Zmierzch bogów

Czyli o tym, że w Polandzie jest więcej o Kupisza, a na świecie mniej o Galliano, szok zadaje się być niemodnym towarem w vogue, a konwenans jednak zobowiązuje.

Na naszym nadwiślańskim nieboskłonie pojawiła się nowa gwiazda: Robert Kupisz, do tej pory znany jako tancerz, fryzjer, stylista i celebry ta, postanowił ujawnić się w roli projektanta. Jako że miałem swój mały udział w tej przemianie postanowiłem przekonać się jakie wrażenie na licznie zebranej publiczności wywoła pierwsza kolekcja Roberta. Kolejny pokaz w Soho Factory, które zyskuje już zasłużoną sławę dzielnicy kreatywnej, zgromadził prawdziwą celebrycką śmietankę. Nie będę wnikał czy na widowi pojawiła się pełna czy nie pełna ramówka wszystkich szanujących się w tym kraju telewizorów: dość, że tłum znanych twarzy zawzięcie walczył o miejsca w pierwszym rzędzie toteż gradientu vipów na metr kwadratowy można Robertowi szczerze pogratulować.

Ale nie tylko gości, a przede wszystkim samego pokazu należałoby gratulować. Po raz pierwszy na wybiegu pojawił się luz, uśmiechnięte modelki i modele zdawali się po prostu dobrze bawić zarówno formą, jak i treścią. O ile na zapleczu tego luzu na pewno była jakaś żelazna scenografia, to nie narzucała się widzom i nie zakłócała podstawowego przekazu, którym przecież była pierwsza Robertowa kolekcja. O ile miałem okazję widzieć ją wcześniej, to do prawdy zaskoczyły mnie wykończone wzory, które jeszcze tak nie dawno widziałem jako cytaty. To dowód, że Kupisz do swojej pracy podszedł poważnie, choć same modele kuszą swobodą znamionującą luz projektanta.

Niekłamany zachwyt wywołały zakapturzone modelki w sukniach z dzianiny. Druidki z gołymi plecami i nietypowe dzisiaj plisowane spódnice namiętnie oklaskiwał między innymi Andrzej Chyra, widoczny obecnie jako twarz z kampanii MaleMen’a. Jola Przetakiewicz, zachwycała się dla odmiany męskimi dżinsowymi kurtkami ,które zasłużyły sobie również na aplauz pozostałej części publiczności. Bardzo unisexowa kolekcja wpisała się doskonale w nowojorski klimat panujący obecnie w stolicy. Etniczne T-shirty z motywem Indianina dają początek zupełnie nieobecnej nad Wisłą kulturze, w ramach której tagowane w taki czy inny sposób podkoszulki stają się symbolem jeśli nie epoki to przynajmniej sezonu istotnego dla swoich twórców. A czy to wszystko trafiło do licznie zgromadzonej rzeszy adeptów kieleckiej szkoły Roberta? Tego nie wiem, ale była uczennica – Edyta Herbuś wydawała się nie opuszczać stanu ekstremalnej egzaltacji w trakcie całego pokazu. Czy to prawda czy poza, przekonamy się niebawem. Faktem pozostanie, że Robert złamał nieprzyjemny trend nabzdyczonych modeli i modelek na wybiegu i zamienił te postawy na szczery lub dobrze udawany zachwyt przestrzenią. Jego wyjście ze wzruszoną do łez Mamą doskonale harmonizowało z wyczuwalnie energetycznym pokazem. Bajka.

Łyżka dziegciu w tym ogólnie udanym projekcie to jego przyszłość. Że Robert odnajdzie się doskonale wśród naszych uznanych twórców, nie mam najmniejszych wątpliwości. Ale to czy jego produkt ujrzymy w sklepach to już zupełnie inny problem, który dotyczy wielu projektantów w Polandzie. Pytanie, czy dostępność jest faktycznym celem Kupisza. Jak wiadomo Tomasz Ossoliński, Dawid Woliński czy nawet Maciek Zień istnieją bez sieci sklepów, więc może się okazać, że newcomer podąży właśnie tą droga, bo przecież gazety napiszą o nim zawsze, a środowisko zaludni pokaz. Z tej perspektywy kosztowny i drogi proces budowy sieci i marki można uznać za zgoła niepotrzebny balast:). Generalnie może się za chwilę okazać, że wielcy projektanci tworzą wyłącznie dla siebie, bo Brandy wymagają talentu, ale przede wszystkim dużej dawki wrażliwości na to, co się dzieje dookoła nich. Świat wysokiej konsumpcji musi przecież zauważyć, że jeden z większych kataklizmów epoki wymazał z mapy kawałek Japonii, a Północna Afryka zalicza falę społecznego wyzwolenia. Może się okazać, że Galliano swoim antysemickim wybrykiem tylko wbił ostatni gwóźdź do swojej trumny. Tajemnicą poliszynela było, że Dior od pewnego czasu był już delikatnie mówiąc rozczarowany swoim wielkim designerem. Choć swego czasu Galliano postawił markę na nogi, to od tamtej pory upłynęło już sporo czasu. Słowny zamach na holocaust w kraju, który wyprodukował pierwszy poważny polityczny incydent antysemicki (sprawa Dreyfussa) jest poważnym wykroczeniem, ale nie mogę się pozbyć wrażenia, że został wyreżyserowany. Pokaz Diora był zawsze jednym z ważniejszych wydarzeń paryskiego tygodnia mody. Zgodnie z wieloletnią tradycją na zakończenie na wybiegu pojawiał się sam Galliano w stylizacji sugerującej kolejną kolekcję. Ten swoisty rytuał powtarzał się co rok i …. cementował gallianowość w Diorze. Czy w tym roku pokaz się nie odbył? Ależ odbył się. Co więcej w zaplanowanym wcześniej miejscu i czasie. Z jedną różnicą: na widowni zabrakło nieprzebranych tłumów celebrytów, a przed pokazem prezes Diora w zgrabnym przemówieniu podzielił się problemem jakim było rozstanie z Galliano. Najważniejsze było jednak dalej. Kto bowiem ukazał się oniemiałej publiczności na zakończenie pokazu? 40 umundurowanych bielą prawników atelier czyli owi niemi i cisi współtwórcy sukcesów Diora.

To genialne socjotechniczne posunięcie, które porwało widownię do stojącej owacji, nie było na pewno dziełem przypadku. Z olbrzymim prawdopodobieństwem ktoś wypracował tą cudowną przemianę pasywa w aktywo. Ale w tym kontekście nie idzie wyłącznie o Galliano. Może się okazać, że dokonuje się na naszych oczach swoista zmiana warty. Zmieniły się czasy. Ludzie tacy jak Galliano, Alexander McQuinn, Tom Ford czy Marc Jacobs mogą już być poza orbitą estetyk nadchodzącej dekady. Być może McQuinn był już tego świadom odbierając sobie życie w lutym tego roku.

Prowokacja i szok to dzisiaj nie domena wybiegów, ale rzeczywistość telewizyjnych wiadomości. Trudno zakładać, aby rzeszom nabywców marzyło się dalsze zwiększanie dawki frustracji związanej z otaczającym nas światem. Nie zdziwię się, jeśli wielkie marki zamienią się teraz w arki stylu, jakości i swoiste rezerwuary „jakości życia” oferujące nie tani rozgłos, ale godność.

Nonsens? Przekonamy się niebawem. Kiedy Frida Giannini przejmowała schedę po Tomie Fordzie w Gucci jej kolekcjom zarzucano, że nie kreują stylu. Być może, ale marce to najwyraźniej nie przeszkadzało i nie przeszkadza do dzisiaj. Świat mody się zmienia. Przekonała się o tym niedawno Carine Roitfeld wylana z Vogue’a za sesję Toma Forda. Moim zdaniem to doskonała soczewka, bo jeszcze do niedawna we francuskim Vogue można było zrobić wszystko. Ale najwyraźniej owo „wszystko na sprzedaż” nie wpływa już na słupki sprzedaży tak dobrze, jak dawniej. Być może zatem w nadchodzących latach małe dziewczynki będą po prostu chodzić do szkoły, a nie na wybiegi, a kobiety i mężczyźni będą się od siebie zdecydowanie odróżniać dokładnie wbrew promowanej ostatnimi czasy androgenicznej modzie. Ale mogę się oczywiście mylić i być może czeka nas jakaś całkowicie niespodziewana obyczajowa rewolucja.

Kiedyś w Hiszpanii opowiadano mi, że Largo Caballero – socjalistyczny premier republiki w trakcie rewolucji hiszpańskiej, na wieść o upadku powstania anarchistów w Barcelonie, które pieczętowało dominację ZSRR nad madryckim rządem, wybrał się do krawca obstalować nowe ubranie. Zapytany po co to robi miał odpowiedzieć: rewolucja czy nie, mężczyzna umierając powinien być elegancko ubrany.
No pasaran!

Powiązane wpisy

1 Comment
Previous Post
Next Post