Licence to kill…

…czyli o tym, że każde państwo potrzebuje morderców, a proces demokratyzacji wymaga ofiar bez względu na to, kto tę demokratyzację sponsoruje.

Przyjęło się już dzisiaj robocze założenie, że terroryzm to w zasadzie wynalazek dość współczesny i na wskroś arabski. Pomijając osiągnięcia Palestyńczyków na niwie światowej rewolucji i walki o prawo i sprawiedliwość warto przypomnieć, że prawdziwe fundamenty terroru budowali zupełnie inni ludzie. I nie chodzi mi tu o niewinne w sumie akcje eserowców w carskiej Rosji (wypadało by tu wspomnieć o słynnym napadzie w wykonaniu towarzysza Stalina ale to innym razem), ale o początki prawdziwego zorganizowanego terroryzmu. Palma pierwszeństwa należy się w tej materii Grupie Sterna. Kim byli?

Drodzy czytelnicy, proszę sobie wyobrazić, że było kiedyś tak, że w Palestynie rządzili niepodzielnie Anglicy i bardzo niechętnie patrzyli na wszelkiej maści żydowskie osadnictwo. Co więcej, prowadzili wyraźnie pro arabską politykę limitując zgody na osiedlanie (nawet w trakcie wojny) oraz faworyzując Arabów. Trudno się zatem dziwić, że żydowscy osadnicy w ramach własnych działań zaczepno – obronnych zorganizowali się w ramach pierwszej żydowskiej organizacji paramilitarnej Hagany. Jednym z najbardziej oddanych bojowców, był urodzony w Polsce Abraham Stern. Tu warto wspomnieć, że każdy w zasadzie ruch społeczny ma swoją lewicę i prawicę podobnie było z terroryzmem żydowskim. Stern związany z Zabotyńskim był zwolennikiem bardzo agresywnej walki z Arabami, a jednym z jego największych osiągnięć była „bomba Sterna”. Beczkę wypełnioną trotylem oraz wszelkiej maści żelastwem wrzucano przez okno do szkół koranicznych. Ów morderczy instrument szybko zyskał sobie uzasadnione uznanie. Warto w tym miejscu dodać, że prawdopodobnie był to produkt techników z polskiego wydziału II, dyskretnie wspierającego wszelkie formy emigracji i co zrozumiałe walki w Palestynie. Dlaczego dyskretnie? Ponieważ Palestyna była brytyjska a Polska z Brytyjczykami w sojuszu. Od wczesnych lat 30-tych prowadzono w Polsce szkolenie wojskowe, które wraz z utworzeniem przez Żabotyńskiego Betaru nabrało silnie faszystowskiego charakteru. Jako ciekawostkę warto wspomnieć, że szkoleni w Polsce Betarowcy pozdrawiali się „rzymskim gestem” a ich wiece ochraniał ONR Falanga co już samo w sobie zasługuje na osobny post. Warto w tym miejscu zauważyć jak doraźny interes polityczny łączy teoretycznie wrogie obozy. Eskalacja konfliktu arabsko – żydowskiego doprowadziła do powstania znacznie bardziej agresywnego niż Hagana, Irgunu. Tyle, że wraz z wybuchem wojny Irgun zadecydował o wstrzymaniu akcji przeciwko Brytyjczykom i Arabom. Grupa Sterna wprost przeciwnie. Wódz uważał, że należy walczyć wszelkimi sposobami z brytyjskim uciskiem i starał się nawet nawiązać współpracę z… Hitlerem.

Jak sobie łatwo wyobrazić tego już było dla lewicowej myśli syjonistycznej zbyt wiele. Stern skończył marnie. W lutym 1942 dopadli go w domu brytyjscy agenci. Ale prawica terrorystyczna nie umarła wraz z wodzem. Nowym szefem operacji wojskowych grupy Sterna został Icchak Szamir, dodajmy późniejszy premier Izraela i wieloletni funkcjonariusz Mosadu odpowiedzialny za operacje w Europie. Ale teraz sprawa najważniejsza: pierwszy atak terrorystyczny sensu stricte, ma miejsce 22 lipca 1946. Tego dnia „grupa Sterna” zdetonowała bombę w prestiżowym jerozolimskim hotelu „Król Dawid”. Był to pierwszy zamach w ramach nieustająco popularnej strategii  „niewielu zabitych setki przerażonych”. Można by oczywiście powiedzieć, że cel był wybrany przypadkowo bez konsultacji z jakimś promotorem. Można, ale trzeba zauważyć, że ktoś przecież musiał „sternowców” utrzymywać i wyposażać w broń i to w trakcie poważnej kampanii wojennej. Któż to mógł być? Otóż byli to Francuzi.

Jak wiadomo francuska Afryka północna do 1943 roku walczyła po stronie państw osi. Co prawda po lądowaniu amerykanów front zmieniła ale przekonań absolutnie nie. Tam właśnie Icchak Szamir znalazł bezpieczne schronienie po ucieczce z brytyjskiej Palestyny w 1943 roku uzyskując status uchodźcy politycznego. Skąd ten syjonistyczny duch? Po prostu w dominiach francuskich konflikt arabsko żydowski był nie mniej silny niż w Palestynie tyle że mniej medialny. W pełnej krasie ujawnił się dopiero w 10 lat po II wojnie światowej kiedy to na dobre rozpętała się wojna w Algierii. Z uwagi na niechętną wojnie politykę De Gaulla, w Algierii w 1958 powstała tajna organizacja terrorystyczna OAS założona przez znanego generała Raoula Salana. Silnym zapleczem organizacji byli algierscy Żydzi masowo atakowani przez arabskie bojówki. Wielu z nich, w czasie II wojny światowej aktywnie udzielało się w walkach przeciwko Brytyjczykom jako naturalnym wrogom w Palestynie. OAS została skutecznie rozbita podobnie jak każdy ruch prawicowy w tym okresie.

Jeśli w tym miejscu czytelnikom przyjdzie na myśl uwaga, iż wszystkie te wydarzenia są mało prawdopodobne przytoczę inne, również związane z terrorem a znacznie bardziej współczesne. Otóż nie pamięta się już dzisiaj, że hiszpański frankizm w latach 70-tych uosabiał nie stetryczały Caudillo (Generał Franco), ale jego główny pretorianin, premier rządu admirał Carrero Blanco. Admirał Blanco był de facto wielkorządcą Hiszpanii. Operatywny admirał, działając wspólnie z Opus Dei skutecznie podporządkował sobie większość ówczesnego system urządzenia na tyle sprawnie, że na 100% miał zostać następcą Franco. Ale mu się nie udało. Czemu? 20 grudnia 1973 dosłownie wyleciał w powietrze. Dosłownie ponieważ ETA wykonała podkop pod ulicą którą miał przejechać ów notabl i umieściła w podkopie prawie 100kg ładunek. Efekt był piorunujący. Admirał wraz ze swoim samochodem przeleciał nad kościołem z którego wyszedł i wylądował na balkonie na 2 piętrze budynku po przeciwnej stronie kościoła. Co w tym dziwnego? Sporo. Po pierwsze ETA robiła wcześniej znacznie mniejsze zamachy. Po drugie w śledztwie ustalono, że materiały wybuchowe pochodziły z amerykańskiej bazy wojskowej, po trzecie, zarówno śledczy hiszpańscy jak i czterej baskijscy uczestnicy zamachu tajemniczo ginęli. Co ciekawe, 21 grudnia 1978 roku a więc w 5 lat po zamachu, zginął ostatni z zabójców Blanco. Ostatni i jedyny który znał tożsamość, osoby która ….. ujawniła zmienianą codziennie trasę którą poruszał się Admirał. Dla tych którzy nadal mają wątpliwości mała zagadka. Kiedy USA uznały ETA za organizację terrorystyczną? W 2001 roku.

Zabójstwo Blanco pozostawiało frankizm bez sukcesji co niejako automatycznie torowało drogę demokratycznym przemianom czyli prywatyzacji i reformom gospodarczym. Franco namaścił Blanco a Blanco wykończył konkurentów tym samym system pozbawiony ich obu mógł się zawalić. Dlaczego nie dokonano zamachu na samego Caudillo? Niewiele by dał. Prawdziwą podporą systemu był właśnie Carrero Blanco. ETA ani wcześniej ani później nie dokonała już równie spektakularnego zamachu. Do grubych akcji trzeba mieć możnych protektorów i informatorów. Najwyraźniej i jednych i drugich zabrakło. Terroryzm podobnie jak wojna jest jednym ze środków prowadzenia polityki międzynarodowej. Choć nie ma już tej intensywności co w latach 70-tych (Fakcja Czerwonej Armii, Czerwone Brygady we Włoszech) to nadal terror zdumiewająco odpowiada interesom politycznych graczy. Zamach w białoruskim metrze najpierw odwracał uwagę od lawinowo sypiącej się gospodarki, potem lansował Łukaszenkę jako obrońcę narodu ale zbyt szybkie wykrycie przez KGB mało wiarygodnych sprawców roztrwoniło zbudowany na śmierci i ranach polityczny kapitał.

Władimir Iljicz Putin postępował znacznie roztropniej i wyciągał wnioski a między zamachem na teatr na Dubrowce (2002), a atakiem Basajewa na szkołę w Biesłanie (2004) poparcie dla reżimu i jego militarnych akcji wzrosło mimo niemałych ofiar, bo akcja w teatrze kosztowała życie i zamachowców i 129 widzów. W szkole w Biesłanie nie było wiele lepiej dodatkowo w trakcie szturmu zginęło tam ponad 200 dzieci.

Co ciekawe, w akcjach RAF bez problemu ujawnia się polityczny motyw ich inspiratorów z NRD i nikt nie ma problemu z traktowaniem powyższego jako swoistej cynicznej gry sowieckiego politbiura. Ale zachodnie demokracje? Fu! Kto by się zniżał do takich niedemokratycznych praktyk. Na marginesie warto zwrócić uwagę jakimi metodami zwalczano terroryzm w ówczesnym RFN. Baadera, Mainhof i kilku innych aktywistów schwytano już w roku 1972. Jak się okazało, był to duży błąd tamtejszego resortu siłowego. Osadzeni obrastali w legendę która skutecznie motywowała do działania kolejne grupy terrorystyczne. Jeden z osadzonych, Holger Meins zmarł w wyniku kilkakrotnych głodówek a jego śmierć w listopadzie 1974 wywołała ogólno niemieckie zamieszki. Co ciekawe, Meins domagał się między innymi uznania członków RAF za żołnierzy i tym samym traktowania ich jak jeńców wojennych. W październiku 1977 komando Palestyńczyków porywa na Majorce samolot Lufthansy. Domagają się uwolnienia przebywających w więzieniu członków RAF. Po wielu perypetiach samolot ląduje w Mogadiszu. To właśnie tu dojdzie do spektakularnej akcji niemieckiego GSG9 a tym samym pierwszego użycia wojsk niemieckich poza granicami RFN od zakończenia II wojny światowej. Oczywiście, formalnie GSG9 to nie wojsko tylko formacja jak sama nazwa wskazuje służby granicznej. Niemniej jednak, Niemcy zadebiutowali i to popisowo skutecznie odbijając zakładników.

Ciekawsze jest co innego. Tej samej nocy kiedy GSG9 szturmowało samolot, Baader, i pozostali wpływowi terroryści popełnili samobójstwa. Niektórzy po prostu się powiesili inni (Baader, Raspe) dla odmiany strzelili sobie w głowę za pomocą przemyconych do celi pistoletów. Nie trzeba dodawać, że byli trzymani w więzieniach o zaostrzonym rygorze. Tu ukłon w stronę naszych służb penitencjarnych: Baranina tylko się powiesił.

Tak czy inaczej noc z 17 na 18 października 1977 całkowicie zmieniła taktykę walki z terroryzmem w Niemczech. Przyjęto zasadę, że w tej walce aresztowania nie mają sensu a do terrorystów strzela się  aż do skutku. Strategia była efektywna, ponieważ aż do 1985 roku zamachów praktycznie nie było. Kiedy pojawiły się znowu całkowicie zmieniono cele ataków. Bomby zabijały wyłącznie przedstawicieli wielkiego biznesu i to nawet po publicznym samorozwiązaniu się RAF w 1989 roku.

Ostatnią ofiarą RAF był szef Treuhanda zabity 1 kwietnia 1991. I tu ważna uwaga, Treuhand był gigantycznym funduszem powołanym do prywatyzacji majątku byłej NRD. Organizacja ta jest najczęściej podawana jako doskonały przykład prywatyzacji. Uzasadnieniem zamachu na życie szefa tej organizacji była podobno polityka restrukturyzacyjna która z 4 mln enerdowców zatrudnionych w przejętych aktywach na wszelkiej maści miejscach pracy pozostawiła zaledwie 1,5 mln. I być może tak było. Być może, ponieważ Detlev Rohwedder zabrał ze sobą do grobu sporo niewygodnych prywatyzacyjnych tajemnic. Ale to pewnie zbieg okoliczności. Wersja z każącą ręką ludu w tle, jest przecież i bardziej nośna i bardziej wygodna.

Powiązane wpisy

5 Comments
Previous Post
Next Post