Chory człowiek Europy

Czyli o tym, że 2023 przyniesie kolejną wojnę.  

Choć już nawet fryzjerki zdają sobie sprawę z oczywistego związku pomiędzy Tajwanem a wojną na Ukrainie, to inne kierunki funktory geopolityczne  nieco umykają naszym mediom. Powody są tu dość oczywiste i nieodmiennie wiążą się z polityczną poprawnością: demokratami są „nasi” faszystami są „obcy”.

Z uwagi na powyższe dyktator kalibru Putina jakim jest bez wątpienia Recyp Erdogan może spokojnie realizować swoje polityczne cele bez cienia obaw, że ktokolwiek ośmieli się podstawić mu nogę. Kandydat na nowego sułtana od lat śmiało kroczy drogą do restytucji Wielkiej Porty a konsekwentne naruszenia demokracji umykają jakoś zachodnim komentatorom i szczególną ślepotą w tej kwestii wykazuje się Departament Stanu USA. Ned Price w komentarzu do skazania na więzienie największego przeciwnika Erdogana (Ekrema Imamoglu – burmistrza Istambułu) wybąkał jakieś ogólne formułki i dalej się już nie rozpędził. Nic dziwnego. Turcja zajęła obecnie idealną pozycję strategiczną pomiędzy Moskwą i Kijowem, co czyni z niej ekstremalnie ważnego sojusznika USA a Erdogan wyrósł na gracza, z którym muszą się ponownie liczyć wszystkie potęgi światowe. Tyle, że w wyborach zaplanowanych na czerwiec 2023 wystartować już nie może ale nikt nie może uwierzyć, że rzuci ręcznik i odda władzę w zenicie politycznej potęgi. 

W stuletnią rocznicę  powstania Republiki jedynym ratunkiem dla Erdogana jest stan wojenny a doskonałym przeciwnikiem… Grecja. Choć dla Janusza i Grażyny brzmi to jak kompletna abstrakcja, w Grecji i Turcji historia wojny 1919-1922 to nadal tematyka rodzinnych spotkań. Warto dodać, że dla Greków była to wojna o lebensraum – wojna, której celem było odbudowanie Wielkiej Grecji w jej antycznych granicach. 

I to właśnie wtedy, we wrześniu 1921 r. nad rzeką Sakarya narodziła się legenda Mustafy Kemala – twórcy nowoczesnej Republiki Tureckiej, akuszera zwycięstwa nad Grecją, który słusznie przeszedł do historii z przydomkiem Ataturka (Ojca Turków). Imperium się rozpadło ale dzięki talentom wojskowym i politycznym pierwszego prezydenta Republiki na jego ruinach wyrosła współczesna Turcja. Ryzyka były spore. Dyplomaci zainteresowanych stron zdołali już rozdzielić  łupy i a rozbiór konwalidować w traktacie który zaakceptował Sułtan, ale… odrzuciło nowe, świeckie państwo tureckie. Jako, że było słabe w innych kwestiach takich jak demilitaryzacja Dardaneli, status wysp musiało iść już na pewne ostrożne ustępstwa. 

Rezultatem są traktaty, których legalność można podważać i wiedzą o tym doskonale obie strony potencjalnego konfliktu. Jakie to ma znaczenie? Dość istotne: dlatego cicha wojna grecko-turecka toczy się od dziesięcioleci a każdy rok przynosi większe lub mniejsze ofiary po każdej ze stron. Czy ów spór jest naprawdę tak irracjonalny? Otóż w praktyce relacje 
grecko-tureckie to niemal lustrzane odbicie relacji rosyjsko-ukraińskich a wszelkie różnice wynikają wyłącznie z uwarunkowań geopolitycznych. Niepodległe państwo greckie powstało wprawdzie już w 1830 roku, ale wyłącznie dlatego, że głównym politycznym graczom (Anglii, Francji, Prusom i Rosji) było to po prostu ekstremalnie na rękę: wszystkim razem i każdemu z osobna zależało na osłabieniu Wielkiej Porty. Analogii jest zresztą więcej: na początku 
XX wieku Imperium Osmańskie było dokładnie tym samym, czym Rosja na początku XXI wieku. Turcję wtedy i Rosję współcześnie określa się podobnie: mianem chorego człowieka Europy. 

Aby zrozumieć co dokładnie jest powodem wrogości Aten i Ankary, wystarczy rzucić okiem na dwie przedstawione poniżej mapy. 

Jak widać Grecja kontroluje w zasadzie wszystkie wyspy na Morzu Egejskim, ale głównym przedmiotem owego sporu nie jest nawet samo owych wysp posiadanie, ale to jak są wokół nich określane wody terytorialne. W czasach, gdy zawierano obowiązujące traktaty było to 
6 mil morskich – tyle, że rezolucja ONZ z 1982 roku powiększyła ów dystans dwukrotnie, co w praktyce oznaczałoby (zgodnie z turecką narracją) zamianę Morza Egejskiego w „jezioro greckie”. Twarde stanowisko Turcji niemal doprowadziło do wojny a w 1995 roku parlament w Ankarze większością głosów przegłosował uchwałę, zgodnie z którą naruszenie obecnego status quo będzie traktowane jako akt wypowiedzenia wojny. O tym jak gorąca jest to kwestia najlepiej świadczy długa lista incydentów powietrznych (https://en.wikipedia.org/wiki/Aegean_dispute ). Smaczku całej sytuacji dodaje fakt, że nie dalej jak w sierpniu 2022 r. greckie myśliwce przechwyciły i oznaczyły na radarach (jako dowód, że mogły oddać skuteczne strzały) klucz tureckich myśliwców eskortujących… amerykańskie B52 w trakcie misji bojowej. W odpowiedzi Erdogan oświadczył publicznie, że tureckie rakiety mają już ustalone cele w Atenach i w razie „W” w ciągu kilku minut skutecznie je osiągną. Brzmi znajomo? O tym, że Grecy traktują rzecz poważnie, świadczą najświeższe traktaty wojskowe: armia NATO, nie bacząc na powszechnie znany art. 5, zdecydowała się na osobne porozumienie obronne z Francją i… USA!

Jak w takiej sytuacji Erdogan mógłby poważyć się na atak? Jak to zwykle w geopolityce bywa, wszystko zależy od rachunku zysków i strat a na ten miałyby wielki wpływ wydarzenia na Bałkanach. Jeśli bowiem Serbia zdecyduje się na zaangażowanie w Kosowie, nie zatrzymają jej natowskie siły zbrojne, nie mówiąc już o tym, że natowscy żołnierze w starciu na etnicznych ziemiach serbskich nie dadzą raczej dowodów waleczności. Do walki można wprawdzie użyć armii Kosowa, ale ta tworzy się od 2018 roku i jako realna siła bojowa jeszcze się nie liczy mimo sporych wysiłków amerykańskich. Jej znaczenie mocno by wzrosło, gdyby Serbów zaatakować z flanki, a tu doskonale nadawałaby się armia… sąsiedniej Bośni i Hercegowiny. Co więcej nie musiałaby nawet nacierać na Belgrad. Wystarczyłby atak na niepokorną Republikę Serbską, czyli de facto część składową federacji BiH. O wyszkolenie i sprzęt dla Bośniaków od dawna dba Turcja a o pozycji Sarajewa najlepiej świadczy bezpośrednie połączenie lotnicze z Istambułem otwarte z pompą przy okazji renowacji meczetu nomen omen ufundowanego w 1565 roku przez Sulejmana Wspaniałego – bez dwóch zdań najsprawniejszego z Sułtanów Wielkiej Porty. Dla Bośniaków walka z Serbami to klasyczny dżihad, który w sposób znany już nam z telewizji wsparłyby pomalowane (tym razem na zielono) Bayraktary.  

Jeśli zatem w bałkańskim kotle znowu podskoczy pokrywka, Erdogan może stać się głównym rozgrywającym. Porażka Armenii w starciu z Azerbejdżanem była dla Rosji wizerunkowym ciosem. Klęska Serbów, a najlepiej demontaż Republiki Serbskiej w Bośni, to wytarcie gumką wszelkich wpływów Rosji w tym od zawsze zapalnym regionie. Przychylność Turcji oznacza również otwarty Bosfor co ma kluczowe znaczenie dla walczącej Ukrainy. Poparcie dla poszerzenia NATO dało by się również przy okazji załatwić chociaż wewnątrz sojuszniczy konflikt raczej by nie wpłynął dobrze na reputację sojuszu. Tyle z plusów. Minusem jest zabetonowanie na tronie atrapy, który ma mocną geopolityczną wizję a przez minionych 20 lat dowiódł, że jest ją w stanie skutecznie realizować. 

Powyższy wywód oznacza, że mała wojna turecko-grecka jest bardzo prawdopodobna i to zarówno wtedy, gdy Erdogan jest graczem, ale również wtedy, gdy Joe Biden postanowi się go pozbyć. Bo prawda jest niestety taka, że od czasów upadku ZSRR, USA nie miały tak dobrej okazji, aby ściągnąć sojusznikom cugle i pokazać kto tu naprawdę rządzi. Militarna porażka Turcji połączona z amerykańskim wsparciem dla Kurdystanu mogłaby skutecznie namieszać 
i rozłożyć na łopatki Erdogana a cała Europa wraz z Turcją, Kurdystanem i Syrią zamieniłaby się w amerykański protektorat. Gdyby faktycznie zrealizował się taki program, Joe Biden mógłby spokojnie liczyć na to, że jego oblicze wzbogaci niebawem Mount Rushmore. 

4 komentarze

SKYFALL

Czyli o tym kto zapłaci za odbudowę Ukrainy

Choć między Odrą a Bugiem muskuły pręży się na maxa a piłkarze latają w eskorcie myśliwców F16, największy sojusznik Kijowa wydaje się wrzucać luz a zdaniem niektórych obserwatorów być może nawet bieg wsteczny. Trudno zaprzeczyć, że błyskawiczna reakcja na eksplozję w Przewodowie skutecznie podważyła ukraińską narrację a jeszcze trudniej nie zauważyć, że nie zakłóciła rekordowej emisji obligacji, którą zaledwie dzień później przeprowadziło rosyjskie ministerstwo finansów. Dla nadwiślańskich mediów ów sukces to niemal pocałunek Almanzora i podzwonne dla upadającej Moskwy. Dla analityków – wyraźny sygnał, że w globalnych finansach coś się jednak zmienia. Jakkolwiek by na to patrzeć 18,5 mld USD to solidne wsparcie Moskwy i to pozyskane w czasach, gdy parę tygodni wcześniej swoje obligacje z wielkim trudem zdołała uplasować Warszawa. Mimo to zdaniem rodzimych mediów Rosja zalicza kolejny fakap i domniemywać należy, że inwestowaniem w jej dług zajmują się ryzykanci lub kompletni idioci, których personalia litościwe zachowano w sekrecie. W całej tej historii dziwi jednak co innego: celem sankcji był przecież cios w finanse Rosji. Tymczasem skoro bije się rekordy sprzedaży, gdzieś musiał się pojawić rekordowy popyt. Kim są amatorzy krwawych obligacji? Gdzie ich szukać? W Pekinie, Szanghaju czy może w Teheranie? Otóż nie! Amatorów rosyjskich obligacji nie brakuje w Stanach Zjednoczonych.  https://www.wsj.com/articles/russian-swap-auction-prompts-strong-investor-demand-for-moscows-debts-116630105

Teoretycznie nie ma się czemu dziwić: w trakcie WW2 czołgi Africa Korps napędzało paliwo Standard Oil „technicznie” sprzedawane do francuskiego Maroka a Bank of International Settlements skutecznie pomagał w rozliczeniach walczących stron. Warto również pamiętać o tym, że V Republika Francuska, którą dla zmyłki nazywa się państwem Vichy, namiętnie uczestniczyła w rynku kapitałowym, umożliwiając swoim obywatelom inwestowanie nie tylko w neutralnej Szwecji, ale również… w Stanach. Propaganda wojenna żywi się martyrologią a pomiędzy sacrum i profanum nie pozostawia wiele miejsca na dobre deale i międzynarodowe transakcje. Narracja to jedno, tymczasem realia są inne i politycznie niewygodne.

Rosyjskie finanse to temat niezwykle elektryczny, tym bardziej, że Amerykanom mógł przyjść do głowy pomysł prosty, efektywny i geopolitycznie brawurowy. Aby go zrealizować, należało najpierw „zrobić dobrze” sobie, aliantom i samej Moskwie. Po co? Mały krok wstecz ułatwi wyciągnięcie interesujących wniosków:)  

Choć na froncie nie milkną działa, temat odbudowy Ukrainy systematycznie pojawia się w mediach zazwyczaj opakowaniu „Planu Marshalla2”. Tyle, że ów plan ktoś musiałby przecież sfinansować i raczej trudno zakładać, że w tej roli wystąpiliby wyłącznie Amerykanie. Ba, trudno by również było przyjąć, że do kieszeni mają sięgnąć ci alianci, którzy na wojnie nie dość, że nie zarobili, to jeszcze ponieśli spore straty. Jakie? 

Jak widać potencjalni chętni do wspierania odbudowy zainwestowali w rosyjski dług całkiem spore pieniądze. Być może właśnie dlatego paniczna wyprzedaż, która rozpoczęła się zaraz po rozpoczęciu wojny, szybko wytraciła tempo a rynek przeżył nawet… wypłaty odsetek w rublach, czym notabene Moskwa przerwała walutową izolację. O tym, jak mocna jest wiara w przyszłość Rosji najlepiej świadczy kurs rubla: 

więcej: dług, na który tworzy się obecnie rekordowy popyt, nie zapewnia jakichś wyjątkowych konfitur zwłaszcza, gdy weźmiemy pod uwagę, że emitent toczy wojnę! 

Co prawda handel rosyjskimi aktywami obwarowano szeregiem ograniczeń, ale najważniejsze jest przecież to, że ów obrót został skutecznie reanimowany! Co zachęciło Amerykanów?

Otóż jeszcze w grudniu 2021 r. udział długu państwowego Rosji w relacji do jej PKB wynosił… nieco ponad 4%. Pomijając typowe dla dyktatury machinacje przy liczbach, warto zauważyć, że obecnie grzeją wyniki w zasadzie wszystkie gospodarki z tym, że w UE nikt już nie ma zadłużenia do PKB poniżej 60%, a Francja, Włochy czy Hiszpania już dawno przebiły setkę! Wnioski są zatem oczywiste: Rosja ma olbrzymi potencjał pożyczkowy; co więcej posiada aktywa, na których owe pożyczki można zabezpieczyć. Aby to jednak zrobić, trzeba wcześniej Rosję mocniej przycisnąć, a ta podkłada się sama brnąc w wojnę, której nie może wygrać. W efekcie pułapka zaciska się coraz mocniej, tym bardziej, że ukraiński wysiłek militarny to de facto… Amerykanie. 

Nie ma zatem większych wątpliwości, że to jak długo się będzie toczyć oraz kiedy się ta wojna skończy, zależy tylko i wyłącznie od Waszyngtonu. Może się zatem okazać, że zakończy się zaraz po tym, gdy ustalone zostanie, że: 

TO ROSJA SFINANSUJE PROGRAM ODBUDOWY UKRAINY

Powyższe brzmi jak herezja, ale pokonana Rosja nie będzie miała przecież wiele do gadania, tym bardziej, że na polityczną osłodę coś będzie musiała otrzymać. Owo „coś” to zapewne Krym i LDERY, co na pewno nie spodoba się Ukraińcom i dlatego kontynuują natarcia. 

Ale… jeśli zacznie brakować im sprzętu i zacznie szwankować łączność? Wtedy ugrzęzną, a wiosną mogą znaleźć się w defensywie, jeśli Rosjanie zdecydują się naprzeciw natarcie. Jedno i drugie zależy jednak od Amerykanów: chwycili za gardło obie strony konfliktu. Niemal dokładnie tak samo jak w czasie I wojny światowej! Jeśli takie zagranie się uda, Joe Biden znajdzie się w pierwszej trójce największych amerykańskich prezydentów a tworzony z moskiewskich pieniędzy fundusz odbudowy skutecznie nawilży amerykańskie korporacje. Mimo wielkich apetytów Polska na miejsce przy podziale łupów na pewno się nie załapie a każdy kto ma w tej kwestii wątpliwości może się przyjrzeć podziałowi konfitur po wojnie irackiej. W tym miejscu warto przypomnieć, że choć listę beneficjentów otwierał Halliburton, jako 2. na pudle zameldował się Veritas Capital Fund a wszystko za sprawą inwestycji w spółkę… DynCorp. Tak tak, to ona waśnie zamieniła się w konglomerat bojowo-szkoleniowy, który skutecznie przejął czarną robotę od jednostek US Army. Co ciekawe DynCorp został połknięty przez Amentum – molocha, który stał się super kontraktorem dla amerykańskiej armii. Jak wieść gminna niesie, Amentum ma zamiar nabyć https://en.wikipedia.org/wiki/Draken_International i wtedy będzie już w stanie outsource’ować kompleksowo… małą wojnę regionalną:)

Łatwo sobie zatem wyobrazić skąd się wezmą siły stabilizacyjne i szkoleniowe na Ukrainie tym bardziej, że Amentum już tu od dawna działa. Obecnie poszukuje: https://www.amentumcareers.com/jobs/search?page=1&query=poland https://www.amentumcareers.com/jobs/search?page=1&query=ukraine

I są to działania jawne, ale i tak dla polskich mediów niewidoczne:) Co robi niejawnie i na co się szykuje czas pokaże. 

Amerykańską potęgę wybudowała I wojna światowa – konflikt, który rzucił na kolana wszystkie walczące strony. Nie inaczej jest obecnie. Waszyngton rozdaje karty i surfuje na wznoszącej fali gigantycznego eksportu uzbrojenia a w niedalekiej przyszłości fruktów z odbudowy ukraińskiej gospodarki. 

A to wszystko być może nie na własny kredycik tylko za ciężkie pieniądze wydarte płacącej za wizerunek Rosji. Jeśli to wyjdzie… chapeau bas Joe Biden! 

2 komentarze

PO GROBBINGU

Czyli o tym, że nad grobem warto pomyśleć o przyszłości. 

Jesienią 2006 r. problemów miałem wprawdzie mało, ale jeden z nich mógł okazać się niezwykle istotny. Transakcja sprzedaży działki należącej do Vistula S.A. zawisła na włosku, a Ministerstwo Przemysłu poinformowało nas, że zdaniem ich prawników doszło do poważnych uchybień w procesie nacjonalizacji. Zapachniało poważnymi kłopotami: zadatek już w zasadzie skonsumowaliśmy a kolejnych naście milionów miało już swoich odbiorców. Przyszłość malowała się w ciemnych barwach a prowadząca sprawę kancelaria SPCG powoli przechodziła na pozycję defensywną. No cóż, rezydowaliśmy na krakowskim Kazimierzu i choć ludowa ojczyzna nie zafundowała tu „dekretu warszawskiego” do zagadnień nacjonalizacji podchodziła równie niefrasobliwie. Co gorsza w Krakowie w latach 50tych  swobodnie działały kancelarie prawne a większość z nich zajmowała się obroną interesów wywłaszczanych właścicieli. Nie inaczej było w naszym przypadku: zwrotu nieruchomości domagali się krewni z Izraela twierdząc, że  Skarb Państwa uchybił procedurze, prowadząc postępowanie (wywłaszczenie) wobec osoby podówczas zmarłej, co potwierdzał stosowny odpis z ksiąg gminy żydowskiej.  Gem, set i mecz. Wyglądało na to, że jest pozamiatane. 

I tu właśnie błyskotliwym manewrem popisał się mecenas Piotr. Gdy zanosiło się na to, że trzeba będzie rzucić ręcznik, na światło dzienne wypłynęły nowe fakty. Otóż w chwili wywłaszczenia, posiadaczka nieruchomości miała się bowiem całkiem dobrze – ba! do Izraela w ogóle nie wyjechała a ziemski padół opuściła w Polsce, co potwierdził nagrobek na jednym z cmentarzy komunalnych. Całość uzupełniały dokumenty z USC oraz korespondencja jaką w imieniu właścicielki prowadził jej pełnomocnik prawny. Na temat tego i podobnych odkryć w Krakowie można by napisać sporo, ale… nie ma większych szans na to, aby kompendium pod tytułem „zagadnienia zwrotu nieruchomości i zaspakajanie roszczeń byłych właścicieli w latach 1990-2000” miało kiedykolwiek ujrzeć światło dzienne Ale do brzegu: czy do ministerstwa wysłano falsyfikat?! 

Otóż nie Do 1 stycznia 1946 r. księgi metrykalne prowadziły związki wyznaniowe. Dopiero po tej dacie dokumenty przejęły właściwe USC, ale szło to bardzo opornie. W zależności od lokalizacji porządkownie zasobów zajęło od kilku do kilkunastu lat. Wzmiankowane świadectwo zgonu zostało wystawione przez gminę żydowską jesienią 1945 roku. Na podstawie… oświadczenia świadków i był to w owych czasach proceder dość typowy, tym bardziej, że po wojnie trudno było o dostęp do na przykład niemieckiej obozowej dokumentacji. Osobną kwestią jest rzecz jasna to, czy dokument faktycznie sporządzono w 1945 r. czy też hmm… nieco później. Te kwestie do dzisiaj namiętnie bada Centralne Laboratorium Kryminalistyczne KGP. Nas w tej chwili interesuje co innego: czy można było łatwo sprawdzić, że ów dokument nie jest zgodny ze stanem faktycznym?

Ktoś zauważy: jakiż to problem odnaleźć osobę zmarłą! Otóż jeszcze niedawno trzeba było dobrze wiedzieć, gdzie szukać Centralna baza danych, do której wprowadzane są wszystkie akty USC istnieje od… 1 marca 2015 roku. W 2006 r, aby zmarłego znaleźć, trzeba było dostać dobry cynk, gdzie nieboszczyka pochowano. Bez tej wiedzy uzyskanie odpowiednich danych było praktycznie niemożliwe. I dzięki temu właśnie między Odrą a Bugiem dochodziło nie raz do „cudów nad aktem” a legendy o największych do dzisiaj krążą w środowisku.

Z luk w systemie ewidencji zmarłych zdarzało się również korzystać służbom specjalnym ale to już zupełnie inna historia. Może być zatem wiele powodów dla których przy ustawie o cmentarzach i chowaniu zmarłych ( uchwalonej 31 stycznia 1959 ) nie grzebano przez ponad 60 lat. Czemu zdecydowano się na to teraz? 

Ta odpowiedź jest akurat dosyć prosta: o tym, że pandemia zmieniła wiele przyzwyczajeń Polaków wie każdy. O tym, jak wpłynęła na branżę funeralną, wiedzą już nieliczni. Tymczasem paraliż cmentarzy i wymogi covidowe bardzo skutecznie spopularyzowały… kremację. Skala zmian solidnie zmartwiła zatrudniającą ponad 100 tysięcy osób branżę, która może zawsze liczyć na ciche, lecz skutecznie wsparcie ze strony cmentarzy parafialnych. Choć jest to nielegalne, urny coraz częściej trafiają do domów i ogrodów. Dla jednych to bardziej ekologiczne, dla innych – po prostu tańsze. W jednych i drugich wymierzone jest ostrze planowanej nowelizacji: zaplanowane sankcje zapewnią bezpieczne przychody cmentarzom i kamieniarzom. Polska Izba Branży Pogrzebowej priorytety ma jasne: jakby nie było, stoi na straży interesów ponad 4 tysięcy zakładów pogrzebowych w Polsce, zatem motywację do działania ma dość oczywistą. I być może dlatego biegli powołani przez PIBP wykryli szereg wymagających pilnej regulacji kwestii. W oparach kartonowych trumien, pomiędzy szeregiem innych niebezpiecznych substancji, wykryli arsen. Do palenia zwłok postulują sosnę, ale oczywiście naturalną, bez jakichkolwiek chemikaliów! Wedle dostępnych źródeł na trumny tnie się ca 70 tysięcy drzew (około 70 tys. m3) i ze względów oczywistych owa liczba wciąż rośnie. Ów pomysł raczej niewiele ma wspólnego z ekologią, za to o wiele więcej z kosztem. 

Ale to nie koniec złych wiadomości dla 65 krematoriów w Polsce: eksperci z PIBP postulują nakaz stosowania odpowiednich filtrów oraz zezwolenia na lokalizację krematoriów tylko w miejscach, gdzie jasno dopuszcza to zagospodarowanie przestrzenne. Teoretycznie bosko. W praktyce ustalanie nowych planów, szczególnie gdy znajdą się w nich niepopularne inwestycje to prawdziwa gehenna. 

Jakie to wszystko ma znaczenie? Teoretycznie niewielkie, ale w praktyce powierzchnia polskich cmentarzy ciągle rośnie a zatem rosną dość oczywiste zagrożenia ekologiczne. Wiadomo, są kwestie istotniejsze a listopadowy grobbing to jedna z ważniejszych rodzinnych interakcji. Szkoda tylko, że nowa ustawa za chwilę pozbawi nas możliwości wyboru: o ile swoich zmarłych bliskich wolę  odwiedzać na cmentarzu niż w ogrodzie, to nad pochówek tradycyjny zdecydowanie przedkładam kremację. Dla jednych detal, dla mnie po zawale jakaś tak jakby znacznie istotniejsza niż kiedyś kwestia.

Inicjatywa ustawodawcza nie ustaje a do wyborów już tylko 11 miesięcy. Niejedno się jeszcze nam pewnie zmieni. Miejmy nadzieję, że nie ordynacja wyborcza. 

6 komentarzy

BOMBA2

Czyli o tym jak się ma Hiroszima do Kijowa

Choć o potencjalnym użyciu bomby atomowej mówi się całkiem sporo, to o realnych skutkach – w ogóle lub bardzo rzadko. Owa wstrzemięźliwość nie dziwi: atom to śmierć i wie o tym każde dziecko. Co ciekawe choć strach przed atomem ujawnia się nad Wisłą ze szczególną intensywnością… wiosną 1984 spora część naszej populacji zmierzyła się ze skutkami emisji popromiennej. Ponieważ z owymi wspomnieniami nie wiąże się jakakolwiek trauma, ówczesną katastrofę zwykło się określać jako „wyciek” lub po prostu awarię. Tymczasem jak donosi Wikipedia: „Na skutek niekontrolowanej reakcji łańcuchowej, jaka zaszła w reaktorze elektrowni czarnobylskiej, do atmosfery przedostało się radioaktywne paliwo, a skażenie miało siłę porównywalną z efektem wybuchu 50 bomb atomowych zrzuconych na Hiroszimę.”  Wow! Jaką moc miał zatem „Little Boy” czyli bomba, która zmiotła z powierzchni ziemi japońskie miasto? Oddajmy głos Wikipedii: ”Wybuch miał siłę ok. 16 kiloton TNT. Nad centrum miasta zaczął formować się gigantyczny słup dymu, przybierający kształt grzyba. Jego wysokość sięgała kilkunastu kilometrów”. Prosta matematyka pozwala założyć, że katastrofa w Czarnobylu to ekwiwalent uderzenia o mocy 800 kton TNT. Niemało. Na dodatek zaledwie 150 km od Kijowa. W tym miejscu trudno nie zadać oczywistego pytania: https://zapytajfizyka.fuw.edu.pl/pytania/dlaczego-w-hiroszimie-mieszkaja-ludzie-a-w-czarnobylu-nie/ a odpowiedź daje solidnie do myślenia. 

Broń jądrowa to kwintesencja wojennych lęków konsumpcyjnego społeczeństwa. Promowana od dziesięcioleci jako narzędzie ostatecznego zniszczenia skutecznie przeraża w epoce post przemysłowej.  Gdy jednak przyjrzeć się bliżej faktom, okaże się, że najbardziej morderczego nalotu dokonano na Tokio (9 i 10 marca 1945 r.) a powietrzna rzeź Drezna w mrocznym konkursie na liczbę ofiar lokuje się tuż za Hiroszimą. Dla wojska wielkim atutem atomu jest… ekonomika. Nalot na Tokio wykonywało 325 bombowców (stracono 43). Nad Hiroszimą wystarczył jeden. Co ciekawe o ile powszechnie znane są perypetie załogi Enola Gay, która nie była sobie w stanie poradzić z rozmiarami wyrządzonych zniszczeń, to nikt nie zna historii pilotów bombowców znad Drezna i niemal nikt nie wie, że sędziwego wieku (94 lata) dożył https://pl.wikipedia.org/wiki/Tsutomu_Yamaguchi ofiara dwóch uderzeń atomowych w Nagasaki i Hiroszimie. Powyższe nie dziwi: istota atomu to potencjał odstraszania i dlatego jego użycie musi zwiastować śmierć i totalne zniszczenie. 

W kategoriach strategicznych taki stan rzeczy przestał obowiązywać w drugiej połowie lat  90-tych. Wobec braku środków na budowę skutecznej broni defensywnej Rosjanie postawili na rozwój małych głowic bojowych wychodząc z założenia, że ich lokalne użycie nie skłoni Waszyngtonu do międzykontynentalnej odpowiedzi. Owocem tej strategii jest między innymi Iskander M, który może przenosić głowice od 1 do 50 kTon (typowe pociski balistyczne jak Minuteman czy Topol to głowice 500 kTon i więcej). Aby oszacować skalę zniszczeń warto skorzystać ze strony https://nuclearsecrecy.com/nukemap/ Dzięki niej dowiemy się, że głowica 1 kT zdetonowana w powietrzu nad Kijowem zabije ca 7 tysięcy i rani kolejnych 27 tysięcy osób. Łatwo przekonamy się również, że głowica 800 kT zniszczy całe miasto. Różnica w skali to jeden z powodów, dla których Joe Biden, jeszcze zanim został prezydentem, gorliwie zwalczał możliwość stosowania małych ładunków nuklearnych, które zdaniem wielu badaczy „ekonomicznie zachęcały” do stosowania w wojnie konwencjonalnej. Nie ma zatem najmniejszych wątpliwości, że wojskowi doskonale zdają sobie sprawę, że „chirurgiczne” uderzenia nuklearne są jak najbardziej wykonalne. W praktyce oznacza to, że fizyczne skutki uderzenia małą bombą będą odczuwalne w Kijowie oraz na terenach, na które wiatry poniosą chmurę radiacyjną co de facto oznacza Białoruś.  

Globalną eksplozję wykreują media: nawet najmniejszy grzyb atomowy nad Kijowem wywoła panikę, która przyćmi strach przed Covidem z początków lockdownu. 

Co ciekawe wobec atomowych wybryków Korei Północnej, Waszyngton przyjął stanowisko jednoznaczne: na każdy atak odpowie swoim arsenałem nuklearnym. Dla odmiany na oświadczenia Putina nie reaguje już tak stanowczo. Skąd bierze się ta wstrzemięźliwość i to w realnej wojennej sytuacji? Powody mogą być różne, ale być może mają też coś wspólnego z jednym z poniższych scenariuszy: 

  1. Rosja faktycznie lub w ramach skuteczniej prowokacji uderza w Kijów małym ładunkiem. Na rosyjskie miasta pada blady strach, kobiety masowo wychodzą na ulice. Skala protestów jest krytyczna, reżim klęka a Federacja Rosyjska rozpada się od środka. Skutkiem jest secesja kolejnych muzułmańskich republik a Moskwa utrzymuje się na nogach wyłącznie dzięki amerykańskiej protekcji, w tym dzięki przekazaniu kontroli nad własnym arsenałem atomowym. Amerykanie wytyczają granice nowej demokratycznej Rosji ze szczególnym uwzględnieniem syberyjskiej granicy z Chinami. Węglowodory są bezpieczne a o ich demokratyzację zadbają nowi operatorzy wyłonieni w nadzorowanym przez Bank Światowy procesie koncesyjnym. Rosja etniczna wraz z Syberią staje się de facto protektoratem Waszyngtonu. 
  2. Zimą 2022/23 Rosja utrzymuje minimalne zdobycze na Ukrainie i wiosną rozpoczyna ofensywę Brusiłowa II. Kremlowi udaje się zrobić znaczne postępy, ale impet natarcia powstrzymuje katastrofa logistyczna. Zdemoralizowana armia, w której większość stanowią muzułmańscy poborowi, wypowiada posłuszeństwo i watahami wraca na terytorium Federacji. Wybucha wojna domowa a wraz z nią rozpoczyna się interwencja państw Zachodu podobnie jak w 1918 roku. Chiny wkraczają na Syberię a ich postępy starają się zablokować Amerykanie. Kontyngenty NATO zajmują etniczne tereny rosyjskie. Amerykańsko chiński spór o Syberię rodzi realne ryzyko wybuchu globalnego konfliktu. 

Scenariusz nr. 1 to de facto realizacja założeń Zbigniewa Brzezińskiego, które wiele lat temu opisywałem http://rafalbauer.pl/wielka-szachownica/ i jednocześnie sposób na uniknięcie III wojny światowej. Scenariusz 2 to wielka szansa dla Chin, ale w tej grze stawką będzie destabilizacja całego globu na skalę niespotykaną wcześniej w historii. II wojnę światową poprzedziła wojna domowa w Hiszpanii, znana jako proxy war pomiędzy Rosją i Niemcami. Choć brzmi to jak herezja, wojna na Ukrainie to również wojna domowa i zastępcza. Nie jest to jednak starcie Waszyngtonu i Moskwy. Rosjanami grają o swoje Amerykanie i Chińczycy.  

Wnikliwi zauważą, że scenariuszy może być znacznie więcej. Może. Drugi front na Tajwanie natychmiast zmieniłby sytuację na ukraińskim froncie. Paradoksem obecnej sytuacji jest to, że znacznie trudniej stworzyć scenariusze pokojowe niż te, które przewidują globalną wojnę. 

Aby jej zapobiec i utrzymać pozycję lidera, Stany Zjednoczone muszą uzyskać światowe zezwolenie na użycie atomu. Bomba nad Kijowem da im carte blanche. Amerykański atom stanie się ostateczną bronią demokracji z imperiami mroku. Pałka na Rosję stanie się jednocześnie pałką na chińską kompartię. Odparowany Pekin stanie się ceną za Tajwan. 

Kto odpali bombę?

Warto pamiętać, że w czasach gdy „niezależni dziennikarze” są w stanie udowodnić trasę przejazdu wyrzutni rakietowej ( https://www.dw.com/en/mh17-german-investigative-teams-fact-check/a-18406490) nie da się podobno ustalić kto wysadził Nordstream. Jeśli front będzie się przemieszczał szybko nikt nigdy nie dojdzie kto i na czyj rozkaz wystrzelił jedną rakietę Iskander M. I to akurat tą z ładunkiem nuklearnym. 

To, kogo należy winić, będzie akurat dla wszystkich jasne. Rosja jest już skończona. Gra się toczy o to do kogo będą należały jej skarby. 

9 komentarzy

Na północy bez zmian

Czyli o tym, że eugenika ma się dobrze.

Choć nie zdarzało się to do tej pory zbyt często, jego wysokość król Karol Gustaw XVI udzielił ostrej reprymendy rządowi Szwecji, który zdaniem monarchy poniósł sromotną porażkę w walce z C19. Głos władcy to spora nowość w życiu politycznym Szwecji, która nie raz już była ze swym domem panującym na bakier. Obecna aktywność dworu może mieć pewien związek z lokalną polityką: trudno nie zauważyć, że Szwecja wyraźnie skręca w prawo. Trudno również zaprzeczyć, że statystyki na tle sąsiadów wyglądają średnio:

https://www.statista.com/statistics/1102257/cumulative-coronavirus-cases-in-the-nordics/

COVID 19 SZWECJA DANIA NORWEGIA FINLANDIA
populacja w mln 10,3 5,5 5,3 5,5
potwierdzone zakażenia 482 284 176 837 52 967 38 068
jako % populacji 4,7% 3,2% 1,0% 0,7%
przypadki śmiertelne  9 262 1 487  564   467
jako % populacji 0,09% 0,03% 0,01% 0,01%
jako % zakażonych 1,92% 0,84% 1,06% 1,23%

Rzecz jasna statystyka to pierwsza przyboczna propagandy i jak wiadomo za pomocą odpowiednio dobranych cyfr udowodnić można niejedno. Nie da się jednak zaprzeczyć wysokiej śmiertelności; co więcej, liczba zakażeń ma solidny związek ze swobodą przemieszczania i dowodzi tego właśnie porównanie danych dotyczących testów ze Szwecji i Danii. Wysoka ilość potwierdzonych zakażeń w Szwecji nie jest wynikiem astronomicznej liczby testów. Od początku pandemii w Danii przeprowadzono ponad 7 milionów testów a tylko w 49 tygodniu 2020 ponad 700 tysięcy. W tym samym czasie Szwedzi wykonali ponad 2 miliony testów a w 49 tygodniu nieco ponad 200 tysięcy. Wysoka śmiertelność to nie gra cyfr tylko efekt świadomie przyjętej polityki. Niemożliwe?

Choć współcześnie brzmi to jak herezja, pierwszy na świecie Państwowy Instytut Higieny Rasy powołano do życia… w Szwecji a nie w III Rzeszy. Był rok 1921. Instytucję od chwili powstania otaczał prestiż a sam król Gustaw V delegował dwóch przedstawicieli do 8-osobowej rady naukowej. Rychło wprowadzono w życie szereg przepisów, które nakazywały sterylizację umysłowo chorych, przestępców a także tych wszystkich, którzy mieli stanowić zagrożenie dla społeczeństwa i rasy. W latach 1934 – 1975 programem objęto ponad 60 tysięcy Szwedów, z których 2/3 miało się sterylizacji poddać dobrowolnie. Zdaniem Macieja Bielawskiego (Higieniści. Z dziejów eugeniki) z ową dobrowolnością bywało różnie: w większości przypadków była odpowiedzią na ostracyzm społeczny, wytknięcie palcem z ambony lub przymus pracodawcy. I pewnie z tego właśnie powodu eugenika i jej skutki to w Szwecji temat tabu: dla wielu był to po prostu praktyczny sposób rozwiazywania problemów.

Trudno się zatem dziwić, że na takiej grzybni wyrosła myśl społeczno-polityczna Antona Kuijstena: wczesna emerytura tak, ale na 80 urodziny otrzymujemy w prezencie pigułkę terminacyjną, by elegancko i zgodnie z planem odciążyć społeczeństwo. Jeśli by tę myśl rozwinąć, to obecną pandemię da się zakwalifikować jako naturalne zwiększenie wskaźnika śmiertelności i na dodatek korzystne dla systemu. Ot, zbieg sprzyjających okoliczności; zwłaszcza, że szwedzkie statystyki nie pozostawiają wątpliwości: 96% ofiar C19 miało 60 lat i więcej, 90 % ponad 70, a 69% ponad 80 lat. Przy średniej oczekiwanej dożywalności (82 lata) walka o staruszków może się Szwedom po prostu nie opłacać, ale niewygodnie się do tego przyznać.

Na 446,8 miliona mieszkańców UE (27) osoby 65+ to niemal 90 milionów czyli 20% całej europejskiej populacji. W Szwecji jest podobnie: na ponad 2 mln emerytów 65+ pracuje nieco ponad 6 mln roczników młodszych (15-46). Niewiele, choć i tak jest to jeden z lepszych wyników europejskich. Poważniejszy problem ujawnia się jednak gdzie indziej: Szwecja jest co prawda trzecim po Irlandii (20%) i Francji (18%) krajem, w którym odsetek ludzi młodych (0-14) wynosi 17,8%, ale… ma solidny problem z zawartością cukru w cukrze. Tożsamość młodych Szwedów to obecnie narodowy problem a jednocześnie polityczne pole minowe. Szwedzcy Demokraci deklarują jasno: islam zabija szwedzkość.

Rządu jeszcze nie tworzą, ale są już trzecią co do wielkości partią w parlamencie. Ich główny slogan „mówimy otwarcie to, co myślisz” doskonale trafia do tych wszystkich, którym zbrzydła już polityczna poprawność a tych w Szwecji jest coraz więcej. Przewodniczący Jimmie Akcesson doskonale skapitalizował kryzys migracyjny z 2015 roku: 163.000 emigrantów przelało czarę goryczy u tych, którzy czuli się coraz gorzej we własnym kraju. Jak by nie było 17% populacji Szwecji urodziło się w Syrii, Iranie, Iraku czy Jugosławii. Lwia część to muzułmanie.

Do kolejnych wyborów pozostał rok z haczykiem i nikt nie ma wątpliwości, że rozegra je koronawirus. Akesson politykę unikania lockdownu oficjalnie nazywa „masakrą” starszego pokolenia, wpychając tym samym urzędującego premiera do narożnika, w którym trudno parować ciosy. Skrajna prawica kontroluje 62 mandaty, Socjalni Demokraci 100 i rządzą wyłącznie dzięki chybotliwej koalicji. Wybory mogą z łatwością odwrócić te proporcje tym bardziej, że na Covid 19 umierają w przeważającej większości biali Szwedzi. Uczciwi, prości ludzie, dla których zabrakło pieniędzy, które rząd rozdaje namiętnie niechętnym integracji muzułmanom. Czy do sukcesu prawicy trzeba czegoś więcej?

Socjalistów może uratować w zasadzie tylko cud. Przy frekwencji wyborczej na poziomie 87,8% trudno o spektakularne zwroty akcji: każda z partii ma doskonale spenetrowany elektorat z tą różnicą że imigranci wykazują znacznie mniejsze zainteresowanie wyborami niż Szwedzi.Można ich wprawdzie aktywizować, ale… w tym samym czasie traci się punkty białego centrum a o nie właśnie w przyszłych wyborach będzie się walczyć.

Koniec trasy już się zbliża, ale premier Stefan Lofven może jeszcze skorzystać z doświadczeń kolegów z Europy i… zarządzić lockdown. W Szwecji nie będzie to jednak taka bułka z masłem. W tamtejszej konstytucji żadnych stanów wyjątkowych nie ma: aby zawiesić demokrację trzeba wprowadzić stan wojenny. Jeśli do tego dojdzie, o żadnych wyborach nie będzie mowy.

Powstaje zatem pytanie kto tu jest sprytniejszy: twardy aparatczyk Lofven (1957) czy sprawny politykier Akesson (1979). Ani jeden, ani drugi nie słynie z empatii.

33 komentarze

Algorytm Rekonkwisty

Czyli o tym, że ludzie nienawidzą kłamstw, ale kochają bajki

Choć powstanie tych dwóch organizmów dzielą zaledwie dwa lata, Holenderska Kompania Wschodnioindyjska (VOC) długo lała swoją brytyjską konkurencję. Powyższe nie bez przyczyny: Holendrzy od początku korzystali obficie z dobrodziejstw rynku kapitałowego a kolejne emisje akcji rozchodziły się błyskawicznie dzięki wysokiej rentowności (20%) i sowitej dywidendzie. Przez niemal cały XVII wiek akcje VOC były ozdobą każdego portfela inwestycyjnego a ich odpowiedni pakiet świadczył o pozycji gracza na rynku. Sytuacja uległa zmianie dopiero po „Chwalebnej rewolucji” w 1688 roku. Do Londynu przybył bowiem nie tylko holenderski król (Wilhelm Orański): towarzyszyło mu grono doświadczonych inwestorów:) To za ich sprawą w 1694 roku powołano do życia Bank of England, którego głównym zadaniem stało się upłynnianie obligacji emitowanych przez rząd Jej Królewskiej Mości.

Dzięki tej nowince technologicznej  VOC znalazła się w odwrocie. Insider trading pozwolił Brytyjczykom skopiować metody konkurentki i doszlifować własne: zamiast koncentracji na przyprawach postawili na szeroki rynek, monopolizując handel tekstyliami oraz kawą i herbatą. Co więcej, Londyn postawił na franczyzę: pod ich flagą mógł pływać każdy statek byleby uiścił stosowną opłatę. VOC maksymalizując zyski stawiała na własną armię i własną flotę. W połowie XVIII wieku model brytyjski znokautował holenderski. Na globalnej mapie pozostał już tylko jeden przeciwnik: Francja.

Ale tu poszło całkiem prosto: w czerwcu 1740 r. koronował się w Królewcu Fryderyk II. „Się” – ponieważ dzierżył tytuł, który prostackim manewrem przyznał sobie wcześniej jego ojciec. Rozpoczął rządy jako kolejny „Król w Prusach” ale marzyła mu się korona  „Króla Prus” różnica niby niewielka ale w monarchicznej Europie zasadnicza: dla innych monarchów Fryderyk był zwykłym księciem. Ów ambicjonalny problem prawidłowo rozpoznali brytyjscy kupcy i zaoferowali pomoc. Pruska machina wojenna uzyskała możnego sponsora a sam Fryderyk w 1756 roku, ku uciesze Londynu, rozpętał pierwszą prawdziwą światową wojnę. Precyzyjniej wsparcia udzielił mu William Pitt – podówczas szara eminencja rządu JKM. Co ciekawe, Pitt – największy stronnik Prus, był jednocześnie… wielkim akolitą Kompanii. Jego dziadek, kupiec na Madrasie, zrobił deal życia, sprzedając wielki diament samemu… Filipowi Orańskiemu. Tak, tak, temu samemu, który zafundował Francji Johna Lawa i pierwszy bank emisyjny!

Pitt w geopolityce czuł się jak ryba w wodzie i dlatego właśnie tak gorliwe popierał interesy pruskiego monarchy. Opłaciło się z nawiązką. Konflikt, który kosztował życie ponad miliona mieszkańców globu, złamał handlową pozycję Paryża a Kompania osiągnęła szczyt swojej potęgi. Nie na długo. Koszty wojny trzeba było sobie gdzieś odbić a wiadomo nie od dzisiaj, że najlepiej kogoś wtedy opodatkować. Wprost idealnie nadawali się do tego mieszkańcy 13 amerykańskich kolonii: każda z nich miała ustawowy obowiązek handlu… wyłącznie z Londynem. Wprowadzenie ceł miało szybko podreperować królewski skarbiec. Niestety osiągnięto skutek odwrotny od zamierzonego a podatkowe regulacje rozpoczęły erę przemytu, na którym zbili fortuny przyszli akuszerzy amerykańskiej niepodległości.

Dla Kompanii, która musiała wysyłać herbatę do Londynu a dopiero potem do kolonii, nastały kiepskie czasy. Tak kiepskie, że niebawem utraciła zdolność do wypłacania dywidend rządowi brytyjskiemu. Dzięki ustawie z 1773 roku rząd wymusił powołanie rady dyrektorów, spośród których 3 miał wybierać parlament a 2 – rada akcjonariuszy. W praktyce oznaczało to pierwszy krok do nacjonalizacji. Niemniej Kompania stała się para państwem: dzięki ustawie mogła zawierać pokój i wypowiadać wojnę; wszędzie tam, gdzie władała morzem i lądem w imieniu Jej Królewskiej Mości.

Choć po drodze straciła sporo na amerykańskiej emancypacji straty odrobiła na zalewaniu Chin… narkotykami. Za herbatę i jedwab należało zapłacić, ale zarobek był marny, gdy transakcji dokonywano kruszcami. Opium okazało się doskonałym rozwiązaniem, które gorliwie poparł rząd Jej Królewskiej Mości. Rentowność eksplodowała a Kompania znalazła się u szczytu potęgi. Czy wynikają z tego jakieś głębsze wnioski?

Owszem. Gdyby się tak bliżej zastanowić, da się tu zauważyć spore analogie do Facebooka i… TikToka. Absurdalne porównanie? Przekonajmy się.

Otóż historia obu Kompanii dowodzi, że nowy świat (realny i wirtualny) znacznie łatwiej podbijają firmy niż państwa. Skuteczne opanowanie i kontrola Indii było możliwe tylko dzięki temu, że Brytyjczycy w ogóle nie naruszyli lokalnych struktur władzy. Ba! Zapeklowali je głębiej oferując część wpływów  z efektywnego systemu kontroli podatkowej, na którym opierali swoje ekonomiczne status quo. Mogli tak działać, ponieważ w ogóle nie interesowały ich cele polityczne. Rozwinięte systemy informatyczne doskonale nadają się do sprawowania kontroli i monetyzacji pod warunkiem jednak, że mają formę usług, które namiętnie kochamy. Uzależnienie od social mediów nie działa przecież inaczej niż historyczne uzależnienie Chińczyków od opium: w obu przypadkach chodzi przecież o to, aby rachunek ekonomiczny nie był ekwiwalentny. Czy narkobiznes nie zaniepokoił cesarzy chińskich? Oczywiście! Pchnął ich nawet do dwóch wojen, które… przegrali i ostatecznie poddali swój kraj kontroli przybyszów z Europy.

Upadek Chin to temat wielu książek, ale najlepiej sportretował go Ian Morris w fenomenalnej książce „Dlaczego Zachód rządzi: na razie”. Trywializując tezy autora można stwierdzić, iż wysoko rozwinięte Chiny uległy Zachodowi, ponieważ… przestały się rozwijać. Matematycy zamiast mierzyć się z nowymi problemami, pisali pieśni na temat zagadnień już rozwiązanych i to ku uciesze aparatu państwa, które uznało, iż osiągnęło… doskonałość. Brzmi znajomo? Jak by nie było, żyjemy podobno w najlepszym ze społeczno-politycznych ekosystemów, którego jądro zaczynają coraz śmielej wypełniać płaskoziemcy i antyszczepionkowcy. Tropiciele wszczepionych czipów, którzy dzień po dniu wsiąkają głębiej w cyfrową sieć, powierzając jej bez wahania odciski palców. Uważają, że są wolni, ponieważ pożyteczne apki instalują sobie sami.

O ile „Mindfuck” Christophera Wylie jest tak samo nudny jak podobne wynurzenia Edwarda Snowdena, uwagę zwraca jedno: uruchomienie algorytmów wyborczych poprzedziły dokładne badania terenowe; fizyczny kontakt z człowiekiem, którego następnie skonfrontowano z siłą binarną. Dowodzi to jednak, że populizmowi nie brakowało grzybni. Social media pozwoliły jedynie na stworzenie struktury, za pomocą której można dzielić i rządzić na miarę XXI wieku. Teoretycznie to mało odkrywcze, ale w praktyce to pomnik wystawiony współczesnej demokracji: temperowanie estremizmów pozwoliło uczesać społeczeństwo. Mikro targetowanie skutecznie je sfaszyzowało.

Jeśli wiadomo już, że przy wyborach w USA mogli grzebać Rosjanie, skąd pewność, że podobnych czynności nie podejmują na bieżąco Chińczycy? Podsumowując zeszłoroczny szczyt UE – Chiny, Ursula von der Leyen oświadczyła, że UE pada ofiarą ataków cybernetycznych ze strony Chin a dezinformacja nie będzie tolerowana. Jej odważnej wypowiedzi obecni wirtualnie przywódcy Chin (prezydent Xi Jinping i premier Li Keqiang) nawet nie skomentowali.

Nie musieli. Równolegle toczyli przecież krótką wojnę z USA o ….. TikToka. Przypomnijmy dla porządku, że na żądania Donalda Trumpa ( sprzedaży TikToka amerykańskiej firmie ) oficjalnie utemperowały chińskie władze prostym oświadczeniem: sprzedaż miała godzić w ich bezpieczeństwo narodowe. Trudno zatem dalej sądzić, że TikTok jest faktycznie zwyczajnym przedsięwzięciem prywatnym. O limitach w tej materii przekonał się zresztą ostatnio charyzmatyczny Jack Ma, który zniknął po tym jak władzy nie spodobały się jego śmiałe komentarze. Dla porównania, Waszyngton zdołał wbić Zuckerberga w garnitur i zmusić do kilku odpowiedzi ale dalej się już raczej nie rozpędzi, bo ostatni przymusowy podział wielkiej korporacji wymusił… w 1986 roku. ( AT&T )

1 lipca 2021 Komunistyczna Partia Chin będzie świętować 100-lecie swojego istnienia. Prawdopodobnie nie ma na świecie organizacji lub państwa, które może poszczycić się taką skalą osiągnięć przy jednoczesnym zachowaniu wyłączności w sterowaniu. Jak mawiał Konfucjusz: „kiedy staje się oczywiste, że cele nie mogą zostać osiągnięte, nie dostosowuj celów, dostosuj działania”. Doskonale wie o tym chińska kompartia. Zachodni świat od dawna postępuje dokładnie odwrotnie.

TikTok w rękach Pekinu już jest (albo za chwilę będzie) narzędziem do budowy chińskiej dominacji i zrealizuje dokładnie takie same cele jak Kompania Wschodnioindyjska dla Londynu. Ba! Może pójść dalej, ponieważ Pekin dysponuje nieskończonymi możliwościami kreacji wirtualnego pieniądza a to stwarza możliwości o jakich Facebook nie może nawet marzyć. Od drukowania pieniędzy w USA jest przecież Rezerwa Federalna 🙂 Chiński serwis społecznościowy dość długo stanowił pośmiewisko ale … wszystko się zmienia. Rzut oka na polskiego TikToka dowodzi, że swoich wyborców szukał tu nawet… Jarosław Kaczyński 🙂  Co więcej, nie brakuje tu politycznych deklaracji u twórców, których jedynym profesjonalnym zajęciem są mało wyszukane wygłupy. Ale czy to ważne? Żyjemy w czasach gdzie liczą się tyko lidy, konwersja i zasięgi. Fejsbunio jest dla starych, instagram dla ładnych a TikTok? Być może dla zwykłych, znudzonych normalsów. Ich szeregi rosną i rosnąć będą szczególnie gdy społeczeństwa zachodnie popełnią harakiri wprowadzając dochód permanentny. Ale popełnią je, bo przecież… polityka też opiera się na algorytmowych rekomendacjach.

2020 rok był ważnym punktem w historii. Ten sam wirus, który pozwolił zachować Chinom dwucyfrowy wzrost, rzucił na kolana UE a USA po prostu… znokautował. Coincidence? I don’t think so. Ferdynand II jest już pod murami Grenady.

 

 

10 komentarzy

W imię zasad

Czyli o tym, że nadzieja umiera ostatnia.

Historia Polski obfituje w wydarzenia, które, mimo iż na scenariusze filmów nadają się doskonale, nie mogą się przebić do kanonicznej wersji znanej z podręczników szkolnych. Tymczasem nocny skok Józefa Retingera nadaje się wręcz idealnie na punkt wyjścia do ważnej dyskusji i na pewno zainteresowałby najbardziej rozwydrzonych nastolatków. Nic dziwnego, bo ta historia to w zasadzie gotowy thriller, w którym trup ściele się dość gęsto i co gorsza pośród swoich. Wszystko zaczyna się nocą z 3 na 4 kwietnia 1944: swój pierwszy i ostatni skok na spadochronie oddawał wprawdzie polityk o ustalonej renomie intryganta, ale jego wybitnych koneksji nikt nie śmiał kwestionować. To dzięki nim właśnie leciał do kraju przy wsparciu brytyjskim. Choć eskapadę popierał premier (Mikołajczyk), to ów niebezpieczny pomysł blokował Naczelny Wódz (Sosnkowski). Dlaczego?

Otóż celem misji było zaproszenie do rządu… PPR. Pomysł nie był nowy – rozmowy prowadzono rok wcześniej, ale rozbiły się o fundament ideowy (Katyń). Retinger liczył na momentum: w chwili gdy skakał Stalin negocjował w Moskwie z ekipą Gomułki, ale na skreślenie rządu w Londynie jeszcze się nie zdecydował. Już w Warszawie okazało się, że pomysły Retingera padają na bardzo podatny grunt, ale… nie podobają się wojskowym ani towarzyszowi Gomułce. Ci pierwsi swoją niechęć wyrażali zresztą konkretnie: zamachów było kilka, a emisariusz tylko cudem wyszedł z nich obronną ręką. Jego misję zakończył niemal symboliczny rajd śmierci: major Jerzy Makowiecki (wraz z żoną), kapitan Ludwik Widerszal (żonę oszczędzono; egzekutorzy nabrali wątpliwości) stracili życie wyłącznie dlatego, że zdaniem części środowisk wojskowych (przy czym do dzisiaj nie wiadomo kto faktycznie  wydał wyroki) za bardzo rwali się do porozumienia z Moskwą. Kuli cudem uniknął kapitan Kazimierz Moczarski (autor „Rozmów z katem”) i można by przyjąć, że celem likwidatorów byli wyłącznie działacze Stronnictwa Demokratycznego, gdyby nie to, że zamachnięto się również na samego dowódcę Biura Informacji i Propagandy AK, czyli pułkownika Jana Rzepeckiego. Czerwiec 1944 był gorący. Po tych zabójstwach chętnych do porozumienia z Moskwą wyraźnie ubyło.

Czy taka wciągająca historia nie powinna być tłem do rozważań na temat zasadności Powstania w Warszawie? Jakie i o ile lepsze warunki rozmów mogło zapewnić przyjęcie Rosjan w roli gospodarzy skoro nie podjęto wcześniej żadnych politycznych porozumień? Ba, znano efekty operacji „Ostra brama”, gdzie mimo wspólnego ataku, Sowieci aresztowali żołnierzy AK zaraz po zdobyciu miasta. O kalkulacjach zwolenników Powstania napisano już niejedno, ale w tej chwili ważniejsze jest coś innego: za prawicową wizję Polski dało gardło ponad 200 tysięcy mieszkańców Warszawy. To znacznie więcej niż oszacowana przez Tomasza Łabuszewskiego, a nigdy nie zweryfikowana, liczba 50 tysięcy ofiar zbrodni komunistycznych. Pojawia się zatem proste pytanie: czy nawet gdyby i tak miało do nich dojść, warto było rzucić na stos tak wielu niewinnych?

Z perspektywy Boga, Honoru i Ojczyzny ów rachunek jest oczywisty; podobnie jak piewcom tej wersji podejścia do polskiej racji stanu oczywisty wydaje się zwrot, po którym Polska – sojusznik Hitlera (wspólny rozbiór Czechosłowacji X 1938), zaledwie 4 miesiące późnej radykalnie opiera się dalszej współpracy przy ataku na ZSRR, który… był przecież naszym głównym wrogiem przez 18 lat niepodległości! Oczywiście natychmiast odezwą się głosy, że niezwłocznie po pokonaniu Rosji przyszłaby kolej na polsko-niemieckie rewindykacje graniczne. Być może, ale się o tym nie przekonamy. Wiadomo za to, że ZSRR był niezwykle litościwy dla swoich wrogów: jak by nie było w gronie krajów Demokracji Ludowej tylko i wyłącznie Polska była przeciwnikiem Hitlera w II Wojnie Światowej. O powyższym zadecydowały geopolityczne kalkulacje. Nigdzie nie jest powiedziane, że Hitler w roli zwycięzcy pozwalałby sobie na pruskie małostkowości.

Czemu jednak służy ten przydługi wywód? Otóż cudem ocalały Józef Retinger był po wojnie jednym z animatorów projektu Unii Europejskiej a do historii przejdzie na zawsze jako założyciel Grupy Bilderberg – organizacji, która od dziesięcioleci realizuje politykę z dala od oczu opinii publicznej. Dla przeciwników to dowód na to, iż realna siła sprawcza to nie parlamenty, ale rozmaite grupy wpływu – czyli amorficzny mariaż polityki i pieniądza. Nasuwa się jednak proste pytanie: czy to aby faktycznie coś nowego? Jest przecież dokładnie odwrotnie: polityka realizowana w imieniu ludu to mit, który szerzej upowszechniła się dopiero po roku 1918 roku:). Choć to zaiste zgrabna koncepcja, trudno założyć, że zbiorowa wola kolejarzy, drukarzy, nauczycielek i lekarzy jest w czymkolwiek lepsza od tego, co uknuje sobie taka czy inna międzynarodowa sitwa. Dzieje się tak dlatego, że ową zbiorową wolę zawsze formuje się sloganami a te z rozsądkiem mają zazwyczaj tyle wspólnego ile mądrość z mądrością ludową. Polska jest tu zresztą najlepszym przykładem a szczególnie teraz, gdy w przestrzeni publicznej pojawił się POLEXIT. Obie strony politycznej scysji uciekły się do mocno naciąganych argumentów, bo prawda jest po prostu obustronnie niewygodna. Czemu?

Bo dalsza obecność w UE to głębsza integracja – o czym można sobie poczytać na stronach samej UE. Przyjęcie EURO to nie opcja, tylko obowiązek zapisany w traktacie z 2004 roku i niebawem może się okazać, że musimy je przyjąć nawet jeśli nie chcemy. Wszystko to razem z niepodległością wiele wspólnego nie ma, ale projekt UE to w ujęciu docelowym projekt Stanów Zjednoczonych Europy, więc w dalekiej przyszłości możemy liczyć na taką suwerenność jak Kalifornia czy Teksas. Idąc dalej trzeba by przypomnieć, że od 2025 roku Polska będzie już najprawdopodobniej płatnikiem netto, więc wywody ile jeszcze dostanie, mają znacznie drugorzędne. Zwolennicy obecności w UE powinni umieć się z tymi faktami zmierzyć i swoim zwolennikom być w stanie powiedzieć jasno: dostaliśmy, aby osiągnąć sukces; ale mając go, będziemy musieli się podzielić. Niby to oczywiste ale nad Wisłą….. bardzo niewygodne politycznie.

Krytykom jest znacznie prościej. Przykład pierwszy z brzegu: utrata własnej waluty to utrata najważniejszej sprężyny gospodarczej niepodległego kraju, głównego  instrumentu makro stymulacji. Czyż nie będzie to dla  PIS fundament przyszłej kampanii wyborczej? Chcesz złotówek w portfelu czy Euro? Chcesz tkwić w eurosojuzie skoro to my będziemy płacic im a nie oni nam? Jak wiadomo, solidarni jesteśmy na papierze więc wyniki takiej polityki iformacyjnej mogą się okazać zaskakujące….

Tymczasem w historycznych momentach zwrotnych powinno się liczyć coś więcej niż tylko wyborcza kalkulacja. W 1939 Beck zbierał punkty pod wybory prezydenckie, które miały się odbyć wiosną 1940 i postawił na wojnę z Niemcami. W 1944 Sosnkowski i Raczkiewicz woleli obronę honoru niż współpracę z mordercami polskich oficerów w Katyniu. W 1989 udało się uniknąć daniny krwi, ale warto pamiętać, że dla Kornela Morawieckiego był to zawsze naczelny grzech III RP: konszachty z „czerwonymi” przy okrągłym stole.

W 2023 będziemy najpewniej decydować czy wolimy być stanem w Unii Europejskiej czy też samodzielnym państwem zakleszczonym między wschodem i zachodem. Osobiscie uważam, że lepiej być choćby trzonkiem młota niż najlepszą politurą na kowadele. Ale też może się okazać, iż większość będzie uwazać, że lepiej nie płacić rachunków, trzasnąć drzwiami i wyjść.

Prosto w czułe objęcia Moskwy.

 

25 komentarzy

MORD RYTUALNY

Czyi o tym, że inwestycja w przyszłość czasem popłaca.

EMPIK o którym ponownie stało się głośno za sprawą ataku rycerzy patriotów, za czasów ancien regime’u był szacownym klubem Międzynarodowej Książki i Prasy czyli elitarną placówką którą godzinami okupowali czytelnicy złaknieni wieści ze światka. W drugiej połowie lat 80tych cenzura litościwie podchodziła do udostępnianych tam treści lub po prostu, szatkować, „Le Monde”,”Spiegla”, „Newsweeka” czy „Time” jej się po prostu nie chciało. Czytelników władających językami obcymi było wówczas niewielu, przeważali panowie w sile wieku a na młodzież patrzono podejrzliwe lub przynajmniej z dystansem. Najdziwniejszy w Warszawie EMPIK zlokalizowano w budynku TPPR ( Towarzystwo Przyjaźni Polsko Radzieckiej ) czyli tam gdzie większość ówczesnej młodzieży zaliczała obowiązkowy kontakt z kinem w trój wymiarze katując przy okazji zestaw obowiązkowy jaki stanowił tandem „Zabawy zwierząt” i „Parada atrakcji”. Oba stworzone w ramach nachalnej propagandy osiągały zazwyczaj cele odwrotne od zamierzonych choć bydynek w którym je prezentowano robił niezłe wrażenie. Mimo architektury typowej dla urzędniczej Moskwy prezentował się dobrze i w siermiężnej Warszawie ery późnego Jaruzela całkiem nowocześnie. Młodzieży starszej do której się podówczas zaliczałem niezwykle przypadała do gustu restauracja „Kalinka” gdzie oferowano nie tylko podejrzanie tanie a smaczne pielemienie ale również gruzińskie wino i to  bez nachalnego dopytywania się o dowody osobiste. Wielkim walorem lokalu były boksy w których elegancko ukryto poszczególne stoliki zapewniając gościom sporą dawkę intymności. Pośród bywalców największym wzięciem cieszyły się te które ulokowano vis a vis przeszklonej ściany z widokiem na Park Saski. Dyskrecja połączona z atrakcyjnym widokiem zachęcała do dłuższych biesiad a te z uwagi na okoliczności często przybierały formę dyskusji na niezwykle interesujące a czasem drażliwe tematy. Pikanterii gorącym politycznym dysputom dodawały rosyjskie stroje ludowe kelnerek i kelnerów a rozpalone głowy studziła kultowa woda Borżomi notabene dostępną podówczas wyłącznie w tej lokalizacji.

 

Nieliczną z natury grupę młodzieży nowofalowej uzupełniała progenitura dyplomatów pośród której największą sztywnością odznaczali się towarzysze czechosłowaccy, zazwyczaj spięci i niechętni do integracji. Na ich tle niezwykle wyróżniał się Tomo, który nie tylko świetnie mówił po polsku ale nad wyraz chętnie toczył polityczne spory dowodząc przy każdej okazji, że Polska przedwojenna była krajem faszystowskim i wspólnie z Niemcami dokonała rozbioru Czechosłowacji. Anno domini 1987 była to spora nowość która u niektórych rozmówców wywoływała niemałą konsternację. Toczyliśmy zatem zażarte dyskusje tym bardziej, że temat „z pozoru” był podówczas zgodny z oficjalną linią partii. Mimo to sporów polsko czechosłowackich nie eksponowano tym bardziej, że za Olzą uprawiano intensywną czechizację której  PRL bynajmniej nie przeszkadzała. Tomo pochodząc z mieszanej rodziny z Trzyńca miał tu jednak swoje zdanie i niemały kryzys tożsamościowy ujawniany zawsze wtedy gdy spożyliśmy zbyt dużo wina:). Dzięki tym rozmowom pierwszy raz zapragnąłem się dowiedzieć więcej na temat  Tomasza Masaryka a w konsekwencji trafiłem do najdziwniejszej lub przynajmniej jednej z najdziwniejszych czytelni w ówczesnej Warszawie! Mieściła się w budynku Ambasady USA, i wchodziło się tam wejściem od ulicy Pięknej dokładnie tym samym którym jeszcze niedawno udawano się na spotkania wizowe. Najciekawsze przy tym było to, że jej istnienia nie zwiastował żaden szyld a wejście do środka było interesującą przeprawą. Spragnieni lektury musieli najpierw znaleźć się na śluzie i tam wytłumaczyć cel swojej wizyty posługując się przy tym rzecz jasna językiem angielskim. Gdy pierwszy raz naciskałem guzik przy grodzeniu serce waliło mi młotem i byłem bardziej niż pewien, że kolega Tomo mnie wkręca tym bardziej, że mieliśmy się wybrać tam razem. Głupio było się wycofać, ryzyko było w sumie niewielkie ale  „I want to go to library” do weneckiego lustra wydukałem z dużym trudem. Dalej było już prościej, choć wewnętrzna recepcja prowadzona przez żołnierza Marines w polowym mundurze zrobiła na mnie niemałe wrażenie.  Generalnie wszystko było jak na filmie: w środku Warszawy a jakby zupełnie gdzie indziej:)

I w tych to nietypowych okolicznościach przyrody przekopywałem się przez zasoby katalogu „Eastern Europe: 1914 – 1945” gdzie osobliwie sporo miejsca poświecono Masarykowi i Czechosłowacji. Uderzające w tej lekturze było jednak to, jak dobrą prasę miał „taticzek” podczas gdy powstaniu niepodległej Polski towarzyszyły znacznie chłodniejsze a często wrogie relacje. Powyższe wiązałem podówczas z faktem, iż Masaryk ( żonaty z amerykanką ) doskonale władał językiem angielskim a większość pierwszej wojny światowej spędził budując relacje w Londynie.  O tym jak było naprawdę dowiedziałem się całkiem niedawno, za sprawą książki Janusza Gruchały.

Aby zrozumieć jak Masaryk zdołał zauroczyć prezydenta Wilsona należy cofnąć się w czasie do 29 marca 1899 roku. Owego feralnego dnia, Aneczka Hruzowa szwaczka z Polnej nie dotarła na noc do domu a  kilka dni później, jej zmasakrowane ciało znaleziono w lesie nieopodal miasta. Zbójca działał z niezwykłą brutalnością, ofiara miała 19 lat, była katoliczką a na dodatek pozbawiono ją życia w Wielką Sobotę. Domniemanego sprawdzę szybko ujęto. Okazał się nim lokalny włóczęga, Żyd, Leopold Hilsner. Sprawa błyskawicznie zelektryzowała całe Austro – Węgry. Zapachniało linczem.

Głośnym procesem zainteresował się Masaryk,  (zdaniem badaczy) szczerze przejęty rozmiarami antysemickiej ruchawki. Było to podówczas spore ryzyko. Ambitnemu profesorowi nie brakowało przeciwników i to nie tylko w rządzie ale również we własnych szeregach partyjnych. Brawurową obroną Hilsnera, narobił sobie kłopotów ale zaskarbił wielką sympatię środowisk żydowskich które w Austro Węgrzech nie narzekały na nadmiar akolitów. Pojawiwszy się w Waszyngtonie 9 maja 1918 roku mógł zatem liczyć nie tylko na swój angielski i efekty kilkuletniej pracy w Londynie ale również doskonałe koneksje których emanacją byli Adoplh Sabath i Louis Brandeis, członkowie Kongresu a jednocześnie jedni z najbardziej wpływowych doradców prezydenta Wilsona. Przy okazji z pochodzenia czescy Żydzi. Podobnych im aliantów musiało być znacznie więcej, bo jak sam wyjaśniał  w rozmowie z   Karelem Capkiem:

„Proces Hilsnera sprzedałem dopiero w czasie wojny. Wszędzie w krajach Ententy Żydzi posiadali wielki wpływ na gazety, gdzie tylko przyszedłem, pisano o nas dobrze lub przynajmniej nie szkodzono nam. Nie wiecie nawet co to dla nas oznaczało”

O skali poparcia świadczy błyskawiczna zmiana amerykańskiej orientacji. Choć jeszcze w kwietniu 1918 Wilson mówił o autonomii dla narodów zamieszkujących monarchię Habsburgów to po ostatnim spotkaniu z Masarykiem ( 28 czerwca 1918 ) opowiedział się już jasno za niepodległością Czechosłowacji. Dzień później jego deklarację poparły Paryż i Londyn.

Powyższe było błyskotliwym osiągnięciem popartym relacjami a nie daniną krwi na frontach wielkiej wojny. W tym samym czasie, wskrzeszenie Polski wcale nie wydawało się pewne a jej głównym animatorem po stronie Ententy był Ignacy Paderewski i Roman Dmowski obaj bez jakiejkolwiek „rządowej” legitymacji. Przy okazji warto wspomnieć, że Dmowski i Masaryk dyskutowali swego czasu wariant federacji ale dość szybko okazało się, że polski polityk nie ma właściwego umocowania aby faktycznie forsować taki nietypowy alians. Tandem Masaryk Benesz dzięki dyplomatycznej sprawności i relacjom wyrąbali sobie państwo dokładnie takie jak chcieli. Polska zmaterializowała się wyłącznie dzięki temu, że Roman Dmowski wzniósł się ponad nasze narodowe przywary i podał rękę Józefowi Piłsudskiemu którego w Paryżu traktowano jak niemiecką agenturę. Bez porozumienia tych dwu ludzi którego naturę łatwo zrozumieć czytając słynny list Piłsudskiego ( „Szanowny Panie Romanie” ) armia Hallera nigdy nie dotarła by do Polski, Lwów byłby ukraiński a Śląsk Czeski nie wspominając już o tym jaki los stałby się udziałem Poznania. Niedobory dyplomacji pozwoliło nadrobić porozumienie ludzi których poza marzeniem o niepodległej Polsce dzieliło wszystko: polityczne wizje i osobiste animozje.

Dzisiaj gdy otwarcie używa się określenia „Polexit” warto zdać sobie wreszcie sprawę, że chodzi tu o kwestie znacznie ważniejsze niż kolejna kampania wyborcza. Dyplomatyczne harakiri zaszkodzi nam wszystkim bez względu na to kto będzie prędzej czy później rządził w Warszawie. Jeśli się tego procesu nie zatrzyma, nawoływanie do exitu stanie się głównym hasłem kampanii wyborczej 2023. O rezultat referendum dzisiaj jestem umiarkowanie spokojny. Dwa lata urabiania opinii publicznej może jednak zrobić swoje. A wtedy referendum exitowe w maju 2023 może zmienić się w emocjonalne starcie znacznie gorętsze niż tegoroczne wybory prezydenckie.

A wtedy znajdziemy się na krawędzi realnej konfrontacji.

8 komentarzy

LIMES INFERIOR

Czyli o tym, że nadciąga cyfrowy feudalizm.

Choć od debiutu genialnej książki Janusza Zajdla upłynęło zaledwie 40 lat, jej główne tezy wpisane pierwotnie w odległą przyszłość, choć nie zmaterializowały się we współczesnym społeczeństwie, to można w zasadzie założyć, że stanie się to w najbliższej przyszłości. Warto przy okazji zauważyć, że totalitarny świat, który nad wyraz często portretowali twórcy SF, w większości przypadków był efektem naturalnej ewolucji a nie rewolucji lub wojny. Nieco trywializując można by zauważyć, że demokracja tym łacniej mutuje w dyktaturę, im gorliwiej zabiega o zdrowie i życie ludzkie. Wszelkie analogie do obecnej pandemii mogą być rzecz jasna przypadkowe, ale…. kuszą.

Jakkolwiek na to patrzeć grawitacja Republiki rzymskiej w kierunku monarchii miała te same auspicje; zresztą analogii można by znaleźć nieco więcej a ciekawego materiału do snucia porównań dostarczyli Eric Posner i Glenn Weyl. Ich książka „Radykalne rynki” zawiera szereg kontrowersyjnych propozycji, choć niektóre z nich nie są bynajmniej nowe. Autorzy postulują „retencję głosów”, czyli możliwość akumulacji praw wyborczych po to, aby użyć ich punktowo w głosowaniu, które uważamy dla siebie za najważniejsze. W uproszczeniu: rezygnując z prawa do wyboru posła, senatora lub prezydenta uzyskujemy trzy ekstra głosy, których możemy użyć np. w referendum lub kolejnym procesie wyborczym. Gdyby ten system już działał, każdy kto powstrzymałby się od oddania dwóch głosów w ostatnich wyborach prezydenckich, mógłby oddać trzy… w trakcie kolejnych wyborów parlamentarnych. Ba! Mógłby sobie poczekać i nabić konto dzięki powstrzymywaniu się od głosu i finalnie mieć ich kilkanaście. Pomysł jak pomysł tyle, że tym pięknym opakowaniu kryje się proceder dość stary i nawet częściowo skodyfikowany… w Imperium Romanum. Jako że prawa wyborcze posiadali wyłącznie obywatele miasta Rzym, dość prędko okazało się, że są pośród nich równi i równiejsi, a co za tym idzie biedni i bogatsi. Skutki były oczywiste i mimo rozmaitych zabiegów handel prawem wyborczym kwitł w najlepsze, tym bardziej, że był społecznie akceptowany. Retencja prawa do głosu to nic innego jak budowa wyborczego kapitału, który (w społeczeństwie głosującym cyfrowo) błyskawicznie stałby się przedmiotem dyskonta i wyceny rynkowej. Że to nielegalne? Cóż, w nowych realiach pojawiłby się na pewno jakiś Sneer, który zamieniłby nabite wyborcze konto na ekwiwalentne korzyści ekonomiczne. Oczywiście za drobną prowizją.

Autorzy nowatorskich koncepcji mają ich pod dostatkiem, wpisując się zresztą doskonale w modny ostatnio „internet of things”. Wedle ich koncepcji nasze aktywo jest w naszym władaniu tak długo, jak długo wyceniamy je wyżej niż… inni na nie chętni. Wyceniamy jak? Poprzez dobrowolnie deklarowane podatki, które nie są wtedy niczym innym jak odwrotnym yeldem. Owa błyskotliwa koncepcja ma jednak pewne luki i tu ponowie warto odwołać się do starożytności: drobni rolnicy, by utrzymać swoje pola (płacili podatek w parciu o zbiory), musieli je wcześniej obsiać. Aby to uczynić musieli, zakupić odpowiednią ilość ziarna i tu pojawiał się problem. Przy słabych zbiorach nie było ich na nie stać. Komasujących grunty agrariuszy – i owszem. W efekcie wolni obywatele zamieniali się w najemnych pracowników a pechowcy w niewolników agrarnej oligarchii. Taki proces dopuszczają zresztą sami autorzy, posługując się przykładami deweloperskich inwestycji borykających się z abstrakcyjnymi wycenami oczekiwanymi przez krnąbrnych właścicieli działek. Jan Kowalski, wyceniający dom poprzez kapitalizację dobrowolnego podatku, niemal zawsze polegnie w starciu z zainteresowanym owym domem wielkim kapitałem. W efekcie większość propozycji zawartych w „Radykalnych rynkach” to w istocie zgrabnie opakowane masowe wywłaszczenie tych, co jeszcze mają przez tych, którzy mają od nich więcej.

Huxley, Strugaccy, Dick, Zajdel nie wróżą cywilizacji zbyt dobrze a osiągniecia takich ludzi jak Posner i Weyl dowodzą, że mają świętą rację. Co ciekawe dla autorów bestsellera wzorem do naśladowania jest historia powstania USA, czyli struktury społeczno-politycznej, w której kilku niechętnych sobie facetów stworzyło sztuczny, ale efektywny model państwa. Efektywny – ponieważ od zarania wykluczał realną demokrację, a najpoważniejszy kryzys wewnętrzny (secesję Południa) przełamał za pomocą brutalnej wojny. Autorzy nie wyjaśniają jednak jak to możliwe, że to właśnie w USA doszło do rzezi i to w wykonaniu żołnierzy, którzy niekoniecznie uważali się za Amerykanów. Wojny wypowiedzianej wyłącznie z powodów ekonomicznych, choć pięknie udrapowanej w misję uwolnienia czarnych. Tych samych czarnych, którzy do dziś czują się obywatelami drugiej kategorii a jeszcze w latach 60-tych XX wieku (czyli 100 lat po tej wojnie) byli nimi de jure.

Chcąc brutalnie strywializować „Radykalne rynki”, można by rzec, że po raz kolejny, miłujący wolność zachód zrodził ideę, która z wolnością ma tyle samo wspólnego co mądrość… z mądrością ludową. Dlatego nawet, gdy „uwalniają” jednostkę tyranizowaną przez operatorów big data, dając jej prawo do dochodów za własne dane, jednocześnie nakładają na nią szereg istotnych obowiązków. Otóż owej opłaty za własne dane możemy się spodziewać wyłącznie wtedy, gdy tworzymy wartość (opisując zdjęcia, komentując merytorycznie, oznaczając, itp.), a to w sensie praktycznym już niemal egzystencjalny obowiązek. Prekariat jutra nie będzie pracował w biurach i fabrykach, może się przecież składać z „biologicznych” optymalizatorów algorytmów. To właśnie takich obywateli Argolandu, Janusz Zajdel wynagradza czerwonymi punktami, za które można kupić tylko wtoroj sort konsumpcyjnych produktów i dowodzi przy okazji jak złudne jest przekonanie, że na segregacji intelektualnej da się wybudować zdrową wspólnotę.

Skąd jednak te wszystkie futurystyczne pomysły? Wprawdzie dzięki technologicznym innowacjom, ropy i gazu nieprędko nam zabraknie, ale znacznie poważniejszym problemem może się okazać… brak wody. Wedle danych https://www.worldometers.info/pl/ populacja zamieszkująca Ziemię liczy sobie 7,8 miliarda. Zaledwie 20 lat temu była 2 miliardy mniejsza a w 1973 roku dobijała zaledwie do 4 miliardów. To zaiste imponujący przyrost, choć w społeczeństwach sytych zapewniony nie przez wysoką dzietność, tylko imponujące wydłużenie życia. Jakkolwiek na to jednak patrzeć, geometryczny wzrost populacji musi martwić i doprawdy trudno się dziwić dlaczego wszelkie doniesienia o ewentualnych zamiarach depopulacyjnych traktowane są jako teorie spiskowe. Tymczasem chińska polityka jednego dziecka pozostaje znanym demograficzno-politycznym faktem, choć badacze spierają się dzisiaj o sens tego przedsięwzięcia. Warto jednak pamiętać, że bez niego populacja chińska byłaby o 200 do 300 milionów większa. To niemało, zwłaszcza, że UE zamieszkuje dzisiaj 446 milionów obywateli. Owa nadwyżka, gdyby tylko tu dotarła, nakryłaby nas czapkami.

Ale Posner i Weyl mają propozycję również w obszarze imigracji. Otóż każdy obywatel sytego kraju miałby prawo osobiście zaimportować jednego emigranta i przez ściśle określony czas czerpać profity z jego pracy. No cóż… Południe USA wyrosło na niewolnictwie, zatem być może dlatego stanowiące tegoż pierwszą pochodną, mogą się zrodzić w głowie tamtejszych naukowców. Tymczasem nie ma najmniejszych wątpliwości jakimi patologiami mógłby obrosnąć taki proceder, zwłaszcza, że taki emigrant miałby siłą rzeczy ograniczoną zdolność do czynności prawnych. Zamysł, który ma pokonać niechęć sytych społeczeństw do przybyszy, stanowi w praktyce parszywą moralnie próbę przekupstwa społeczeństwa, które w zamian za nowy strumień dochodów zaakceptuje migrację o dużej skali.

Russeau mawiał: gdyby nie było Boga, należałoby go wymyślić. Developerzy najnowocześniejszych aplikacji (oferowanych, rzecz jasna, jako SaaS) lubią cynicznie stwierdzać, że gdyby nie było wirusa, trzeba by go stworzyć. Tym samym nie ma znaczenia czy obecna pandemia jest przypadkowa, czy wywołana sztucznie: służy przyspieszeniu wprowadzenia nowego modelu państwa, w którym historyczne przywileje obywatelskie zostaną mocno naruszone. Te naruszone być muszą, ponieważ jakości życia dla mas nie da się obronić z oczywistych powodów ekonomicznych. Ponieważ jednak wszelkie plany ograniczenia populacji stanowią niezwykle wrażliwy obszar polityczny, muszą być utrzymywane w sekrecie, ponieważ w przeciwnym wypadku nie mogły by być zaplanowane a następnie wprowadzone w życie. Oczywiście można łatwo przyjąć, że takie myślenie to rodzaj psychozy, ale warto przy okazji zadać pytanie: czy aby planowanie nie jest jednym z podstawowych elementów współczesnej cywilizacji? Czy UE nie oddaje się mu z dziką namiętnością wszędzie tam, gdzie uznaje to za stosowne? Odpowiedzi na te pytania są oczywiste. Wypada zatem stwierdzić, iż przyjęcie do wiadomości faktu, iż ktoś gdzieś szlifuje zaawansowaną inżynierię społeczną jest trudne do zaakceptowania wyłącznie z powodu zasad  moralnych.

Te przez stulecia kształtowała wrażliwość chrześcijańska i wiara w Boga. Choć brzmi to fatalnie, za cywilizacyjny postęp nie byli odpowiedzialni wyznawcy Allacha czy Buddy i nie ma nawet  znaczenia to, że niektórzy z niosący zmianę z Chrystusem na ustach byli dewiantami na miarę Cortesa. Główne prawdy wiary przez stulecia wytyczały chybotliwej naturze ludzkiej ramy postępowania, choć osobliwe jest to, że świat przyspieszał; tym bardziej, im bardziej historyczne ograniczenia się utleniały. Z owym zjawiskiem usiłował sobie poradzić Emmanuel Mounier a jego „Chrześcijaństwo i pojęcie postępu” to książka, którą powinien sobie przyswoić każdy, kto z wypiekami na twarzy przebrnął przez „Mieć czy być” i „Ecce homo”. Zanik wiary w Boga skutecznie katalizowany przez perfidię i nikczemność kościoła, to warunek konieczny dla ostatecznej społecznej przemiany. Jej fundamentem najwyraźniej musi się stać nowy stosunek dominacji człowieka nad człowiekiem, którego na bazie wygasającej idei chrześcijańskiej po prostu nie da się uzasadnić.

 

4 komentarze

TRANSGRESJA

Czyli o tym, że „Człowiek z żelaza” ….. padł.

W kraju wre, ale uliczny bulgot nie doczekał się, jak na razie, żadnej uwertury politycznej. Nic dziwnego: towarzyszka Lempart dała po łapach neoficie Hołowni i to w sposób, który dał do myślenia ewentualnym naśladowcom. A chętnych by nie brakowało:) Do pojedynku na złe emocje i inwektywy (jak błyskotliwe zdiagnozował współczesną walkę polityczną Leszek Jażdżewski) gotowe są całe zastępy surferów przekonanych o swej misyjnej roli w historii Polski. Całopalenie Hołowni skutecznie schłodziło polityczną dulszczyznę, która w rewanżu zatrzęsła się z oburzenia nad wulgaryzmem haseł i wiekiem demonstrantów.

Well… być może wszyscy z Jarosławem Kaczyńskim i Donaldem Tuskiem na czele pojęli, że hasło „Wypierdalać” dotyczy solidarnie całego politycznego geriatrium. Choć powyższa konkluzja może nieco dziwić, warto zacytować Jażdżewskiego raz jeszcze: „Kościół Katolicki w Polsce obciążony niewyjaśnionymi skandalami pedofilskimi, opętany walką o pieniądze i o wpływy stracił moralny mandat do tego, aby sprawować funkcję sumienia narodu.” Owe bez wątpienia słuszne słowa poprzedziły majowy wykład Donalda Tuska a przy okazji wywołały potężny skandal. Grzegorz Schetyna cudem opanował kryzys w relacjach z episkopatem z którym interesy miała od zawsze  Platforma. Cóż, Kościół od lat ma swoje miejsce w polityce, tyle, że nigdy jeszcze swych praw nie egzekwował tak ostentacyjnie.

I być może właśnie dlatego tak długo oczekiwany masowy udział młodzieży większości polityków wcale nie cieszy a niektórych wręcz martwi. Okazuje się bowiem, że na ulice miast wyszedł elektorat, który domaga się tego, czego oficjalna polityka nie ma i nie zamierza mieć w swojej ofercie. Nie ma, ponieważ nie może grać swojej gry bez pomocy Kościoła, na który zamachnęły się właśnie ruchy uliczne. I w tym kontekście jest to zaiste rewolucja nawet jeśli nie brak księży, którzy żądanie, aby wypierdalali ze szkoły skwitowali rubasznym śmiechem. Czarni w roli symbolu opresji sprawdzą się doskonale a dowodów dostarcza historia i to najnowsza napisana przez obywateli Republiki Irlandii.

Jeśli spojrzeć na rzecz statystycznie, okaże się, że współczesny młody wyborca urodził się w roku 2000 lub nawet później. Za Platformy opuścił gimnazjum, za PIS rozpoczął pracę lub trafił na studia. To pierwsze pokolenie ludzi w całości uformowanych przez social media, dla których książka, gazeta, telewizja czy teatr to relikty z poprzedniej epoki. Mało kto dostrzega fakt, iż symboliczny model „Człowieka z żelaza” pokrywa bardzo długi okres społecznej wrażliwości. Symbol zrodzony w sierpniu 1980 na bazie fermentu „Człowieka z marmuru” trwał sobie w najlepsze aż do końca lat 90tych. Przez niemal dwadzieścia lat panowało jednolite odczuwanie oparte o wspólne i znane symbole takie jak stan wojenny, etos opozycji, zachód i nadzieje z nim związane. Co więcej, szczupłość kanałów komunikacji wywoływała naturalną reglamentację i narrację treści, a model ten przetrwał zmianę systemu! Pluralizm od zawsze obecny na sztandarach jakoś nie mógł się rozgościć ani w „Tysolu”, ani „Nie”, ani w „Tygodniku Powszechnym”. Pod każdą flagą w sposób naturalny hodowano poglądy zgodne z linią partii lub polityką wydawcy. Ów dobrze utrzymany monopol, w błyskotliwym blitzkiregu został rozgromiony  przez social media.

Na ulice polskich miast wyszedł dziś „Człowiek z Internetu” – konstrukcja, której nie zna koncesjonowana polityka, ponieważ nasz protestujący żył obok niej lub (precyzyjniej) żył do niej równolegle. Pokolenie urodzonych po roku 2000 wychowało się z komputerem a dorosło ze smartfonem. Nawykło do samodzielnego wyboru treści, niezwiązanych z flagą czy porami emisji. Wytworzyło wspólny etos, który ma się nijak do nadętych a nadal obowiązujących politycznych manifestów. Czy nam się to podoba czy nie „Człowiek z Internetu” chce dwóch rzeczy: maksymalnej swobody i dużej ilości pieniędzy.

Ktoś zauważy: „Nic nowego”, ale będzie w błędzie. Dla starozakonnych sukces finansowy był jednym z celów na mapie życiowych dążeń. W zależności od środowiska drapowały go poważniejsze i mniej poważne imponderabilia; dzisiaj żądza kasy jest naga i nie uważa nawet, że powinna się ukryć za zasłoną dulszczyzny. Dzieje się tak głównie dlatego, że symbolem sukcesu dla młodych ludzi nie jest już bankier, prawnik czy lekarz ale… youtuber. Na przykład Lord Kruszwil:)

Idę o zakład, że gross współczesnych polityków nie ma pojęcia kim są ludzie oglądani codziennie przez miliony młodych wyborców. Zafascynowanych ludźmi, którzy tworząc „dla beki” doszli często do imponujących pieniędzy. Wprawdzie tygodnik Forbes w swoim zestawieniu najdroższych gwiazd Youtube nie wymienia Karola Gązwy, który jako Blowek (https://www.youtube.com/channel/UC-BRUJOtblqGrftY6oRcOZw ) zdobył już niemal 5 milionów subów, ale na pierwszych miejscach nie umieszcza również Wardęgi, ReZigiusza czy Asbstry.

Przyczyna jest prosta: zdaniem analityków rynku reklamy „5 sposobów na”, „Mówiąc inaczej” i „Macademian Girl” mają znacznie mniejsze zasięgi, ale o wiele efektywniej zgarniają marketingowe budżety. Przyczyna? Cóż, są skoncentrowane na kasie w efekcie bardziej politycznie poprawne. Nie znaczy to oczywiście, że tacy dżentelmeni jak Marek Kruszel (Lord Kruszwil) czy jego dawny ziomal a dzisiaj posiadacz własnego kanału Łukasz Wawrzyniak (Kamerzysta) nie lubią przytulić grubszej gotówki. Wiedzą jednak doskonale, że ich elektorat jest kapryśny a największe zasięgi generuje wszystko to, co jest politycznie niepoprawne. Ba! Wulgarne, obleśne i przaśne czasem tak bardzo, że Kruszel dorobił się prokuratury i bana na tubie, który zdruzgotał jego finanse. Ale nie należy się o niego martwić. Na nowym kanale ma już ponad 200k subów i optymistycznie patrzy w przyszłość tym bardziej, że kaska znowu płynie. Bo źródłem pieniędzy są nie tylko kontrakty z firmami. Większość gwiazd oferuje własną modę, a duże zasięgi pozwalają jeszcze zarabiać na wyświetleniach reklam. Niemało da się również wyciągnąć od oglądającej gawiedzi. Gwiazdy tuby zachęcają widzów do datków i nie gardzą kwotami po kilka lub kilkanaście złotych szczególnie, gdy…. mnożą je przez setki tysięcy subów. Miesięcznie:)

Umysłami młodych zawładnął nowy mit: dzięki dostępowi do sieci, którego nie wypuszczają z ręki mogą śnić swoje sny o potędze, o wolności i kasie; i życiu, jakiego starzy mogliby im tylko pozazdrościć. Dzięki technologii nawet dzieci stały się ekonomicznie dorosłe ale jednocześnie wcześnie zafundowały sobie frustrację. Bo niby w ręku ma się dostęp do wolności ale droga wiedzie przez zjadliwe komentarze, hejt i mozół kreatywno twórczy który często zastępuje się zwyczajnym szokowaniem. Na dodatek, to wymarzone swobodne życie jest często marketingowym produktem i nie ma wiele wspólnego z realiami. Nie jest łatwo marzyć w świecie gdzie strach wrzucić do sieci nieobrobione zdjęcie!

Co tych ludzi wyprowadziło na ulice? Niechęć do kościoła? Do Pis? Przeciwko temu duopolowi mogli protestować wcześniej. Na horyzoncie zamajaczyło jednak pierwsze ograniczenie, które potraktowali serio. Choć o aborcji najczęściej decydują starcy, jest znacznie istotniejszym problemem dla ludzi młodych i … za młodych. A życie erotyczne nastolatków, rezydentów Wiejskiej mogło by solidnie zaskoczyć! Pruderia prawicy i lepkość kościoła to grzybnia na której solidny plon zbiorą kosiarze politycznej poprawności. Niektórzy z nich jeszcze na tym solidnie zarobią i to ku uciesze swoich followersów.

Przykład Białorusi dobitnie dowodzi, że władzy nie zmienia wola ludu dlatego też nie zmieni się ona aż do przyszłych wyborów. Osobiście uważam, że wtedy również nie, ponieważ obecna władza i jej akolici dla ochrony serwitutów uciekną się do najgorszych matactw byleby tylko utrzymać się przy żłobie. Nie zdziwię się, jeśli urny wyborcze zabezpieczą policjanci i żołnierze a ich przeliczenie dokona się w stosownie przygotowanych punktach zbiorczych. Niemożliwe? Donald Trump otwarcie sugeruje, że może się nie podporządkować niekorzystnym dla siebie wynikom wyborów. Jak będzie przekonamy się po 3 listopada. Dlaczego podobnej narracji miałby nie używać Jarosław Kaczyński już dzisiaj określany mianem Kaczaszenki?

Obecnej władzy do pełni kontroli pozostało jeszcze opanowanie tradycyjnych mediów. Zaraz potem lub równolegle zabiorą się za social media i stworzą przy okazji gorący front ideologicznej wojny. Wojny, dzięki której wyhodują ludzi równie zdeterminowanych jak my sami 35 lat temu. Tyle, że całkowicie od nas różnych. Idole i idee „Człowieka z Żelaza” są niczym dla „Człowieka z Internetu”

Dla nich liczy się swoboda a najchętniej swoboda i forsa. Jeśli ich nie dostaną to sami sobie wezmą. A że dla wszystkich nie wystarczy…. no cóż rewolucje nie są po to aby wszyscy dostali swoje. Służą pogrzebaniu starego systemu. A ten właśnie się wali i to nie tylko u nas.

14 komentarzy