Inżynierowie dusz

Czyli o wyzwaniach Polaków Wielkich i Małych

Gdy tylko Donald Tusk przyjął na swoje barki ciężar przewodzenia Radzie Europy, krajowe media i portale społecznościowe zwarły się w sporze dość tradycyjnym dla środowisk polskich. Dyskutowano zawzięcie, czy też sama nominacja elekta jest już wielkim sukcesem dla Polski, czy też jeszcze większe zapewni nam jego działalność w przyszłości. Choć skrajnych opinii nie brakowało, to każda obecność Polaka na salonach Europy, rzecz jasna, cieszy. Przy okazji sukcesu pamiętać jednak należy, że w realiach politycznych gier w Brukseli polityczne wybory zazwyczaj się komuś zawdzięcza. To raz. Dwa to konkluzja nieco bardziej ogólna: z wyborem Donalda Tuska jest mniej więcej tak, jak z cudem w Kanie Galilejskiej: istotny w skali mikro, w skali makro nie ma większego znaczenia.

Pośród akuszerów narodzin europejskiej kariery naszego premiera światowe i krajowe media zgodnie wskazują Davida Camerona. Choć uprzejmie odnotowuje się manifestacyjną życzliwość Berlina, palmę pierwszeństwa w siłach sprawczych światowe media przyznają działalności Davida Camerona. I choć nie wskazują, skąd ta fala miłości do polskiego premiera, to krajowe media ledwie kryją shadenfreunde: Tusk, który jeszcze w lutym telefonicznie zbeształ Camerona, dzisiaj z jego rąk odbiera władcze imponderabilia. Rzec by się chciało – doskonała pointa i victoria miłościwie panującego polskiego premiera. Po polskich mediach, formatowanych w typowo telenowelowym stylu, trudno się spodziewać większej wnikliwości. Wszak optyka Ryśka z Klanu ogarnia  świat jasno i prosto: wrogami są wrogowie naszych przyjaciół, przyjaciółmi są ci, którzy aktualnie nie są naszymi wrogami.

Miałka merytoryka krajowych portali informacyjnych nie poddaje głębszej analizie stanowiska Camerona. A szkoda. Ponieważ przy bliższym poznaniu ujawnia wiele z typowo brytyjskiego punktu widzenia. Tymczasem dla Londynu trzecioligowa do tej pory drużyna biało-czerwonych awansowała do ekstraklasy. Czemu? Za sprawą Rosji i szkockiego separatyzmu.

Choć w Warszawie niewiele na ten temat wiadomo, nad Tamizą gorliwie poszukuje się rosyjskich szpiegów. Wszystko za sprawą stanowczych słów Olega Gordijewskiego, który był uprzejmy stwierdzić, iż Rosja ma nad Tamizą znacznie więcej szpiegów niż w najlepszych latach zimnej wojny. Należy przy tym przyjmować, że były sowiecki szpieg wie, co mówi. O powyższym przypomina choćby jego dzisiejsza kondycja fizyczna, którą zawdzięcza (jak publicznie mówi) wadliwie wykonanej operacji likwidacyjnej w wykonaniu sił specjalnych Rosji.  Choć dla czytelników w Polsce może to brzmieć jak zwierzenia paranoika, w Londynie nadal żywe jest wspomnienie po skutecznej egzekucji Aleksandra Litvinienki przeprowadzonej w 2006 roku przez Rosjan za pomocą trucizny. Jego postać i to, co się z nią wiąże, ze współczesnymi wydarzeniami może mieć więcej wspólnego, niż by się na pierwszy rzut oka wydawało.

Nota bene historia Litwinienki to wspaniałe tło do opisania zamachu stanu, który dokonał się w 1999 roku w Rosji. Choć warto by mu poświecić osobny artykuł, w tym miejscu przyda się jedynie pewien skrót ówczesnych wydarzeń, które doprowadziły do brzemiennych w skutki rozstrzygnięć.

Litwinienko, bystry oficer sowieckich służb specjalnych, zasadniczą karierę zrobił już w nowym politycznym reżimie. W trakcie ery Jelcyna, kiedy głównym sponsorem Kremla był Borys Bieriezowski, udzielał się w Czeczenii stając się jedną z szalenie wpływowych figur w aparacie służb specjalnych Rosji. Równocześnie oficjalnie odpowiadał za bezpieczeństwo swojego sponsora, oczywiście przy cichej akceptacji resortowych przełożonych, podobnie jak Litwinienko zainteresowanych takim czy innym dorabianiem do marnych publicznych pensji. W erze powszechnych porwań i zamachów protektor ze służb Bieriezowskiemu bardzo się przydawał i to nawet wtedy, gdy jako filar grupy trzymającej władzę sięgnął po najwyższe stanowiska w Rosji. Tyle, że rosyjskie struktury siłowe powoli krzepły i coraz mniej chętnie znosiły dyktat pieniędzy, które na ich – było nie było – karkach wyrosły. W nadciągającej powoli wojnie Litwinienko opowiedział się po tej stronie, którą reprezentował Bieriezowski. Atakując publicznie wraz z innymi oficerami FSB zeznał, iż nieoficjalnie wydano mu rozkaz zabójstwa tej jednej z największych figur w Rosji. W plątaninie wydarzeń, które nastąpiły później pewne jest jedno: wyrwać się z Moskwy pomógł mu Aleksander Goldfarb, iście bondowska postać. Ów były dysydent pojawił się w Rosji w 1992 roku wraz ze… 100 mln USD grantu oferowanego przez Sorosa na subsydiowanie postradzieckich naukowców z wrażliwych dziedzin. O jego pracy mówiono różnie – faktem pozostaje, iż bardzo szybko związał ze strukturami FSB, a następnie zbliżył z Bieriezowskim i poważnie zaangażował w konflikt w Czeczenii. Dzięki Goldfarbowi Litwinienko dotarł do Stambułu, a następnie Londynu, gdzie w ekspresowym tempie przytuliły go do piersi służby specjalne Jej Królewskiej Mości. Już wkrótce nad Tamizą pojawił się jego pryncypał Bieriezowski, którego wygnał z Rosji wyborczy sukces Putina – nota bene człowieka, którego sam wcześniej stworzył, nakłaniając do wskazania go jako swego dziedzica Borysa Jelcyna. Wot aszibka. Co ciekawe, Goldfarb – ponoć zwolniony przez zniesmaczonego konszachtami z tajnymi służbami Sorosa – znalazł przytulisko u Bieriezowskiego, gdzie dowodził Międzynarodową Fundacją Wolności Obywatelskich, która dziwnym trafem koncentrowała się na działaniach wymierzonych we władze Rosji. Spośród pierwszych osiągnięć fundacji należy wskazać wsparcie w ujawnienie słynnych „taśm Kuczmy”,  które wywołały masowe protesty na Ukrainie i pierwszy zwrot na zachód już w roku 2000. Co ciekawe, fundacja wpierała również szereg NGO’s na terenie Rosji (w tym organizację Matki Żołnierzy), a także była jednym z najważniejszych sponsorów ukraińskiej Pomarańczowej Rewolucji, której przekazała ponad 21 mln USD.

Jak dzisiaj wiadomo, Litwinienko intensywnie działał dla brytyjskich służb, a także dla Fundacji Bieriezowskiego wykorzystując swoje kontakty na terenie byłego ZSSR. Sukcesy we wspieraniu ruchów antyrosyjskich na Ukrainie, w Czeczenii i Dagestanie były pewnie bezpośrednim powodem wydania na niego wyroku śmierci. Otruty w sposób wyraźnie wskazujący na Rosjan stał się przyczyną poważnego kryzysu w relacjach Anglii i Rosji.

Od tamtej pory Fundacja w zasadzie wstrzymała działalność, a brytyjskie media systematycznie donosiły o większych i mniejszych szpiegowskich incydentach. W 2012 roku w trakcie igrzysk olimpijskich w Londynie twierdziły już, iż szpiegostwem politycznym i gospodarczym zajmuje się ponad połowa personelu w rosyjskiej ambasadzie. Przy okazji przypomniano sobie, iż nigdy nie wytropiono większości nielegalów, których ZSSR umieścił w Anglii przed, w trakcie i po zakończeniu II wojny. Choć świat zarechotał po historii z Anną Chapman w tle, Oleg Gordijewski nie ma wątpliwości, iż Rosja ma obecnie w UK znacznie więcej szpiegów niż kiedykolwiek w trakcie zimnej wojny. Czym się zajmują? Między innymi wspieraniem szkockiego separatyzmu. Powyższe bynajmniej nie dziwi: Zjednoczone Królestwo to od lat przedmurze interesów USA w Europie. Tym samym wszystko, co szkodzi Wielkiej Brytanii, de facto szkodzi również interesom USA. Do niedawna imputowanie szkockim secesjonistom relacji z Rosją nie mogło przynieść większych efektów w kraju, w którym powszechnie zarzuca się rządowi pełne zwasalizowanie wobec USA. Ale teraz?

Warto pamiętać, iż Alex Salmond, premier autonomicznego rządu Szkocji, w przypadku niepodległości zakłada przejęcie szkockiego majątku, czyli złóż gazu i ropy na Morzu Północnym. Londyn uspokaja inwestorów, że aktywa aktywami, ale po pierwsze: za aktywami pójdzie zadłużenie, a po drugie: wydobyciem zajmują się przecież prywatne firmy i powiązane z nimi jednostki. Owe firmy na wieść o możliwej secesji nie skaczą już jednak z radości. Wiadomo – zmiana państwa to nowe wymogi administracyjne, a nowa administracja to murowane kłopoty. Im bliżej do finału, tym więcej związanych z secesją Szkocji wątpliwości, choć ów spadek entuzjazmu nadal nie oznacza zmiany preferencji wyborczych. Przewaga zwolenników status quo jest krucha i może okazać się nietrwała. I z tej właśnie perspektywy konflikt na Ukrainie spada Cameronowi dosłownie jak z nieba, a im jest poważniejszy – tym lepiej dla brytyjskiej integralności. Czemu? Już od czasów sowieckich rosyjska flota podwodna systematycznie narusza wody terytorialne Wielkiej Brytanii w celu testowania tutejszego systemu obronnego. Podobnie jest i dzisiaj:

http://www.businessinsider.com/scottish-independence-and-russian-submarine-invasion-2014-8

Czy to coś zmienia? Warto zauważyć, że jeszcze niedawno wszelkie uwagi na temat obronności nie miałyby dla zwolenników secesji najmniejszego znaczenia. W miłującej pokój UE dla konfliktów terytorialnych nie było przecież ani miejsca, ani przyzwolenia. Obecne wydarzenia schłodziły nieco amatorów pełnej niepodległości. Przeciwnikom w Londynie dodały argumentów o sporej istotności: secesja jest bowiem niemożliwa, gdy oznacza dla pozostałych krajów królestwa stan zagrożenia.

W wielkiej grze, która obecnie się toczy, każdy ma coś do stracenia i coś do zarobienia. Rosyjskim postępom towarzyszy jasny sprzeciw wobec militarnego wsparcia Ukrainy, co wyraźnie sugeruje istnienie jakiejś kolejnej linii Curzona. Ale jeśli taka nawet powstała, wiedza o niej pozostaje w zacisznych gabinetach. Putinowi zależy na tym, aby dojść do niej w ramach militarnej operacji budzącej respekt i trwogę. Zachód i USA chciałyby się wykazać przeprowadzeniem kulturalnej, polityczno-ekonomicznej akcji, która barbarzyńskim hufcom zagrodzi drogę. Jeśli obecna wojna utrzyma się w rozmiarze „laboratoryjnym”, każdy sobie na niej dobrze zarobi.

W tym wariancie Polska pójdzie najpewniej drogą militaryzacji, ponieważ amerykańskim strategom zamarzy się pewnie 200 a może i 300-tysięczna armia jak w najlepszych czasach Układu Warszawskiego. Senne miasteczka przyjmą ponownie miłe lokalnej gospodarce garnizony, przemysł raźno skoczy z produkcją wszystkiego, w co tylko trzeba wyposażyć formujące się na nowo bataliony. Obecna przerośnięta kadra natychmiast okaże się zbyt szczupła, a lampasy zamajaczą przed oczami tych wszystkich, którzy w obecnej armii pogodzili się już z tym, że nigdy ich nie dostaną. Ostrzelani weterani z eksportowych wojen powrócą do dobrze opłacanej służby i przekażą najważniejsze w każdej armii realne bojowe doświadczenia. Czy budżet to wszystko wytrzyma? To zależy. Przy umiejętnie podbijanym politycznym bębenku pieniądze budżetowe uzupełnią środki unijne – w końcu nikt we Francji, Holandii czy Belgii nie wątpliwości, czy lepiej się wykupić z wojaczki czy też potencjalnie dać zastrzelić. Do kieszeni sięgnie pewnie również Ameryka. Może się okazać, że polski ideowy zawodowiec jest tańszy od amerykańskiego najemnika. Na koniec pozostanie jeszcze ofiarność społeczna. Historia FON i innych objawów szczodrości narodowej to, jak się niegdyś okazało, całkiem efektywna technika.

A Noworosja? Tereny republik donieckiej i ługańskiej to podobno epicentrum ukraińskiego łupka – a do eksploatacji, jak już wiadomo z protestów w USA, ludzie mieszkający wokół szybów są więcej niż niepotrzebni. Ale to wszystko wariant optymistyczny w którym o zmianę status quo zadbają pieniądze.

Ci, którym się wydaje, że Rosji nie da się powstrzymać metodami dyplomatycznymi, są w błędzie. Dowodem są ustalenia kongresu berlińskiego (1878), który za pomocą metod politycznych i zręcznych intryg Bismarcka doprowadził do sytuacji, w której Rosja – choć pobiła Turcje – z dyplomatycznej potyczki wyszła niemalże z niczym i cofnęła się na pozycje poprzedzające wybuch starcia. Tyle, że ówcześni oponenci mieli flotę i wojska, których nie zawahaliby się użyć. Bez takich aktywów dyplomacja jest w zasadzie bezradna.

I taka jest właśnie dzisiaj. Kto i jak wykorzysta tę słabość – niebawem się przekonamy.

 

Powiązane wpisy

23 Comments
Previous Post
Next Post