Browsing Category historia

Na północy bez zmian

Czyli o tym, że eugenika ma się dobrze.

Choć nie zdarzało się to do tej pory zbyt często, jego wysokość król Karol Gustaw XVI udzielił ostrej reprymendy rządowi Szwecji, który zdaniem monarchy poniósł sromotną porażkę w walce z C19. Głos władcy to spora nowość w życiu politycznym Szwecji, która nie raz już była ze swym domem panującym na bakier. Obecna aktywność dworu może mieć pewien związek z lokalną polityką: trudno nie zauważyć, że Szwecja wyraźnie skręca w prawo. Trudno również zaprzeczyć, że statystyki na tle sąsiadów wyglądają średnio:

https://www.statista.com/statistics/1102257/cumulative-coronavirus-cases-in-the-nordics/

COVID 19 SZWECJA DANIA NORWEGIA FINLANDIA
populacja w mln 10,3 5,5 5,3 5,5
potwierdzone zakażenia 482 284 176 837 52 967 38 068
jako % populacji 4,7% 3,2% 1,0% 0,7%
przypadki śmiertelne  9 262 1 487  564   467
jako % populacji 0,09% 0,03% 0,01% 0,01%
jako % zakażonych 1,92% 0,84% 1,06% 1,23%

Rzecz jasna statystyka to pierwsza przyboczna propagandy i jak wiadomo za pomocą odpowiednio dobranych cyfr udowodnić można niejedno. Nie da się jednak zaprzeczyć wysokiej śmiertelności; co więcej, liczba zakażeń ma solidny związek ze swobodą przemieszczania i dowodzi tego właśnie porównanie danych dotyczących testów ze Szwecji i Danii. Wysoka ilość potwierdzonych zakażeń w Szwecji nie jest wynikiem astronomicznej liczby testów. Od początku pandemii w Danii przeprowadzono ponad 7 milionów testów a tylko w 49 tygodniu 2020 ponad 700 tysięcy. W tym samym czasie Szwedzi wykonali ponad 2 miliony testów a w 49 tygodniu nieco ponad 200 tysięcy. Wysoka śmiertelność to nie gra cyfr tylko efekt świadomie przyjętej polityki. Niemożliwe?

Choć współcześnie brzmi to jak herezja, pierwszy na świecie Państwowy Instytut Higieny Rasy powołano do życia… w Szwecji a nie w III Rzeszy. Był rok 1921. Instytucję od chwili powstania otaczał prestiż a sam król Gustaw V delegował dwóch przedstawicieli do 8-osobowej rady naukowej. Rychło wprowadzono w życie szereg przepisów, które nakazywały sterylizację umysłowo chorych, przestępców a także tych wszystkich, którzy mieli stanowić zagrożenie dla społeczeństwa i rasy. W latach 1934 – 1975 programem objęto ponad 60 tysięcy Szwedów, z których 2/3 miało się sterylizacji poddać dobrowolnie. Zdaniem Macieja Bielawskiego (Higieniści. Z dziejów eugeniki) z ową dobrowolnością bywało różnie: w większości przypadków była odpowiedzią na ostracyzm społeczny, wytknięcie palcem z ambony lub przymus pracodawcy. I pewnie z tego właśnie powodu eugenika i jej skutki to w Szwecji temat tabu: dla wielu był to po prostu praktyczny sposób rozwiazywania problemów.

Trudno się zatem dziwić, że na takiej grzybni wyrosła myśl społeczno-polityczna Antona Kuijstena: wczesna emerytura tak, ale na 80 urodziny otrzymujemy w prezencie pigułkę terminacyjną, by elegancko i zgodnie z planem odciążyć społeczeństwo. Jeśli by tę myśl rozwinąć, to obecną pandemię da się zakwalifikować jako naturalne zwiększenie wskaźnika śmiertelności i na dodatek korzystne dla systemu. Ot, zbieg sprzyjających okoliczności; zwłaszcza, że szwedzkie statystyki nie pozostawiają wątpliwości: 96% ofiar C19 miało 60 lat i więcej, 90 % ponad 70, a 69% ponad 80 lat. Przy średniej oczekiwanej dożywalności (82 lata) walka o staruszków może się Szwedom po prostu nie opłacać, ale niewygodnie się do tego przyznać.

Na 446,8 miliona mieszkańców UE (27) osoby 65+ to niemal 90 milionów czyli 20% całej europejskiej populacji. W Szwecji jest podobnie: na ponad 2 mln emerytów 65+ pracuje nieco ponad 6 mln roczników młodszych (15-46). Niewiele, choć i tak jest to jeden z lepszych wyników europejskich. Poważniejszy problem ujawnia się jednak gdzie indziej: Szwecja jest co prawda trzecim po Irlandii (20%) i Francji (18%) krajem, w którym odsetek ludzi młodych (0-14) wynosi 17,8%, ale… ma solidny problem z zawartością cukru w cukrze. Tożsamość młodych Szwedów to obecnie narodowy problem a jednocześnie polityczne pole minowe. Szwedzcy Demokraci deklarują jasno: islam zabija szwedzkość.

Rządu jeszcze nie tworzą, ale są już trzecią co do wielkości partią w parlamencie. Ich główny slogan „mówimy otwarcie to, co myślisz” doskonale trafia do tych wszystkich, którym zbrzydła już polityczna poprawność a tych w Szwecji jest coraz więcej. Przewodniczący Jimmie Akcesson doskonale skapitalizował kryzys migracyjny z 2015 roku: 163.000 emigrantów przelało czarę goryczy u tych, którzy czuli się coraz gorzej we własnym kraju. Jak by nie było 17% populacji Szwecji urodziło się w Syrii, Iranie, Iraku czy Jugosławii. Lwia część to muzułmanie.

Do kolejnych wyborów pozostał rok z haczykiem i nikt nie ma wątpliwości, że rozegra je koronawirus. Akesson politykę unikania lockdownu oficjalnie nazywa „masakrą” starszego pokolenia, wpychając tym samym urzędującego premiera do narożnika, w którym trudno parować ciosy. Skrajna prawica kontroluje 62 mandaty, Socjalni Demokraci 100 i rządzą wyłącznie dzięki chybotliwej koalicji. Wybory mogą z łatwością odwrócić te proporcje tym bardziej, że na Covid 19 umierają w przeważającej większości biali Szwedzi. Uczciwi, prości ludzie, dla których zabrakło pieniędzy, które rząd rozdaje namiętnie niechętnym integracji muzułmanom. Czy do sukcesu prawicy trzeba czegoś więcej?

Socjalistów może uratować w zasadzie tylko cud. Przy frekwencji wyborczej na poziomie 87,8% trudno o spektakularne zwroty akcji: każda z partii ma doskonale spenetrowany elektorat z tą różnicą że imigranci wykazują znacznie mniejsze zainteresowanie wyborami niż Szwedzi.Można ich wprawdzie aktywizować, ale… w tym samym czasie traci się punkty białego centrum a o nie właśnie w przyszłych wyborach będzie się walczyć.

Koniec trasy już się zbliża, ale premier Stefan Lofven może jeszcze skorzystać z doświadczeń kolegów z Europy i… zarządzić lockdown. W Szwecji nie będzie to jednak taka bułka z masłem. W tamtejszej konstytucji żadnych stanów wyjątkowych nie ma: aby zawiesić demokrację trzeba wprowadzić stan wojenny. Jeśli do tego dojdzie, o żadnych wyborach nie będzie mowy.

Powstaje zatem pytanie kto tu jest sprytniejszy: twardy aparatczyk Lofven (1957) czy sprawny politykier Akesson (1979). Ani jeden, ani drugi nie słynie z empatii.

4 komentarze

Algorytm Rekonkwisty

Czyli o tym, że ludzie nienawidzą kłamstw, ale kochają bajki

Choć powstanie tych dwóch organizmów dzielą zaledwie dwa lata, Holenderska Kompania Wschodnioindyjska (VOC) długo lała swoją brytyjską konkurencję. Powyższe nie bez przyczyny: Holendrzy od początku korzystali obficie z dobrodziejstw rynku kapitałowego a kolejne emisje akcji rozchodziły się błyskawicznie dzięki wysokiej rentowności (20%) i sowitej dywidendzie. Przez niemal cały XVII wiek akcje VOC były ozdobą każdego portfela inwestycyjnego a ich odpowiedni pakiet świadczył o pozycji gracza na rynku. Sytuacja uległa zmianie dopiero po „Chwalebnej rewolucji” w 1688 roku. Do Londynu przybył bowiem nie tylko holenderski król (Wilhelm Orański): towarzyszyło mu grono doświadczonych inwestorów:) To za ich sprawą w 1694 roku powołano do życia Bank of England, którego głównym zadaniem stało się upłynnianie obligacji emitowanych przez rząd Jej Królewskiej Mości.

Dzięki tej nowince technologicznej  VOC znalazła się w odwrocie. Insider trading pozwolił Brytyjczykom skopiować metody konkurentki i doszlifować własne: zamiast koncentracji na przyprawach postawili na szeroki rynek, monopolizując handel tekstyliami oraz kawą i herbatą. Co więcej, Londyn postawił na franczyzę: pod ich flagą mógł pływać każdy statek byleby uiścił stosowną opłatę. VOC maksymalizując zyski stawiała na własną armię i własną flotę. W połowie XVIII wieku model brytyjski znokautował holenderski. Na globalnej mapie pozostał już tylko jeden przeciwnik: Francja.

Ale tu poszło całkiem prosto: w czerwcu 1740 r. koronował się w Królewcu Fryderyk II. „Się” – ponieważ dzierżył tytuł, który prostackim manewrem przyznał sobie wcześniej jego ojciec. Rozpoczął rządy jako kolejny „Król w Prusach” ale marzyła mu się korona  „Króla Prus” różnica niby niewielka ale w monarchicznej Europie zasadnicza: dla innych monarchów Fryderyk był zwykłym księciem. Ów ambicjonalny problem prawidłowo rozpoznali brytyjscy kupcy i zaoferowali pomoc. Pruska machina wojenna uzyskała możnego sponsora a sam Fryderyk w 1756 roku, ku uciesze Londynu, rozpętał pierwszą prawdziwą światową wojnę. Precyzyjniej wsparcia udzielił mu William Pitt – podówczas szara eminencja rządu JKM. Co ciekawe, Pitt – największy stronnik Prus, był jednocześnie… wielkim akolitą Kompanii. Jego dziadek, kupiec na Madrasie, zrobił deal życia, sprzedając wielki diament samemu… Filipowi Orańskiemu. Tak, tak, temu samemu, który zafundował Francji Johna Lawa i pierwszy bank emisyjny!

Pitt w geopolityce czuł się jak ryba w wodzie i dlatego właśnie tak gorliwe popierał interesy pruskiego monarchy. Opłaciło się z nawiązką. Konflikt, który kosztował życie ponad miliona mieszkańców globu, złamał handlową pozycję Paryża a Kompania osiągnęła szczyt swojej potęgi. Nie na długo. Koszty wojny trzeba było sobie gdzieś odbić a wiadomo nie od dzisiaj, że najlepiej kogoś wtedy opodatkować. Wprost idealnie nadawali się do tego mieszkańcy 13 amerykańskich kolonii: każda z nich miała ustawowy obowiązek handlu… wyłącznie z Londynem. Wprowadzenie ceł miało szybko podreperować królewski skarbiec. Niestety osiągnięto skutek odwrotny od zamierzonego a podatkowe regulacje rozpoczęły erę przemytu, na którym zbili fortuny przyszli akuszerzy amerykańskiej niepodległości.

Dla Kompanii, która musiała wysyłać herbatę do Londynu a dopiero potem do kolonii, nastały kiepskie czasy. Tak kiepskie, że niebawem utraciła zdolność do wypłacania dywidend rządowi brytyjskiemu. Dzięki ustawie z 1773 roku rząd wymusił powołanie rady dyrektorów, spośród których 3 miał wybierać parlament a 2 – rada akcjonariuszy. W praktyce oznaczało to pierwszy krok do nacjonalizacji. Niemniej Kompania stała się para państwem: dzięki ustawie mogła zawierać pokój i wypowiadać wojnę; wszędzie tam, gdzie władała morzem i lądem w imieniu Jej Królewskiej Mości.

Choć po drodze straciła sporo na amerykańskiej emancypacji straty odrobiła na zalewaniu Chin… narkotykami. Za herbatę i jedwab należało zapłacić, ale zarobek był marny, gdy transakcji dokonywano kruszcami. Opium okazało się doskonałym rozwiązaniem, które gorliwie poparł rząd Jej Królewskiej Mości. Rentowność eksplodowała a Kompania znalazła się u szczytu potęgi. Czy wynikają z tego jakieś głębsze wnioski?

Owszem. Gdyby się tak bliżej zastanowić, da się tu zauważyć spore analogie do Facebooka i… TikToka. Absurdalne porównanie? Przekonajmy się.

Otóż historia obu Kompanii dowodzi, że nowy świat (realny i wirtualny) znacznie łatwiej podbijają firmy niż państwa. Skuteczne opanowanie i kontrola Indii było możliwe tylko dzięki temu, że Brytyjczycy w ogóle nie naruszyli lokalnych struktur władzy. Ba! Zapeklowali je głębiej oferując część wpływów  z efektywnego systemu kontroli podatkowej, na którym opierali swoje ekonomiczne status quo. Mogli tak działać, ponieważ w ogóle nie interesowały ich cele polityczne. Rozwinięte systemy informatyczne doskonale nadają się do sprawowania kontroli i monetyzacji pod warunkiem jednak, że mają formę usług, które namiętnie kochamy. Uzależnienie od social mediów nie działa przecież inaczej niż historyczne uzależnienie Chińczyków od opium: w obu przypadkach chodzi przecież o to, aby rachunek ekonomiczny nie był ekwiwalentny. Czy narkobiznes nie zaniepokoił cesarzy chińskich? Oczywiście! Pchnął ich nawet do dwóch wojen, które… przegrali i ostatecznie poddali swój kraj kontroli przybyszów z Europy.

Upadek Chin to temat wielu książek, ale najlepiej sportretował go Ian Morris w fenomenalnej książce „Dlaczego Zachód rządzi: na razie”. Trywializując tezy autora można stwierdzić, iż wysoko rozwinięte Chiny uległy Zachodowi, ponieważ… przestały się rozwijać. Matematycy zamiast mierzyć się z nowymi problemami, pisali pieśni na temat zagadnień już rozwiązanych i to ku uciesze aparatu państwa, które uznało, iż osiągnęło… doskonałość. Brzmi znajomo? Jak by nie było, żyjemy podobno w najlepszym ze społeczno-politycznych ekosystemów, którego jądro zaczynają coraz śmielej wypełniać płaskoziemcy i antyszczepionkowcy. Tropiciele wszczepionych czipów, którzy dzień po dniu wsiąkają głębiej w cyfrową sieć, powierzając jej bez wahania odciski palców. Uważają, że są wolni, ponieważ pożyteczne apki instalują sobie sami.

O ile „Mindfuck” Christophera Wylie jest tak samo nudny jak podobne wynurzenia Edwarda Snowdena, uwagę zwraca jedno: uruchomienie algorytmów wyborczych poprzedziły dokładne badania terenowe; fizyczny kontakt z człowiekiem, którego następnie skonfrontowano z siłą binarną. Dowodzi to jednak, że populizmowi nie brakowało grzybni. Social media pozwoliły jedynie na stworzenie struktury, za pomocą której można dzielić i rządzić na miarę XXI wieku. Teoretycznie to mało odkrywcze, ale w praktyce to pomnik wystawiony współczesnej demokracji: temperowanie estremizmów pozwoliło uczesać społeczeństwo. Mikro targetowanie skutecznie je sfaszyzowało.

Jeśli wiadomo już, że przy wyborach w USA mogli grzebać Rosjanie, skąd pewność, że podobnych czynności nie podejmują na bieżąco Chińczycy? Podsumowując zeszłoroczny szczyt UE – Chiny, Ursula von der Leyen oświadczyła, że UE pada ofiarą ataków cybernetycznych ze strony Chin a dezinformacja nie będzie tolerowana. Jej odważnej wypowiedzi obecni wirtualnie przywódcy Chin (prezydent Xi Jinping i premier Li Keqiang) nawet nie skomentowali.

Nie musieli. Równolegle toczyli przecież krótką wojnę z USA o ….. TikToka. Przypomnijmy dla porządku, że na żądania Donalda Trumpa ( sprzedaży TikToka amerykańskiej firmie ) oficjalnie utemperowały chińskie władze prostym oświadczeniem: sprzedaż miała godzić w ich bezpieczeństwo narodowe. Trudno zatem dalej sądzić, że TikTok jest faktycznie zwyczajnym przedsięwzięciem prywatnym. O limitach w tej materii przekonał się zresztą ostatnio charyzmatyczny Jack Ma, który zniknął po tym jak władzy nie spodobały się jego śmiałe komentarze. Dla porównania, Waszyngton zdołał wbić Zuckerberga w garnitur i zmusić do kilku odpowiedzi ale dalej się już raczej nie rozpędzi, bo ostatni przymusowy podział wielkiej korporacji wymusił… w 1986 roku. ( AT&T )

1 lipca 2021 Komunistyczna Partia Chin będzie świętować 100-lecie swojego istnienia. Prawdopodobnie nie ma na świecie organizacji lub państwa, które może poszczycić się taką skalą osiągnięć przy jednoczesnym zachowaniu wyłączności w sterowaniu. Jak mawiał Konfucjusz: „kiedy staje się oczywiste, że cele nie mogą zostać osiągnięte, nie dostosowuj celów, dostosuj działania”. Doskonale wie o tym chińska kompartia. Zachodni świat od dawna postępuje dokładnie odwrotnie.

TikTok w rękach Pekinu już jest (albo za chwilę będzie) narzędziem do budowy chińskiej dominacji i zrealizuje dokładnie takie same cele jak Kompania Wschodnioindyjska dla Londynu. Ba! Może pójść dalej, ponieważ Pekin dysponuje nieskończonymi możliwościami kreacji wirtualnego pieniądza a to stwarza możliwości o jakich Facebook nie może nawet marzyć. Od drukowania pieniędzy w USA jest przecież Rezerwa Federalna 🙂 Chiński serwis społecznościowy dość długo stanowił pośmiewisko ale … wszystko się zmienia. Rzut oka na polskiego TikToka dowodzi, że swoich wyborców szukał tu nawet… Jarosław Kaczyński 🙂  Co więcej, nie brakuje tu politycznych deklaracji u twórców, których jedynym profesjonalnym zajęciem są mało wyszukane wygłupy. Ale czy to ważne? Żyjemy w czasach gdzie liczą się tyko lidy, konwersja i zasięgi. Fejsbunio jest dla starych, instagram dla ładnych a TikTok? Być może dla zwykłych, znudzonych normalsów. Ich szeregi rosną i rosnąć będą szczególnie gdy społeczeństwa zachodnie popełnią harakiri wprowadzając dochód permanentny. Ale popełnią je, bo przecież… polityka też opiera się na algorytmowych rekomendacjach.

2020 rok był ważnym punktem w historii. Ten sam wirus, który pozwolił zachować Chinom dwucyfrowy wzrost, rzucił na kolana UE a USA po prostu… znokautował. Coincidence? I don’t think so. Ferdynand II jest już pod murami Grenady.

 

 

8 komentarzy

W imię zasad

Czyli o tym, że nadzieja umiera ostatnia.

Historia Polski obfituje w wydarzenia, które, mimo iż na scenariusze filmów nadają się doskonale, nie mogą się przebić do kanonicznej wersji znanej z podręczników szkolnych. Tymczasem nocny skok Józefa Retingera nadaje się wręcz idealnie na punkt wyjścia do ważnej dyskusji i na pewno zainteresowałby najbardziej rozwydrzonych nastolatków. Nic dziwnego, bo ta historia to w zasadzie gotowy thriller, w którym trup ściele się dość gęsto i co gorsza pośród swoich. Wszystko zaczyna się nocą z 3 na 4 kwietnia 1944: swój pierwszy i ostatni skok na spadochronie oddawał wprawdzie polityk o ustalonej renomie intryganta, ale jego wybitnych koneksji nikt nie śmiał kwestionować. To dzięki nim właśnie leciał do kraju przy wsparciu brytyjskim. Choć eskapadę popierał premier (Mikołajczyk), to ów niebezpieczny pomysł blokował Naczelny Wódz (Sosnkowski). Dlaczego?

Otóż celem misji było zaproszenie do rządu… PPR. Pomysł nie był nowy – rozmowy prowadzono rok wcześniej, ale rozbiły się o fundament ideowy (Katyń). Retinger liczył na momentum: w chwili gdy skakał Stalin negocjował w Moskwie z ekipą Gomułki, ale na skreślenie rządu w Londynie jeszcze się nie zdecydował. Już w Warszawie okazało się, że pomysły Retingera padają na bardzo podatny grunt, ale… nie podobają się wojskowym ani towarzyszowi Gomułce. Ci pierwsi swoją niechęć wyrażali zresztą konkretnie: zamachów było kilka, a emisariusz tylko cudem wyszedł z nich obronną ręką. Jego misję zakończył niemal symboliczny rajd śmierci: major Jerzy Makowiecki (wraz z żoną), kapitan Ludwik Widerszal (żonę oszczędzono; egzekutorzy nabrali wątpliwości) stracili życie wyłącznie dlatego, że zdaniem części środowisk wojskowych (przy czym do dzisiaj nie wiadomo kto faktycznie  wydał wyroki) za bardzo rwali się do porozumienia z Moskwą. Kuli cudem uniknął kapitan Kazimierz Moczarski (autor „Rozmów z katem”) i można by przyjąć, że celem likwidatorów byli wyłącznie działacze Stronnictwa Demokratycznego, gdyby nie to, że zamachnięto się również na samego dowódcę Biura Informacji i Propagandy AK, czyli pułkownika Jana Rzepeckiego. Czerwiec 1944 był gorący. Po tych zabójstwach chętnych do porozumienia z Moskwą wyraźnie ubyło.

Czy taka wciągająca historia nie powinna być tłem do rozważań na temat zasadności Powstania w Warszawie? Jakie i o ile lepsze warunki rozmów mogło zapewnić przyjęcie Rosjan w roli gospodarzy skoro nie podjęto wcześniej żadnych politycznych porozumień? Ba, znano efekty operacji „Ostra brama”, gdzie mimo wspólnego ataku, Sowieci aresztowali żołnierzy AK zaraz po zdobyciu miasta. O kalkulacjach zwolenników Powstania napisano już niejedno, ale w tej chwili ważniejsze jest coś innego: za prawicową wizję Polski dało gardło ponad 200 tysięcy mieszkańców Warszawy. To znacznie więcej niż oszacowana przez Tomasza Łabuszewskiego, a nigdy nie zweryfikowana, liczba 50 tysięcy ofiar zbrodni komunistycznych. Pojawia się zatem proste pytanie: czy nawet gdyby i tak miało do nich dojść, warto było rzucić na stos tak wielu niewinnych?

Z perspektywy Boga, Honoru i Ojczyzny ów rachunek jest oczywisty; podobnie jak piewcom tej wersji podejścia do polskiej racji stanu oczywisty wydaje się zwrot, po którym Polska – sojusznik Hitlera (wspólny rozbiór Czechosłowacji X 1938), zaledwie 4 miesiące późnej radykalnie opiera się dalszej współpracy przy ataku na ZSRR, który… był przecież naszym głównym wrogiem przez 18 lat niepodległości! Oczywiście natychmiast odezwą się głosy, że niezwłocznie po pokonaniu Rosji przyszłaby kolej na polsko-niemieckie rewindykacje graniczne. Być może, ale się o tym nie przekonamy. Wiadomo za to, że ZSRR był niezwykle litościwy dla swoich wrogów: jak by nie było w gronie krajów Demokracji Ludowej tylko i wyłącznie Polska była przeciwnikiem Hitlera w II Wojnie Światowej. O powyższym zadecydowały geopolityczne kalkulacje. Nigdzie nie jest powiedziane, że Hitler w roli zwycięzcy pozwalałby sobie na pruskie małostkowości.

Czemu jednak służy ten przydługi wywód? Otóż cudem ocalały Józef Retinger był po wojnie jednym z animatorów projektu Unii Europejskiej a do historii przejdzie na zawsze jako założyciel Grupy Bilderberg – organizacji, która od dziesięcioleci realizuje politykę z dala od oczu opinii publicznej. Dla przeciwników to dowód na to, iż realna siła sprawcza to nie parlamenty, ale rozmaite grupy wpływu – czyli amorficzny mariaż polityki i pieniądza. Nasuwa się jednak proste pytanie: czy to aby faktycznie coś nowego? Jest przecież dokładnie odwrotnie: polityka realizowana w imieniu ludu to mit, który szerzej upowszechniła się dopiero po roku 1918 roku:). Choć to zaiste zgrabna koncepcja, trudno założyć, że zbiorowa wola kolejarzy, drukarzy, nauczycielek i lekarzy jest w czymkolwiek lepsza od tego, co uknuje sobie taka czy inna międzynarodowa sitwa. Dzieje się tak dlatego, że ową zbiorową wolę zawsze formuje się sloganami a te z rozsądkiem mają zazwyczaj tyle wspólnego ile mądrość z mądrością ludową. Polska jest tu zresztą najlepszym przykładem a szczególnie teraz, gdy w przestrzeni publicznej pojawił się POLEXIT. Obie strony politycznej scysji uciekły się do mocno naciąganych argumentów, bo prawda jest po prostu obustronnie niewygodna. Czemu?

Bo dalsza obecność w UE to głębsza integracja – o czym można sobie poczytać na stronach samej UE. Przyjęcie EURO to nie opcja, tylko obowiązek zapisany w traktacie z 2004 roku i niebawem może się okazać, że musimy je przyjąć nawet jeśli nie chcemy. Wszystko to razem z niepodległością wiele wspólnego nie ma, ale projekt UE to w ujęciu docelowym projekt Stanów Zjednoczonych Europy, więc w dalekiej przyszłości możemy liczyć na taką suwerenność jak Kalifornia czy Teksas. Idąc dalej trzeba by przypomnieć, że od 2025 roku Polska będzie już najprawdopodobniej płatnikiem netto, więc wywody ile jeszcze dostanie, mają znacznie drugorzędne. Zwolennicy obecności w UE powinni umieć się z tymi faktami zmierzyć i swoim zwolennikom być w stanie powiedzieć jasno: dostaliśmy, aby osiągnąć sukces; ale mając go, będziemy musieli się podzielić. Niby to oczywiste ale nad Wisłą….. bardzo niewygodne politycznie.

Krytykom jest znacznie prościej. Przykład pierwszy z brzegu: utrata własnej waluty to utrata najważniejszej sprężyny gospodarczej niepodległego kraju, głównego  instrumentu makro stymulacji. Czyż nie będzie to dla  PIS fundament przyszłej kampanii wyborczej? Chcesz złotówek w portfelu czy Euro? Chcesz tkwić w eurosojuzie skoro to my będziemy płacic im a nie oni nam? Jak wiadomo, solidarni jesteśmy na papierze więc wyniki takiej polityki iformacyjnej mogą się okazać zaskakujące….

Tymczasem w historycznych momentach zwrotnych powinno się liczyć coś więcej niż tylko wyborcza kalkulacja. W 1939 Beck zbierał punkty pod wybory prezydenckie, które miały się odbyć wiosną 1940 i postawił na wojnę z Niemcami. W 1944 Sosnkowski i Raczkiewicz woleli obronę honoru niż współpracę z mordercami polskich oficerów w Katyniu. W 1989 udało się uniknąć daniny krwi, ale warto pamiętać, że dla Kornela Morawieckiego był to zawsze naczelny grzech III RP: konszachty z „czerwonymi” przy okrągłym stole.

W 2023 będziemy najpewniej decydować czy wolimy być stanem w Unii Europejskiej czy też samodzielnym państwem zakleszczonym między wschodem i zachodem. Osobiscie uważam, że lepiej być choćby trzonkiem młota niż najlepszą politurą na kowadele. Ale też może się okazać, iż większość będzie uwazać, że lepiej nie płacić rachunków, trzasnąć drzwiami i wyjść.

Prosto w czułe objęcia Moskwy.

 

24 komentarze

MORD RYTUALNY

Czyi o tym, że inwestycja w przyszłość czasem popłaca.

EMPIK o którym ponownie stało się głośno za sprawą ataku rycerzy patriotów, za czasów ancien regime’u był szacownym klubem Międzynarodowej Książki i Prasy czyli elitarną placówką którą godzinami okupowali czytelnicy złaknieni wieści ze światka. W drugiej połowie lat 80tych cenzura litościwie podchodziła do udostępnianych tam treści lub po prostu, szatkować, „Le Monde”,”Spiegla”, „Newsweeka” czy „Time” jej się po prostu nie chciało. Czytelników władających językami obcymi było wówczas niewielu, przeważali panowie w sile wieku a na młodzież patrzono podejrzliwe lub przynajmniej z dystansem. Najdziwniejszy w Warszawie EMPIK zlokalizowano w budynku TPPR ( Towarzystwo Przyjaźni Polsko Radzieckiej ) czyli tam gdzie większość ówczesnej młodzieży zaliczała obowiązkowy kontakt z kinem w trój wymiarze katując przy okazji zestaw obowiązkowy jaki stanowił tandem „Zabawy zwierząt” i „Parada atrakcji”. Oba stworzone w ramach nachalnej propagandy osiągały zazwyczaj cele odwrotne od zamierzonych choć bydynek w którym je prezentowano robił niezłe wrażenie. Mimo architektury typowej dla urzędniczej Moskwy prezentował się dobrze i w siermiężnej Warszawie ery późnego Jaruzela całkiem nowocześnie. Młodzieży starszej do której się podówczas zaliczałem niezwykle przypadała do gustu restauracja „Kalinka” gdzie oferowano nie tylko podejrzanie tanie a smaczne pielemienie ale również gruzińskie wino i to  bez nachalnego dopytywania się o dowody osobiste. Wielkim walorem lokalu były boksy w których elegancko ukryto poszczególne stoliki zapewniając gościom sporą dawkę intymności. Pośród bywalców największym wzięciem cieszyły się te które ulokowano vis a vis przeszklonej ściany z widokiem na Park Saski. Dyskrecja połączona z atrakcyjnym widokiem zachęcała do dłuższych biesiad a te z uwagi na okoliczności często przybierały formę dyskusji na niezwykle interesujące a czasem drażliwe tematy. Pikanterii gorącym politycznym dysputom dodawały rosyjskie stroje ludowe kelnerek i kelnerów a rozpalone głowy studziła kultowa woda Borżomi notabene dostępną podówczas wyłącznie w tej lokalizacji.

 

Nieliczną z natury grupę młodzieży nowofalowej uzupełniała progenitura dyplomatów pośród której największą sztywnością odznaczali się towarzysze czechosłowaccy, zazwyczaj spięci i niechętni do integracji. Na ich tle niezwykle wyróżniał się Tomo, który nie tylko świetnie mówił po polsku ale nad wyraz chętnie toczył polityczne spory dowodząc przy każdej okazji, że Polska przedwojenna była krajem faszystowskim i wspólnie z Niemcami dokonała rozbioru Czechosłowacji. Anno domini 1987 była to spora nowość która u niektórych rozmówców wywoływała niemałą konsternację. Toczyliśmy zatem zażarte dyskusje tym bardziej, że temat „z pozoru” był podówczas zgodny z oficjalną linią partii. Mimo to sporów polsko czechosłowackich nie eksponowano tym bardziej, że za Olzą uprawiano intensywną czechizację której  PRL bynajmniej nie przeszkadzała. Tomo pochodząc z mieszanej rodziny z Trzyńca miał tu jednak swoje zdanie i niemały kryzys tożsamościowy ujawniany zawsze wtedy gdy spożyliśmy zbyt dużo wina:). Dzięki tym rozmowom pierwszy raz zapragnąłem się dowiedzieć więcej na temat  Tomasza Masaryka a w konsekwencji trafiłem do najdziwniejszej lub przynajmniej jednej z najdziwniejszych czytelni w ówczesnej Warszawie! Mieściła się w budynku Ambasady USA, i wchodziło się tam wejściem od ulicy Pięknej dokładnie tym samym którym jeszcze niedawno udawano się na spotkania wizowe. Najciekawsze przy tym było to, że jej istnienia nie zwiastował żaden szyld a wejście do środka było interesującą przeprawą. Spragnieni lektury musieli najpierw znaleźć się na śluzie i tam wytłumaczyć cel swojej wizyty posługując się przy tym rzecz jasna językiem angielskim. Gdy pierwszy raz naciskałem guzik przy grodzeniu serce waliło mi młotem i byłem bardziej niż pewien, że kolega Tomo mnie wkręca tym bardziej, że mieliśmy się wybrać tam razem. Głupio było się wycofać, ryzyko było w sumie niewielkie ale  „I want to go to library” do weneckiego lustra wydukałem z dużym trudem. Dalej było już prościej, choć wewnętrzna recepcja prowadzona przez żołnierza Marines w polowym mundurze zrobiła na mnie niemałe wrażenie.  Generalnie wszystko było jak na filmie: w środku Warszawy a jakby zupełnie gdzie indziej:)

I w tych to nietypowych okolicznościach przyrody przekopywałem się przez zasoby katalogu „Eastern Europe: 1914 – 1945” gdzie osobliwie sporo miejsca poświecono Masarykowi i Czechosłowacji. Uderzające w tej lekturze było jednak to, jak dobrą prasę miał „taticzek” podczas gdy powstaniu niepodległej Polski towarzyszyły znacznie chłodniejsze a często wrogie relacje. Powyższe wiązałem podówczas z faktem, iż Masaryk ( żonaty z amerykanką ) doskonale władał językiem angielskim a większość pierwszej wojny światowej spędził budując relacje w Londynie.  O tym jak było naprawdę dowiedziałem się całkiem niedawno, za sprawą książki Janusza Gruchały.

Aby zrozumieć jak Masaryk zdołał zauroczyć prezydenta Wilsona należy cofnąć się w czasie do 29 marca 1899 roku. Owego feralnego dnia, Aneczka Hruzowa szwaczka z Polnej nie dotarła na noc do domu a  kilka dni później, jej zmasakrowane ciało znaleziono w lesie nieopodal miasta. Zbójca działał z niezwykłą brutalnością, ofiara miała 19 lat, była katoliczką a na dodatek pozbawiono ją życia w Wielką Sobotę. Domniemanego sprawdzę szybko ujęto. Okazał się nim lokalny włóczęga, Żyd, Leopold Hilsner. Sprawa błyskawicznie zelektryzowała całe Austro – Węgry. Zapachniało linczem.

Głośnym procesem zainteresował się Masaryk,  (zdaniem badaczy) szczerze przejęty rozmiarami antysemickiej ruchawki. Było to podówczas spore ryzyko. Ambitnemu profesorowi nie brakowało przeciwników i to nie tylko w rządzie ale również we własnych szeregach partyjnych. Brawurową obroną Hilsnera, narobił sobie kłopotów ale zaskarbił wielką sympatię środowisk żydowskich które w Austro Węgrzech nie narzekały na nadmiar akolitów. Pojawiwszy się w Waszyngtonie 9 maja 1918 roku mógł zatem liczyć nie tylko na swój angielski i efekty kilkuletniej pracy w Londynie ale również doskonałe koneksje których emanacją byli Adoplh Sabath i Louis Brandeis, członkowie Kongresu a jednocześnie jedni z najbardziej wpływowych doradców prezydenta Wilsona. Przy okazji z pochodzenia czescy Żydzi. Podobnych im aliantów musiało być znacznie więcej, bo jak sam wyjaśniał  w rozmowie z   Karelem Capkiem:

„Proces Hilsnera sprzedałem dopiero w czasie wojny. Wszędzie w krajach Ententy Żydzi posiadali wielki wpływ na gazety, gdzie tylko przyszedłem, pisano o nas dobrze lub przynajmniej nie szkodzono nam. Nie wiecie nawet co to dla nas oznaczało”

O skali poparcia świadczy błyskawiczna zmiana amerykańskiej orientacji. Choć jeszcze w kwietniu 1918 Wilson mówił o autonomii dla narodów zamieszkujących monarchię Habsburgów to po ostatnim spotkaniu z Masarykiem ( 28 czerwca 1918 ) opowiedział się już jasno za niepodległością Czechosłowacji. Dzień później jego deklarację poparły Paryż i Londyn.

Powyższe było błyskotliwym osiągnięciem popartym relacjami a nie daniną krwi na frontach wielkiej wojny. W tym samym czasie, wskrzeszenie Polski wcale nie wydawało się pewne a jej głównym animatorem po stronie Ententy był Ignacy Paderewski i Roman Dmowski obaj bez jakiejkolwiek „rządowej” legitymacji. Przy okazji warto wspomnieć, że Dmowski i Masaryk dyskutowali swego czasu wariant federacji ale dość szybko okazało się, że polski polityk nie ma właściwego umocowania aby faktycznie forsować taki nietypowy alians. Tandem Masaryk Benesz dzięki dyplomatycznej sprawności i relacjom wyrąbali sobie państwo dokładnie takie jak chcieli. Polska zmaterializowała się wyłącznie dzięki temu, że Roman Dmowski wzniósł się ponad nasze narodowe przywary i podał rękę Józefowi Piłsudskiemu którego w Paryżu traktowano jak niemiecką agenturę. Bez porozumienia tych dwu ludzi którego naturę łatwo zrozumieć czytając słynny list Piłsudskiego ( „Szanowny Panie Romanie” ) armia Hallera nigdy nie dotarła by do Polski, Lwów byłby ukraiński a Śląsk Czeski nie wspominając już o tym jaki los stałby się udziałem Poznania. Niedobory dyplomacji pozwoliło nadrobić porozumienie ludzi których poza marzeniem o niepodległej Polsce dzieliło wszystko: polityczne wizje i osobiste animozje.

Dzisiaj gdy otwarcie używa się określenia „Polexit” warto zdać sobie wreszcie sprawę, że chodzi tu o kwestie znacznie ważniejsze niż kolejna kampania wyborcza. Dyplomatyczne harakiri zaszkodzi nam wszystkim bez względu na to kto będzie prędzej czy później rządził w Warszawie. Jeśli się tego procesu nie zatrzyma, nawoływanie do exitu stanie się głównym hasłem kampanii wyborczej 2023. O rezultat referendum dzisiaj jestem umiarkowanie spokojny. Dwa lata urabiania opinii publicznej może jednak zrobić swoje. A wtedy referendum exitowe w maju 2023 może zmienić się w emocjonalne starcie znacznie gorętsze niż tegoroczne wybory prezydenckie.

A wtedy znajdziemy się na krawędzi realnej konfrontacji.

8 komentarzy

LIMES INFERIOR

Czyli o tym, że nadciąga cyfrowy feudalizm.

Choć od debiutu genialnej książki Janusza Zajdla upłynęło zaledwie 40 lat, jej główne tezy wpisane pierwotnie w odległą przyszłość, choć nie zmaterializowały się we współczesnym społeczeństwie, to można w zasadzie założyć, że stanie się to w najbliższej przyszłości. Warto przy okazji zauważyć, że totalitarny świat, który nad wyraz często portretowali twórcy SF, w większości przypadków był efektem naturalnej ewolucji a nie rewolucji lub wojny. Nieco trywializując można by zauważyć, że demokracja tym łacniej mutuje w dyktaturę, im gorliwiej zabiega o zdrowie i życie ludzkie. Wszelkie analogie do obecnej pandemii mogą być rzecz jasna przypadkowe, ale…. kuszą.

Jakkolwiek na to patrzeć grawitacja Republiki rzymskiej w kierunku monarchii miała te same auspicje; zresztą analogii można by znaleźć nieco więcej a ciekawego materiału do snucia porównań dostarczyli Eric Posner i Glenn Weyl. Ich książka „Radykalne rynki” zawiera szereg kontrowersyjnych propozycji, choć niektóre z nich nie są bynajmniej nowe. Autorzy postulują „retencję głosów”, czyli możliwość akumulacji praw wyborczych po to, aby użyć ich punktowo w głosowaniu, które uważamy dla siebie za najważniejsze. W uproszczeniu: rezygnując z prawa do wyboru posła, senatora lub prezydenta uzyskujemy trzy ekstra głosy, których możemy użyć np. w referendum lub kolejnym procesie wyborczym. Gdyby ten system już działał, każdy kto powstrzymałby się od oddania dwóch głosów w ostatnich wyborach prezydenckich, mógłby oddać trzy… w trakcie kolejnych wyborów parlamentarnych. Ba! Mógłby sobie poczekać i nabić konto dzięki powstrzymywaniu się od głosu i finalnie mieć ich kilkanaście. Pomysł jak pomysł tyle, że tym pięknym opakowaniu kryje się proceder dość stary i nawet częściowo skodyfikowany… w Imperium Romanum. Jako że prawa wyborcze posiadali wyłącznie obywatele miasta Rzym, dość prędko okazało się, że są pośród nich równi i równiejsi, a co za tym idzie biedni i bogatsi. Skutki były oczywiste i mimo rozmaitych zabiegów handel prawem wyborczym kwitł w najlepsze, tym bardziej, że był społecznie akceptowany. Retencja prawa do głosu to nic innego jak budowa wyborczego kapitału, który (w społeczeństwie głosującym cyfrowo) błyskawicznie stałby się przedmiotem dyskonta i wyceny rynkowej. Że to nielegalne? Cóż, w nowych realiach pojawiłby się na pewno jakiś Sneer, który zamieniłby nabite wyborcze konto na ekwiwalentne korzyści ekonomiczne. Oczywiście za drobną prowizją.

Autorzy nowatorskich koncepcji mają ich pod dostatkiem, wpisując się zresztą doskonale w modny ostatnio „internet of things”. Wedle ich koncepcji nasze aktywo jest w naszym władaniu tak długo, jak długo wyceniamy je wyżej niż… inni na nie chętni. Wyceniamy jak? Poprzez dobrowolnie deklarowane podatki, które nie są wtedy niczym innym jak odwrotnym yeldem. Owa błyskotliwa koncepcja ma jednak pewne luki i tu ponowie warto odwołać się do starożytności: drobni rolnicy, by utrzymać swoje pola (płacili podatek w parciu o zbiory), musieli je wcześniej obsiać. Aby to uczynić musieli, zakupić odpowiednią ilość ziarna i tu pojawiał się problem. Przy słabych zbiorach nie było ich na nie stać. Komasujących grunty agrariuszy – i owszem. W efekcie wolni obywatele zamieniali się w najemnych pracowników a pechowcy w niewolników agrarnej oligarchii. Taki proces dopuszczają zresztą sami autorzy, posługując się przykładami deweloperskich inwestycji borykających się z abstrakcyjnymi wycenami oczekiwanymi przez krnąbrnych właścicieli działek. Jan Kowalski, wyceniający dom poprzez kapitalizację dobrowolnego podatku, niemal zawsze polegnie w starciu z zainteresowanym owym domem wielkim kapitałem. W efekcie większość propozycji zawartych w „Radykalnych rynkach” to w istocie zgrabnie opakowane masowe wywłaszczenie tych, co jeszcze mają przez tych, którzy mają od nich więcej.

Huxley, Strugaccy, Dick, Zajdel nie wróżą cywilizacji zbyt dobrze a osiągniecia takich ludzi jak Posner i Weyl dowodzą, że mają świętą rację. Co ciekawe dla autorów bestsellera wzorem do naśladowania jest historia powstania USA, czyli struktury społeczno-politycznej, w której kilku niechętnych sobie facetów stworzyło sztuczny, ale efektywny model państwa. Efektywny – ponieważ od zarania wykluczał realną demokrację, a najpoważniejszy kryzys wewnętrzny (secesję Południa) przełamał za pomocą brutalnej wojny. Autorzy nie wyjaśniają jednak jak to możliwe, że to właśnie w USA doszło do rzezi i to w wykonaniu żołnierzy, którzy niekoniecznie uważali się za Amerykanów. Wojny wypowiedzianej wyłącznie z powodów ekonomicznych, choć pięknie udrapowanej w misję uwolnienia czarnych. Tych samych czarnych, którzy do dziś czują się obywatelami drugiej kategorii a jeszcze w latach 60-tych XX wieku (czyli 100 lat po tej wojnie) byli nimi de jure.

Chcąc brutalnie strywializować „Radykalne rynki”, można by rzec, że po raz kolejny, miłujący wolność zachód zrodził ideę, która z wolnością ma tyle samo wspólnego co mądrość… z mądrością ludową. Dlatego nawet, gdy „uwalniają” jednostkę tyranizowaną przez operatorów big data, dając jej prawo do dochodów za własne dane, jednocześnie nakładają na nią szereg istotnych obowiązków. Otóż owej opłaty za własne dane możemy się spodziewać wyłącznie wtedy, gdy tworzymy wartość (opisując zdjęcia, komentując merytorycznie, oznaczając, itp.), a to w sensie praktycznym już niemal egzystencjalny obowiązek. Prekariat jutra nie będzie pracował w biurach i fabrykach, może się przecież składać z „biologicznych” optymalizatorów algorytmów. To właśnie takich obywateli Argolandu, Janusz Zajdel wynagradza czerwonymi punktami, za które można kupić tylko wtoroj sort konsumpcyjnych produktów i dowodzi przy okazji jak złudne jest przekonanie, że na segregacji intelektualnej da się wybudować zdrową wspólnotę.

Skąd jednak te wszystkie futurystyczne pomysły? Wprawdzie dzięki technologicznym innowacjom, ropy i gazu nieprędko nam zabraknie, ale znacznie poważniejszym problemem może się okazać… brak wody. Wedle danych https://www.worldometers.info/pl/ populacja zamieszkująca Ziemię liczy sobie 7,8 miliarda. Zaledwie 20 lat temu była 2 miliardy mniejsza a w 1973 roku dobijała zaledwie do 4 miliardów. To zaiste imponujący przyrost, choć w społeczeństwach sytych zapewniony nie przez wysoką dzietność, tylko imponujące wydłużenie życia. Jakkolwiek na to jednak patrzeć, geometryczny wzrost populacji musi martwić i doprawdy trudno się dziwić dlaczego wszelkie doniesienia o ewentualnych zamiarach depopulacyjnych traktowane są jako teorie spiskowe. Tymczasem chińska polityka jednego dziecka pozostaje znanym demograficzno-politycznym faktem, choć badacze spierają się dzisiaj o sens tego przedsięwzięcia. Warto jednak pamiętać, że bez niego populacja chińska byłaby o 200 do 300 milionów większa. To niemało, zwłaszcza, że UE zamieszkuje dzisiaj 446 milionów obywateli. Owa nadwyżka, gdyby tylko tu dotarła, nakryłaby nas czapkami.

Ale Posner i Weyl mają propozycję również w obszarze imigracji. Otóż każdy obywatel sytego kraju miałby prawo osobiście zaimportować jednego emigranta i przez ściśle określony czas czerpać profity z jego pracy. No cóż… Południe USA wyrosło na niewolnictwie, zatem być może dlatego stanowiące tegoż pierwszą pochodną, mogą się zrodzić w głowie tamtejszych naukowców. Tymczasem nie ma najmniejszych wątpliwości jakimi patologiami mógłby obrosnąć taki proceder, zwłaszcza, że taki emigrant miałby siłą rzeczy ograniczoną zdolność do czynności prawnych. Zamysł, który ma pokonać niechęć sytych społeczeństw do przybyszy, stanowi w praktyce parszywą moralnie próbę przekupstwa społeczeństwa, które w zamian za nowy strumień dochodów zaakceptuje migrację o dużej skali.

Russeau mawiał: gdyby nie było Boga, należałoby go wymyślić. Developerzy najnowocześniejszych aplikacji (oferowanych, rzecz jasna, jako SaaS) lubią cynicznie stwierdzać, że gdyby nie było wirusa, trzeba by go stworzyć. Tym samym nie ma znaczenia czy obecna pandemia jest przypadkowa, czy wywołana sztucznie: służy przyspieszeniu wprowadzenia nowego modelu państwa, w którym historyczne przywileje obywatelskie zostaną mocno naruszone. Te naruszone być muszą, ponieważ jakości życia dla mas nie da się obronić z oczywistych powodów ekonomicznych. Ponieważ jednak wszelkie plany ograniczenia populacji stanowią niezwykle wrażliwy obszar polityczny, muszą być utrzymywane w sekrecie, ponieważ w przeciwnym wypadku nie mogły by być zaplanowane a następnie wprowadzone w życie. Oczywiście można łatwo przyjąć, że takie myślenie to rodzaj psychozy, ale warto przy okazji zadać pytanie: czy aby planowanie nie jest jednym z podstawowych elementów współczesnej cywilizacji? Czy UE nie oddaje się mu z dziką namiętnością wszędzie tam, gdzie uznaje to za stosowne? Odpowiedzi na te pytania są oczywiste. Wypada zatem stwierdzić, iż przyjęcie do wiadomości faktu, iż ktoś gdzieś szlifuje zaawansowaną inżynierię społeczną jest trudne do zaakceptowania wyłącznie z powodu zasad  moralnych.

Te przez stulecia kształtowała wrażliwość chrześcijańska i wiara w Boga. Choć brzmi to fatalnie, za cywilizacyjny postęp nie byli odpowiedzialni wyznawcy Allacha czy Buddy i nie ma nawet  znaczenia to, że niektórzy z niosący zmianę z Chrystusem na ustach byli dewiantami na miarę Cortesa. Główne prawdy wiary przez stulecia wytyczały chybotliwej naturze ludzkiej ramy postępowania, choć osobliwe jest to, że świat przyspieszał; tym bardziej, im bardziej historyczne ograniczenia się utleniały. Z owym zjawiskiem usiłował sobie poradzić Emmanuel Mounier a jego „Chrześcijaństwo i pojęcie postępu” to książka, którą powinien sobie przyswoić każdy, kto z wypiekami na twarzy przebrnął przez „Mieć czy być” i „Ecce homo”. Zanik wiary w Boga skutecznie katalizowany przez perfidię i nikczemność kościoła, to warunek konieczny dla ostatecznej społecznej przemiany. Jej fundamentem najwyraźniej musi się stać nowy stosunek dominacji człowieka nad człowiekiem, którego na bazie wygasającej idei chrześcijańskiej po prostu nie da się uzasadnić.

 

4 komentarze

Erdogan I Wspaniały

Czyli o tym, że podróże kształcą

Ibrachim jest Turkiem nowoczesnym co oznacza, że żyje w wolnym związku, meczet odwiedza z rzadka a Kurdów tylko nie lubi. Na dodatek jest Alawitą co dodatkowo lokuje go w obrębie co prawda wpływowej ale i prześladowanej mniejszości. Europejczyk pełną gębą, zawzięty wróg reżimu gdzieś w połowie wyśmienitej Adany zdecydowanie oświadcza: „za dwa tygodnie będziemy w Stepanakercie!” widząc moje zdumienie szybko wyjaśnia „No przecież jest we mnie trochę Turka!”Nacjonalizm to uniwersale spoiwo które w Europie wraca w wielkim stylu  ale w Turcji od zawsze ma się dobrze. Jak się okazuje daje się nim zlepić nawet tak rozbite społeczeństwo jak tutejsze. Rozbite ponieważ przewodzi mu człowiek który sam oświadcza, że ma zaledwie 30% poparcia niemniej jednak nikt i nic nie jest w stanie pozbawić go władzy. Gwiazda Erdogana nie przygasa mimo szeregu posunięć w których jedni widzą odbicie ego tyrana a inni wizję na miarę godnego następcy Ataturka. Ambicjom polityka trudno się dziwić. Zdobycie własnych zasobów ropy i gazu to cel w istocie wielki dla którego warto sporo zaryzykować.

I dlatego właśnie 23 lipca 2020 Turcja ostro zaprotestowała przeciwko desantowaniu brygady amerykańskich komandosów na lotnisku w Aleksandropolis. Ów kuriozalny protest ( Turcja jest największą armią w NATO ) to de facto ruch zaczepny: Ankara nie życzy sobie po prostu obcych graczy a obszarze który uważa za swoje własne geostrategiczne terytorium. Jak się okazuje ma powody: w sierpniu 2020 statek badawczy „Oruc Reis” ( wraz z eskortą ) zapędził się w okolice Krety które Grecja uważa za własne wody terytorialne. Flotę Hellady wsparł francuski lotniskowiec, Turcy musieli się wycofać. Co gorsza swoje plany wobec śródziemnomorskich złóż jasno określili również Amerykanie. W tym celu upichcili EstMed Act który w dużym uproszczeniu legalizuje amerykańskie wsparcie wojskowe dla Grecji, Cypru oraz Izraela które zamierzają eksploatować te same złoża które zamarzyły się Turkom. W tak skomplikowanej sytuacji taktycznej Ankara przydał by się jakiś solidny partner. Czy aby na pewno jest nim Moskwa?

Ali jest wprawdzie nie mniej zachodni niż Ibrachim ale, jako handlarz broni w formułowaniu pewnych opinii jest zdecydowanie ostrożniejszy. Nie żeby się czegoś obawiał ale, po puczu ( nie ma wątpliwości, że był to jedynie sprytny manewr Sułtana ) na stanowiskach w wojsku zaroiło się od „expresowych” oficerów i armia dawniej ofensywnie laicka staje się obecnie ofensywnie muzułmańska. Mimikra utemperowała chłopu poglądy mimo to zapewnia, że większość „private miliatry sector” to ludzie dawnej epoki i nowej władzy nie kochają choć  żarliwym uczuciem darzą zarabiane dzięki niej pieniądze. A zarabiać jest na czym. Sułtan obraził się na przykład Glocka i Sig Sauera nakazując wycofanie tej broni ze wszystkich tureckich służb. Co ciekawe w to miejsce nie wprowadzono niezłych wyrobów własnych tylko …..  Ceską Zbrojowkę. Teoretycznie to duperele ale …. nie ma to jak kontrakciki na małych kwotach jednostkowych i dużej ilości sztuk szczególnie z uwagi na tutejszy system przetargowy. Otóż pomiędzy oferentami a resortami działają specjalne agencje. To one wyłaniają zwycięzcę po solidnym heblowaniu marż. Tyle, że po jego wyłonieniu dalszą sprzedażą do budżetu zajmują się same i jak wieść gminna niesie po znacznie wyższych niż przetargowe  cenach. Byli tacy którzy chcieli ową wieść gminną zamienić chcieli w informację publiczną ale…. na ostentacyjnych gest Alego wzdryga się  para przy stoliku obok. Jest piątek, siedzimy na dachu w Rakofoli. Patrzę na meczet Sulejmana i jak zwykle nie mogę się powstrzymać od porównywania go z Erdoganem. Ali podobieństw widzi znacznie mniej ale nie zaprzecza, że Turcja w trakcie minionych 16 lat bardzo zmieniła swój status. „Pytanie co nam z tej budowy imperium przyjdzie” zauważa kwaśno choć przegryzamy wybitne Kunefe.

Zdaniem Alego odbudowa imperium natrafia na jeden choć zasadniczy problem: świetnie wygląda w mediach ale w realiach musi prędzej czy później oznaczać poważny konflikt militarny. Erdogan intryguje nie tylko w Libii, Syrii i na morzu śródziemnym ale zamierza naruszyć historyczne fundamenty gospodarczego status quo w regionie. Pod płaszczykiem odciążenia zapchanego do granic Bosforu, wskrzesza projekt na miarę Sulejmana Wielkiego. Wedle ambitnych planów w ciągu kilku lat ma powstać nowy kanał który przejmie znaczną część komunikacji między morzem Czarnym a morzem Śródziemnym. Co w tym złego? Cóż, traktat z Montreaux ( 1936 ) zapewniał statkom handlowym wolny od opłat ruch w cieśninach. Nowy kanałem na pewno nie będzie się pływać za darmo. Co więcej dzisiaj pod nosem Turków może w zasadzie przepłynąć dowolny okręt wojenny pod warunkiem, że poinformowano o tym 8 dni wcześniej. W nowym kanale na pewno potrzebna będzie zgoda.

W tych imponujących planach zadzierania z połową świata przydał by się jakiś solidny partner. Teoretycznie jest nim Rosja ale w praktyce Ankara i Moskwa tworzą bardzo trudny związek. Ali z Rosjanami pracuje sporo. Ba! Uczestniczył w testach rosyjskich rakiet po których Turcja przezbroiła swoją obronę powietrzną. Zdaniem komentatorów, turecka wersja F16 nie ma najnowszych systemów obronnych w które wyposażone są obecnie maszyny amerykańskie. Być może. W praktyce oznacza to jednak że kluczyk do tureckiego nieba ma obecnie Moskwa a nie Waszyngton. W praktyce to jednak wiele nie ułatwia.

Na moście Galaty powoli ustaje ruch a ja nie mogę oprzeć się konkluzji, że historia mocarstwowej Rosji właśnie się kończy. Pierwsze starcia w Nagornym Karabachu wysadziły w powietrze Związek Radziecki. Obecne jeśli przerodzą się w dużą wojnę znokautują Rosję. Zanim wejdziemy w detale Ali oświadcza „Karabach jest nasz i musi do nas wrócić”. Dla Turków Stepanakert to nie Lwów. Kontrolowany przez Armenię jest zadrą na honorze. Dlatego właśnie Erdogan ostentacyjnie popiera wojownicze Banku. Za jednym zamachem zbija polityczne punkty i przypiera do muru Rosję. Może się okazać, że wojowniczy plan Erdogana bije na głowę wszystko co do tej pory wymyślił w sowich książkach le Carre.

Jak widać wstawanie z kolan ma zawsze jakieś skutki uboczne. Pytanie jak słony rachunek przyjdzie tym razem zapłacić światu za osobiste ambicje tureckiego władcy.

 

14 komentarzy

WIDŁY

Czyli  tym, że pozory mylą.

Podwójny atak to dla szachisty sytuacja mało komfortowa i to co najmniej z dwu powodów: po pierwsze daliśmy się zaskoczyć, po drugie sami musimy się zdecydować którą figurę lepiej stracić. Ów dylemat jest przy tym, tym bardziej bolesny im poważniejsze plany wiązaliśmy z figurami które przeciwnik nam właśnie zaatakował. W tej klasycznej szachowej sytuacji znalazła się właśnie Rosja a do dwu wojen zastępczych które już prowadzi z Turcją dołączyła trzecia w Nagornym Karabachu. Ów konflikt to wielki sukces Ankary i to bez względu na to jak się skończy: jeśli Moskwa poprze Ormian straci ostatecznie Azerów. Jeśli poprze Azerów straci jedyne państwo na południowym Kaukazie w którym legalnie utrzymuje swoje siły zbrojne. „Szto padiełat” to pytanie które na pewno solidnie marszczy czoła Władymira Putina oraz jego politycznego zaplecza. Dobrego rozwiązania tu nie ma, a w wygaszanym konflikcie podobnie zresztą jak w każdym innym chodzi o pieniądze. Tyle, że obecnie są to gigantyczne kwoty strategicznie istotne dla gospodarki Rosji.

Aby to dobrze zrozumieć należało by się  cofnąć w czasie do 2008 roku kiedy to Rosja zdecydowała się na wojnę w Gruzji i tym samym przeszła do gorącej fazy odbudowywania swoich wpływów na południowym Kaukazie. Choć Moskwie udało się wtedy przegonić NATO z Tibilisi to jednocześnie solidnie nastraszyła polityków w Brukseli. Ci zapragnęli alternatywnej drogi dostaw węglowodorów i z całych sił poparli projekt budowy południowego korytarza gazowego. Tyle, że z owych planów nic nie wyszło a przeszkodą w ich realizacji okazała się nie Rosja lecz…. Turcja. Wstającej z kolan Ankarze która jeszcze 15 lat temu żebrała o przyjęcie do UE uroiła się wizja odbudowy imperium i trzeba przyznać, że ową wizję śmiało realizuje. Jak? Południowy Korytarz Gazowy miał być w zamyśle polityków kontrolowanym przez UE źródłem dostaw i to od kilku dostawców. Tymczasem projekt zrealizowany obecnie to de facto własna impreza Turcji i Azerbejdżanu. Jakie ma znacznie?

Zasadnicze. Na wspaniałym sukcesie Ankary i Baku, UE wiele nie zyska co więcej uświadomi sobie być może wreszcie, że na południu Europy pojawił się poważny gracz który niebawem wyłuska sobie co tylko będzie chciał z tego regionu. W realizacji powyższych celów doskonale się pomoże serwilizm Baku: gorliwy akolita Ankary musi wielbić starszych tureckich braci mimo, że Ci nie okazują bogatemu w zasoby partnerowi wiele szacunku. Nie muszą: Azerowie mają do wyboru współpracę z Rosją która gardzi nimi jeszcze bardziej i z Turcją która przynajmniej posługuje się tym samym językiem.

Kto zatem podpalił lont w Nagornym Karabachu? Choć nitki rurociągów biegną bardzo blisko terenów gdzie toczą się walki, BP prędko zapewniło w mediach, że przesył nie jest zagrożony. Stroną atakującą jest Azerbejdżan wiec nie ma najmniejszych wątpliwości, że wojna to posunięcie Turcji. Agresywne i skuteczne wejście na geo polityczne terytorium Moskwy to ewidentny dowód zmierzchu polityki imperialnej Rosji. Warto bowiem pamiętać, że militarnym wydarzeniem roku regionie miały być manewry Kaukaz 2020 które część odbywała się w Armenii ( rosyjscy i armeńscy żołnierze ćwiczyli wspólnie i to tuż przy azerskiej granicy ) a na dodatek rosyjska i irańska flota ćwiczyła namiętnie desanty morskie tuż przy granicy strefy morskiej nad którą swoją kontrolę rozciąga Baku.

Wiadomo nie od dzisiaj, że najlepszą formą obrony jest atak. Moskwa naprężywszy muskuły manewrami i wzmocnieniem własnych garnizonów w Armenii,  uderzenia na Karabach za pewne się nie spodziewała. Demonstracja siły, najwyraźniej nie ostudziła zapału Ankary do umacniania swojej siły w postradzieckiej strefie wpływów. Cóż…. świat się zmienił a na relacje azersko ormiańskie wypływa również ….. demografia. Podczas gdy Azerów przybywa, rząd w Erywaniu snuje plany o sprowadzaniu do kraju krajan z ogarniętej wojną Syrii. Trudno jednak wypatrywać tu wielkich sukcesów: w przeciwieństwie do wschodniego sąsiada, Armenia od lat boryka się z głębokim kryzysem ekonomicznym a bezrobocie nie spada poniżej 30%.

Cokolwiek ustali się przy stole rokowań głównym rozjemcą nie będzie już Rosja a kto wie czy warunkiem skutecznych rozstrzygnięć nie okaże się demontaż militarnej obecności Moskwy w Armenii. Byłby to poważny cios bo utrata południa to pierwszy krok aby Kaukaz utracić w całości. Tyle, że Turcja jako nowy gracz musi się zajmować rozwiązywaniem lokalnych problemów podczas gdy Rosja od zawsze zajmowała się ich podsycaniem. Wiec zanim odtrąbi się klęskę w regionie warto pamiętać, że ….burzyć jest znacznie łatwiej niż budować.

 

 

2 komentarze

TRUP W SZAFIE

czyli o tym, że archiwa, jak to archiwa, kryją to i owo.

Obecny ład w Irlandii Północnej finansowany jest w dużej części z  pieniądze UE ale to temat niepopularny i komentowany rzadko. Wedle oficjalnej narracji Wielka Brytania do unijnego funduszu wkładała więcej niż otrzymywała wiec teoretycznie o środki po Brexicie powinno być łatwiej. Powinno ale jak będzie na prawdę tego nie wie nikt a to temat ważny ponieważ obecne status quo to spore koszty do ponoszenia których nie wyrywa się już Dublin. Wiadomo, że fizyczna granica nie podzieli zielonej wyspy ale wiadomo również, że mury nadal grodzą dzielnice Belfastu. Teoretycznie mają zniknąć w 2023 roku, ale póki co… przeszły współfinansowany przez UE proces modernizacji:)

Aby lepiej zrozumieć czemu podziały są tak mocne, warto sięgnąć po „Cokolwiek powiesz, nie mówi nikomu” Patrica Radden Kneefa. Ten brawurowy reportaż mógłby spokojnie stanąć w szranki z niejedną sensacyjną powieścią. Ma jednak zasadniczą przewagę: relacjonuje fakty a nie literacką fikcję. To z całą pewnością jedna z najlepszych książek o „kłopotach” – jak brytyjskie media określały wojnę domową, warta przeczytania nie tylko po to, aby wyrobić sobie zdanie na temat spraw irlandzkich. Należałoby ją bowiem dedykować wszystkim tym, którzy z uporem maniaka zwalczają wszelkiej maści „spiskowe teorie” a zwłaszcza te, wedle  których aparat państwa nie tylko infiltruje, ale również inspiruje określone działania organizacji przestępczych.

Czytelnicy zwrócą na pewno uwagę na postać Alfredo „Freddiego” Scappaticci, który przez dziesięciolecia siał strach jako krwawy łowca kapusi i donosicieli w szeregach Provos. Ów krzepki murarz był członkiem ścisłego kierownictwa IRA a jednocześnie… najważniejszym agentem jakiego w szeregach irlandzkich ulokowała brytyjska armia. Przez 20 lat agenci otrzymywali bardzo cenne dane a jednocześnie robili wszystko, aby zapewnić bezpieczeństwo unikalnego źródła. W efekcie Freddie, znany miłośnik tortur i powolnej śmierci, polował zarówno na donosicieli jak i na… bojowników IRA, którzy zdaniem Brytyjczyków mogli go zadenuncjować. „Steak Knife” – jak pieszczotliwie nazwali agenta Brytyjczycy, ma na sumieniu co najmniej 40 ofiar a można je zidentyfikować głównie dlatego, iż miał w zwyczaju informować rodziny jak zmarli zdrajcy i, jak wieść gminna niesie, delektował się co bardziej obrzydliwymi detalami. Powyższe robił celowo: IRA dbała o pozory praworządności a wszelkie przejawy działań na boku tępiła zwykle ostrzegawczym strzałem w kolano. Co ciekawe, Scappaticci żyje sobie nadal w Belfaście i zaprzecza jakoby kiedykolwiek współpracował z Brytolami. Choć dowodów nie przedstawiono, dawni bojownicy nie mają wątpliwości: dopiero teraz udało im się zrozumieć szereg dziwnych wydarzeń wokół byłego szefa służby bezpieczeństwa. Niemniej jednak ów nadal żyje, co notabene wpisuje się doskonale w chorą codzienność Belfastu. Bojowcy obu stron mijają się tu dość często a jeszcze niedawno hitem były „bloody trips”, w trakcie których bojowcy obu stron pokazywali turystom miejsca walk, zamachów i… egzekucji, nie kryjąc się przy tym specjalnie z udziałem własnym.

W historii Scappaticciego badaczy interesuje jednak coś jeszcze: siepacz ma bowiem na sumieniu kilku gorliwych przeciwników: Garego Adamsa – lidera Sinn Fein, czyli cywilnego skrzydła IRA. Nikt nie ma wątpliwości, że proces polityczny, którego owocem było porozumienie wielkopiątkowe, nie poszedłby tak sprawnie, gdyby nie „zniknięcie” paru bojowników, którym z pokojem było zupełnie nie po drodze. Jakkolwiek brzmi to jak herezja, może się kiedyś okazać, iż prawdziwą sprężyną porozumień pokojowych w Ulsterze były manipulacje… brytyjskich służb wywiadowczych.

Niemożliwe? Nic bardziej błędnego.

Paradoks historyczny powoduje, że „Krwawa niedziela”, która współcześnie jest symbolem wojny w Irlandii Północnej, nie była przecież pierwszą opiewaną na kartach historii. 22 stycznia 1905 roku pop Gieorgij Gapon poprowadził lud Petersburga, by w Pałacu Zimowym złożyć memoriał na ręce samego Cara. Jako że był agentem Ochrany o swoich działaniach poinformował władze znacznie wcześniej. Niestety zdaniem części koterii dworskiej polityczna intryga poszła za daleko. Car wyjechał z miasta, protestujących przywitały kule, a rzeź stała się symbolem epoki. Sprawca masakry ujawnił się w Paryżu, choć po pewnym czasie wrócił na stare śmieci. Tu ponownie zaproponował usługi Ochranie, której tym razem zależało na pozyskaniu jednego z agresywnych eserowców (SR – socjalisticzeskaja rjewolucja). Jako człowiek ambitny postanowił posunąć się dalej i zapragnął zwerbować dla Ochrany samego Jewno Azefa – wroga publicznego numer 1 i na dodatek szefa organizacji bojowej eserowców. Propozycję współpracy z Ochraną złożył otwarcie tyle, że towarzysz Azef zaprosił na spotkanie kilku ukrytych robotników. Karą za zdradę mogła być tylko śmierć, Gapon dał szyję. O tym jak skończył, Ochrana dowiedziała się od swojego wieloletniego i najlepszego agenta w szeregach eserowców. Był ni… tak, tak: Jewno Azef. Na kartach historii nie brak nikczemnych działań, prowokacji i zabójstw, które inspirowały władze. Osobliwie jednak po I wojnie światowej wraz z narodzinami politycznej poprawności przyjmuje się, iż to państwo wystawia certyfikaty moralności i samo z natury rąk sobie nie plami. Być może; choć wydarzenia takie, jak opisywane w książce Kneefa, każą sądzić, że jest dokładnie odwrotnie. W czasach, gdy chwieją się europejskie fundamenty i utleniają zasady, wedle których lepiej płacić za pokój niż ponosić koszty wojny, warto poczytać o konflikcie, który być może nie został tak naprawdę zakończony. Tym bardziej, że…wraca stare.

Wraca prawo pięści.

 

 

4 komentarze

NOWY WSPANIAŁY ŚWIAT

Czyli o tym, że reset jest częścią naszej historii.

Świat stanął na głowie a ja nie mogę się oprzeć wrażeniu, że oglądam na żywo Black Mirror i to jeden ze słabszych odcinków. Czemu słabszy? Ponieważ intryga jest zabójczo naiwna.

Oglądam odcinek, w którym świat zabrał się do walki z niewidzialnym wrogiem. W Europie pierwsze do walki stanęły Włochy. Ofiary padają gęsto – co więc budzi wątpliwości? Premierem tego kraju jest Giuseppe Conte – reprezentant Ruchu 5 Gwiazd, który otrzymał swoje stanowisko dzięki egzotycznej koalicji z równie populistyczną, ale prawicową Forza Italia pod wodzą Mateo Salviniego. Panowie się nie lubili (trudno się zresztą dziwić), a ich niechęć zamieniła się w nienawiść jesienią 2019, kiedy to FI wygrała wybory do PE. Na czym wygrała? Na agresywnej walce z uchodźcami, której twarzą był wicepremier i minister spraw wewnętrznych Salvini. Do przedterminowych wyborów jednak nie doszło. W listopadzie 2019 premier Conte, aby utrzymać się u władzy, zawarł porozumienie ze swoim głównym wyborczym wrogiem: Partią Demokratyczną. Nikt nie miał wątpliwości, że to przejściowe. W lutym, gdy Turcja zarzuciła kontrolę granicy a uchodźcy rozpoczęli szturm na granice UE, Salvini zagrzmiał. Conte zadrżał. Był skończony. Ale… wybuchł coronavirus.

W Hiszpanii wedle badań zleconych w styczniu firmie badawczej Sigma Dos dla 48,9% ankietowanych sytuacja polityczna była zła a dla 25,9% bardzo zła. Trudno było o lepsze podsumowanie zombie fighting, który trwa na Półwyspie Iberyjskim już od 5 pięciu lat. Nie były to miłe informacje dla premiera Pedro Sancheza, który teoretycznie wygrał wybory 10 listopada 2019. W lutym zanosiło się na kolejny, tym razem bardzo poważny, kryzys wewnętrzny. Ale… wybuchł coronavirus.

We Francji, która przez ostatnie lata stała się areną wielkich protestów i otwartej walki społeczeństwa z własnym rządem, prezydenta Macrona nazywało się publicznie „wybranym przez przypadek”, nie licząc epitetów bardziej dosadnych. Wedle badań społeczeństwo ocenia go nie tylko niżej niż poprzednika (Hollande), ale nawet niżej niż Sarco, który stał się przecież pod koniec panowania wrogiem społecznym numer 1. We Francji w lutym 2020 na nic nowego niż kolejne strajki i zamieszki się nie zanosiło. Ale już nie będzie zamieszek. Bo… wybuchł coronavirus.

Ten odcinek jest słaby, ponieważ widać dość wyraźnie, że gorliwość w walce z wirusem mierzona intensywnością represji jest odwrotnie proporcjonalna do stabilności demokracji, która używa tych środków. Dlatego zapewne tak drastycznie różni się obecnie życie codzienne w spacyfikowanej Italii i… Szwecji – gdzie, podobnie jak na despotycznie rządzonej Białorusi, dzieci codziennie chodzą do szkoły. Do niedawna chodziły również w UK, ale walory obecnej sytuacji dostrzegł również nieco mniej bystry Boris.

Każdy z odcinków Black Mirror miał swój grzech i swój morał w czym zawsze dość nachalnie przypominał Biblię Pauperum. Jaki motyw obecnie przyświeca scenarzystom?

Nienasycone aspiracje socjalne. Praktycznie wszystkie państwa Zachodu, ze szczególnym uwzględnieniem tych, w których do dzisiaj są mocne tradycje komunistyczne (Francja, Włochy, Hiszpania) borykają się z rosnącą spiralą oczekiwań społecznych. We Francji wyrazicielem tych najbardziej skrajnych był i jest Jean Luc Melenchon – zdobywca 7 milionów głosów (prezydent Macron zdobył 8,6 miliona) w ostatnich wyborach (2017). Zdobył je programem, który zapewne w każdym innym kraju zebrałby spore poparcie: 2200 EUR netto płacy minimalnej, emerytura od 60 roku życia i… 100% podatku dla najbogatszych.

Jak wiadomo apetyt rośnie w miarę jedzenia i na tym prozaicznym stwierdzeniu opiera się współczesna gospodarka socjalkapitalistyczna tyle… że choć mamy podobno równe żołądki to alokacja społeczna jest, była i będzie nierówna, choć drażniło, drażni i będzie to drażnić. Rozwiązaniem owego paradoksu był ciągły wzrost światowych gospodarek. Tyle, że zwolnił. Oczekiwania społeczne nie.

Przykład Francji zdaniem wielu komentatorów dowodził aż nadto wyraźnie, że zbliża się powoli nowy wielki konflikt społeczny. Nowy bunt mas, które sięgną po 4-dniowy tydzień pracy i dochód permanentny, którym pracować się po prostu nie chce. Ale czy musi? Czy musi się chcieć pracować? Badacze z Finlandii dokładnie przeanalizowali tę kwestię.

Jak Europa długa i szeroka ścierał się populizm z próbami obrony starego świata. Nigdzie nie osiągnięto wyraźnej przewagi. Do czego zawsze dochodziło w podobnej sytuacji? W sierpniu 1914 roku tłumy młodych mężczyzn maszerowały radośnie do punktów rekrutacji. W Niemczech, Anglii i Francji śpiewano patriotyczne pieśni a wojna dla sfrustrowanych i bezrobotnych miała być doskonałą ucieczką od codziennej beznadziei. Pola bitew we Flandrii szybko zweryfikowały te plany. Dlatego też w II Wojnie Światowej motywowanie do walki szło już znacznie gorzej. Pojawił się na masową skalę motyw walki ze zbrodniarzami, którymi niewątpliwe byli Niemcy. Po 1945 roku cudem nie doszło w Europie do kolejnego konfliktu. Głównie dlatego, że zachodnia jakość szycia wygrała ze wschodnią… jakości życia wizjąJ

Przykład Francji gdzie władzę zdobył przedstawiciel banku Rotschild dowodzi, że kapitał może wygrać wybory, ale nie jest w stanie skutecznie spacyfikować mas. Tymczasem „Nic nie redukuje oczekiwań społecznych jak wojna. Zmienia perspektywę w 5 minut”. Kto to powiedział? (https://wiadomosci.wp.pl/mateusz-morawiecki-mowi-o-wojnie-fragmenty-tasm-premiera-6301640214870145a )

Scenarzyści w tym odcinku Black Mirror zaplanowali nam zatem wojnę. Zapasy z podstępnym, wspólnym europejskim wrogiem. Niewidzialnym. Groźnym. Przerażającym. Czy na pewno?

W 2019 roku popełniono między Odrą a Bugiem 5255 samobójstw. W ujęciu statystycznym to niemal 15 ofiar dziennie. Można się spodziewać, iż obecnie ofiar tych zdecydowanie przybędzie. W wypadkach drogowych w 2019 zginęło 2897 osób, czyli 8 osób dziennie, choć tu statystyki na pewno wskażą poprawę. Swoje smutne żniwo zbierają co rok powikłania chorobowe (https://ec.europa.eu/eurostat/statistics-explained/index.php?title=Causes_of_death_statistics/pl). Wszystko to razem 245 przypadków śmierci. Dziennie. Gdyby zatem szermować statystyką, na dzień dzisiejszy w Polsce byłoby już… ponad 20 tysięcy ofiar. Ale jak je nazwać? Jaki nadać im symbol? Duża marketingowa mina.

Scenarzyści tego odcinka założyli wojenny reset bez prawdziwej wojny. Wróg w postaci wirusa nie bombarduje a jeśli trzebi to, jak się okazuje, starą i chorą populację. Oczywiście narażanie kogokolwiek na śmierć jest moralnie dwuznaczne, ale czyż nie takie są reguły wojny? W tej jednak zamiast ojców i synów giną głównie dziadkowie.Coincidence?

Wirus stał się wymówką do ataku na demokratyczne społeczeństwa. W ramach wojny z pandemią naruszono niemal wszystkie święte dotąd swobody i jak widać zrobiono to bezboleśnie. Europejskie rządy wyciągną z tego swoje wnioski. Po wojnie, jak to po wojnie – nastanie czas odbudowy. A odbudowa… to wyrzeczenia. Zmniejszone wynagrodzenia, dłuższy tydzień pracy, ograniczone świadczenia socjalne. Ale też ciągła czujność! Bo przecież wirus może powrócić. I zaatakować znienacka. I dlatego trzeba trwać w gotowości.

A gospodarcze straty? Tu również scenarzyści nie błysnęli. Szacowany PKB Polski 2020 miał wynieść ca 600 mln USD. W modnym ostatnio ujęciu statystycznym to 1,6 mln USD dziennie. Oznacza to, że 10-dniowy lockdown to strata 16 miliardów USD; oczywiście gdyby cała gospodarka zatrzymała się do zera (a tak całe szczęście nie jest). Z czym to porównać? Choćby z programem 500+, nie mówiąc już o planowanych wydatkach na zakup F35 (4,3 mln USD). Jak będzie polityczna swoboda to je się po prostu obetnie. I wiele innych przy okazji również.

Rządy przeżyją te perturbacje bez najmniejszych kłopotów. Europejskie wojny szkodziły wyłącznie swoim mieszkańcom. Nie inaczej będzie teraz. Wszyscy pochylimy karki w wysiłku gorliwej odbudowy powojennej. Że nie możliwe? Że nie da się ograniczyć zatrudnienia i wynagrodzeń? Otóż da się. Temu właśnie służy ….. specjalne ustawodawstwo UE. ( https://www.arrabeintegra.es/en/noticia/temporary-employment-regulation-files-terf/ ) W Hiszpanii nowe przepisy już zastosowano. Dotknęły do tej pory niemal milion pracowników. W Polsce większość pracodawców za pewne nie ma świadomości istnienia takiej furtki która pozwala zwalniać grupowo i obniżać wynagrodzenia bez zgody związków zawodowych. Nic dziwnego, w sumie do wczoraj panował tu rynek pracownika. Dzisiaj wszystko się jednak zmieniło.

Czy ten odcinek się dobrze ogląda? To, że państwa decydowały się na wojny nie jest żadnym odkryciem. To że tym razem zdecydowały się na atrapę wojny jest zaiste ciekawym novum. Per saldo za pewne na tym skorzystamy. Jak to po każdej wojnie.

Na gruzach ludzie przekonywali się nagle jak niewiele potrzeba im do szczęścia.

PS: podatki nie ściągnięte do 1 września 1939 ściągnęli Niemcy. W 1944 i 1945 roku  zaniechane  przez Niemców ściągnął aparat podatkowy PRL. Personel urzędów skarbowych przetrwał te wszystkie zmiany w niemal nienaruszonym składzie.

 

53 komentarze

TRĄD

Czyli o tym do czego prowadzi  stygmatyzacja

Choroba, która do dzisiaj pozostaje jednym z symboli średniowiecznej Europy stanowiła do niedawna jedną  z najciekawszych genetycznych zagadek. Trąd, mimo przerażającej skali w mrokach wieków średnich  w ciągu zaledwie dwustu lat mocno zredukował swój zasięg. Badaczy od dawana nurtowała jednak zasadnicza kwestia: dlaczego tak się stało? Odpowiedzi na to z pozoru błahe pytanie szukano długo a niewygodną odpowiedź przyniosły dopiero rewolucyjne badania mikrobiologów z politechniki w Lozannie. Precyzyjnej dostarczyły jej zęby wykopane w ruinach średniowiecznego leprozorium. Wywołująca chorobę bakteria na przestrzeni stuleci nie zmieniła się wcale. Co wiec zatem przyniosło ów wielki spadek populacji chorych pomiędzy rokiem 1400 a 1600? Poziom, życia i związane z nim warunki hignieniczne nie zmieniły się w zasadzie wcale. Komu zatem ludność Europy powinna spłacić dług wdzięczności?

Wszystko wskazuje na to, że odpowiedz jest szalenie niepoprawna politycznie. Trąd wykończyła… społeczna agresja. Izolacja zarażonych, obowiązkowy dzwonek obwieszczający ich nadejście, zakaz małżeństw, wydziedziczenia i nierzadkie masowe mordy doskonale przygotowały populację chorych na ostateczne rozwiązanie w postaci… czarnej śmierci. Oficjalna wersja mówi zatem o „uodpornieniu” Europejczyków na tę straszną chorobę, ale ów eufemizm oznacza jednak co innego: ogień i doły z wapnem nie były po prostu w mordowaniu chorych odpowiednio skuteczne. To dżuma dzięki niemal 100% śmiertelności za jednym zamachem wytarła z kart historii niemal całą cierpiącą na trąd populację.

Mimo to jeszcze w latach 80-tych na trąd chorowało ponad 5 milionów mieszkańców globu, a detronizację w roli choroby społecznie istotniej (spadek poniżej 1 zachorowania na 10.000) przyniósł dopiero rok 2000! Powyższe dzięki zaangażowaniu znacznych środków i dotowaniu leków wysyłanych obecnie głównie do Indii. Mimo to, wedle danych za rok 2017 na trąd cierpi ponad 120 tysięcy mieszkańców Indii.

Co ciekawe jedno z nadal czynnych leprozoriów działa nadal w Rumunii w małej miejscowości Tichilesti. Od 1991 roku wolno je nawet opuszczać, ale… nie ma na to zbyt wielu chętnych. Najwyraźniej pamięć o masakrze z 1918 roku w trakcie której wybito większość rezydentów jest nadal żywa zarówno pośród morderców jak i nowych rezydentów.

O tym, że społecznego ostracyzmu nie wolno lekceważyć przekonują ostatnie doniesienia z włoskich miast objętych kwarantanną. Ozdrowieńcy skarżą się na niechęć sąsiadów oraz własnych rodzin. Toksyczne reakcje nabiorą mocy wraz z doniesieniami  o zgonach osób uznanych za wyleczone. Cóż okazuje się po raz kolejny, że pod cienkim lukrem nowoczesnego społeczeństwa czai się wciąż ta sama, pierwotna i agresywna istota ludzka. Nie jest to rzecz jasna jakieś szczególne odkrycie   (Milligram, itp.) ale zasadnicza konkluzja jest nieco inna. Wytrzebieniu trądu pomógł ostracyzm i całkowity brak empatii czyli w zasadzie wszystko to czego oficjalnie się wstydzi współczesne społeczeństwo. Jak w tych warunkach ograniczyć zasięg wirusa?

Okaże się, że przewagę będą mieć te rejony gdzie marnie sobie radzi demokracja. Ukazy satrapów bezwzględnie wyznaczą granice czerwonych stref a zgodę na wyjazd będzie można otrzymać jedynie w lokalnej siedzibie kompartii.

Na pytanie czy to źle odpowiedziała już historia. O tym jak poradzi sobie z wirusem realna demokracja niebawem się przekonamy.

 

10 komentarzy