitz wychodzi z więzienia na mocy amnestii, w swoich zakładach nie ma już nic do powiedzenia. W 1948 roku po drugiej stronie ulicy w zburzonych zakładach Pocisk na Mińskiej 25 rusza ponownie produkcja. Fabryka traci zbrojeniowych charakter i od tej pory jej domeną na kilkadziesiąt lat stają się motocykle. Kiedy w 1955 roku Kemnitz po ponownym aresztowaniu wyjdzie z więzienia, w WFM rozpoczynać się będzie produkcja OSY. Kiedy w 1964 roku wyjedzie z Polski na zawsze produkcja będzie się miała ku końcowi. W latach 70 tych na Mińską wróci produkcja specjalna. To za sprawą rozrastającego się PZO. Klauzula tajności towarzyszyć będzie zakładom aż do lat 90 tych, choć w ich ofercie znajdować się będą również produkty cywilne takie jak aparaty Alfa, mikroskopy czy zwykłe lupy.

Ani Jan Józef Wedel (1874-1960), ani Kazimierz Szpotański (1887-1966) nie odzyskali nigdy znacjonalizowanych w 1945 roku fabryk. Wedel otrzymał wprawdzie w latach 50tych pewne zadośćuczynienie finansowe (fabryka nadal posługiwała się jego rozpoznawalnym na rynkach zagranicznych nazwiskiem) niemniej gross pozyskanych środków przeznaczył na działalność charytatywną i ofiarę dla parafii ewangelickiej.

fot.: Jerzy Gumowski/Agencja Gazeta

Dzisiaj po dawnym Kamionku przemysłowym pozostało już tyko wspomnienie, choć nadal istnieją tu i produkują zakłady dziedziczące długie tradycje swoich poprzedników. Ale i one pewnego dnia ustąpią miejsca zabudowie mieszkalnej, bo Kamionek to prawdopodobnie jeden najbardziej interesujących obszarów deweloperskich. Barwna przemysłowa historia i walory komunikacyjne w połączeniu bogatą infrastrukturą i zielenią mogą do siebie przekonać szczególnie w dzisiejszych czasach kiedy genius locci zaczyna nabierać istotnego znaczenia. A o historię potykamy się tu prawie na każdym kroku. Choćby zmierzając Mińską do Parku Skaryszewskiego napotkamy mały skwer a na nim niepozorny kamień upamiętniający…. pierwszą wolną elekcję! To tu w 1573 obrano Królem Polski Henryka Walezego. Co ciekawe w tym samym miejscu szlachta zebrała się jeszcze raz, aby w 1733 roku wynieść na tron Rplitej Augusta III. Nie mniej interesujący jest sam Park Skaryszewski a właściwie Park Paderewskiego. Ten liczący 39 ha teren zielony rozmiarem ustępuje wyłącznie… Łazienkom! W latach 30-tych był miejscem, w którym się „bywało”, organizowano tu pokazy mody a także luksusowych automobili. Ba, przy wejściu do parku firma E. Wedel zainstalowała pierwsze automaty ze słodyczami! Do dzisiaj park urzeka wolnością i nie ma nic wspólnego z Łazienkami, gdzie za chwilę może się okazać, że nawet spacery są zakazane. Tu wolno nawet… jeździć konno, gdyż na terenie parku znajduje się stadnina. Latem jeziorko kamionkowskie zachęca do wypraw kajakiem, którym można się zapuścić całkiem daleko…. Ale o tym wszystkim najlepiej przekonać się samemu:).

Źródła:

Zdjęcia fabryki Wedla i Fabryka K. Szpotański – madein.waw.pl

Zdjęcie plakatu „Radio Echo” – http://www.historiaradia.neostrada.pl/O%20firmach.html

Zdjęcie fabryki „Pocisk” – http://www.stowarzyszeniecreo.home.pl/29901/45701.html

Zdjęcie mapy wojskowej – http://www.bialoleka.waw.pl/page/index.php?str=703

8 Comments

REBEL

Czyli o tym, że droga do sukcesu jest kręta, architekci mają fantastyczny zawód, a rzeczy wspaniałe rodzą się wyłącznie dzięki światopoglądowym różnicom.

Arkana praktycznych relacji pracodawca – pracobiorca poznawałem w latach 80-tych w różnych miejscach. Pracowałem u trumniarza, zniczarza, meblarza, nie stroniąc wszakże od gospodarki uspołecznionej, dla której udzielałem się spółdzielczo (lukratywne sprzątanie przystanków oraz znacznie mniej efektywne odśnieżanie), ale
i półniewolniczo w ramach praktyk jako uczeń technikum. W tej roli pojawiłem się na Mińskiej po raz pierwszy. Jesienią 1988 „zorganizowałem” sobie pracę w tych zacnych zakładach w celach nazwijmy to „gospodarczych”. I choć może się to wydawać niewiarygodne to po raz kolejny w posępnych murach centrali PZO pojawiłem się raz jeszcze jako niosący wierzycielom ulgę bankowiec. Tak, tak: ulgę – to nie pomyłka. Państwo postanowiło dokapitalizować wtedy banki, aby mogły uratować swoich dłużników. Była to jesień 1993, a ja restrukturyzowałem polski przemysł w  Powszechnym Banku Kredytowym. I jak się okazało nie była to moja ostatnia wizyta.

Jesienią 1995 przywiała mnie do PZO mityczna IV transza programu NFI, choć zakłady przypadły w udziale innemu niż mój funduszowi. Kto dzisiaj pamięta, że spółki wybierano za pomocą tak finezyjnej metody jak losowanie :). Żeby było zabawniej, jesienią 2003 wylądowałem w PZO  jako doradca ówczesnych właścicieli, między innymi z gorliwym zamiarem przekonywania ich do pomysłu inwestycji polegającej na przebudowie zakładów na kompleks loftów.

Skąd się wziął? Miasta zachodniej Europy jednych urzekają przepychem dawnych budowli, innych obfitością muzeów, jeszcze innych luksusem rezydencji. Mnie od pierwszych samodzielnych eksploracji pociągały najbardziej tymi dzielnicami, w których dokonała się przysłowiowa „wielka zmiana”, dzięki której spichlerz stawał się mieszkaniem, magazyn – galerią, a dok – biurowcem. Urzekło mnie wszystko to, co mieści się między kultową Regenbogenfabrik na berlińskim Kreutzbergu, a rozmachem londyńskiego Docklands. Powstawanie nowych dzielnic i związanych z nimi mitów wymaga zdegradowanych przestrzeni przemysłowych, a tych pod koniec lat 90-tych ubywało w Warszawie w niesamowitym tempie. W tym kontekście w roku 2001  Kamionek (niesłusznie wtłoczony w Pragę) wydawał być się postindustrialnym eldorado. Małe i większe fabryczki zlokalizowane na niedużej przestrzeni zachęcały swoim niezaprzeczalnym urokiem, a rynek inwestycyjny omijał je szerokim łukiem. Jak się okazało: do czasu. Ostatnia hossa na rynku nieruchomości skutecznie zmiotła z powierzchni ziemi większość unikalnych budynków, a te, które pozostawiono, czasem prezentują się tak karykaturalnie, że chyba lepiej, aby ich w ogóle nie było. (Fabryka Kemnitza)

Toteż kiedy znów jesienią, tyle że 2009 roku, pojawiłem się na Mińskiej 25 wiedziałem, że to prawdopodobnie ostatnia szansa, aby zrealizować projekt budowy prawdziwej przestrzeni kreatywnej – subdzielnicy, w której jakość życia będzie istotna nie mniej niż jakość mieszkania.

Początek nie był łatwy. Każdego poranka wymieniałem grzeczności z panami ciągnącymi wózki trofeów do złomiarza, w okolicznych krzakach odnajdowałem ślady namiętnych integracji wspieranych wyskokowymi napojami, a organa ścigania eliminowały placówki drobnej przedsiębiorczości, wśród których perłą była ta, gdzie Matiza preparowano na atrakcyjne handlowo fragmenty i to w niecałe 15 minut! Nawet Krystian Legierski chwiał się już na swojej samotnej placówce klubu M25 zlokalizowanego w zapierającej dech w piersiach starej węglowej kotłowni, która nota bene miała być kiedyś moim pierwszym warszawskim loftem.

Tym gorliwiej zabraliśmy się do pracy. Niemalże na pierwszy ogień poszła „ruinka”. Pod tą pieszczotliwą nazwą krył się obiekcik, który z powodzeniem sprawdziłby się jako plener do filmu o powstaniu warszawskim. Choć z pozoru beznadziejna i zapuszczona, nam „ruinka” wydała się wspaniałym obiektem z niesamowitym potencjałem.


Skąd się w ogóle wzięła? Nasz dzisiejszy „basen” był jednym z nieistniejących dzisiaj budynków słynnej przedwojennej fabryki amunicyjnej pocisk. Słynnej, ponieważ to tutaj między innymi powstawała amunicja do  rusznicy przeciwpancernej UR. To za jej pomocą ułani 21 pułku powstrzymali niemieckie czołgi w bitwie pod Mokrą, choć niemiecka propaganda stworzyła wtedy do dziś powtarzany mit jakoby szarżowali na nie z szablami.

Tutejsze tradycje przemysłowe są zresztą  starsze i sięgają manufaktury lniarskiej „Juta”. Stały się przyczynkiem do długiej debaty, jak nasz projekt powinien się nazywać. Historia przemysłu przy Mińskiej 25 jest bowiem niezwykle ciekawa i mam nadzieję doczeka się odpowiedniego podsumowania, choć zanim to się stanie, postaram się ją amatorsko opisać. Warto, ponieważ w naszej okolicy krzyżują się ze sobą losy Józefa Piłsudskiego, jednego z najbardziej wpływowych polskich faszystów, pewnej mrocznej figury przedwojennego wydziału II oraz pułkownika Sosabowskiego i… Heinza Guderiana – twórcy niemieckiej broni pancernej.
Dość zatem zaznaczyć, że koncepcji było sporo, ale uświadamialiśmy sobie, że nasz projekt musi się kojarzyć przede wszystkim z tym, czym ma się stać, a nie z tym, czym był i już nie będzie. I tak narodziło się SOHO Factory – z jasnym odniesieniem do swojej nowojorskiej imienniczki: dzielnicy, w której kultura i sztuka podbiły upadłą przestrzeń zamieniając ją w jedną z najlepszych dzielnic miasta.

Ktoś powie, że porządkowanie przestrzeni nie jest zadaniem szczególnie wymagającym. Tylko teoretycznie, bo gdy jeden projekt musi pomieścić wymogi budżetowe i kreatywny pomysł robi się już znacznie trudniej. Równie łatwa wydaje się adaptacja starych budynków, a już szczególnie takich, które na pierwszy rzut oka nadają się jedynie do tete a tete z buldożerem Fadroma. Ciekawym przykładem jest nasz „budinek 18” jak nazywają go anglojęzyczni entuzjaści.

budynek 18

Dla jednych to duża psia buda dla innych perełka. Jako że znalazłem się zdecydowanie w drugiej grupie udało nam się wypracować koncept budynku doskonale nadającego się na siedzibę małej kreatywnej firmy. I tu trzeba poruszyć ważną kwestię. Zrewitalizowane powierzchnie muszą trafić w ręce osób, które je po prostu kochają. To ważne, bo stare budynki mają swoje niespodzianki i duszę, z którą trzeba żyć w zgodzie. Ten, kto tego nie rozumie i nie czuje, do loftu w ogóle nie powinien podchodzić.

Dla odmiany, przebudowa siedziby Funduszu BlackLion takich trudności już nie nastręczała, choć stan wyjściowy był nie mniej żałosny niż „budinku 18”.

Projekt Polska

Galeria Leto

Otoczenie

Oczywiście do tych projektów nie wystarczyła wyłącznie wizja. Bez serca i wkładu Yny Lewandowskiej i Marcina Garbackiego nie miały by takiego blasku.

Równolegle z rewitalizacją, trwały prace koncepcyjne nad naszym wielkim zamiarem budowy na terenie SOHO osiedla, które wpisze się idealnie w industrialną atmosferę i dziedzictwo. Przez kolejne imprezy kulturalne, koncerty, pokazy i firmowe eventy  przewijały się tysiące osób, a pytania jaką formę przyjmie budowane przez nas osiedle pojawiały się coraz częściej. Zdawałem sobie sprawę, że projekt, który tu zrealizujemy musi połączyć rozłączne: przystępną cenę i wybitną architekturę. Niemożliwy w realizacji cel wymagał nietypowego postępowania. Dlatego też na pierwszym etapie postawiłem na sprawdzonych fachowców: pracownię KONKRET – autorów wielu efektywnie wykonanych i dobrze sprzedanych budynków. Dopiero zaawansowany projekt skonfrontowałem z wizją pracowni WWAA – autorów słynnego już polskiego pawilonu podziwianego na EXPO w Szanghaju w ubiegłym roku. Dodajmy, że obie pracownie, rezydujące na co dzień w SOHO, przez długi czas nie zdawały sobie sprawy, że pracują równolegle. I choć dzień, w którym musiały stworzyć jeden zespół, wspominać będą pewnie niezbyt dobrze, to budynek, który stworzyli najlepiej oddał celowość tego posunięcia. Stworzyli REBEL ONE – nasz pierwszy budynek i manifest przyjętych założeń. Stworzyli go RAZEM i tylko dlatego jest taki wyjątkowy.

Oddali doskonale to, co chciałem otrzymać: miał powstać budynek, który czerpie z kontekstu, ale jednocześnie nie wyrywa się z fabrycznej rozbujanej architektury; budynek, który przyjmie szereg zapomnianych już funkcji a mieszkańcom zapewni komfort, którego nie proponuje się dzisiaj w najlepszych apartamentowcach; budynek, który pójdzie wbrew trendom, zaleceniom i modom. I co najważniejsze, mieszkania miały w nim kosztować nie więcej niż w okolicznych praskich projektach.

I taki właśnie jest:).

Oczywiście nie narodził się sam. Ale o pełnym koncepcie SOHO to już innym razem.


29 Comments

Jak nie wiadomo o co chodzi, to….

Chodzi zazwyczaj o pieniądze czyli o tym, że przed oknami na znanym nam od dziecka placyku może wyrosnąć nagle biurowiec a na naszej teoretycznie budowlanej działce nie postawimy psiej budy.

Modna obecnie restauracja Flemming rozwinęła się zgrabnym ogródkiem pochłaniając część zielonego placyku przy kameralnej ulicy Chopina. Ten agresywny czyn, nie umknął uwadze czujnego aktywu okolicznych mieszkańców którzy niezwłocznie przystąpili do śledztwa – któż to, jaki urzędnik tak nieprawilnie zagospodarował publicznym przecież kawałkiem Warszawy? Nieustępliwa na froncie walki o sprawiedliwość społeczną GW udzieliła swoich łamów rozgoryczonym mieszkańcom. Co wykryło śledztwo? Co zaciska pięści dziarskim aktywistom z okolicy?

Zaciska je bezsilność, okazuje się bowiem, że zgrabnym placykiem nie włada już żaden urząd tylko właściciel który odzyskał zagrabiony przez Państwo kawałek Warszawy. I tu oczywiście przestaje być śmiesznie bo dalej może być już tylko strasznie. Czemu? Bo dla tego kawałka Warszawy nie ma planu. Może się zatem okazać, że zdeterminowany właściciel coś tam sobie wybudować zdoła. Takiemu zamiarowi się nie dziwię, w końcu odzyskał własność z której ograbiła go za pewne ustawa warszawska toteż wolność budowy należy mi się jak psu buda. Z drugiej strony, od lat nieruchomość jest małym parkiem  więc być może taka powinna pozostać. Być może, bo właściciel nie miał prawa głosu kiedy takie decyzje podejmowano należy więc sądzić, że będą nieskutecznie. Miasto chcąc zachować stan obecny powinno zadość uczynić spadkobiercom innym gruntem. Ale tego nie zrobiło. Nie zdziwię się jeśli się okaże, że zwracano ów grunt z sardonicznymi uśmieszkami na twarzach. A niech sobie mają. I tak nic nie wybudują a podatek będą płacić.

Inna równie ciekawa kwestia to pospolite ruszenie bardzo egzotycznej koalicji ekologów, ornitologów, prawników no i oczywiście mieszkańców wymierzone przeciwko dwu bardzo specyficznym obiektom. Na celowniku znalazły się jedyny w Polandzie tor wyścigowy w Poznaniu i lotnisko aeroklubowe na warszawskim Bemowie. Oczywiście dowiem się zaraz, że ani lotnisko ani tym bardziej tor nikogo nie powinien interesować ponieważ to jakaś kompletna nisza. Co więcej związana z działalnością absolutnie niepotrzebną.  Cóż, w oparciu o takie myślenie można by przecież wykarczować wszystkie ogródki działkowe, sporą część parków kilka kortów tenisowych boisk i wszelkich innych obiektów użyteczności publicznej bo wiadomo przecież, że nie wszyscy z nich korzystają.  Co najbardziej irytuje przeciwników awiacji i sportu? Podobno hałas. Pisze podobno, bo norma maksymalna na torze w Poznaniu to 91 db. Warto dodać, że tor graniczy przez siatkę z jedynym poznańskim lotniskiem na którym samoloty lądują dość często a w ostatnią środę w tym gronie znalazły się również dwa F16. Ponieważ obsługa toru poddawała wtedy inspekcji mój wydech poprosiłem o pomiar odrzutowca. Zabrakło skali. Choć start regularnego boeinga jest znacznie mniej spektakularny niż F-ki to i tak w konkursie łomotu motorek nie ma tu najmniejszych szans.

O co więc idzie? O wspomniane na początku pieniądze. Tor Poznań to 45ha gruntu położonego strategicznie bo tuż obok lotniska. Lotnisko na warszawskim Bemowie to ponad 100ha, 5 km od centrum. Oba grunty to nie byle gratka dla dewelopera. Czasy niby nie najlepsze ale trzeba pamiętać, że zarówno tor jak i lotnisko, to grunt pod wieloma względami bardzo atrakcyjny. Mogłoby się przecież okazać, że po pierwsze tani a po drugie przystępny inwestycyjne bo pozbawiony obiektów do wyburzenia oraz kosztownych w przekładkach podziemnych instalacji. Na drodze do tego łakomego kąsku i w Poznaniu i Warszawie stoją jednak pasjonaci. W Poznaniu ścigania w Warszawie latania. Jako, że należę zarówno do jednych jak i drugich zachowanie obecnego status quo jest mi szczególnie bliskie. Obu obiektów warto bronić również dlatego, że w większości dużych europejskich miast podobne ma i wykorzystuje do promocji walorów turystycznych miasta. Niestety nie u nas, bo warszawiakom Bemowo kojarzy się z miejscem gdzie organizowane są koncerty a wielu poznaniaków albo istnienia toru nie zauważyło w ogóle albo…. uważa go za infrastrukturę odbywającej się tam co niedziela giełdy.

O ile lata faktycznie mała część populacji, to na jednośladach jeździ procent coraz większy. Wśród powszechny narzekań na śmigających między pasami wariatów jak również nieudolnych kierowców zarówno skuterów jak i motocykli nikt nie zadaje sobie pytania gdzie Ci ludzie mieli by się nauczyć jeździć a przede wszystkim wyszaleć. Gwarantuję, że mozolne ćwiczenie winkli aby wreszcie nawiązać elegancki kontakt z asfaltem skutecznie zniechęca do podobnych czynności na ulicy nie mówiąc już o bezsensownym pałowaniu od świateł do świateł. Zachęcałem i zachęcam każdego motocyklistę bez względu na sprzęt którym jeździ aby choć raz wybrał się na tor najlepiej swoim sprzętem. 12 zakrętów na nieco ponad 4 kilometrowej pętli toru uczy stosownej pokory i pozwala ostudzić niebezpieczny zapał a często całkowicie zniechęcić do jazdy na ulicy która nie daje nawet ułamka emocji których doznajemy na torze. Emocji które prowadzą również do spektakularnych ale znacznie mniej groźnych niż się zazwyczaj obserwatorom wydaje kraks. Piszący te słowa zaliczył ich kilka, ale trzeba przyznać szczerze, że wyłącznie w amoku walki o pozycję w wyścigu. Ów specyficzny stan udziela się zresztą każdemu.

Mogłem się o tym przekonać zaledwie w ubiegły weekend gdy w niezwykle szacownym gronie znalazłem się na torze Formuły 3 ( przez dwa lata zdobywał w niej pozycję Kubica ). O ile reżim organizatorów i wyśrubowane procedury skutecznie temperowały wolę walki, to kolejny wydawało by się dziecinny punkt programu ( wyścigi kartami na profesjonalnym torze ) uwolnił monstra. Rozważni Panowie słynący ze spokoju i opanowania walczyli tak zażarcie, że zaskarbili sobie prawdziwe uznanie personelu na torze. Musze przyznać, że walka o miejsce na pudle z pewnym znanym z pierwszych stron gazet biznesmenem przekonała mnie, że wola walki to jest jednak najpoważniejszy imperatyw w działalności gospodarczej.

Są ludzie którzy podróżują zwiedzając muzea inni pola golfowe. Ja przez ostatnie dwa tygodnie zwiedziłem 3 całkowicie różne tory. Należący do Ferrari w Maranello, klubowy tor w Poznaniu i specyficzny Le Luc w Prowansji. Jedno je łączy: pasja kierowców. Dzieli wszystko. Nie mogę się nadziwić, że miasto Poznań nie wykorzystuje takiego atutu. Na każdym vencie formuły na przeciętnych wyścigach motocyklowych tory gromadzą tłumy. W Poznaniu owe tłumy gdyby się nawet pojawiły nie mają gdzie usiąść bo prawie ……. nie ma trybun poza tymi które wychodzą na tor kartingowy. Dlaczego nie wybuduje się nowych trybun? Bo nie wiadomo ile jeszcze ten tor będzie istniał. Nikt nie zainwestuje w obiekt który w każdej chwili może zostać zamknięty. Podobnie dzieje się na warszawskim Bemowie. Tu i tam tymczasowość niszczy obiekt nie pozwalając mu się stać pełnoprawną turystyczną atrakcją. A wszystkiemu winny jest brak jasnej miejskiej polityki urbanistycznej.

Wygląda na to, że od wielu lat nikt nie zajmuje się tym co i kiedy miastu będzie potrzebne. Duzy organizm nie składa się wyłącznie z bloków mieszkalnych. Muszą w nim współistnieć różne formaty rozrywki i aktywności mieszkańców. A cisza? Zawsze kiedy spaceruję letnim wieczorem po rozgrzanym śródmieściu. Przypomina mi się wtedy dzieciństwo. W letni wieczór autobusy hałasują potwornie, ryk motorów na wysokich obrotach niesie się ulicami. Ale takie jest właśnie miasto. Miłośnicy ciszy zawsze mogą się odnaleźć na przedmieściach  na które sam również wyemigrowałem ale ten wybór ma swój koszt i codziennie w korku zastanawiał się czy warto go ponosić. Brak planów miejscowych życie będzie komplikował jeszcze długo. Bez nich miasto „nie wie” jak ma się rozwijać a jednocześnie nie wie również jak się rozwijać nie powinno. I tylko dlatego zaskakują nas nagle płoty w miejscach gdzie zawsze był trawnik a drogi kończą się ślepo bo nie mogą postawać tam gdzie nie ma ich w planach. Błędne koło które dotyka nas wszystkich; mieszkańców inwestorów i hobbystów wszelkiej maści bo w tej grupie są również działkowcy. Większego domku na działce przy Alejach jerozolimskich wybudować im nie wolno. Być może się to wszystko kiedyś zmieni ale tymczasem jednak poklepię sobie stojący w garażu motorek i zadumam się nad projektem planu wchodzącym na terenie na którym mam działkę. Przewiduje wiele; trasę szybkiego ruchu która pewnie nie powstanie, plac dla mieszkańców który nie jest im potrzebny, gubi za to przejście podziemne pod ruchliwą ulicą która oddziela mieszkańców od największego w Warszawie parku. Taki drobiazg.

0 Comments

Zmierzch bogów

Czyli o tym, że w Polandzie jest więcej o Kupisza, a na świecie mniej o Galliano, szok zadaje się być niemodnym towarem w vogue, a konwenans jednak zobowiązuje.

Na naszym nadwiślańskim nieboskłonie pojawiła się nowa gwiazda: Robert Kupisz, do tej pory znany jako tancerz, fryzjer, stylista i celebry ta, postanowił ujawnić się w roli projektanta. Jako że miałem swój mały udział w tej przemianie postanowiłem przekonać się jakie wrażenie na licznie zebranej publiczności wywoła pierwsza kolekcja Roberta. Kolejny pokaz w Soho Factory, które zyskuje już zasłużoną sławę dzielnicy kreatywnej, zgromadził prawdziwą celebrycką śmietankę. Nie będę wnikał czy na widowi pojawiła się pełna czy nie pełna ramówka wszystkich szanujących się w tym kraju telewizorów: dość, że tłum znanych twarzy zawzięcie walczył o miejsca w pierwszym rzędzie toteż gradientu vipów na metr kwadratowy można Robertowi szczerze pogratulować.

Ale nie tylko gości, a przede wszystkim samego pokazu należałoby gratulować. Po raz pierwszy na wybiegu pojawił się luz, uśmiechnięte modelki i modele zdawali się po prostu dobrze bawić zarówno formą, jak i treścią. O ile na zapleczu tego luzu na pewno była jakaś żelazna scenografia, to nie narzucała się widzom i nie zakłócała podstawowego przekazu, którym przecież była pierwsza Robertowa kolekcja. O ile miałem okazję widzieć ją wcześniej, to do prawdy zaskoczyły mnie wykończone wzory, które jeszcze tak nie dawno widziałem jako cytaty. To dowód, że Kupisz do swojej pracy podszedł poważnie, choć same modele kuszą swobodą znamionującą luz projektanta.

Niekłamany zachwyt wywołały zakapturzone modelki w sukniach z dzianiny. Druidki z gołymi plecami i nietypowe dzisiaj plisowane spódnice namiętnie oklaskiwał między innymi Andrzej Chyra, widoczny obecnie jako twarz z kampanii MaleMen’a. Jola Przetakiewicz, zachwycała się dla odmiany męskimi dżinsowymi kurtkami ,które zasłużyły sobie również na aplauz pozostałej części publiczności. Bardzo unisexowa kolekcja wpisała się doskonale w nowojorski klimat panujący obecnie w stolicy. Etniczne T-shirty z motywem Indianina dają początek zupełnie nieobecnej nad Wisłą kulturze, w ramach której tagowane w taki czy inny sposób podkoszulki stają się symbolem jeśli nie epoki to przynajmniej sezonu istotnego dla swoich twórców. A czy to wszystko trafiło do licznie zgromadzonej rzeszy adeptów kieleckiej szkoły Roberta? Tego nie wiem, ale była uczennica – Edyta Herbuś wydawała się nie opuszczać stanu ekstremalnej egzaltacji w trakcie całego pokazu. Czy to prawda czy poza, przekonamy się niebawem. Faktem pozostanie, że Robert złamał nieprzyjemny trend nabzdyczonych modeli i modelek na wybiegu i zamienił te postawy na szczery lub dobrze udawany zachwyt przestrzenią. Jego wyjście ze wzruszoną do łez Mamą doskonale harmonizowało z wyczuwalnie energetycznym pokazem. Bajka.

Łyżka dziegciu w tym ogólnie udanym projekcie to jego przyszłość. Że Robert odnajdzie się doskonale wśród naszych uznanych twórców, nie mam najmniejszych wątpliwości. Ale to czy jego produkt ujrzymy w sklepach to już zupełnie inny problem, który dotyczy wielu projektantów w Polandzie. Pytanie, czy dostępność jest faktycznym celem Kupisza. Jak wiadomo Tomasz Ossoliński, Dawid Woliński czy nawet Maciek Zień istnieją bez sieci sklepów, więc może się okazać, że newcomer podąży właśnie tą droga, bo przecież gazety napiszą o nim zawsze, a środowisko zaludni pokaz. Z tej perspektywy kosztowny i drogi proces budowy sieci i marki można uznać za zgoła niepotrzebny balast:). Generalnie może się za chwilę okazać, że wielcy projektanci tworzą wyłącznie dla siebie, bo Brandy wymagają talentu, ale przede wszystkim dużej dawki wrażliwości na to, co się dzieje dookoła nich. Świat wysokiej konsumpcji musi przecież zauważyć, że jeden z większych kataklizmów epoki wymazał z mapy kawałek Japonii, a Północna Afryka zalicza falę społecznego wyzwolenia. Może się okazać, że Galliano swoim antysemickim wybrykiem tylko wbił ostatni gwóźdź do swojej trumny. Tajemnicą poliszynela było, że Dior od pewnego czasu był już delikatnie mówiąc rozczarowany swoim wielkim designerem. Choć swego czasu Galliano postawił markę na nogi, to od tamtej pory upłynęło już sporo czasu. Słowny zamach na holocaust w kraju, który wyprodukował pierwszy poważny polityczny incydent antysemicki (sprawa Dreyfussa) jest poważnym wykroczeniem, ale nie mogę się pozbyć wrażenia, że został wyreżyserowany. Pokaz Diora był zawsze jednym z ważniejszych wydarzeń paryskiego tygodnia mody. Zgodnie z wieloletnią tradycją na zakończenie na wybiegu pojawiał się sam Galliano w stylizacji sugerującej kolejną kolekcję. Ten swoisty rytuał powtarzał się co rok i …. cementował gallianowość w Diorze. Czy w tym roku pokaz się nie odbył? Ależ odbył się. Co więcej w zaplanowanym wcześniej miejscu i czasie. Z jedną różnicą: na widowni zabrakło nieprzebranych tłumów celebrytów, a przed pokazem prezes Diora w zgrabnym przemówieniu podzielił się problemem jakim było rozstanie z Galliano. Najważniejsze było jednak dalej. Kto bowiem ukazał się oniemiałej publiczności na zakończenie pokazu? 40 umundurowanych bielą prawników atelier czyli owi niemi i cisi współtwórcy sukcesów Diora.

To genialne socjotechniczne posunięcie, które porwało widownię do stojącej owacji, nie było na pewno dziełem przypadku. Z olbrzymim prawdopodobieństwem ktoś wypracował tą cudowną przemianę pasywa w aktywo. Ale w tym kontekście nie idzie wyłącznie o Galliano. Może się okazać, że dokonuje się na naszych oczach swoista zmiana warty. Zmieniły się czasy. Ludzie tacy jak Galliano, Alexander McQuinn, Tom Ford czy Marc Jacobs mogą już być poza orbitą estetyk nadchodzącej dekady. Być może McQuinn był już tego świadom odbierając sobie życie w lutym tego roku.

Prowokacja i szok to dzisiaj nie domena wybiegów, ale rzeczywistość telewizyjnych wiadomości. Trudno zakładać, aby rzeszom nabywców marzyło się dalsze zwiększanie dawki frustracji związanej z otaczającym nas światem. Nie zdziwię się, jeśli wielkie marki zamienią się teraz w arki stylu, jakości i swoiste rezerwuary „jakości życia” oferujące nie tani rozgłos, ale godność.

Nonsens? Przekonamy się niebawem. Kiedy Frida Giannini przejmowała schedę po Tomie Fordzie w Gucci jej kolekcjom zarzucano, że nie kreują stylu. Być może, ale marce to najwyraźniej nie przeszkadzało i nie przeszkadza do dzisiaj. Świat mody się zmienia. Przekonała się o tym niedawno Carine Roitfeld wylana z Vogue’a za sesję Toma Forda. Moim zdaniem to doskonała soczewka, bo jeszcze do niedawna we francuskim Vogue można było zrobić wszystko. Ale najwyraźniej owo „wszystko na sprzedaż” nie wpływa już na słupki sprzedaży tak dobrze, jak dawniej. Być może zatem w nadchodzących latach małe dziewczynki będą po prostu chodzić do szkoły, a nie na wybiegi, a kobiety i mężczyźni będą się od siebie zdecydowanie odróżniać dokładnie wbrew promowanej ostatnimi czasy androgenicznej modzie. Ale mogę się oczywiście mylić i być może czeka nas jakaś całkowicie niespodziewana obyczajowa rewolucja.

Kiedyś w Hiszpanii opowiadano mi, że Largo Caballero – socjalistyczny premier republiki w trakcie rewolucji hiszpańskiej, na wieść o upadku powstania anarchistów w Barcelonie, które pieczętowało dominację ZSRR nad madryckim rządem, wybrał się do krawca obstalować nowe ubranie. Zapytany po co to robi miał odpowiedzieć: rewolucja czy nie, mężczyzna umierając powinien być elegancko ubrany.
No pasaran!

1 Comment

Moda i dyskretny urok złudzeń

Czyli o tym, że potrzebny jest w biznesie sprawdzony model rozwoju,projektant jest niezbędny dla marki a wiara czyni cuda.

W ostatni czwartek „warszawa” udała się na  spotkanie z Donną Karan i Karen Berg. Foyer Opery Narodowej licznie wypełnili luminarze mediów, biznesu a nawet poszukujący nowej optyki politycy. Jako że okazja zobowiązywała w stopniu ponadstandardowym, Operę wypełniła rzadka w tym miejscu wytworna elegancja, a panie masowo przyoblekły się w suknie wielkich projektantów, w tym oczywiście gwiazdy wieczoru. Choć nie jestem najlepszym jurystą w tej kwestii ze swojej perspektywy mogę stwierdzić jednoznacznie: panie wspięły się na poziom, którego na imprezach w Polandzie jeszcze nie widziałem. Trzeba przyznać, że organizacja przedsięwzięcia była dość zaskakująca. Zaproszeni, wbrew naturalnemu założeniu nie zasiedli na widowni, lecz na scenie. Tym samym po raz pierwszy w życiu miałem okazję popatrzeć na widownię Opery Narodowej z tej niecodziennej perspektywy i oniemiałem uświadamiając sobie jak doskonale jesteśmy widoczni dla aktorów. Oj, na repertuarze klasycznym będę musiał jakoś lepiej zwalczać senność.

Ale wracając do rzeczy: event, co zdumiewające, zaczął się w zasadzie o czasie, a spóźnieni Bardzo Ważni Goście uzyskali wspaniałe wejście przemykając z gracją na oczach wszystkich zgromadzonych. Jak wywnioskowałem z otaczających mnie rozmów oczekiwano mody, mody i jeszcze raz mody. Tychże oczekiwań początkowo nie rozwiewał prowadzący Marcin Prokop tradycyjnie balansujący w swojej konferansjerce pomiędzy obrażaniem słuchaczy i występujących. W międzyczasie na stołach pojawiły się błyskawicznie podane przystawki a cichy brzęk sztućców elegancko akompaniował szmerom przyciszonych rozmów. Emocje rosły, cukier – nie koniecznie; podana sałatka miała chyba za zadanie wyostrzyć zmysły słuchaczy. I wtedy na scenie pojawiły się one… a po kilku zdaniach już nie było wątpliwości: agitka.

Tym samym postacią wieczoru nie okazała się Donna Karan, a Karen Berg, osoba nie mniej, jeśli nie znacznie bardziej, interesująca niż ikona mody. To pani Berg we własnej osobie, wraz ze swoim przedsiębiorczym małżonkiem, powołała do życia Centrum Nauczania Kabały, które w krótkim czasie awansowało do ekstraklasy dochodowych przedsięwzięć mistycznych. Być może w ogóle do ekstraklasy, ale tego się raczej nie dowiemy, bo w USA takie inicjatywy są w zasadzie ustawowo nieprzejrzyste. Skąd to powodzenie? Jak zwykle: dzięki nowatorskiemu podejściu. Dzięki małżeństwu Berg studiowanie Kabały stało się dostępne nie tylko dla ponad 40 letnich męskich i doświadczonych badaczy Talmudu, ale co najważniejsze również dla kobiet, które wcześniej takiej możliwości nie miały w ogóle. Szacuje się, że zabieg feminizacji kabały powiódł się nadspodziewanie dobrze, a prawdopodobnie szczytowym osiągnięciem organizacji Bergów było pozyskanie do projektu Madonny, która od tamtej pory niezwykle konsekwentnie promuje czerwoną nitkę. Dzięki jej duchowemu oddaniu i niemałym materialnym dotacjom Centrum Nauczania Kabały stało się znaną marką wśród opiniotwórczych środowisk na całym świecie.

A że w tle są pieniądze? W triadzie z wiarą i zbawieniem są zawsze i wszędzie. Nie ma chyba systemu religijnego, który skutecznie od pieniędzy stroni, bo nawet jeśli tak oznajmia pismo, to praktycznie zawsze nad jego interpretacją czuwa jakaś organizacja. Klinicznym przypadkiem w tej materii był i jest rzymski katolicyzm.

Wybrałem się na ten wieczór w uznaniu dla twórczości i talentu Donny Karan – jednej z ciekawszych postaci  wielkiej mody. Dla mnie ciekawej szczególnie dlatego, że osoby z poza branży traktują DKNY jako markę równie starą jak Gucci, Dior czy LV podczas gdy fakty są przecież zupełnie inne.

Donna Faske, bo pod takim nazwiskiem się urodziła, zdobywała szlify w firmie i jednocześnie marce należącej do Anne Klein, prawdopodobnie jednej z najbardziej utalentowanych kobiet w modzie. Klein słynęła z dwu umiejętności: wyszukiwania talentów oraz reanimowania upadających marek odzieżowych. Była jedną z pionierek designu, jako że jej zainteresowania to nie tylko moda: zajmowała się również projektowaniem dla przemysłu lotniczego i motoryzacyjnego. Kiedy w 1968 roku założyła firmę „Anne Klein and Company” zatrudniła podówczas 20 letnią Donnę, która po śmierci Klein w 1974 roku została główną projektantką i de facto przejęła stery firmy. Oczywiście nie sama. W tle działała Takihyo Corporation of Japan, która od lat współpracując z Anne Klein, wiedziała już na co ma stawiać. (Ten element stanie się za chwilę niezwykle ciekawy). Donna pracowała dla Anne Klein aż do 1984 roku, kiedy to wraz z Japończykami założyła własną markę. Japończycy, mimo że posiadali większość Anne Klein uświadamiali sobie, że nie zrobi się już z niej marki globalnej. Potrzebna była wyraźna zmiana i nowy brand, który da się uplasować wśród uznanych „wysokich” marek. W ten sposób narodziła się „Donna Karan New York”. Początkowo ściśle ekskluzywna, już po dwóch latach poszerzyła się o DKNY – tańsze wydanie dla młodszych kobiet, aby w 1990 roku oferować już wszystko łącznie z linią męską. Kolejne 10 lat to faktyczny rozwój marki, który wieńczy transakcja z LVMH, które nabyło całość przedsięwzięć pod marką Donna Karan za jedyne 640 milionów dolarów.

Od kiedy zacząłem się interesować modą ten przypadek mnie zawsze inspirował. Opis powyżej jest bardziej niż lakoniczny, ale cały „case” DKNY mówi o jednym: współpracy inwestora z projektantem.

Na takiej właśnie podstawie od początku oparty był RAGE AGE. Razem z Rafałem Czapulem postanowiliśmy zrobić prawdziwy luksusowy brand. Wierzyliśmy, że możemy go zrobić dobrze, ponieważ stanowimy tandem, w którym moda rozumie pieniądze, a pieniądze – modę. Można było tak założyć, ponieważ przepracowaliśmy wspólnie parę lat, a istotna część restrukturyzacji Vistuli to nie tylko Pierce Brosnan, ale również projektant, którego zdecydowałem się bardzo promować. Uważałem i uważam, że po porostu nie ma BRANDU bez projektanta. Przez kilka lat w tej branży przekonałem się również o tym, co stanowi podstawę sukcesu Donny Karan: dobry projekt to taki, który spodobał się klientom a nie taki, który bardzo podoba się wyłącznie projektantowi. Oczywiście marka to również poszukiwania, czasem gubienie się w lesie, ale ma się to nijak do większości młodych projektantów, którzy w przekonaniu, że dysponują talentem nie wiedzą nawet czy ich projekt da się wyprodukować masowo, a jeśli tak, to za ile.

Dzisiaj nasz RAGE AGE by Czapul skutecznie działa w Polsce i za granicą – naszym oczkiem w głowie jest sklep w Mediolanie, który jest jednocześnie pierwszym sklepem otwartym w mieście mody przez markę z nadwiślańskiego kraju. Można powiedzieć, że to taka mała sprawa, ale dla mnie wielka satysfakcja, że można skutecznie wyeksportować coś w tak specyficznej dziedzinie.

Patrzyłem w ten czwartek na Donnę Karan i choć nie mówiła o modzie cieszyłem się, że jako RAGE AGE jesteśmy w gronie sponsorów tego wydarzenia, bo mój biznesowo-modowy wzorzec znalazł się na wyciągnięcie ręki. A że było o Kabale? Jak powiedziała kiedyś Madonna: „wszystkie pytania metafizyczne stanowią punkt wyjścia do poszukiwania jakiejś religii, bo religijność mamy we krwi i bo taka jest natura ludzka. Ja swoje odpowiedzi znalazłam w Kabale”. Ja ich w Kabale nie znalazłem i pewnie już nie będę miał okazji. Nie zmienia to faktu, że Rousseau napisał, że „gdyby Boga nie było, należałoby go wymyślić.”

Per aspera ad astra.

0 Comments

Ewangelizacja 2.0

Czyli o tym, że wujek Józek popełnił być może kilka błędów wychowawczych, Lucek to dobry syn, a Joshua to niepoprawny idealista który stawia na viral marketing w rozwoju firmy rodzinnej.

Teatr przeżywa prawdziwy renesans, a przekona się o tym każdy kto spróbuje nabyć bilet na cokolwiek co jest obecnie grane. Dowiemy się, że nie ma i nie będzie – a zazwyczaj nie sympatyczna Pani w kasie (bo z portalem nie pogadamy przecież) poinformuje nas o możliwości zakupu wejściówek,  czyli sytuacja jako żywo z lat 80tych. Ale mylił by się ten kto by pomyślał, że podobnie jak drzewiej bywało w teatrze zaangażowana młodzież, a na scenie ważne treści. Każda z moich ostatnich wizyt pogłębiała dojmujące przekonanie, że oglądane treści z powodzeniem zmieściły by się w formule „Klanu” albo innego produktu tego typu. Zacząłem się zastanawiać czy aby nie jest po prostu tak, że teatr kompletnie zmienił formułę i nie jest już miejscem intelektualnej prowokacji rozumianej inaczej niż wymiot wulgaryzmów czy  detaliczna wiwisekcja seksu w dowolnej kombinacji najchętniej w połączeniu z narkotykami. Kolejne przedstawienia umacniały mnie w pierwotnym poglądzie aż do wczoraj.

Ojciec Bóg” Katarzyny i Jacka Wasilewskich to w mojej opinii teatr w najlepszym wydaniu. Marcin Perchuć choć nie ucieka od pewnej maniery, brutalnie skłania do myślenia w kontekście który niby towarzyszy nam od zawsze ale niekoniecznie jest oczywisty jako współczesny rezerwuar wartości. „Ojciec Bóg” to w zasadzie rodzaj współczesnej Biblii Pauperum albo raczej chciało by się powiedzieć Wiki Biblii. Uproszczenie jest rzecz jasna duże, ale chodziło mi tym razem o oddanie pewnej idei, a nie aptekarską precyzję.  Inna sprawa, że to przedstawienie głównie dla rodziców. I nie koniecznie ojców do których autorzy odnoszą się wprost, ale rodziców właśnie  ponieważ „one”, choć pojawiają się w monodramie wyłącznie jako kontekst, to ów kontekst jest nie mniej wyczuwalny niż dla rumaka wędzidło.

W zasadzie zastanawia mnie tylko jedno. Że za ewangelizację wziął się facet o silnie lewicowym kolorycie. Czyżby to kolejny dowód na to, że najdoskonalszy mit współczesnej epoki to teologia wyzwolenia czyli mariaż Jezusa z marksizmem? Wasilewscy nie ewangelizują nachalnie. Ich Bóg jest taki jak widzowie, co w sposób zdecydowany odbiega od ortodoksji betonowanej przez JPII, a konsekwentnie umacnianej dzisiaj przez „Panzer” kardynała. Wszystko to na czasie i dużym wyczuciem tętna społecznych potrzeb, bo już niebawem może się okazać, że masy potrzebują jednak jakiegoś opium.  Jeśli go nie mają odurzają się wyłącznie konsumpcją. Co ciekawe, modne od jakiegoś czasu określenie „fetysz konsumpcji” pochodzi z kart „Kapitału” Marksa, czyli wydawałoby się lektury całkowicie skompromitowanej przez historię. Wydawałoby się, bo każdy kto dzisiaj sięgnie po ten tytuł przekona się, że jak nadal jest aktualny choć głównie w warstwie socjologicznej. Marksa
rewolucjonistę możemy sobie darować, a jako odtrutkę dla tych którzy wierzą w ten mechanizm budowania jasnej przyszłości, polecam zawsze „O rewolucji” Arendt.

Wracając do tematu: „lewicowa” wrażliwość zacznie powoli odzyskiwać społeczne uznanie, choćby dlatego, że wrażliwość „prawicowa” nie istnieje, a jeśli już, to albo podszyta jest cierniem kościoła wojującego albo wisielczym kapitalizmem w którym zakochać się raczej trudno.

Być może ta sztuka to barometr pewnej epoki? W sumie to naturalny proces w którym syci nabierają ochoty na solidaryzm społeczny. Oczywiście sprawiedliwość widziana z góry zawsze wygląda inaczej niż z dołu co plastycznie w ładnie zagranej szarży wyłożył  wczoraj Perchuć w roli Boga.

Ecce Homo przypomina Wasilewski i nie drwi jak Piłat (choć w zasadzie nie jest pewne jakie tym drugim targały uczucia, a wersja Bułhakowa jest mi osobiście bardzo bliska). Ecce Homo Anno Domini 2011. I należy sobie uświadomić, że ostatnia wielka idea społeczna ma już prawie 150 lat. W międzyczasie nie powstała żadna inna uniwersalna platforma, na której dokonać się może zbliżenie rasowe i narodowe. Toteż albo powstanie jakiś nowy, uniwersalny  ruch społeczny albo osuniemy się w otchłań cywilizacyjnego regresu opartego na separatyzmach wszelkiej maści. Chciałbym wierzyć w to pierwsze, spodziewam się drugiego.  Każda ze znanych cywilizacji padała w chwili swego największego wzlotu. Czyli najwyraźniej nie jest to żaden przypadek.

Alea iacta est.

3 Comments

Na kogo będzie głosował Facebook ??

Czyli co łączy Adolfa Hitlera i Oil Peak, Hugo Bossa i zbiórkę szkła oraz Google i wybory samorządowe.

Moim zdaniem rok 2011 zapamiętamy na długo. Mnożenie kolejnych czarnych scenariuszy nie ma już większego sensu. Jest ich wszędzie pełno, a Peak Oil stracił urok wiedzy dla wtajemniczonych, od chwili gdy koniec ropy naftowej wieszczy co drugi tygodnik.

Trudno oczekiwać jakiegokolwiek uspokojenia nastrojów skoro żyjemy w świecie, w którym USA całkowicie legalnie po prostu drukują pieniądze. Najdziwniejsze jest to, że mimo wielu artykułów na ten temat przeciętny wyborca zapewne nie zdaje sobie sprawy co to oznacza! Ale co tu się emocjonować rozumieniem istoty druku pieniądza, kiedy Rybiński stawia tezę, że większość zadłużonych nie rozumie istoty stopy procentowej.

W świecie każda wartość przeżywała jakiś kryzys złoto również. Wprawdzie było to dość dawno, ale warto w tym miejscu przypomnieć czytelnikom, że w efekcie odkrycia nowego świata rozwalono w zasadzie europejski system wartości oparty na kruszcu. Dlaczego? Ponieważ w obiegu pojawiło się znacznie więcej złota niż wcześniej. Cały system musiał się „zrównoważyć” na nowo i dopasować do większej ilości złota w obiegu. Czemu o tym piszę? Ponieważ podówczas nie było niczego pewniejszego niż złoto, a mimo to zadziałał mechanizm dewaluacji. Przybyło złota jako środka płatniczego, a dóbr do kupienia było tyle samo. W tym kontekście obecny mechanizm dodruku pieniądza zdziała dokładnie tak samo, i tak jak zalew złota podstawił nogę koronie hiszpańskiej, zalew dolara zakończy imperialną rolę USA.

W 2011 najpierw wszystko jeszcze trochę spuchnie dzięki pompowanym papierowym pieniądzom, a tuż przed końcem roku bańka pęknie i doświadczymy zjazdów na giełdach nie tylko większych, ale i szybszych niż te które widzieliśmy na przełomie 2008 i 2009.

Ale w zasadzie co z tego? Każdy kto zaliczył choćby prosty kurs mikro i makro ekonomii wie, że pieniądz musi istnieć aby umożliwić realizację podstawowej zasady sterującej gospodarką kapitalistyczną, jaką  jest realizacja ceny ukształtowanej poprzez popyt i podaż. Kursy po spadkach 2009 roku ruszyły nie dlatego, że Kowalski dostał jakieś zasilenie z budżetu USA, ale dla tego, że ceny wielu spółek po prostu były już bardzo atrakcyjne. Pieniądz jako czynnik wymiany będzie istnieć zawsze. Pytanie czy może go niebawem zastąpić googlor albo inny substytut? Być może jakieś mega Allegoro okaże się lepszym instrumentem do określania cen niż polityczno – spekulacyjne giełdy.

Ceny wszystkiego co nas otacza najprawdopodobniej spadną do poziomu przy którym zawieranie transakcji stanie się po prostu ponownie możliwe. A że okaże się, że bez długu kupowanie czegokolwiek jest możliwe rzadko – to już zupełnie inna historia.

W tym scenariuszu musi dojść do dużego wzrostu bezrobocia, ale może się przecież okazać, że rynek wchłonie pracowników, tyle że do zupełnie innych zajęć. Jakich? Polecam wizytę w Japonii. Może się przecież okazać, że MPO warszawskie będzie liczyło np. 20.000 pracowników FIZYCZNIE zbierających wszelkie odpady. Idiotyzm? Niekoniecznie. Ceny surowców nawet jeśli spadną z obecnych poziomów to coraz bardziej  opłacalne będzie ich odzyskiwanie. Posłużę się przykładem.

Szkło jest jedynym opakowaniem w zasadzie w pełni przetwarzalnym. Butelkę można przetopić w butelkę z niewielką zaledwie 2% stratą. Kolejna jest dopiero stal, ale tam
efektywność jest już daleko mniejsza! Jaki jest więc problem? Zbiórka. Poza Szwajcarią żaden okraj nie stworzył dobrego systemu recyclingu szkła. Wymaga to po prostu bardzo dużego udziału ludzkiej pracy, a śmieciami zajmować nam się przecież nie chce. Ale wkrótce nam się zachce, bo większość otaczającego nas plastiku to opakowanie ropopochodne, które niebawem wykładniczo zdrożeją. Tym samym w wielkim stylu wrócą wszelkiej maści słoiki i butelki.

Niechęć do śmieci zmieni się również. Odrobina prania mózgów i zamiast śmieciarzy będą asenizatorzy wlepiający mandaty za nieprawidłowe sortowanie odpadów. Znowu utopia? Kolejny przykład. W 2008 roku Hugo Boss postanowił wskrzesić w Szwajcarii szwalnie garniturową. Dziwne prawda? Wybudowali wspaniały budynek, który tradycyjnej szwalni w niczym nie przypominał. Pracownicy? I tu niespodzianka: we współpracy z kantonem HB uruchomili program przekwalifikowania pracowników małych banków zamykanych z uwagi na przeniesienie większości operacyjnej bankowości do internetu! Urzędnicy bankowi stali się niepotrzebni, wielki koncern potrzebował szwaczy. Piękny budynek, wielki koncern w tle i poczucie misji pozwoliły stworzyć nową załogę. I na koniec dnia nie jestem wcale pewien, czy dupogodziny w okienku małego bankowego oddziału były lepsze niż dobrze zorganizowana praca przy modowym produkcie. Co jak co ale „corporate values” w wydaniu Hugo Bossa podziwiałem przez kilka lat.

Poprzedni wielki kryzys uruchomił wielkie prace społeczne jako sposób na rozładowanie problemu bezrobocia. Różnie można oceniać je dzisiaj, były jednak formą zaangażowania dużych mas ludzkich. Adolf Hitler poszedł oczywiście dalej ale to tylko dlatego, że tam roboty publiczne nie kończyły się na autostradach, portach i elektrowniach. Hitler uruchomił wzrost który finansował rozwój przemysłu ciężkiego. Dzisiaj mówi się jasno, że wojna była ucieczką przed kosztami zmilitaryzowania procesu wychodzenia z kryzysu. Tamta gospodarka musiała po prostu ruszyć na podbój bo nie była w stanie spłacić swoich długów.

Jak zatem sobie radzić z bezrobotnymi masami które wykreuje Peak Oil? W epoce page ranków itp. trwa nierówna walka pomiędzy twórcami wszelkich narzędzi udających prawdziwy ruch internetowy, a Google imperatorem i jego wasalami. Mimo zaawansowanych narzędzi korzysta się również z fizycznych klikaczy w Pakistanie czy Indiach gdzie są już ludzie utrzymują się wyłącznie z pisania zleconych tekstów, obecności na forach czy kreowania świadomego ruchu na stronach. Co to ma do rzeczy? Ci ludzie nie znają polskiego.

Rozwój Internetu w Polandzie wykreuje prędzej czy później podobne zapotrzebowanie. Jeśli tylko zdamy sobie sprawę, że w Estonii odbywają się już wybory przez Internet, stanie się jasne jak w niedalekiej przyszłości ważne będą „lojalne” internetowe środowiska. Etat aktywnego klikacza to może być całkiem atrakcyjna alternatywa! Ktoś zapyta ilu takich może być? To już jedynie kwestia budżetów tych którzy klikaczy będą potrzebować. W polityce już się przelicza wydatki na efektywny koszt jednego głosu. Co się tu opłaca, a co nie, widać najlepiej na przykładzie kompletnie odrealnionych wyborów do euro parlamentu. Ostatnie kosztowały niemało bo w sumie prawie 200 mln PLN po stronie partii politycznych i budżetu państwa który pawie 90 mln wydał na organizację wyborów! Same druki kosztowały ca 6 mln PLN. I teraz głupia wyliczanka: przez jeden miesiąc kampanii można by za to utrzymać prawie 60.000 klikaczy zachęcających do wybrania opłacających ich polityków w zamian za 3,3 tysia czyli średnią krajową. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że w tych wyborach frekwencja wyborcza wyniosła niewiele ponad 20% to okazuje się, że do urn poszło zaledwie 6 mln ludzi! Na jednego klikacza przypadło by zatem 100 osób. Przy założeniu, że głosowano by w Internecie taki wynik dało by się bez trudu osiągnąć.

Struktura społeczna niebawem nam się ponownie zmieni. Nie po raz pierwszy i nie ostatni. Liczba urodzin sukcesywnie spada więc Europa sobie jakoś poradzi. Przed nami otwarcie rynku pracy w Niemczech. To będzie prosta lekcja zasysania przez rynek pracy silniejszej gospodarki. Znowu się okaże, że lepiej za Odrą opiekować się emerytem niż w Polsce wykazywać sprytem. A może będzie zupełnie inaczej i wszystko będzie po prostu fajnie. Może. Ale nic nie zaszkodzi zastanowić nad czarnym scenariuszem bo jeśli nie pomoże to przynajmniej pogimnastykujemy się intelektualnie. A do Arki też się przecież podobno nie wszyscy załapali prawda?

1 Comment

PKP Przewozy regionalne – poligon secesjonistów

W zasadzie to już tylko Przewozy Regionalne bo spółka w słusznym gniewie na macochę wykasowała jej literki z nazwy. Kolejny fałszywy akord w nieustającej restrukturyzacji PKP, wybrzmiewa sobie po cichu ponieważ nikt się już dzisiaj kolejami nie przejmuje. Ostatnie zawirowania z rozkładami jazdy przypomniały na chwilę opinii publicznej o istnieniu takiego tworu ale śniegi zelżeją, transportu samochodowego przybędzie i problem się znowu zmniejszy.

Na temat PKP mam własne zdanie jako, że przez 5 lat orbitowałem na rubieżach tego imperium. Nadzorowałem dwie spółki zajmujące się budową trakcji kolejowej PRKI Wrocław i PKRE Warszawa czyli dzisiejszą Trakcję Polską. Nadzorowałem to w zasadzie nie do końca dobre określenie. PKRE dokupiłem do mojego ówczesnego funduszu z zamiarem połączenia z PRKI i jak to sie wtedy mówiło “wodowania” na GPW. Kryzys moskiewski pokrzyżował te plany ale ta historia nauczyła mnie wiele o  fuzjach  i naszym narodowym przewoźniku .

PKP, ze swoją paramilitarną strukturą były przez ostatnich 20 lat niezwykle łakomym kąskiem dla kolejnych politycznych ekip. Dość wspomnieć, że w roku 1990 liczyły sobie prawie 300.000 w 1999 nadal nieco ponad 200.000. Dzisiejsze 94.000 wypadają już blado ale to nadal spora siła oddziaływania. 9,6 mld przychodów to też nie mała pozycja i sporo się w niej da utopić bo nie mniej imponująca strata za 2009 rok w wysokości  1,1 mld najlepiej świadczy o efektywności tej organizacji. Pośród aktywów znajdują się perełki takie jak LHS, energetyka kolejowa czy 15 tys ha gruntów zlokalizowanych najczęściej w centrach miast. O ile, większość z nich kosztuje pewnie więcej niz jest warte to takiego na przykład dworca centralnego nie sposób przecenić. 16 mln pasażerów rocznie to traffic którego może pozazdrościć nie jedno centrum handlowe. O LHS należało by też kiedyś napisać osobny post. Historia powstania tej linii jej rola gospodarczo wojskowa dla ZSRR zasługuje na więcej niż wzmiankę.

Ale do rzeczy, czyli do separatyzmu. Przewozy Regionalne to twór który powstał poprzez wyeksportowanie z PKP największego problemu czyli przewozów regionalnych właśnie. Tej tkanki, która najbardziej służy owym zwykłym obywatelom o których dobro politykom zawsze idzie najbardziej. Ta właśnie tkanka, dowożąca do pracy w aglomeracjach gestem Skarbu Państwa, stała się nagle własnością 16 samorządów. Można by powiedzieć wspaniały przykład przeniesienia odpowiedzialności na właściwy poziom. Ale jest małe ale. Struktura właścicielska PR przedstawia się następująco: Mazowieckie 13,5% Wielkopolskie 9,7% Śląskiej 9,2% Dolnośląskie 7,3% Pomorskie 7,1% Małopolskie 6,4% Kujawsko – pomorskie 5,8% Zachodniopomorskie 5,8% Łódzkie 5,7% Lubelskie 5,5% Warmińsko mazurskie 5,3% Podkarpackie 4,9% Podlaskie 3,8% Lubuskie 3,6% Opolskie 3,4% Świętokrzyskie 3%

Jaki to ma sens? Teoretycznie związek regionów mógłby dawać pewne efekty w postaci nacisku na dostawców ale jeśli weźmiemy pod uwagę, że gross kosztów to personel i opłaty do PKP PLK za korzystanie z torów to trudno uwierzyć w taki argument. Na przykładzie tej spółki przećwiczymy sobie rozpad dzielnicowy. Rząd wyłączył bowiem ważny dla udziałowców instrument gry ekonomicznej. Udziały mogą zbywać wyłącznie między sobą. Nie ma powodów aby jakiekolwiek województwo w tej strukturze było zainteresowane zwiększaniem swojego udziału poprzez wykup innego województwa. Tym samym, jest tylko jedna droga, rozpad tej zadłużonej I nieefektywnej spółki.

Dlaczego tak uważam? Istnieją już od kilku lat Koleje Dolnośląskie i Mazowieckie, niebawem ruszą Koleje wielkopolskie i Koleje śląskie. Po co tym organizmom kolej interregio? W tej misji zrealizuje się doskonale ogólnopolski przewoźnik na co ma zresztą od dawna ochotę. Temu przecież służyło przejęcie od Przewozów Regionalnych przed ich oddaniem pociągów pośpiesznych i doładowanie ich do Intercity które z punktu straciło swoją rentowność po tym zabiegu.

Po cichutku dokona się niebawem pierwszy demontaż  instytucji między samorządowej. Spółka upadnie bo nie będzie chętnych do finansowania jej strat. Poszczególne województwa nie mają raczej ochoty na dotowanie chronicznie niedochodowego molocha. I sprawa zasadnicza. Gdzieś przecież zarabia a gdzieś traci. W większych aglomeracjach przewozy będą bardziej efektywne. W mniejszych mniej.

Atomizacja państwa to nieuchronny proces który pojawia się zawsze w tle pogarszającej sie sytuacji gospodarczej. U nas  przyspieszy go dodatkowo  polityka unijna która dedykuje spore środki na poziom samorządowy.

Pora jeszcze wyjaśnić zdjęcie załącznik do tekstu. Widzimy tu efekty kuracji jaką zaaplikowano ostatnio rekordowo zapyziałemu Dworcowi Centralnemu w Warszawie. Zaiste trzeba było 20 lat Polandy, prywatyzacji wielkich podmiotów gospodarczych, rekordów na GPW i nie wiadomo czego jeszcze aby ten dworzec po prostu wyglądał jak przestrzeń publiczna. Stałem na tej hali do połowy czystej i w połowie takiej jaką jest już od wielu lat i oniemiałem z wrażenia. Otóż przypomniałem sobie czasy kiedy jako dziecko przychodziłem tu aby w niemym zachwycie podziwiać to właśnie wnętrze i prowadzące doń szklane drzwi rozsuwające się na fotokomurkę. 20 lat Polandy dało mi na razie połowę dworca którego mieszkaniec tego miasta się po prostu nie wstydzi.

Cóż za kamień milowy. Ale jakie państwo takie osiągnięcia.

1 Comment