Refleks

Czyli o tym, jak się ma trend do osobistych doświadczeń.

Koniec roku obfitował w rozmaite prognozy, w tym wyćwierkane przewidywania naszego Umiłowanego Przywódcy, który tradycyjne widzi przed nami wspaniałą przyszłość. Dawka optymizmu – nawet jeśli irracjonalna, przyda się na pewno, szczególnie wobec faktu, iż w corocznych ekstremalnych prognozach Saxo Banku tym razem pojawiło się zapomniane słowo: wojna.  Tymczasem w nawale przewidywań w skali meta, turbo i po prostu makro polskie media alarmują, że bezrobocie przekroczy magiczne 13%. Powyższe, w raz z szeregiem implikacji ma poważnie wpłynąć na nasze zbiorowe życie, a przede wszystkim magiczny już w tej chwili popyt konsumpcyjny, który jak można by się spodziewać taktuje wszystkich i wszystko. Czytając dziesiątki czarnych scenariuszy można odnieść wrażenie, że obecny przyrost bezrobotnych jest wydarzeniem niemalże bez precedensu.

Tymczasem jest inaczej. Mało kto dzisiaj pamięta, że jeszcze w styczniu 1990 Polska była oficjalnie krajem pełnego zatrudnienia. To, co stało się później jest być może najlepszym społecznym miernikiem przemian ustrojowych. W styczniu 1991 bez pracy było już 6,2%, w styczniu 1992 12,1%, w styczniu 1993 14,2%, ale prawdziwy rekord padł dopiero w styczniu 2002, kiedy bez pracy była praktycznie jedna piata populacji! Ale to tylko cyfry. Zrozumie je wyłącznie ten, kto osobiście dotknął beznadziei tamtego okresu. Dla mnie, rok 2002 wiąże się z jednym z największych zawodowych wyzwań.

W tamtych czasach byłem Prezesem Sokółki Okna i Drzwi S.A. Kondycja budowlanki była podówczas fatalna, a koniec ulg budowlanych zamrażał budownictwo jednorodzinne. W styczniu 2002 wiedzieliśmy już, że wszystkie rezerwy i efekty restrukturyzacyjne zostały wyczerpane. Nie było na czym oszczędzać. Aby przetrwać można było zrobić już tylko jedno: obniżyć wynagrodzenia. Wszystkim i to o 25%. Rzecz działa się w czasach, gdy obowiązywał Zakładowy Układ Zbiorowy regulujący wszelkie stosunki miedzy pracodawcą a pracownikami. Co gorsza, nawet gdy został wypowiedziany jego postanowienia obowiązywały… aż do wynegocjowania z załogą nowego ZUZ. W takich sytuacjach negocjacje ciągnęły się latami. My nie mieliśmy tyle czasu. Co gorsza, nie było w zasadzie trybu, w którym można by było odgórnie zrealizować cel, jaki nam przyświecał. Jedynym rozwiązaniem było wręczenie wypowiedzeń zmieniających każdemu… z 800 pracowników. Dodajmy wręczeniu wypowiedzeń, które zostały by przez tych pracowników zaakceptowane. Negocjacje trwały ponad 3 miesiące, a w burzliwych debatach uczestniczyły nie tylko związki, ale i delegaci z wydziałów. Co jakiś czas na spotkaniach pojawiali się funkcjonariusze z regionalnych struktur związkowych, nieodmiennie zniechęcający załogę do zawierania jakichkolwiek porozumień. W marcu 2002 wszyscy byli już kompletnie wycieńczeni. Produkcja spadała, a kryzys nabierał spektakularnego rozpędu. Wielkanoc, która w tym roku wypadła z końcem marca zachęcała do zawarcia porozumienia. I choć ręce mdlały od argumentacji, a oczy łzawiły od setek wypalonych papierosów na święta rozeszliśmy się z niczym. Paradoksalnie moje upłynęły we wspaniałej atmosferze w nowym domu. Mimo to,  cały czas myślałem o nieuchronnym zderzeniu. Wokół mnie materializowało się bezrobocie. Koledzy pakowali w kartony swój służbowy dobytek pod czujnym okiem specjalnie wyselekcjonowanych ochroniarzy. Kryzys stawał się egalitarny i dosięgał wszystkich.

Patrzyłem na świat wokół siebie z czystą hipoteką własnej nieruchomości i kontem, które dawało złudną nadzieję na przetrwanie ewentualnego pracowego kryzysu. Mimo to, a może tym bardziej dlatego postanowiłem jeszcze raz zawalczyć. Zaraz po świętach zrobiłem spotkania z każdym z wydziałów produkcyjnych z osobna. Tłumaczyłem, że to ostania chwila, że jeszcze teraz decydujemy my, a za chwilę będą już decydować za nas. Zaprosiłem na ostateczne spotkanie w cztery oczy Mariana Lisowskiego, charyzmatycznego szefa sokólskich związków.  Sam obniżyłem sobie wynagrodzenie o 25%. Nic więcej nie dało się już zrobić. Dzień w dzień jechałem do fabryki z myślą jak przetrwać. Aż wreszcie 17 kwietnia 2002 roku udało nam się osiągnąć porozumienie. Tego samego dnia Komisja Krajowa NSZZ Solidarność w obszernym wywodzie rozniosła na strzępy poselski projekt nowelizacji ustawy Kodeks Pracy. Co za pointa.

Przy Lotników Lewoniewskich 1 w Sokółce nikt nie wiwatował. Kadry wydrukowały setki porozumień zmieniających, a ja od tego dnia  maszerowałem co dzień po zakładzie, który świadomie ugiął kark w nadzieli na lepszą przyszłość.  Patrzyłem na kobiety, które straciły 250 krytycznych złotych ze swojej 1.000 złotowej pensji i co najmniej raz dziennie wypalałem rutynowego papierosa z kierownikami wydziałów rozedrganych pomiędzy dbaniem o wydajność a zrozumieniem dla przygniecionym dodatkowym ciężarem ludzi. Ale przetrwaliśmy. My, choć dla mnie ten 25% cios miał przecież znacznie, znacznie  mniejsze znaczenie. Kiedy nasza konkurencja – Wołomin, Urzędowski, Włoszczowa ostatecznie padała na pysk, my mozolnie gramoliliśmy się do przodu. I przetrwaliśmy.

Od tamtych wydarzeń minęło prawie 11 lat. Mimo to, nie uważam abym kiedykolwiek osiągnął coś ważniejszego. Apologeci lub zawodowi żurnaliści na tę opowieść zawsze machali ręką wybierając modernizację Huty Ujście, zamykanie zakładu w Wólczance, Brosnana, Ferrari czy Kruka w Vistuli. Kolorowe klisze. Szary dramat ludzi, którzy dobrowolnie się czegoś wyrzekli nigdy do kolorowych gazet nie pasował. A Szkoda. Sokółka Okna i Drzwi S.A. istnieje do dzisiaj. Pomnika pracownikom z 2002 roku nikt nie postawił. I nie postawi, bo i po co. W naszej geopolitycznej okolicy lud liczy się tak naprawdę wyłącznie w Bundesprepublice. I pewnie dlatego Horst Wessel lied ma się lepiej niż Międzynarodówka.

 

Powiązane wpisy

17 Comments
Previous Post
Next Post