Na ścianie u mnie nie zawiśnie

Czyli o tym, że nic nie jest takie jak nam się wydaje, a choć plastikowy kubeczek spalić może każdy to już nie każdy otrzyma za takie dzieło 100 tysięcy euro.  

Na premierze www.trendwizor.pl w Instytucie Wzornictwa Przemysłowego wpadł mi w ręce kolejny numer Art&Business. Niezwłocznie przystąpiłem do lektury, bo wypada wiedzieć co publikują, było nie było, pokrewne tytuły. A&B ma misję jasną: przekonuje, że kolekcjonowanie sztuki to zajęcie dochodowe. Z tym większym zainteresowaniem przewertowałem i po raz kolejny przekonałem się, że koneserem sztuki nie jestem i najpewniej nie zostanę. Moja wrażliwość, lub raczej brak wrażliwości, zamyka się w sympatii do kilku malarzy, dla których kolor czy forma ma jeszcze jakieś pierwotne znaczenie. W A&B zderzyłem się z dziełem, od którego lekko zadrżały mi ręce. Chodzi o prace Katarzyny Marczak. Cóż w nich dziwnego? Tu, jak zwykle, słowa zawiodą; toteż pozwolę sobie na zamieszczenie jednej z prac. (Mam nadzieję, że wydawnictwo się nie obrazi.)

Katarzyna Marczak, archeolożka z wykształcenia, czym tłumaczy się poniekąd „wykopaliskowy” charakter jej prac, na jednych z najbardziej znamienitych targów fotografii zaprezentowała cykl tatuaży pobranych z nieboszczyków i zamkniętych w wypełnionych formaliną słojach. Praca wywołała spontaniczną reakcję krytyki, a Eric Franck, renomowany brytyjski galernik, zapewnił jej w marcu 2011 nowojorską premierę. Coż… nie potrafię sobie wyobrazić kogo ma zachwycić takie dzieło. Zamysł twórczyni przeraża mnie tym bardziej, że jak się dowiedziałem z artykułu, współpracuje ona obecnie z Zakładami Medycyny Sądowej. Dzięki jej pracy światło dzienne ujrzą młotki, siekiery, ale również znacznie bardziej niewinne przedmioty, za pomocą których odebrano komuś życie. To z całą pewnością naturalny krok artystki po preparatach skórnych. Dla mnie to kolejny krok do piwnic dzisiejszej cywilizacji, która coraz częściej wielbi w świetle dnia to, co jeszcze niedawno pokrywał wstyd i mrok. W zapale znoszenia wszelkich tabu docieramy do jakiejś granicy, za którą znajduje się coś o czym nawet boję się myśleć. Być może już dzisiaj ktoś kręci torturowanych, aby ich potem pokazywać zachwyconej widowni wysmakowanych krytyków sztuki. Może gdzieś już istnieje i działa artysta, który udokumentuje uśmiercanie świadomych ofiar i przygotowywanie z nich wykwintnych potraw. Dokąd to wszystko zmierza? Pytam bezradnie samego siebie. Oczywiście owo pytanie obnaża mnie w całości jako osobę, której brak wyrobienia we współczesnym świecie sztuki. Trudno. Zdyskwalifikuję się bardziej, bo z równym zdumieniem, choć już bez drżenia rąk, obserwowałem „Artony” w skądinąd doskonałym Piktogramie www.piktogram.org . Tym razem chodzi o prace Włodzimierza Borowskiego – jednego z pierwszych polskich artystów, którzy sięgnęli po performance i plastik jako dostępny i łatwo modyfikowalny materiał.

Nie zrozumiałem tej sztuki, ale w artykule „Plastyk i Plastik” Agnieszki Szewczyk znalazłem epitafium dla współczesnej cywilizacji. Plastik okazał się cywilizacyjnie nietrwały i zrobione z niego dzieła ulegają rozkładowi. Ostatnio rozsypała się w proch pierwsza na świecie plastikowa szczoteczka do zębów z kolekcji Smithsonian Institution. Nie ma co,  po prostu ZGROZA:) Ciekawa ile była warta.

Do ery kamienia łupanego nie zawróci nas III wojna światowa. Wrócimy do niej sami, bo brak ropy wyeliminuje plastik, a na nim opiera się przecież dzisiejsza cywilizacja. Hmm… ciekawe jak się teraz czują ci inwestorzy, którzy swoje portfele dzieł sztuki nowoczesnej wyposażyli w dzieła z plastiku. Ale co tam, były przecież giełdowe  blue chipsy które utleniały się nie mniej spektakularnie niż ten plastik. Bez wątpienia znajdujemy się na zakręcie większym niż mi sie wydawało. W uszach zabrzmiało mi jakoś samo z siebie  „Wpadnę tam na chwilę zanim spuchnie atmosfera, wódki dwie wypiję potem cicho się pozbieram……..”. 

Życie to nie teatr. Moje toczy się w innej scenografi.

 

 

 

Powiązane wpisy

3 Comments
Previous Post
Next Post