Spitsbergen

Czyli o tym, że co ma wisieć nie utonie, Arktyka to ciekawe miejsce, a o przyszłości gospodarek zadecydują surowce.

Jest 0:30 kiedy wysiadam wreszcie na płycie lotniska w Longyearbyen. Tutejszy pas jest krótki, a podejście znad morza utrudnia życie pilotom dokładnie tak samo, jak na Gibraltarze. W efekcie lądowania mogą być raz mniej, raz bardziej emocjonujące – szczególnie dla tych pasażerów, którzy nie nawykli do hamowania na pełnym rewersie. Inna sprawa, że przy pięknej pogodzie widoki skutecznie znieczulają malkontentów. To, co ukazuje się oczom pasażerów na jakieś 10 minut przed lotniskiem, urzeka na tyle skutecznie, że dopiero uderzenie kół o beton pasa wyrywa ich z zauroczenia. Arktyka powitała nas niezwykle gościnnie. „Nocne” słońce połyskujące ostrym światłem typowym dla mazurskiego świtu obudziło rześkość, mimo trwającej już 15 godzin podróży. Z trapu zszedłem w sweterku dziwiąc się nieco wysokiej temperaturze. Termometr wskazywał 10 stopni, o czym poinformowała mnie uśmiechnięta blondynka w biurze Hertza. Tak, tak: Hertza, który bynajmniej nie jest ani jedynym, ani najbardziej egzotycznym przedstawicielem niemieckiej myśli biznesowo-technicznej w tym regionie, choć przekonałem się o tym nieco później.

Po krótkim śnie, zapewnionym wyskokowym znieczuleniem, obudziłem się zadziwiająco wypoczęty. W przekonaniu, że to nadal działanie reisefieber, żwawo skompletowałem podstawowy sprzęt i stawiłem się na wyprawę. Jeszcze tylko wizyta w lokalnym sklepie i… pierwsze zaskoczenie! Każdy turysta, który zamierza opuścić Longyearbyen musi wyposażyć się w karabin. Nakaz posiadania uzbrojenia wiąże się z ryzykiem napotkania białego misia. Jak się okazuje misie z reguły nie są tu nieszczęśliwe, ani tym bardziej nie płaczą szarymi łzami, co stawia pod poważnym znakiem zapytania słowa powszechnie znanej nad Wisłą piosenki biesiadnej. Można powiedzieć nawet więcej: tutejsze misie zadały kłam opiewanej w piosence relacji poddańczej, gdyż nie tak znowu dawno tradycyjną konsumpcję urozmaiciła im właśnie… dziewczyna. Foczki stanowiące podstawę misiowego menu z całą pewnością sycą mniej niż dorodne blondynki. Ze Szwecji.

Jako, że ów kulinarny incydent miał miejsce stosunkowo niedawno, nakaz uzbrojenia obowiązuje i to mimo znanej na całym świecie rzezi strzeleckiej zafundowanej Norwegii przez Breivika. W efekcie, zanim opuścimy depresyjne miasteczko, tuż przed jego tablicą zgłaszamy się po uzbrojenie wstępując do niezwykle korzystnie ulokowanego sklepu, jako żywo przypominającego dawny GS. Takim właśnie sposobem w moich rękach wylądował Mauser 98 kar pochodzący z czasów, kiedy III Rzesza dbała o przyszłość i harmonijny rozwój Europy. O pochodzeniu świadczyły hitlerowskie „gapy” umieszczone obficie, choć gustownie, nad komorą ładunkową. Mój egzemplarz wyprodukowano w 1939 roku opatrując go numerem 98. Cóż za radosny początek wyprawy.

Paradowanie z bronią po Longyearbyen nie należy do rzeczy niezwykłych, choć w takim przypadku należy bacznie obserwować nalepki na drzwiach lokali publicznych. Na niektórych odnajdziemy informację, że zabrania się tam wstępu z bronią długą i krótką. Listę takich instytucji otwiera miejscowy bank, ale w KROA – skądinąd doskonałej miejscowej restauracji, pożywimy się wraz z uzbrojeniem. Jakkolwiek widok faceta z bronią lekko konfuduje rodziny z dziećmi lub niezaznajomionych z lokalnymi obyczajami turystów, nie wywołuje cienia grymasu na twarzy kelnerów, którzy sprawnie deponują szczepionkę na misie w przygotowanej w tym celu gustownej zbrojowni. Warto jednakowoż pamiętać, aby wchodząc do lokalu zadbać o odryglowany zamek. W dzisiejszych czasach to z całą pewnością roztropne posunięcie w restauracji.

Znacznie bardziej interesujące jest jednak co innego: wszędzie tam, gdzie przebywają dzieci napotkamy… zakaz fotografowania, a wszelkie objawy zainteresowania nieletnimi tubylców zelektryzują znacznie bardziej niż hołubiony tu colt magnum zatknięty za paskiem. Stosunek Norwegów do dzieci jest po Breiviku jeszcze bardziej bałwochwalczy niż był; są tu traktowane jako szczególne dobro narodowe. Miarą powyższego jest choćby to, że w tutejszym prawodawstwie nie ma określenia „rodzic”. Zastąpiono je zgrabnym „opiekun” po to, aby nie stygmatyzować niepotrzebnie rodziców przysposobionych. Wszystko oczywiście dla dobra dziecka, które nawiasem mówiąc może być w każdej chwili odebrane jednym opiekunom i przekazane drugim, jeśli tylko czujne czekistki z barnevernet (Służba Ochrony Praw Dziecka) stwierdzą, że ci pierwsi nie rokują dobrze dla przyszłości małego Norwega. Dalekim odbiciem tej filozofii jest postępująca wtórna dialektyzacja języka norweskiego. Ponieważ od zarania składał się z wielu dialektów, a wprowadzanie języka urzędowego napotkało poważne problemy (jeszcze na początku XX-go wieku tutejsze elity mówiły po duńsku), do dzisiaj podobno można rozpoznać skąd wywodzi się rozmawiający z nami Norweg. W efekcie uznano, że dzieciom w szkole również nie można zwracać uwagi na wymowę. I każdy ma swój własny legalny norweski :). A jak się nie rozumieją to zawsze mogą się dogadać po angielsku, który jest tu w zasadzie językiem równoległym.

Powyższe oraz szereg innych tematów gospodarczych umilały nam konsumpcję wybornego renifera, nagrody po pierwszym dniu zmagań z realiami Spitsbergenu. Dyskusję zdominowała Bundesrepublika przywoływana z resztą raz po raz za sprawą Mausera tarabanionego na plecach. Jak się okazuje współczesny ekspansjonizm niemiecki posługuje się dzisiaj znacznie bardziej wyrafinowanymi metodami, a jedną z jego ulubionych działalności jest prowadzenie badań geologicznych za pomocą… polskich naukowców. Posunięcie jest sprytne, bo Polska jest jednym z 39 sygnatariuszy Traktatu Spitsbergeńskiego i to od 1931 roku. Stacja badawcza w Horsundzie działa od 1957 i jest najdalej wysuniętą na północ całoroczną placówką badawczą. Dlaczego to takie przydatne?

Ponieważ romantyczna historia Arktyki to tylko eleganckie opakowanie dla wyścigu o surowce, który rozpoczął się jeszcze w latach dwudziestych. I choć Norwedzy dwoją się i troją, aby Svalbard zamienić w jeden wielki park narodowy, to ich olbrzymia kopalnia Sveagruva otwarta w 2001 roku jest… jedną z największych kopalni w Europie. W tym samym czasie dwa rosyjskie ośrodki Pyramiden i Barentsurg są teoretycznie opuszczone i tylko w Barentsburgu kompania węglowa pracuje nad ponownym uruchomieniem eksploatacji złoża. Spieszyć się nie musi, bo węgiel jak to węgiel, nie ucieknie. Sama polityczna obecność na Spitsbergenie jest na tyle istotna, że nie tak dawno w towarzystwie dwu Mi-24 zawitał tu prezydent Putin, z małą gospodarską wizytą. O tym, że Arktyka to bogate złoża ropy i gazu wiedzą już w tej chwili wszyscy. Niemcy od ponad 10 lat skrupulatnie badają każdy kawałek Arktyki, a absorpcja między innymi nadwiślanskiej myśli geologicznej, pozwoliła im skutecznie nadrobić wcześniejsze zaległości.

Już dość późno w nocy ktoś zauważył, że przecież Norwegia jest neutralna i nikt tu Norwegom niczego pod nosem nie będzie robił.

Być może. Ale przecież nasz wiekowy Mauser nie znalazł się wśród nas przez przypadek. Dostarczyła go tu niemiecka wycieczka w… 1943 roku :). Teoretycznie nie ma w tym nic zaskakującego, ale jak się okazało, moich rozmówców zaskoczył fakt, iż do wojny z Norwegią przed Niemcami szykowała się… Anglia. I choć militarny najazd opracowany wspólnie z Francją (Plan R4) miał w teorii służyć udzieleniu wsparcia dla walczącej z ZSRR Finlandii, to zarówno Norwegowie, jak i Szwedzi, zdawali sobie sprawę, że brytyjsko-francuski korpus ma tak naprawdę na celu okupowanie Narviku i szwedzkiej Kiruny, czyli głównego dostawcy rudy żelaza dla hitlerowskich Niemiec. Samą okupację pewne by jakoś przeżyli, ale Sprzymierzeni mieli, jak to zwykle bywa, plan w planie i zamierzali rudę wydobywać dla siebie i płacić za nią obligacjami wojennymi. Churchill był w tej materii na tyle zdeterminowany, że gdy dyplomatyczne naciski zawiodły, załadował żołnierzy na statki i posłał do walki. Admiralicja zaminowała norweskie wody przybrzeżne, zmuszając niemieckie statki do spotkań z brytyjską flotą. Neutralnością Norwegii nikt się nie przejmował. Desant zatrzymało zawieszenie broni w Finlandii. „Operacja pokojowa” na chwilę straciła uzasadnienie. Hitler był jednak szybszy i zdecydował się na uderzenie prewencyjne. Brytyjsko-francuski korpus ekspedycyjny po 9 kwietnia 1940 z agresora stał się sprzymierzonym, choć na niewiele się przydał. W okolicy Narwiku znalazł się 14 kwietnia, ale samo miasto zajął dopiero 27 maja, które ku wielkiemu zdumieniu Norwegów zaczął opuszczać… 2 czerwca! Trudno się temu dziwić. Od 27 maja ewakuowała się przecież Dunkierka, a teraz już premier Churchill myślał wyłącznie o obronie własnej wyspy.

Niemcy, ulokowani strategicznie w Norwegii, w praktyce uniemożliwili dostawy dla Murmańska, a północna droga dostaw straciła dla ZSRR militarne znaczenie. Od 1943 roku gross wsparcia trafiało do ZSRR od południa. A co z Norwegią? Jej los ustalono w Jałcie. Angole zadbali, aby Josif Wisarionowicz nie położył ręki na Narviku. Bez tego portu i szwedzkiej rudy w zimie jakikolwiek plan odbudowy Niemiec byłby po prostu niemożliwy. A Anglia – jak to Anglia, o Niemcy lubiła zadbać zawsze :).

Norwegia prawie 400 lat stanowiła biedny kawałek Danii. Po klęsce Napoleona sprezentowano ją Szwedom, jako odszkodowanie za znacznie fajniejszą dla Rosji Finlandię. Kraj odzyskał niepodległość w 1905 posługując się techniką, która jako żywo pasuje doskonale do współczesności :). O wypowiedzeniu unii personalnej ze Szwecją zadecydowało… referendum, w którym nieco ponad 368 tysięcy Norwegów opowiedziało się za własnym państwem. Raj na północy w I wojnie nie uczestniczył, w II – jak wiadomo, zadecydowano o tym za niego. Think Tanki gospodarcze w Bundesrepublice doskonale o tym wiedzą i łączą te fakty z misternie zbieranymi danymi geologicznymi.

Anschluss do niemieckiej UE przebiegnie spokojnie i sprawnie :).

Powiązane wpisy

13 Comments
Previous Post
Next Post