Posts Tagged ‘Erika Steinbach’

Prawo do śmierci część II

Czyli o tym, że istnieją tajemnice których lepiej nie odkrywać, tajemnice których lepiej nie badać i o tym, że choć okoliczności się zmieniają, reguły gry już nie.

Mutacja systemowa, do której doszło w 1989 roku, swojej prawdziwej monografii nie doczeka się nigdy. Aby zrozumieć dlaczego, najlepiej posłużyć się porównawczą lekturą 3 pozycji: Graczyka – o środowisku Tygodnika Powszechnego, Latkowskiego – o związkach mafii z polityką i Miłoszewskiego właśnie. Czy nie ma lepszego wyboru? Pewnie jest, ale ten najlepiej prezentuje istotę, źródła i motywy procesu, który dzisiaj określa się zgrabnie mianem ustrojowej transformacji. O ile Graczyk zadaje trudne pytania, Latkowski formułuje śmiałe tezy, to Miłoszewski jako jedyny udziela pewnej odpowiedzi. Wiadomo, jako jedyny beletryzujeJ.

Jakkolwiek generalnym problemem oceny tych czasów jest niejawność, to ciekawym spoiwem dla tych trzech książek jest Krzysztof Kozłowski „nasz” pierwszy minister spraw wewnętrznych. Choć minister już był „nasz”, system, którym dowodził, podobno nadal był wrogi. Podobno, bo opinii publicznej wydaje się, że sita weryfikacji nie przeszła większość dawnych funkcjonariuszy służb, podczas gdy prawda jest taka, że z nieco ponad 14 tysięcy negatywnie zweryfikowano nieco ponad 3 tysiące funkcjonariuszy a w służbach wojskowych takiej procedury w ogóle nie przeprowadzono. Piotr Naimski – WiP-owiec i aktywny weryfikator mówi przy różnych okazjach, że w jego komisji weryfikowano ostro, ale jednocześnie przyznaje, że weryfikowano w oparciu o materiały dostarczone przez sam resort czyli materiały, które przygotowali między innymi weryfikowani lub ich koledzy. Ciekawa konstrukcja, prawda? Przy okazji warto dodać, że funkcjonariusze zajmujący się klerem całkiem nieźle radzili sobie w nowej rzeczywistości a wielu z nich robiło kariery w ścisłej symbiozie z
hierarchią.

Dlatego tez do hellingerowskiego „ustawienia” Jaruzelskiego, Michnika, Kaczyńskiego, Romaszewskiego, Staniszkis, Kozłowskiego, Kiszczaka, Kwaśniewskiego, Glapińskiego, i kilku innych nazwisk nie dojdzie, bo pewna próba w tym zakresie już się odbyła (i co ciekawe nawet częściowo jest sfilmowana Nocna Zmiana też agitka, ale jakże klimatyczna) i organizacja kolejnego takiego seansu nie ma najmniejszego sensu.

Przez wiele lat wydawało mi sie, że gruba czerwona kreska Mazowieckiego to największa zbrodnia jakiej dokonano na zbiorowej pamięci. Dzisiaj uważam, że autorzy tej koncepcji wiedzieli doskonale, że tą kreską oddzielają się od niechlubnej przeszłości wraz z tymi, których należało za nią rozliczyć. Pod pozorem wielkoduszności ukryto prozaiczną obawę o odbiór prawdy o elitach niepodległościowych w Polandzie. Nawiasem mówiąc całe szczęście. Bez tej naiwnej wiary w nową sprawiedliwą Polskę, morderczy skok gospodarczy z lat 1991 – 1993 po prostu nie przyniósłby efektów, ponieważ masy nie wytrzymałyby takiej skali pauperyzacji. Dzisiaj wiwisekcja agentury, tropienie powiązań to raczej materiał dla pisarzy takich jak Miłoszewski. Fabularna forma pozwala zapędzić się daleko i elegancko odpowiedzieć na pytania czytelnikom z różnych politycznych opcji.

Po zamachu na Narutowicza Stroński napisał słynny artykuł „Ciszej nad tą trumną” zgrabnie zamiatający pod dywan interesy prawicy związane z usunięciem Prezydenta. Ów artykuł już w 48 godzin po zamachu relatywizował to mroczne wydarzenie. W 22 lata po transformacji analiza nie ma sensu i do niczego nie prowadzi. Ważniejsze jest chyba zaakceptowanie tego, ze dzisiaj nikogo się już za nic nie rozliczy a od przeszłości ważniejsza jest przyszłość.

Żyjemy w świecie który powstał jako symbioza różnych elementów których się już dzisiaj nijak nie wypatroszy. Zygmunt Miłoszewski fabularyzuje więc przestawia wersję którą łatwo się przyswaja i akceptuje ale mimowolnie dopowiada historię jakby żywcem przepisaną z podręcznika dezinformacji. Cóż odwiedzie dzielnego prokuratora Szackiego od tropienia morderczych SB ków? Lęk. Świetnie napisane zakończenie wyjaśni nam dokładnie co może a czego nie może nasz rycerz w służbie prawdy. To dobrze napisana scena i wspaniale wpisuje się w klimat książki. Ale jest jak zwykle jedno ale. W książce jest moment w którym prokurator Szacki uświadamia sobie, że jednak świat w którym żyje jest nieco bardziej skomplikowany. Mroczny post funkcjonariusz spotyka się z nim aby zniechęcić do prowadzenia śledztwa. Szermierka słowna i elegancki szantaż przekształca się groźbę zabójstwa popartą prezentacją broni z tłumikiem. Tu się Pan myli Panie Zygmuncie. W takich sytuacjach nikomu nie trzeba pokazywać broni, groźby poparte zdjęciem i odpowiednio dobraną informacją są daleko bardziej skuteczne dlatego też morderstw jest niezwykle mało. To kalka z amerykańskiego filmu. Pański bohater i ów funkcjonariusz są od Pana znacznie starsi. Prokurator Szacki miał bowiem w 1989 roku 20 lat, jego rozmówca na pewno znacznie więcej. Toteż Panie Zygmuncie, jedno wezwanko do stosownego urzędu przed czy po 1989 roku pozwoliło by Panu tą scenę napisać zupełnie inaczej. I na zakończenie drobna anegdota. Jeszcze w czasie, gdy Michał Faltzman ( odkrywca afery FOZZ ) wydawał się być potrzebny nowym siłom w państwie i cieszył się ich poparciem, został skierowany na spotkanie z oficerami UOP, którzy mieli mu pomóc w pracy. Na początku spotkania zapytał: rozumiem, że Panowie są tutaj nowi w tej służbie? Nie – padła szybka odpowiedź: My jesteśmy sprawdzeni fachowcy.

Jak chce Hellinger którego zresztą Miłoszewski cytuje w książce „ ….jedyną drogą, żeby sobie radzić z obecnością zła jest przyznanie, żejego sprawcy są mimo wszystko ludźmi. Także dla nich powinniśmy znaleźć miejsce w naszym sercu. Dla swojego własnego dobra”.

4 komentarze

Prawo do śmierci część I

Czyli o tym, że istnieją tajemnice których lepiej nie odkrywać, tajemnice których lepiej nie badać i o tym, że choć okoliczności się zmieniają, reguły gry już nie.

Bert Hellinger – mityczny już guru amatorów łatwych odpowiedzi na trudne pytania, przebojem wchodzi do polandowej polityki. Ten niezwykle interesujący człowiek nie sądził zapewne nigdy, że jego technika posłuży do obnażenia problemów, z którymi elity pewnego nie małego europejskiego kraju nie mogą sobie dać rady od bardzo dawna. Kim jest Hellinger? Łatwe pytanie, trudna odpowiedź. Są tacy, dla których jest ni mniej ni więcej tylko kolejnym mesjaszem. Są również tacy, którzy uważają go za szamana i zwykłego hochsztaplera. Co na to rzeczony Hellinger? Nic, bo facet który 25 lat życia spędził jako zakonnik (w tym 16 – jako misjonarz), a następnie poświecił się nauce i szeroko rozumianej terapeutyce, nie jest przeciwnikiem łatwym a jego praca zdaje się świadczyć za niego. Owa praca to „ustawienia rodzinne”. Pod tą niewinną nazwą kryje się wyrafinowane narzędzie wywołujące wstrząsające interakcje. Otóż okazuje się, że obcy sobie ludzie, wybrani przez ustawiającego z uczestniczącej w badaniu grupy, obsadzeni w roli członków rodziny badanego w sposób całkowicie niewytłumaczalny odgrywają nieznane badanemu a prawdziwe relacje rodzinne. W ten mroczny i literalnie magiczny sposób badany może dowiedzieć się o wszelkiej maści patologiach, które w taki a nie inny sposób odbiły się na nim i jego relacji z bliskimi. Sam w ustawieniu nie uczestniczyłem, zebrałem za to kilka bezpośrednich relacji. Skrajnych relacji, z których nie wyciągnie się rozsądnej średniej. Nikt jednak nie kwestionował jednego: obcy „aktorzy” ze zdumiewającą wiarygodnością odtwarzali relacje rodzinne nieznanych sobie osobiście ludzi. Wątpliwości zaczynały się przy ocenie efektów i skutków tego przedsięwzięcia. Jak autor teorii tłumaczy ów fenomen? Nazywa go „wiedzącym polem”, rodzajem uniwersum, które niesie wiedzę na temat wszystkiego co robili wszyscy nasi przodkowie. Brzmi biblijnie? Więcej, jeśli jakakolwiek zasada współżycia rodzinnego została złamana, konieczne jest zadośćuczynienie, naprawa za wyrządzoną krzywdę.

Tak przynajmniej chce hagiografia. Dla mnie, „wiedzące pole” domaga się również pokuty, cierpienia za grzech, które często dotyczy nie samych sprawców, ale ich dzieci i wnuków. Oko za oko – chciałoby się powiedzieć. Jeśli nawet grzesznik uniknie kary, ta dopadnie kogoś z rodziny. Porządek w systemie musi być. Najciekawsze w teorii Hellingera jest co innego: akceptacja zła jako takiego. To najbardziej szokujące w świecie, w którym zakłada się, że zło to jedynie promil zachowań społecznych a wykluczenie tychże ze społeczeństwa to najlepsza metoda. U Hellingera jest inaczej: wszystko ma swoje miejsce, powód, czas i motyw. Nawet mord ma swój sens w odwiecznej spirali następujących po sobie pokoleń. Gdzie tu miejsce dla Boga? Hellinger nie odpowiada wprost, ale jego twierdzenie o nadrzędnej potrzebie prawości jest oczywiste. Bóg wydaje się być owym wiedzącym polem, bo u Hellingera sumienie to rodzaj metafizycznego zmysłu równowagi, który mówi nam jak żyć w zgodzie z rodziną i systemem, który nas otacza. W tej łagodnej koncepcji jest jednak interesujący a wiele tłumaczący zgrzyt: owa dążność do równowagi może prowadzić do mordu, który, choć odrażający, ma swoje uzasadnienie w relacji, która do niego pchnęła i jako taki może być summa sumarum PRAWY. Podsumowując: ustawienie pomoże nam zrozumieć dlaczego jest tak , jak jest. Dla poprawy wymaga jednak zaakceptowania i popełnionych czynów i ich konsekwencji. Sprawiedliwość ma tu znaczenie drugorzędne istotna jest kompletność, symetria relacji. I trzeba było naprawdę genialnego autora, aby hellingerowską metodę zastosować wobec problemu, który do dzisiaj dzieli nie rodzinę czy rodziny – dzieli naród. W modnym obecnie filmie „Uwikłani” ogniskuje sie problematyka, z którą Polanda nie może sobie dać rady od 21 lat i nie zanosi sie na to , aby ową radę dać sobie mogła kiedykolwiek. Może sie bowiem okazać, że społeczeństwo po obu stronach mazowieckiej grubej kreski jest takie samo, a zmiana, która się dokonała była jedynie albo aż ewolucyjnym krokiem dawnego systemu. Tak chce Jadwiga Staniszkis, ale to podejście nie może się podobać w społeczeństwie, w którym dzisiaj okazuje się, że każdy walczył, gdzieś się udzielał a przynajmniej gorliwie kolportował. Równolegle trudno znaleźć już nawet nie funkcjonariuszy ZOMO czy choćby milicji, ale nawet kierowniczek administracji, pracownic hal maszyn, kierowców czy choćby bufetowych w dobrze skądinąd wyposażonych resortowych stołówkach.

To oczywiście dość typowe zjawisko a jako przykład warto przytoczyć badanie przeprowadzone niedawno na grupie 80-letnich Niemców. W odpowiedzi na pytanie o sport 90% z nich oświadczyło, że w młodości zajmowało się nim wyczynowo. Jakież było zdziwienie badaczy, gdy po drobiazgowym dłubaniu w dokumentach (a nasi sąsiedzi są przecież mistrzami w archiwizacji danych) okazało się, że faktycznie zawodniczo udzielało się mniej więcej 10% z pytanych! Czy owi zażywni dziadkowie kłamali? Problem może być znacznie głębszy niż się wydaje, i to kolejne zagadnienie, którego dotyka w swojej mistrzowskiej książce Miłoszewski. Owi emeryci uwierzyli już w swoją wersję życia. Prawda nie ma już żadnego znaczenia i obiektywnie nie istnieje.

Dla nich Hellinger i jego teoria ustawień to oś intrygi, która ujawnić ma przede wszystkim relatywność naszych ocen, kłopoty z oceną prawdy a być może przede wszystkim potworny mechanizm dostosowawczy, w który jesteśmy wyposażeni. Dobrowolna lobotomia, której poddajemy sie w procesie posttraumatycznym to jedyny sposób, aby poradzić sobie z wydarzeniami, o których chcemy/musimy zapomnieć. Ów proces w kategoriach życia społecznego to najbardziej nikczemne zaniedbanie a w przypadku władzy – labilny stosunek do pamięci w każdym okresie historycznym piętnowany jest jako skandaliczny oportunizm. Czy słusznie? Ani Miłoszewski ani Hellinger nie podają tu dobrej odpowiedzi, ponieważ nie muszą. Dynamika społecznych zmian i ich polityczny kontekst w każdych warunkach wykreuje aktywistów, którzy z troską owiną sarkofagi pamięci w barwne transparenty PAMIĘTAMY.

To na tej przecież zasadzie istnieje i działa dalej Związek Wypędzonych, mimo że Erika Steinbach urodziła się dopiero w 1943 roku i to w Rumii czyli de facto na terytorium okupowanej Polski. Oczywiście należy zaznaczyć, że Erika S. przedstawia fakty wyłącznie w użytecznym dla niej kontekście. Ma do tego prawo własnej społeczności, dla której obiektywna prawda wydarzeń historycznych po prostu nie istnieje. Ważne są wyłącznie wydarzenia odbierane z perspektywy osobistych doświadczeń. Dlatego też dla Steinbach powód wypędzenia to Rosjanie i Polacy a do dzisiaj nie dostrzega w swojej własnej organizacji aktywnych nazistów. Nie musi. Uważa ich wyłącznie za wypędzonych.

Dla córki stoczniowca zastrzelonego w drodze do pracy nie ma znaczenia czemu wydano rozkazy, ani kto je wydał. Ważna jest strata członka rodziny i społeczno-materialny regres, którego nikt (obym się mylił) do dzisiaj nie zrekompensował. Nie zdziwię się, jeśli się okaże, że w każdą hucznie obchodzoną rocznicę Grudnia rodzinom jego ofiar bieleją knykcie w zaciśniętych pięściach. Bieleją, bo być może fetuje się zmarłych a kompletnie zapomniano o ich rodzinach widząc je wyłącznie w kontekście tła do akademii ku czci. Ciekaw jestem, jaki jest dzisiaj status ofiar pacyfikacji kopalni Wujek. Czy w toczącym się sporze chodzi o to, aby udowodnić Jaruzelowi, że wydał rozkaz strzelania czy też nasze państwo domaga się tego wyłącznie w swoich administracyjnych celach. Jakich? A na przykład emerytalno-kombatanckich. Nie zdziwiłbym się specjalnie, gdyby się okazało, że bez skazania Generała ofiary wujka I ich rodziny nie mogą korzystać z takich czy innych uprawnień kombatanckich, które moim zdaniem powinny im się należeć jak psu buda. Pytanie czy ostateczne skazujące wyroki jakie uprawomocniły się w kwietniu 2009 (po 28 latach postępowania sądowego) oznaczają, że rodziny ofiar mogą dochodzić roszczeń od Państwa Polskiego. Bardzo jestem ciekaw jak to wygląda, bo wedle mojej wiedzy, za śmierć Grzegorza Przemyka nasz skarb państwa nie jest odpowiedzialny nadal.

Nasze państwo konsekwentnie samo ustala gdzie ma a gdzie ciągłości nie potrzebuje. Na tej zasadzie posiadacze przed wojennych obligacji II RP mogą je sobie oglądać w klaserach, ponieważ III RP, która oficjalnie uznaje sie za dziedziczkę tradycji dłużniczki, w odrzucaniu roszczeń posługuje sie ustawodawstwem PRL! Dla odmiany w organizacjach kombatanckich udzielają sie już ludzie urodzeni w roku 1941, a represjonowani w latach 50-tych. Nie wdając sie w analizę czy tak było czy nie (bo jak ktoś siedział w Jaworznie, to jest to fakt empiryczny), ani nie oceniając natury przyczyn owych represji (bo bywały różne), przyjmujemy, że istnieje prawo, które pewnej grupie pozwala się ubiegać o państwowe świadczenia; nic zatem dziwnego, że się uprawnieni o nie ubiegają. Irytuje jednak to , że w tym samym momencie weterani Iraku czy Afganistanu kombatantami nie są i szczególnych uprawnień nie mają ponieważ nie objęto ich skuteczną inicjatywą ustawodawczą. Współczesne ofiary wojny zostały zatem wykluczone z materialnej rekompensaty. Zapewne dlatego , że ich ofiara krwi nie ma miejsca na żadnym podpieranym za zwyczaj głęboką historią sztandarze politycznym.

Cdn.

2 komentarze