Browsing Category historia

Polish hel

Czyli o tym, że niedaleko pada jabłko od jabłoni, finansowi wizjonerzy są niezbędni, a stare papiery wartościowe – jeśli wpadną nam w ręce – warto otoczyć troskliwą opieką.

Choć niesłabnącą popularność Dołęga – Mostowicz zawdzięcza „Karierze Nikodema Dyzmy”, to bodajże najciekawszą pozycją, którą każdy urzędnik miejski powinien sobie przyswoić są obie części przygód Doktora Murka. Czasy idą niepewne, z negatywnych doświadczeń II RP czerpiemy pełnymi garściami, toteż lektura doprawdy jest w sam raz. Ale w tej pozycji interesujące jest coś jeszcze. Otóż Doktor Murek wraz ze swoim wspólnikiem zajmują się przedsięwzięciem zdawałoby się całkowicie irracjonalnym: budują od zera uzdrowisko, bez żadnej historii, jedynie z przekonaniem, że będzie ono ulubioną siedzibą elit. Losów książkowego projektu nie będę zdradzał – warto się z nimi zapoznać. Zawsze wydawało mi się, że ów projekt musiał być jakoś związany z jak najbardziej prawdziwą Juratą. I chyba się nie myliłem…

Finalnym założycielem dzisiejszego uzdrowiska jest bowiem Jurata Uzdrowisko na Półwyspie Helu S.A. Przedsięwzięcie było nie miej ciekawe niż sama polska obecność na Helu, który wraz ze znajdującym się na nim miastem, Zygmunt Stary sprzedał władzom Gdańska jeszcze w 1526 roku. Mimo to Hel trafił w polskie ręce w wyniku postanowień wersalskich. Był to zapewne kompromis: Paderewski i Dmowski domagali się Gdańska. Niemcy, wsparte przez Anglię i USA, nie chciały się na to zgodzić. Zapewne stanowisko Francji zmusiło Niemcy do wydania 146 km (półwysep liczony od morza i zatoki) pozbawionego infrastruktury wybrzeża. Polska realizowała jednak z jednej strony cel propagandowy, z drugiej – militarny. Baza morska na Helu mogła skutecznie oddziaływać na samodzielny Gdańsk. Potwierdzeniem tej tezy wydaje się być fakt, że linię kolejową na Hel wybudowano już w roku 1922 i przystąpiono do budowy pierwszych wojskowych instalacji. Co ciekawe półwysep zamieszkiwali podówczas głównie Niemcy, co w późniejszych latach okazało się na tyle problematyczne, że rozpoczęto akcję „kolonizacji miasta i półwyspu”. Trzeba było mieć sporo wyobraźni, aby w 1928 roku zabrać się do budowy uzdrowiska w tak urokliwej, ale bezludnej okolicy.

Kim byli ci wizjonerzy, którzy w 1928 zawiązali spółkę celem realizacji tego ambitnego planu? Co ciekawe sama Jurata fundatorami swojego sukcesu się nie chwali. A powinna, bo ułożyłaby się z tego niezwykle emocjonująca historia jako żywo przypominająca obyczaje III RP. Bo mamy tutaj wszystko: wysokiej rangi polityków, przemysłowców i kupców. Taki mix zupełnie nie dziwi, ponieważ spółka u swego zarania miała cały szereg poważnych problemów: a to z Lasami Państwowymi, od których swoje 150 ha dzierżawiła; a to z Ministerstwem Rolnictwa, które pionierskiemu przedsięwzięciu przypatrywało się niechętnie. Ale osoby takie jak Prezes Leopold Skulski – postać nietuzinkowa, premier rządu RP aż do bitwy warszawskiej, a następnie minister spraw wewnętrznych i to w czasach, gdy strajki tłumi się krwawo (myliłby się bowiem ten, kto założy, że II RP formowała się bez zgrzytów i przy powszechnej akceptacji) czy Franciszek Zwierzchowski, czyli dawniej I zastępca szefa Administracji Armii – przydawały się niezwykle przy owych trudności przezwyciężaniu. A trudności nie brakowało. W związku z dynamicznym rozwojem przeszkodą stał się choćby brak prądu.

Rozwiązanie? Zasilanie kablem podziemnym z… wojskowej elektrowni w Helu. Układy układami, ale do takiego projektu potrzebne są jeszcze pieniądze i zdeterminowany inwestor. I jak najbardziej takowy był. Nazywał się Mojżesz Lewin i był żydowskim finansistą. Ulicy jego nazwiska na planie Juraty nie odnajduję. Ciekawe dlaczego:)? To mecenat Lewina umożliwiał spółce rozwój, a wedle autorów opracowania na jej temat (Leszek Koziorowski kancelaria Gessel) osoby z nim związane przyczyniły się walnie do popularyzacji i budowy prestiżu Juraty. To zapewne za ich sprawą w Juracie pojawili się znani i cenieni artyści a swoje letnie siedziby sytuowali książęta. O kulisach marketingowych tego przedsięwzięcia przeczytamy zapewne najwięcej właśnie u Dołęgi. Nie jest wykluczone, że organizatorów przedsięwzięcia „Jurata” osobiście znał. Najciekawsze jest to, że 31 maja 1938, będący już wtedy prezesem Rady Nadzorczej Leopold Skulski oświadczył, że wobec „ostatnich dokonanych przesunięć akcji spółki i przejścia kontrolującego pakietu do rąk nowej grupy”, on oraz wszyscy pozostali członkowie organów podali się do dymisji. Równocześnie prezes podziękował Panu Lewinowi za trud budowy Juraty co oznacza, że zapewne wraz z nim ową spółkę opuszczał. Trudno się dziwić, było to już wszak po zajęciu Austrii w marcu 1938. Trudno inwestorowi odmówić roztropności. Nowym prezesem został Franciszek książę Radziwiłł. Rok 1938 spółka zamknęła stratą. Gości było dużo, mimo że tradycyjnie narzekano na drożyznę. Sprzedaż działek szła bardzo opornie, ale sezon turystyczny udał się wyśmienicie. Poczyniono niemalże komplet rezerwacji na kolejny rok! Sezon zapowiadał się wybornie. A dzisiaj… po międzymorskiej promenadzie suną dystyngowane mamuśki konstancińskie w otoczeniu adoratorów, względnie biznesowych partnerów albo mniej lub bardziej odchowanych latorośli. Wszyscy uzbrojeni w noszone przy każdej pogodzie okulary słoneczne i  niestrudzenie zajęci wzajemnym podsumowywaniem, czyli tym wszystkim co od wieków stanowi istotę bywania w towarzystwie. W Juracie, i chyba nigdzie poza nią, nie da się w takiej liczbie ujrzeć nastolatków w typie znanym z amerykańskich filmów o surferach. Cóż, aby osiągnąć ten luz nie wystarczy skopiować stylizacji czy wypalić z rana blanta. Niezbędny jest fundament w postaci całkowitego przekonania o zdolności rodziców do zapewnienia łatwego i przyjemnego życia.

Zaledwie 15 minut spacerem od tego „olimpu” rozciąga się jarmarczna Jastarnia. Ale prawda jest taka, że choć Hotel Bryza został wreszcie odmalowany, co od kilku lat należało mu się bardzo, to sam siebie już nie przeskoczy. A tym samym dystans, który jeszcze kilka lat temu mierzył się w latach świetlnych, dzisiaj zamienia się w coraz bardziej realne odległości. I nie chodzi nawet o to, że Jastarnia kiedykolwiek stanie się Juratą. Nie może, bo skala nie ta i założenie zupełnie inne. Może się jednak okazać, że żywioł, który szturmuje stragany w Jastarni, dzięki konsekwencji w spirali konsumpcji do poziomu Juraty bardzo się zbliży. Dzisiaj zamożni dżentelmeni z gestem kupują staniki na bazarku, nie szczędzą na lody i dziecięce atrakcje umilane wszechobecnym zapaszkiem starego oleju ze smażalni. To oczywiście nic w porównaniu z gestem ich jurackich odpowiedników, ale zasada jest przecież ta sama:)

O ile Jurata, jak się okazuje od swych narodzin, jest zwierciadłem polityczno-biznesowych relacji, to przaśna Jastarnia jest soczewką masowej konsumpcji. Jurata nie poszybuje już dalej niż jest, bo jej bywalcy są doskonale świadomi, że tamtejszy poziom cen przebił alternatywy, a w obecnym układzie komunikacyjnym łatwiej się dostać do Marbelli niż do Juraty i, co ciekawsze, dotarcie do tej pierwszej zabiera mniej czasu. Za 8k EUR/m2 apartament water front kupi się teraz bez większego problemu, więc trzeba być nie lada zapaleńcem, aby wydać tyle w snobistycznej, ale jednak – „tylko” Juracie. Co więcej posiadacz własnego odrzutowca lądować musi w Gdańsku a następnie odbębnić do 2 godzin w samochodzie bo na trawiastym lotnisku w Jastarni wyląduje wyłączne mały samolocik albo helikopter. Tym samym Jastarnia, ze swoim nabierającym nowych przyzwyczajeń letnikiem, w najbliższych latach zmieni się jeszcze bardziej niż do tej pory. Dzisiaj, bez trudu zjemy smaczne śniadanko w jednej z wielu oferujących je knajpek. 3 lata temu taka opcja była możliwa tylko w jednej. Każdemu dla kogo ostatnie jest kiepskim miernikiem rozwoju wyjaśniam, że w zasadzie do 2000 roku śniadanka w Warszawie jadło się w hotelach. Jedną z pierwszych knajpek oferujących taką opcję było Radio Cafe na Nowogrodzkiej. Kuracjusz z Juraty tego kraju już nie zmieni, bo albo uważa, że go posiada, albo uważa, że o nim decyduje. To w Jastarni wypoczywają ludzie kompletnie nieświadomi po co i z kim przyleciał do swojej letniej siedziby Bronek.

No, ale można by powiedzieć, że co się mają interesować skoro do nich na grilla nie wpadnie. A do Bryzy? Kto wie… zwyczaje Prezydenta Kwaśniewskiego obrosły przecież legendą. A na zakończenie smaczek dla tych, którzy uważają, że inwestowanie jest zajęciem bezpiecznym i przewidywalnym. Dzierżawa terenów od Lasów Państwowych wygasłaby w… 2018 roku! Swoją drogą ciekawe kim byli nabywcy akcji spółki i jak się ma nacjonalizacja do faktu, iż spółka dzierżawiła mienie Skarbu Państwa, ale to raczej temat na osobny post. Faktem jest jednak, że istniejące do dzisiaj akcje noszą często sygnatury konsulatu RP w Brukseli z datą 1948 a jak swego czasu ustalono właścicielem większości akcji spółki jest Andrzej Bratkowski – minister w rządzie Hanny Suchockiej, który jeszcze w 2004 roku zarzekał się, że nie wskrzesi tej spółki. No, ale było to jeszcze przed aferą Geische czy rajdami Pana Feldona w Warszawie. Dzisiaj w bieżących aukcjach już akcji Juraty nie znajdziemy, ale w archiwalnych widać, że jeszcze w 2008 roku domagano się za sztukę 700 PLN. To niemało zważywszy n kapitał akcyjny.

W 1936 roku Prezydent Mościcki tereny na północ od Juraty przekazał w władanie wojsku, nadając im zresztą specjalny status, który wygasł dopiero w roku 1996 czyli po 60 latach! Tutejsze władze samorządowe łakomym okiem patrzą na mienie ulokowane na terenie, którego status jest nie do końca jasny, a najbardziej łakomym kąskiem są zapewne wybudowane tu, a nadal wojskowe lub państwowe, ośrodki. Być może mam złudzenia, ale każdy zapewne zaobserwował, że przy okazji kolejnych kampanii wyborczych nowi premierzy obiecują likwidację ośrodków rządowych… I nic lub niewiele się dzieje. Przykład prywatyzacji Bryzy dowodzi, że chcieć, to móc i przy odpowiedniej woli politycznej można wiele. A jest o co powalczyć bo na tapecie jest choćby należący do MSWiA o ośrodek KAPER. Lokalizacja ma się nijak do wychodzącej w morze słynnej przed wojną „Caffe Casino” (dzisiejsza Bryza) ale ulica Mestwina to w kategoriach inwestycyjnych adres sugerujący co najmniej 15k/m2. Ze strony ośrodka dowiemy się sporo ale zakładka cennik jest … pusta. Ze sprawozdania URM dowiemy się, że jest deficytowy.

Cóż, idzie recesja. Siądą ceny. Ktoś się skusi. Bo może się okazać, że będzie tu jakaś nieoczekiwana promocja:).

3 komentarze

Siekiera, motyka i krwi szklanka

Czyli o tym, że każdy konflikt etniczny ma swoją cenę, swoich ideologów i jasne ekonomiczne przyczyny.

W bieżącym numerze tygodnika „Przegląd” znajdziemy artykuł przypominający rzeź polskiej ludności zamieszkującej Wołyń. Autor zadaje pytanie, dlaczego nikt –  wliczając w to znanego z aktywności na froncie walki o pamięć śp. Lecha Kaczyńskiego – nie poświęca temu problemowi należytej uwagi, a ofiarom pogromów nie oddaje czci. Pytanie ciekawe, bo w kraju miłującym celebrowanie „ofiary”, niemi świadkowie tych zajść powinni być upamiętnieni. Ale nie są.  Dzieje się tak najpewniej dlatego, że masowe mordy mają zazwyczaj prostą ekonomiczną sprężynę, a prędzej czy później stają się udziałem obu stron.
Stosunki polsko-ukraińskie to temat trudny. Kto wie czy nie bardziej skomplikowany niż analogicznie toksyczne stosunki polsko-litewskie. Te drugie są bardziej zajadłe i aktualne do dzisiaj ponieważ dotyczyły głównie konfliktu z inteligencją, te pierwsze – z chłopstwem. Konflikt polsko-ukraiński zaczyna się u schyłku I Wojny Światowej i trwa w zasadzie przez cały okres II RP gdzie kolejne pacyfikacje ukraińskich wiosek czy zamach na ministra spraw wewnętrznych Pierackiego to ponure wyznaczniki skali napięcia. Myliłby się ten kto sądzi, że polityka polska wobec Ukraińców w latach 1917-1939 roku to proces budowania ideologicznej jedności. Wprost przeciwnie. W Europie nacjonalizmów nie było miejsca na tolerowanie ambitnych, a jednocześnie pozbawionych szerokich elit, narodów. Nie stawiam oczywiście tezy, że polityka polska rozpoczęła, lub choćby usprawiedliwiła, późniejsze rzezie.

Uważam jednak, że agresywny polonizm i towarzysząca mu brutalna polityka kształtowała postawy, które można było później łatwo wykorzystać. Przy okazji sumując wołyńskie ofiary warto zadać sobie pytanie, dlaczego dopiero w 1943 roku podjęto decyzję o formowaniu oddziałów partyzanckich, których celem byłaby ochrona polskiego żywiołu? Warto przy okazji zdać sobie sprawę, jak politycznie wahliwe musiało być w tym względzie kierownictwo AK. Czemu? Spontanicznie powstające samoobronny korzystały albo z opieki, albo z dozbrojenia ze strony Niemców. Kalkulowano, że współpraca z Niemcami na większą skalę może dać doskonały argument propagandzie Kremla i w efekcie doprowadzić do skutecznego odebrania Ziem Wschodnich. Zakłada się w tym miejscu, że ci wszyscy mieszkańcy Krzemieńców, Horochów czy Buczaczy za Polskę i Polskość chcieli oddać życie.

Czyżby? Czy aby na pewno niepiśmienny chłop skonfrontowany z alternatywą śmierci przez zarąbanie albo ukrainizacją takiego wyboru by nie dokonał? Pomijam tu oczywiście dodatkowe a ważne tło, czyli kryterium narodowościowe ustalane głównie przez kościół. Co ciekawe, na tym terenie istniał pewien specyficzny proceder. W przypadku małżeństw mieszanych swoistą dwubiegunowość celowo pielęgnowano wychowując córki w wierze matki, a synów – w wierze ojca. OUN-owskim czy polskim nacjonalistom takie podejście podobać się nie mogło. Ukraińskie rzezie miały na celu fizyczne usunięcie ekonomicznej konkurencji zarówno polskiej, jak i żydowskiej. UPA z jednakową zajadłością tępiła jednych i drugich, dając się również we znaki zamieszkującym te tereny Słowakom. Wymordowana rodzina to dodatkowy kawał pola, krowa czy koń dla ukraińskich gospodarzy. I ten czynnik ekonomiczny w operowaniu siekierą i bagnetem doskonale zapewne pomagał. Skąd zatem ostrożność polskich środowisk w zestawieniu z ewidentną „ofiarą wołyńską”? Po pierwsze zaniechania rządu londyńskiego, po drugie kontrrepresje samoobrony polskiej, a następnie 27 wołyńskiej dywizji AK, która, jak to się zgrabnie opisuje,  wygnała żywioł ukraiński z terenu swojej koncentracji celem zniwelowania wsparcia taktycznego dla oddziałów UPA, czy wreszcie działania NSZ na Lubelszczyźnie, a w końcu również sama Akcja Wisła.

Stosunki polsko-ukraińskie to przykra lekcja wzajemnych zaniechań i krzywd. Z tej perspektywy pomniki w Hucie Pieniackiej pod Lwowem (gdzie wymordowano Polaków) i Pawłokomie pod Rzeszowem (gdzie wymordowano Ukraińców) niczego nie zmienią i niczemu już nie pomogą. Nikt przecież nie przyzna otwarcie, że filozofia czystek etnicznych odpowiadała obydwu stronom. Taka konkluzja jest politycznie niewygodna. W pamięci ofiar są przecież nie ci, którzy z premedytacją zarąbywali sąsiadów, ale również ci, którzy uratowawszy się z opresji albo na wieść o niej, ruszali z odsieczą z jednym zamiarem: wyrównać śmiercią śmierć. Oczywiście możemy wierzyć, że nasi rodacy w ramach retorsji urządzali pogadanki, ale to dość naiwne założenie. I jeśli nawet w tym ogólnym rachunku wymordowaliśmy mniej Ukraińców, to czy przegrana w tej mrocznej konkurencji na pewno powinna martwić?

O polskim stosunku do ukraińskiego problemu najlepiej świadczy Akcja Wisła, czyli przeprowadzone w 1947 r. planowe przesiedlenie ludności ukraińskiej na ziemie odzyskane. Eugeniusz Misiło, Ukrainiec,  a jednocześnie historyk i polski obywatel, Akcję Wisła nazywa po imieniu: deportacją. I ma rację ponieważ taki właśnie cel przyświecał i sztabowi, który ją planował i politycznym czynnikom, które ją akceptowały. I uwaga: owej akcji nie szykowali komunistyczni czynownicy. W jej ramach dokonało się doskonałe porozumienie II RP i PRL. Całą akcję przygotował sztab pod dowództwem przedwojennego generała Stefana Mossora, który nawiasem mówiąc był jednym z jej głównych inspiratorów, a następnie dowódcą grupy operacyjnej, którą powołano do jej przeprowadzenia.

I tu moja jak najbardziej prywatna opinia na temat stosunków polsko-ukraińskich. W 1992, kiedy akcja Wisła była jeszcze tematem tabu, pisałem o niej pracę. Celem było wskazanie efektów gospodarczych tej akcji i to zarówno poprzez, jak i w wyniku przesiedleń. Pisałem ją dzięki materiałom i wskazówkom cytowanego już Eugeniusza Misiło.

Współpraca układała się doskonale, uzyskałem dostęp do wielu materiałów a w efekcie powstała praca, której być może do dzisiaj nikt nie podjął, ponieważ ekonomiczną stroną mordów jakoś nikt się zajmować nie chce. Ale niestety, mojej pracy Pan Eugeniusz nie zaopiniował. Pracę konsultowałem kilkakrotnie wypowiadając się zawsze w duchu niesprawiedliwości, makabrycznych skutków dla ukraińskiego społeczeństwa i wymiernych ekonomicznych strat, które poniosło. Stosunki były sympatyczne na tyle, że pewnego dnia zostałem zaproszony na szersze spotkanie dotyczące interesujących mnie problemów, na którym…  rozmawiano po ukraińsku. I tu po raz pierwszy ujawniłem się jako wróg czyli Polak. Ale ponieważ treść pracy była ideologicznie prawidłowa kontaktowaliśmy się dalej, chociaż życzliwość Pana Eugeniusza uległa zrozumiałej skądinąd erozji. Aż ulotniła się całkowicie, kiedy przyszło do mojej konkluzji. A zawarłem w niej dwie tezy: że deportacja była z ówczesnego punktu widzenia uzasadniona – to raz, oraz to, że  gdyby jej nie dokonano groziłaby oderwaniem części terytorium polskiego.

I w tym momencie wybuchła bomba. Zostałem jednoznacznie zakwalifikowany jako polski szowinista, a współpraca jak łatwo sobie wyobrazić, natychmiast się zakończyła. Ktoś zauważy, że w Polandzie żyje mniejszość litewska i do żadnych niepokojów nie doszło. Owszem, nie doszło, ale z kilku powodów: po pierwsze – rodzaj namiętności jest tu zupełnie inny, po drugie – w okolicach granicy po stronie polskiej jest niewielu Litwinów, za to po stronie litewskiej znacznie więcej Polaków i tym samym wszelkiej maści zamieszania byłyby po prostu politycznie nieroztropne. Na pograniczu ukraińskim byłoby zupełnie inaczej. Obie strony granicy zamieszkiwałaby zwarta i jednoznacznie antypolska społeczność. Dlaczego uważam, że antypolska? Każdy z czytelników, który wychował się na wsi lub choćby na niej bywał wie dobrze, że pamięć w ludziach trwa długo, a przedawnieniu nie ulega nic. Widomo zatem dokładnie kto, komu, co i dlaczego. Trudno zatem przyjąć, że w 1989 roku sąsiedzi nie pamiętaliby kto, kiedy i kogo zabił, szczególnie, gdyby im jeszcze zasugerować, że takie wspominanie jest jak najbardziej oczekiwane przez takie czy inne władze.

Proponuję przypomnieć sobie Vukovar – kliniczny przypadek reanimacji doskonale pamiętanych przez oba narody, choć historycznych, masakr. Dodajmy, że ówczesna polityka europejska popierała zbrojne rewolty, ponieważ były one zazwyczaj na rękę zwycięskiemu USA. Sam pamiętam doskonale z jaką dumą oglądałem jeszcze w 1988 roku zdjęcia z zamieszek w Nagornym Karabachu, nie angażując się zbytnio w analizę dlaczego, kto i kogo tam bije. Ot, uzasadniona rewolta ciemiężonych przez sowiecki reżim. Ponadto nie jestem pewien, czy lobby ukraińskie w Niemczech  i USA nie jest przypadkiem silniejsze, a już na pewno lepiej zorganizowane, niż polskie. Uważałem i uważam, że do większych czy mniejszych niepokojów by doszło i jestem bardziej niż pewien, że zideologizowani młodzieńcy po obu stronach barykady na pewno by się w ten konflikt zaangażowali. A może inaczej, wypowiem się za swoje ówczesne środowisko: na sygnał do walki o polskość odpowiedziałbym na pewno. Praktyka zaobserwowana później w niedalekich nam państwach pozwala mi niestety być pewnym, że w ramach owej polskości, umacniania lub zaprowadzania, zabiłbym i polecił zabić wielu niewinnych ludzi. Bo kryteria etnicznych czystek były, są i będą takie same: ziemia za krew.

Oburzenie? Przytoczę prosty motywator dla mało walecznych, który stosowano powszechnie w byłej Jugosławii. Drogi czytelniku, wychodzisz do jakiejś pracy jaką jeszcze masz. Twoje dziecko jeszcze chodzi do szkoły. Po powrocie do domu dowiadujesz się, że ta szkoła została napadnięta, a dzieci bestialsko zamordowane. Przez czetników albo ustaszy albo jakichkolwiek innych wrogów.  Czytelniku obdarzony potomstwem, które kochasz, zadaj sobie pytanie: ile w takiej sytuacji znajdziesz w sobie woli wybaczenia, a ile zwierzęcej żądzy zemsty. Znam takich, którzy się nie oparli i sam na pewno bym się nie oparł. Czasem kiedy w tle powiewają flagi patrzę na swoje dzieci i przypomina mi się wtedy niechęć mojej babki do opowiadania o wojnie. Miała o czym opowiadać, bo była to odważna, odznaczana kobieta, która wiele przeszła. Machała ręką i mówiła, że to nieważne, a modlić się trzeba o to, aby nigdy nic takiego więcej nie miało miejsca i lepiej znać język wroga niż przyjaciela. Powtarzała też wiele innych, bynajmniej nie rewindykacyjnych poglądów wobec ówczesnej rzeczywistości, choć PRL zdeklasował ją w sposób bolesny. Jej przyjaciółka, wielkiej odwagi łączniczka Góry Doliny dowódcy batalionu Stołpeckiego, powiedziała mi kiedyś: z krwią na rękach już nikt nigdy szlachetny nie będzie, bez względu na to, za co walczył. Jej opowieści o życiu codziennym zgrupowania AK w Puszczy Kampinoskiej w czasie Powstania Warszawskiego skutecznie temperowały mój podlaski, genetyczny nacjonalizm.

Dlatego uczmy się języków i módlmy do każdego Boga, aby topiąc bagnety w ciałach ofiar, nie umierać razem z nimi. Bo żyć tak jak wcześniej już przecież nie będziemy mogli.

10 komentarzy

Licence to kill…

…czyli o tym, że każde państwo potrzebuje morderców, a proces demokratyzacji wymaga ofiar bez względu na to, kto tę demokratyzację sponsoruje.

Przyjęło się już dzisiaj robocze założenie, że terroryzm to w zasadzie wynalazek dość współczesny i na wskroś arabski. Pomijając osiągnięcia Palestyńczyków na niwie światowej rewolucji i walki o prawo i sprawiedliwość warto przypomnieć, że prawdziwe fundamenty terroru budowali zupełnie inni ludzie. I nie chodzi mi tu o niewinne w sumie akcje eserowców w carskiej Rosji (wypadało by tu wspomnieć o słynnym napadzie w wykonaniu towarzysza Stalina ale to innym razem), ale o początki prawdziwego zorganizowanego terroryzmu. Palma pierwszeństwa należy się w tej materii Grupie Sterna. Kim byli?

Drodzy czytelnicy, proszę sobie wyobrazić, że było kiedyś tak, że w Palestynie rządzili niepodzielnie Anglicy i bardzo niechętnie patrzyli na wszelkiej maści żydowskie osadnictwo. Co więcej, prowadzili wyraźnie pro arabską politykę limitując zgody na osiedlanie (nawet w trakcie wojny) oraz faworyzując Arabów. Trudno się zatem dziwić, że żydowscy osadnicy w ramach własnych działań zaczepno – obronnych zorganizowali się w ramach pierwszej żydowskiej organizacji paramilitarnej Hagany. Jednym z najbardziej oddanych bojowców, był urodzony w Polsce Abraham Stern. Tu warto wspomnieć, że każdy w zasadzie ruch społeczny ma swoją lewicę i prawicę podobnie było z terroryzmem żydowskim. Stern związany z Zabotyńskim był zwolennikiem bardzo agresywnej walki z Arabami, a jednym z jego największych osiągnięć była „bomba Sterna”. Beczkę wypełnioną trotylem oraz wszelkiej maści żelastwem wrzucano przez okno do szkół koranicznych. Ów morderczy instrument szybko zyskał sobie uzasadnione uznanie. Warto w tym miejscu dodać, że prawdopodobnie był to produkt techników z polskiego wydziału II, dyskretnie wspierającego wszelkie formy emigracji i co zrozumiałe walki w Palestynie. Dlaczego dyskretnie? Ponieważ Palestyna była brytyjska a Polska z Brytyjczykami w sojuszu. Od wczesnych lat 30-tych prowadzono w Polsce szkolenie wojskowe, które wraz z utworzeniem przez Żabotyńskiego Betaru nabrało silnie faszystowskiego charakteru. Jako ciekawostkę warto wspomnieć, że szkoleni w Polsce Betarowcy pozdrawiali się „rzymskim gestem” a ich wiece ochraniał ONR Falanga co już samo w sobie zasługuje na osobny post. Warto w tym miejscu zauważyć jak doraźny interes polityczny łączy teoretycznie wrogie obozy. Eskalacja konfliktu arabsko – żydowskiego doprowadziła do powstania znacznie bardziej agresywnego niż Hagana, Irgunu. Tyle, że wraz z wybuchem wojny Irgun zadecydował o wstrzymaniu akcji przeciwko Brytyjczykom i Arabom. Grupa Sterna wprost przeciwnie. Wódz uważał, że należy walczyć wszelkimi sposobami z brytyjskim uciskiem i starał się nawet nawiązać współpracę z… Hitlerem.

Jak sobie łatwo wyobrazić tego już było dla lewicowej myśli syjonistycznej zbyt wiele. Stern skończył marnie. W lutym 1942 dopadli go w domu brytyjscy agenci. Ale prawica terrorystyczna nie umarła wraz z wodzem. Nowym szefem operacji wojskowych grupy Sterna został Icchak Szamir, dodajmy późniejszy premier Izraela i wieloletni funkcjonariusz Mosadu odpowiedzialny za operacje w Europie. Ale teraz sprawa najważniejsza: pierwszy atak terrorystyczny sensu stricte, ma miejsce 22 lipca 1946. Tego dnia „grupa Sterna” zdetonowała bombę w prestiżowym jerozolimskim hotelu „Król Dawid”. Był to pierwszy zamach w ramach nieustająco popularnej strategii  „niewielu zabitych setki przerażonych”. Można by oczywiście powiedzieć, że cel był wybrany przypadkowo bez konsultacji z jakimś promotorem. Można, ale trzeba zauważyć, że ktoś przecież musiał „sternowców” utrzymywać i wyposażać w broń i to w trakcie poważnej kampanii wojennej. Któż to mógł być? Otóż byli to Francuzi.

Jak wiadomo francuska Afryka północna do 1943 roku walczyła po stronie państw osi. Co prawda po lądowaniu amerykanów front zmieniła ale przekonań absolutnie nie. Tam właśnie Icchak Szamir znalazł bezpieczne schronienie po ucieczce z brytyjskiej Palestyny w 1943 roku uzyskując status uchodźcy politycznego. Skąd ten syjonistyczny duch? Po prostu w dominiach francuskich konflikt arabsko żydowski był nie mniej silny niż w Palestynie tyle że mniej medialny. W pełnej krasie ujawnił się dopiero w 10 lat po II wojnie światowej kiedy to na dobre rozpętała się wojna w Algierii. Z uwagi na niechętną wojnie politykę De Gaulla, w Algierii w 1958 powstała tajna organizacja terrorystyczna OAS założona przez znanego generała Raoula Salana. Silnym zapleczem organizacji byli algierscy Żydzi masowo atakowani przez arabskie bojówki. Wielu z nich, w czasie II wojny światowej aktywnie udzielało się w walkach przeciwko Brytyjczykom jako naturalnym wrogom w Palestynie. OAS została skutecznie rozbita podobnie jak każdy ruch prawicowy w tym okresie.

Jeśli w tym miejscu czytelnikom przyjdzie na myśl uwaga, iż wszystkie te wydarzenia są mało prawdopodobne przytoczę inne, również związane z terrorem a znacznie bardziej współczesne. Otóż nie pamięta się już dzisiaj, że hiszpański frankizm w latach 70-tych uosabiał nie stetryczały Caudillo (Generał Franco), ale jego główny pretorianin, premier rządu admirał Carrero Blanco. Admirał Blanco był de facto wielkorządcą Hiszpanii. Operatywny admirał, działając wspólnie z Opus Dei skutecznie podporządkował sobie większość ówczesnego system urządzenia na tyle sprawnie, że na 100% miał zostać następcą Franco. Ale mu się nie udało. Czemu? 20 grudnia 1973 dosłownie wyleciał w powietrze. Dosłownie ponieważ ETA wykonała podkop pod ulicą którą miał przejechać ów notabl i umieściła w podkopie prawie 100kg ładunek. Efekt był piorunujący. Admirał wraz ze swoim samochodem przeleciał nad kościołem z którego wyszedł i wylądował na balkonie na 2 piętrze budynku po przeciwnej stronie kościoła. Co w tym dziwnego? Sporo. Po pierwsze ETA robiła wcześniej znacznie mniejsze zamachy. Po drugie w śledztwie ustalono, że materiały wybuchowe pochodziły z amerykańskiej bazy wojskowej, po trzecie, zarówno śledczy hiszpańscy jak i czterej baskijscy uczestnicy zamachu tajemniczo ginęli. Co ciekawe, 21 grudnia 1978 roku a więc w 5 lat po zamachu, zginął ostatni z zabójców Blanco. Ostatni i jedyny który znał tożsamość, osoby która ….. ujawniła zmienianą codziennie trasę którą poruszał się Admirał. Dla tych którzy nadal mają wątpliwości mała zagadka. Kiedy USA uznały ETA za organizację terrorystyczną? W 2001 roku.

Zabójstwo Blanco pozostawiało frankizm bez sukcesji co niejako automatycznie torowało drogę demokratycznym przemianom czyli prywatyzacji i reformom gospodarczym. Franco namaścił Blanco a Blanco wykończył konkurentów tym samym system pozbawiony ich obu mógł się zawalić. Dlaczego nie dokonano zamachu na samego Caudillo? Niewiele by dał. Prawdziwą podporą systemu był właśnie Carrero Blanco. ETA ani wcześniej ani później nie dokonała już równie spektakularnego zamachu. Do grubych akcji trzeba mieć możnych protektorów i informatorów. Najwyraźniej i jednych i drugich zabrakło. Terroryzm podobnie jak wojna jest jednym ze środków prowadzenia polityki międzynarodowej. Choć nie ma już tej intensywności co w latach 70-tych (Fakcja Czerwonej Armii, Czerwone Brygady we Włoszech) to nadal terror zdumiewająco odpowiada interesom politycznych graczy. Zamach w białoruskim metrze najpierw odwracał uwagę od lawinowo sypiącej się gospodarki, potem lansował Łukaszenkę jako obrońcę narodu ale zbyt szybkie wykrycie przez KGB mało wiarygodnych sprawców roztrwoniło zbudowany na śmierci i ranach polityczny kapitał.

Władimir Iljicz Putin postępował znacznie roztropniej i wyciągał wnioski a między zamachem na teatr na Dubrowce (2002), a atakiem Basajewa na szkołę w Biesłanie (2004) poparcie dla reżimu i jego militarnych akcji wzrosło mimo niemałych ofiar, bo akcja w teatrze kosztowała życie i zamachowców i 129 widzów. W szkole w Biesłanie nie było wiele lepiej dodatkowo w trakcie szturmu zginęło tam ponad 200 dzieci.

Co ciekawe, w akcjach RAF bez problemu ujawnia się polityczny motyw ich inspiratorów z NRD i nikt nie ma problemu z traktowaniem powyższego jako swoistej cynicznej gry sowieckiego politbiura. Ale zachodnie demokracje? Fu! Kto by się zniżał do takich niedemokratycznych praktyk. Na marginesie warto zwrócić uwagę jakimi metodami zwalczano terroryzm w ówczesnym RFN. Baadera, Mainhof i kilku innych aktywistów schwytano już w roku 1972. Jak się okazało, był to duży błąd tamtejszego resortu siłowego. Osadzeni obrastali w legendę która skutecznie motywowała do działania kolejne grupy terrorystyczne. Jeden z osadzonych, Holger Meins zmarł w wyniku kilkakrotnych głodówek a jego śmierć w listopadzie 1974 wywołała ogólno niemieckie zamieszki. Co ciekawe, Meins domagał się między innymi uznania członków RAF za żołnierzy i tym samym traktowania ich jak jeńców wojennych. W październiku 1977 komando Palestyńczyków porywa na Majorce samolot Lufthansy. Domagają się uwolnienia przebywających w więzieniu członków RAF. Po wielu perypetiach samolot ląduje w Mogadiszu. To właśnie tu dojdzie do spektakularnej akcji niemieckiego GSG9 a tym samym pierwszego użycia wojsk niemieckich poza granicami RFN od zakończenia II wojny światowej. Oczywiście, formalnie GSG9 to nie wojsko tylko formacja jak sama nazwa wskazuje służby granicznej. Niemniej jednak, Niemcy zadebiutowali i to popisowo skutecznie odbijając zakładników.

Ciekawsze jest co innego. Tej samej nocy kiedy GSG9 szturmowało samolot, Baader, i pozostali wpływowi terroryści popełnili samobójstwa. Niektórzy po prostu się powiesili inni (Baader, Raspe) dla odmiany strzelili sobie w głowę za pomocą przemyconych do celi pistoletów. Nie trzeba dodawać, że byli trzymani w więzieniach o zaostrzonym rygorze. Tu ukłon w stronę naszych służb penitencjarnych: Baranina tylko się powiesił.

Tak czy inaczej noc z 17 na 18 października 1977 całkowicie zmieniła taktykę walki z terroryzmem w Niemczech. Przyjęto zasadę, że w tej walce aresztowania nie mają sensu a do terrorystów strzela się  aż do skutku. Strategia była efektywna, ponieważ aż do 1985 roku zamachów praktycznie nie było. Kiedy pojawiły się znowu całkowicie zmieniono cele ataków. Bomby zabijały wyłącznie przedstawicieli wielkiego biznesu i to nawet po publicznym samorozwiązaniu się RAF w 1989 roku.

Ostatnią ofiarą RAF był szef Treuhanda zabity 1 kwietnia 1991. I tu ważna uwaga, Treuhand był gigantycznym funduszem powołanym do prywatyzacji majątku byłej NRD. Organizacja ta jest najczęściej podawana jako doskonały przykład prywatyzacji. Uzasadnieniem zamachu na życie szefa tej organizacji była podobno polityka restrukturyzacyjna która z 4 mln enerdowców zatrudnionych w przejętych aktywach na wszelkiej maści miejscach pracy pozostawiła zaledwie 1,5 mln. I być może tak było. Być może, ponieważ Detlev Rohwedder zabrał ze sobą do grobu sporo niewygodnych prywatyzacyjnych tajemnic. Ale to pewnie zbieg okoliczności. Wersja z każącą ręką ludu w tle, jest przecież i bardziej nośna i bardziej wygodna.

5 komentarzy

Armia stoi nad Bosforem

Czyli o tym, że Grecja może się rozpaść na skutek społecznych niepokojów, armia turecka jest największa w tej części świata a chęć do wyrównania historycznych krzywd to zwykle silny motywator

Prasę wypełniają rozmaite scenariusze dla Grecji, a skutkami jej upadłości interesuje się również gazeta Fakt, co jest już najwyraźniejszym bodaj dowodem wyeksploatowania tematu. Za chwilę fala opadnie i media zajmą się czymś zupełnie innym, podobnie jak porzuciły tropienie przemian w Libii. Ktoś powie: ależ w Libii skończyła się wojna! Nic bardziej błędnego. Skończyło się wojną zainteresowanie. Medialno-internetowy atak na Afrykę Północną swoje zrobił, opinia publiczna w Europie zaakceptowała działania rządów i teraz niczyje zainteresowanie dalszymi wypadkami nie jest już potrzebne. Warto się nad tym zastanowić, bo za chwilę ten sam schemat może zostać zastosowany w zupełnie innym kraju.
We wszystkich opisach obecnej sytuacji w Grecji w przeszłość sięga się płytko. Jeśli nawet ktoś zanurkuje głębiej, to z wielkim trudem na potwornym wdechu sięga lat 90-tych. A szkoda. Bo problem Grecji jest ściśle związany z okolicznościami jej powstania. Narodowy zryw wspierali garściami pieniędzy Anglicy po to, aby słaniającej się Wielkiej Porcie przybył jeszcze jeden, i to zideologizowany, wróg. Co ciekawe, Grecja jako niepodległe państwo powstaje w 1830 roku co ogłoszono światu w Londynie, ponieważ jednym z gwarantów niepodległości miała być flota brytyjska. Dla Admiralicji wolna Grecja to kolejny etap osaczania Turków, którzy ciągle trzymali za twarz lewant i północną Afrykę. Ale od samego powstania Grecja była krajem niestabilnym, gdzie nieustająco zwalczali się republikanie i monarchiści. Wszystkich dość długo łączyła idea zwana wielką czyli odbudowa Grecji w jej antycznych granicach. Grekom szczęście dopisywało tak długo, jak długo ich możnym sprzymierzeńcom zależało na ograniczaniu pozycji Turcji. Szczytem tej polityki była rola Grecji w I wojnie światowej, a nagrodą przyznane Traktatem Wersalskim terytoria. Do pełnej realizacji celów wszystkich Greków brakowało już bardzo niewiele: Cypru i Konstantynopola.
I jak to zwykle bywa, w chwili największego sukcesu należy się zainteresować komu ów sukces przeszkadza i co na szachownicy zmienia. A zmieniło się sporo. Pierwotnie Anglia i Francja popierała Grecję na tyle, że już w 1919 roku doszło do kolejnej wojny grecko – tureckiej. Nowoczesna i dobrze wyposażona armia przy pomocy brytyjskiej floty wylądowała w Smyrnie. Początkowo sukcesy były spektakularne, bo warto pamiętać, że zachodnie wybrzeże Turcji to de facto antyczna Grecja, toteż Pont i Jonia, zamieszkałe w zasadzie wyłącznie przez Greków i Ormian, witały armie jako wyzwolicieli i tam gdzie struktura etniczna była po stronie greckiej walk w zasadzie nie prowadzono. Wszystko szło dobrze. Ale tymczasem w Grecji dokonał się kolejny zwrot. Zmarł, współpracujący z Brytyjczykami, król – Aleksander Grecki. W efekcie dalszych wypadków na tron powrócił zwolennik proniemieckiej polityki – Konstantyn I. Dla mocarstw zachodnich był to sygnał, że za bardzo utuczona Grecja może być równie, jeśli nie bardziej, niebezpieczna niż konające Imperium Osmańskie. Co więcej na polu gry pojawił się Kemal Pasza doświadczony turecki generał weteran wielu bitew. Ten doskonały strateg wykonał ruch, który natychmiast ostudził zapał Francji i Anglii do popierania Grecji: zwrócił się o pomoc do bolszewickiej Rosji. I tu, drodzy czytelnicy, warto zwrócić uwagę, że z perspektywy greckich polityków zdarzyło się coś, co nie miało prawa się wydarzyć. Czym bowiem Ataturk zapłacił bolszewikom za militarne wsparcie? Zrezygnował z odwiecznych ambicji na wschodzie Turcji, dając bolszewikom wolną rękę dla ich działań w Gruzji, Armienii i Azerbejdzanie. Nie była to cena niska.
I dalej wypadki potoczyły się już wartko: Grecy zostali odparci, a finał ich interwencji to spektakularna rzeź Smyrny, której przyglądali się ze swoich okrętów francuscy i brytyjscy marynarze. A było chyba czemu się przyglądać, bo Arystotelesowi Onasisowi nie starczyło życia, aby ową rzeź przypominać. Z drugiej strony, brytyjski świadek tamtych wydarzeń, spóźniwszy się na spotkanie z admirałem francuskim mitygował się tym, że ciała unoszące się na wodzie utrudniały manewry.
I teraz najważniejsze: mocarstwa zachodnie w ciągu zaledwie dwu lat zmieniły front o 180 stopni. Bez ich wsparcia do tej wojny w ogóle by nie doszło, a bez ich bierności nie zakończyłaby się tak krwawo. W wyniku rozejmu zadecydowano o wielkich migracjach ludności: z Grecji wysiedlono 300 tys. Turków z Turcji prawie 1,5 mln Greków. Jaki to miało wpływ na życie polityczne Grecji? Zamiast próby analizy tego niezwykle trudnego zjawiska przytoczę jeden fakt: za język narodowy uznano jeden z wielu używanych dialektów dopiero w…. 1976 roku.
Na początku lat 60-tych Grecji wyczerpało się już paliwo z amerykańskich planów pomocowych, a w 1964 roku do władzy doszła lewica. Warto pamiętać, że krwawa wojna domowa skończyła się w tym kraju zaledwie 10 lat wcześniej, toteż w niecałe trzy lata później władzę objęła junta wojskowa zwana później junta „czarnych pułkowników”. W apogeum swojej działalności junta postanowiła doprowadzić do połączenia z Cyprem i wskrzesić ideę wielkiej Grecji. I tutaj poszli już zbyt daleko. Zamiast opisu kalendarium:
1. 15 lipca 1974 dochodzi do zmontowanego przez Grecję przewrotu na Cyprze
2. 20 lipca 1974 Turcy desantują się na północy wyspy
3. 23 lipca 1974 junta oddaje władzę cywilom
4. 30 lipca 1974 zawieszenie broni na Cyprze
Oczywiście zbieżność dat może być przypadkowa:). I trzeba tylko dodać, że 8 grudnia 1974 Grecy w referendum opowiedzieli się za rezygnacją z monarchii i tym sposobem zakończyła w tym słonecznym kraju dominacja niemieckiej monarchii, która była powodem sporych, było nie było, perturbacji.
Antagonizm grecko-turecki jest niezwykle silny, a do dzisiaj żyją ofiary tej ponurej gry ówczesnych mocarstw. Choć dzisiaj o tym nie pamiętamy, w 1996 oba kraje znalazły się na krawędzi wojny, a w 2006 roku doszło do poważnych incydentów granicznych. Kość niezgody to, miedzy innymi, definicja wód terytorialnych, a co za tym idzie korzystania z dochodów z tamtejszej żeglugi. Potencjalny konflikt obie strony traktują bardzo poważnie.
2009 rok był rekordowym w wydatkach zbrojeniowych w Grecji, które osiągnęły 6,3 mld EUR. Ten astronomiczny (2,8% PKB) jak na współczesną Europę poziom, to właśnie rezultat nieustannego wyścigu zbrojeń z sąsiednią Turcją. Oczywiście jako efekt kryzysu wydatki spadły do 3,8 mln planowanych na 2011 r., ale i tak ich udział w PKB pozostanie na poziomie Francji ( 2% PKB ). Co uzyskano w zamian za tak intensywne nakłady? Marynarka i lotnictwo dotrzymują na razie kroku Turcji ( Grecja: 300 samolotów, w tym 150 F16, Turcja: 400 samolotów), ale siły lądowe, mimo znacznie niższej liczebności (100 tys. versus 600 tys.), są już dużo gorzej uzbrojone. Grecja zakupiła co prawda 170 czołgów Leopard 2A6 HEL, ale nie dała już rady zmodernizować piechoty zmechanizowanej, opierającej się nadal o archaiczny amerykański M113. Szczególnie w tym obszarze widoczna jest odmienna polityka Ankary, która w siłach lądowych stawia na wyroby własnego przemysłu i od lat kupuje krajowe transportery opancerzone, a na dodatek finansuje program budowy własnego nowoczesnego czołgu. W przypadku konfliktu lądowego to szczególnie ważne. Własny sprzęt to własne zaplecze dostawców, których nagle nie zniechęci do handlu Departament Stanu USA. Równowagę lotnictwa może zakłócić nowy wielki program zakupu 100 myśliwców F35. Nie ma chyba wątpliwości po czyjej stronie będą się lokowały amerykańskie sympatie. Spadkom wydatków wojskowych w Grecji towarzyszy ich rekordowy wzrost w Turcji. Na 2011 zaplanowano tam prawie 16 mld EUR! Tym samym w ciągu najbliższych 5 lat, Grecy będą już w taktycznej defensywie, bo może się okazać, że za pieniądze, które teraz mają, nie utrzymają w gotowości znacznej części sprzętu, którym dzisiaj dysponują.
Co ciekawe, armia grecka jest jedyną w regionie, która mogła by się przeciwstawić Turkom. Dalej jest już tylko gorzej, bo węgierska prawie nie istnieje, a rumuńska i bułgarska nie mają żadnej bojowej wartości. Warto o tym pamiętać, ponieważ Rumunia i Bułgaria już są w UE, a dla wielokrotnie od nich silniejszej Turcji jak wiadomo miejsca zabrakło. Lubimy przypominać sobie naszą dawna wielkość, ale lubimy też zapominać, że inni również bywali wielcy. Imperium Osmańskie panowało nad sporym kawałkiem globu przez kilkaset lat. Czy można zakładać, że już o tych latach triumfu nie pamięta? Na marginesie dodam, że w ramach NATO Turcja miała odpierać atak południowej flanki Układu Warszawskiego, czyli maszerować na Sofię i Bukareszt. Jakoś tak mi się wydaje, że te kierunki są na manewrach ćwiczone do dzisiaj. Po co mieliby się tam wybierać? Po surowce. Turcja nie ma ich praktycznie wcale i surowce strategiczne musi w całości importować. Ale tu też ma swoje atuty: przez jej terytorium przebiegają rurociągi i gazociągi, stanowiące południową drogę eksportu tego surowca. Dzięki opłatom przesyłowym i preferencyjnym cenom Turcy oszczędzają nieco na wydatkach na media. Ale przede wszystkim mają je dla siebie.
Jakikolwiek scenariusz nie odegrałby się w Grecji, kraj znajdzie się na krawędzi systemowego rozbicia. Jeśli dojdzie do poważnych niepokojów, ktoś będzie musiał je uśmierzyć. Jestem dziwnie przekonany, że turecki korpus ekspedycyjny bardzo chętnie by sobie poradził z tym zadaniem. I pewnie nawet nie będzie takiej potrzeby, wystarczy przyzwolenie na lądowanie na od dawna spornych wyspach i a Grecy się pozbierają dokładnie tak samo jak w roku 1974. Jeśli to nie wystarczy, może się okazać, że wojna znów zatli się w Europie. Ale czym tu się przejmować. Z Warszawy do Aten jest 2300 km. Do Vukovaru było zaledwie 1100. Jakoś nam to spokoju nie zakłóciło.

11 komentarzy

Żołnierz dziewczynie nie skłamie…..

Czyli o tym, że Warszawa to ciekawe miasto, iluzja to trwała potrzeba części naszego społeczeństwa, kolor mostu może być funkcją polityki a dobra architektura broni się sama.

Zupełnie przypadkowo znalazłem się przedwczoraj w okolicach, które od lat oglądam tylko w przelocie. Przyszło mi znienacka do głowy, aby sportretować Warszawę na trasie moich typowych spacerów z czasów, kiedy szukano pały na dupę generała a armia radziecka była z nami od dziecka.

Pałac Lubomirskich. Wielu warszawiaków mija go zupełnie bez emocji podczas gdy to co najmniej podwójnie ciekawy budynek! Pałac z woli tow. marszałka Spychalskiego został w roku 1970 odcięty od fundamentów i …. przesunięty o 78 stopni. Dzięki tej operacji zaspokoił ambicje wojskowych zarządców, którzy w swym budynku zamykali ( skądinąd ładnie ) oś saską. Dodajmy, że ów budynek formalnie nazywany „Centralnym Domem Żołnierza” znajdował się we władaniu GZP czyli Głównego Zarządu Politycznego LWP najważniejszej siły sprawczej w LWP. Warto dodać, że szef GZP był również wiceministrem Obrony Narodowej. Piastowanie tej funkcji w latach 1960 do 1965 było dla Generała Jaruzelskiego jedną z najważniejszych trampolin do przyszłej kariery. Ale jak się okazuje pion GZP potrafił się zawsze wykazać perspektywą, ponieważ już na początku nowej ery  umożliwił pewnej organizacji biznesowej wieloletnie atrakcyjne korzystanie  z tego reprezentacyjnego budynku. Tym oto sposobem pałac Lubomirskich stał się siedzibą BCC ( Business Centre Club ) przez lata uważanej zresztą za organizację pożytku publicznego. Uważaną tak do czasu słynnej afery, gdy okazało się, że ta organizacja jest de facto spółką z o.o. stanowiącą zresztą własność Marka Goliszewskiego. Ten operatywny biznesmen stworzył sobie doskonałe miejsce pracy na lata. To nawiasem mówiąc ciekawe, że szefem organizacji biznesowej został były naczelny tygodnika „Konfrontacje” – najbardziej chyba betonowego tygodnika w PRL. No ale cóż, każdy może zmienić poglądy:) Dla mnie to osobliwy majstersztyk. Bardzo jestem ciekaw jak jest sformułowana umowa najmu tego budynku i kiedy się kończy. No, ale tego to już się pewnie nie dowiemy.

A tuż obok ( bo znajdujemy się na terenie dawnego małego getta ) plac Grzybowski i jego obecna do dzisiaj żydowska estetyka. Każdy kto mieszkał w tej okolicy pamięta doskonale klimat sklepów przy Grzybowskiej, magla, sklepików ze wszystkim na Próżnej. Jeszcze w latach 80-tych zdarzało się tu usłyszeć jidisz, i to nie w pobliskim Teatrze Żydowskim, ale właśnie w otaczających go sklepach. Na tym szczególnym placu polska i żydowska historia zetknęła się zresztą w sposób szczególny jako że od południowej strony wieńczy plac

Kościół Wszystkich Świętych. Jako że znalazł się na terenie getta, przekazano go zasymilowanym polskim Zydom, którzy przeszli na chrześcijaństwo. Ich proboszczem pozostał ksiądz Godlewski – przedwojenny endek i polski nacjonalista. W obliczu zagłady pomagał Żydom między innymi fałszując metryki chrztu dla tych, którym udało się uciec jako chrześcijanom. Za te praktyki został aresztowany i w 1944 roku zginął w Gross Rossen. Z tego placu szturmowano jeden z najkrwawiej zdobytych budynków w trakcie Powstania Warszawskiego – Pastę. Przypadkowo udało mi się zrobić takie zdjęcie:

Gdy ten starszy mężczyzna odwrócił się do mnie, zobaczyłem na jego piersi Virtuti Militari i Krzyż Walecznych. Kim był? Czy wspominał zdobywanie Pasty? A może to ŻOB-owiec? Nie zapytałem. Szkoda. Świadkowie tamtych czasów odchodzą codziennie. Nieopodal znajduje się budynek nie mniej ciekawy.

Błękitny wieżowiec jest błękitny wyłącznie dla tych, którzy przybyli do Warszawy już po 1989 roku. Wcześniej był to wieżowiec złocisty! Budynek powstawał z mozołem prawie 20 lat, a o przewlekłości budowli krążyły legendy. Powszechnie uważano, że budowę powstrzymuje klątwa rabinów. Klątwa może i była, ale na odcinku blokowania budowy znacznie bardziej skuteczni byli zapewne funkcjonariusze z pobliskiego Żydowskiego Instytutu Historycznego. Trudno się im dziwić, bo synagoga Tłomackie była największą i najbardziej prestiżową warszawską synagogą. Zniszczyli ją Niemcy po zdławieniu powstania w Gettcie. Ciągnącą się latami budowę dokończyli dla odmiany Jugole w latach 1989 – 1991. Warto zauważyć, że budynek  ma zupełnie niepasującą do reszty półokrągłą szklaną kopułę. Ma ją, ponieważ dokładnie w tym miejscu znajdowała się wcześniej Wielka Synagoga. Dzisiaj gmina żydowska dysponuje 18, 19 i 20 piętrem budynku. Prędzej czy później pojawi się również synagoga. Dla odmiany kolejny obiekt na trasie mojej wycieczki jest znacznie mniej prestiżowy, bo to po prostu

modny obecnie w mediach namiot. Modny, bo nie związany trwale z podłożem, czyli legalny, nie wymagający tym samym pozwolenia. Niezwiązany – ponieważ manifestujący trzymają go cały czas na swoich butach. Co by nie powiedzieć czapka z głowy za konsekwentne manifestowanie poglądów choć jak zwykle w okolicy strefy „zamglenia” mam totalną konfuzję. Za rządem Tuska nie przepadam, Rostowski to najgorszy minister finansów jaki nam się trafił, ale od formacji Jarosława Kaczyńskiego dzielą mnie niestety lata świetlne. A nie było tak bynajmniej zawsze. We wczesnych latach 90-tych Porozumienie Centrum wydawało się być jedyną roztropną i niezależną partią polityczną. Niestety, choć Jarosław Kaczyński tropi i śledzi układ, swych własnych działań na warszawskiej Woli, w Fundacji Solidarność  czy Telegrafie nigdy nie tłumaczył, twierdząc nieodmiennie, że zarzuty to spisek. Mnie nie przekonał, choć nie byłem, nie jestem i nie będę zwolennikiem wizji świata lansowanej przez Gazetę Wyborczą. Toteż z poczuciem pewnej bezradności minąłem

niniejszy komunikat. Cóż, „Edward” Tusk może być spokojny o wynik najbliższych wyborów. W drodze na Stare Miasto odwiedziłem jeden z najciekawszych, najcichszych, najlepiej położonych i najlepiej ukrytych bloków w sercu Warszawy. Tuż za pierzeją ulicy Moliera dyskretnie ukryto taki oto budynek

Wiadomo, o gustach się nie dyskutuje a zdjęcie nie oddaje w pełni jakości tej architektury. O ile pamiętam budynek powstał w latach 80-tych, wygląda jakby wybudowano go zaledwie kilka lat temu. Dla mnie doskonały, ukryty w zieleni przytulonego do gmachu ZPR parku. Ciekawe jaką ma tajemnicę, bo w takim miejscu staraniem spółdzielców nie powstał przecież na pewno:) W drodze powrotnej odwiedziłem swoją Alma Mater

W siedzibie Wydziału Nauk Ekonomicznych nie byłem chyba od czasu kiedy swoje obskurne ceglane oblicze porzucił dla tej zacnej elewacji. Warto wspomnieć, że kiedyś znajdował się tu carski cyrkuł a kilkanaście metrów od wejścia miała miejsce słynna w czasach okupacji „Akcja pod Arsenałem” Oj wspomnienia, wspomnienia… to tutaj Władysław Baka zniechęcił mnie do centralnego planowania a Ryszard Kokoszczyński bez powodzenia zachęcał do analizy ekonomicznej. Ileż ciekawych osób tutaj studiowało… A na zakończenie wycieczki budynek TPPR czyli Towarzystwa Przyjaźni Polsko Radzieckiej. Dzisiaj już się go tak nie nazywa, ale…

przyjaźń jak widać tu i ówdzie się utrzymuje. Ciekawe czy działacze nadal ci sami. W latach świetności był to jeden z najnowocześniejszych budynków w Warszawie, w zamyśle twórców miał zapewne promować wschodniego sąsiada. Działała tam restauracja Tamara i jeden z najlepiej wyposażonych EMPiKów w Warszawie. Kogoż tam się nie spotykało przy lekturze niedostępnych nigdzie indziej zagranicznych, w tym zachodnich czasopism. W znajdującym się w kompleksie kinie przez cały PRL grano o ile pamiętam dwa filmy „Parada atrakcji, zabawy zwierząt” i „Jeździec bez głowy”. Ubogość repertuaru tłumaczyła technika: oba filmy były trójwymiarowe.

A i jeszcze jeden zupełnie nie krajoznawczy element. Na trakcie królewskim wielka akcja społeczna „Maźnij mnie”. Przy wsparciu sponsorów a za sprawą władz miasta warszawiakom stworzono możliwość wyboru koloru malowania dla mostu średnicowego. I już miała mnie ta inicjatywa niezwykle ucieszyć gdy nagle wyszedłem na zaprzyjaźnionego architekta autora projektu …… malowania mostu średnicowego! Cóż się okazało? Wybrany kolor dawno wpisany do projektu, prace w toku ale w Ratuszu ktoś wpadł na pomysł wmawiania mieszkańcom, że mają wpływ na miasto. Jak wyjawił mi zniesmaczony architekt cała akcja to i tak totalna draka bo malowana będzie siatka okalająca plac przebudowy mostu. Z samym mostem miasto na Euro się nie wyrobi. A wybory za pasem.

Cóż, w Polandzie jak zwykle czyli jak w tytułowej piosence: żołnierz dziewczynie nie skłamie ale nie wszystko jej powie.

5 komentarzy

Polski syndrom

Czyli o tym jak się ma Świątynia do idei, którą ma symbolizować, kto skorzystał a kto stracił na rozbiorach oraz o tym, że lud potrafi się upomnieć o sprawiedliwość.

W Wielką Sobotę wybrałem się wraz z rodziną ze święconką. W tym roku tradycyjne miejsce świeceń przegrało ze Świątynią Opatrzności Bożej jako że w tej właśnie okolicy świeżo ulokowała się część familii. Tym samym budynek widywany z perspektywy Alei Wilanowskiej zbadałem z bliska. Obiekt jest rzecz jasna nadal w budowie i wygląda na to, że proces ten potrwa jeszcze dość długo, a z pewnych względów  należałoby wypatrywać jak najrychlejszego owej budowy zakończenia. Czemu? Idea budowy świątyni sięga I Rzeczypospolitej, kiedy to Sejm w podzięce za Konstytucję 3 Maja zobowiązał się do erekcji i finansowania ze środków państwowych świątyni, która upamiętni owo historyczne wydarzenie jakim było uchwalenie konstytucji. I faktycznie, Król Stanisław August wskazał pole, znajdujące się dobrach koronnych, na którym z wielką pompą 3 maja 1792 wmurowano kamień węgielny. Budowę przerwano już po kilku miesiącach, jako że w granicach pojawili się zaborcy, gorliwie wsparci przez targowiczan. II rozbiór Polski skutecznie uniemożliwił dalsze celebrowanie „opatrznościowej” ustawy sejmowej. Niby wszyscy wiemy co było dalej. Niby, bo nie zwracamy uwagi na jeden niezwykle ważny element: gospodarkę. A tej przegrana wojna z Rosją z 1792 roku zadała niemały cios. Zachodnie sfery finansowe uznały po prostu, że Polska się niebawem skończy i… wstrzymały refinansowanie warszawskich banków! Skąd ta wiedza zachodnich bankierów? Dwór Katarzyny II planował całkowity rozbiór Polski  i poszukiwał do tego jedynie pretekstu. Na arenie gospodarczej spowodowało to de facto „upadłość Polski”, a nikt siłą rzeczy nie pospieszył ze stabilizacyjnym kredytem. W efekcie upadło kilka ważnych banków, w tym najważniejszy należący do Piotra Fergussona Teppera. Ten obrotny gentelman zgromadził majątek równy najzamożniejszym polskim rodom, a sam Stanisław August Poniatowski był mu winien ponad 10 mln ówczesnych złotych polskich, które król zużył na wyekwipowanie armii. W ówczesnym systemie politycznym Tepper pełnił poważną rolę. Otóż między innymi zajmował się wypłacaniem pensji (dzisiaj powiedziałoby się: łapówek) politykom, znajdującym się na utrzymaniu Rosji i Prus.  Jak sobie łatwo wyobrazić obniżenie ratingu Polski uderzyło we wszystkich. Szczęsny Potocki – jeden z przywódców Targowicy, był gotów sprzedać wszystkie swe wielkie majątki w zamian za sumę dwuletnich intrat, byleby ta suma została mu wypłacona natychmiast. Dla porównania majątek Teppera przed wojną 1792 roku był szacowany nawet na 70 mln złotych; Czartoryskich (familii słynącej z dobrze prowadzonej działalności gospodarczej) – na 100 mln, przy czym roczne przychody w gotowiźnie przekraczały 6 mln złotych. Cyfr tych dostarcza nie byle kto, bo Leon Dembowski – zaufany współpracownik Czartoryskich, a w trakcie Powstania Listopadowego – minister skarbu, więc osoba w realiach zorientowana. Ówczesną sytuację możnaby przedstawić następująco: system finansowy utracił płynność. W krótkim czasie wywołało to ostry kryzys, a inflacja dobiła rynek żywności. W takiej sytuacji do wybuchu prędzej czy później musiało dojść. Ale bunt narastał powoli. W 1794 nakazano ograniczenie armii, a rozformowanym żołnierzom – wcielenie do zaborczych armii. Skutkiem była Insurekcja Kościuszkowska i III – ostateczny, bo nie ostatni, rozbiór Polski. W efekcie wspomnianego załamania systemu bankowego oraz jego dalszych skutków zdewaluowano zaplecze kapitałowe polskich posiadaczy. To mniej więcej taki sam proces, jaki może nam się w tej chwili przytrafić. Bo przecież nasze aktywa są wyłącznie tyle warte na ile jest wymienialna nasza waluta.

No, ale miało być o Świątyni Opatrzności. Idea wróciła wraz z odzyskaniem niepodległości, a Sejm w 1921 r. postanowił kontynuować śluby i świątynię własnym sumptem wystawić. Ale tu rzecz ciekawa, mozolono się niezwykle z wyborem lokalizacji i projektu. Pierwszy konkurs ogłoszono w 1929 roku i w 1930 r. rozstrzygnięto (albo raczej wręcz przeciwnie), bo ostatecznie wybrano 3 równoważne projekty zaciekle krytykowane przez różne środowiska. Inicjatywa nabrała tempa dopiero po śmierci Marszałka Piłsudskiego, kiedy to postanowiono połączyć przyjemne z pożytecznym, tj. stworzyć dzielnicę Marszałka na Rakowcu, poprowadzić wspaniałą aleję jego imienia i u jej szczytu posadowić imponującą budowlę Świątyni. Finalnie do tego celu wybrano projekt Bohdana Pniewskiego, którego Warszawiacy znają z takich budowli, jak jego własna willa niedaleko Frascati, budynek NBP czy zrealizowany już po wojnie Dom Chłopa. I jak już wybrano ostateczny projekt i lokalizację, prace ruszyły, ale… była to wiosna 1939 r., więc nie zdołano wiele wybudować.

Jak sobie łatwo wyobrazić po 1945 roku idea celebracji Konstytucji 3 Maja nie była specjalnie popularna. Nawiasem mówiąc zawsze mnie zaskakiwało jak wschodnie imperium wrażliwe jest na punkcie swej ciągłości. Teoretycznie Konstytucję 3 Maja powinno się traktować jako rewolucyjny powiew bliski sercom tych, którzy poprowadzili lud do wielikoj oktriabskoj. Ale najwyraźniej każdy akt niezależności wobec wschodniego suwerena traktowany był jako politycznie niewygodny, a zatem niegodzien upamiętniania. Skądinąd w politbiurze rozumowano słusznie, skoro właśnie 3 maja stał się w latach 80-tych dyżurną datą organizowania patriotycznych demonstracji.  Mimo tych trudności, Kardynał Wyszyński (autor triady Polak = Katolik = Patriota) zdołał doprowadzić do wybudowania kościoła na Rakowcu właśnie, który był pierwszym po wojnie wybudowanym legalnie nowym kościołem w Warszawie. W 1979 roku w trakcie wizyty Jana Pawła II oświadczył, ze dzieło rozpoczęte przez Sejm Czteroletni zostało zrealizowane.

I tak by pewnie pozostało, ale Prymas Glemp był nieco innego zdania. W 1991 roku w rocznice 200-lecia Konstytucji 3 Maja, Senat RP ponownie nałożył na państwo obowiązek wybudowania Świątyni upamiętniającej to wydarzenie. Należy domniemywać, że polityczne prądy wiejące od 1993 do 1997 roku skutecznie umożliwiały realizację tej idei, ale dzięki gorliwej postawie zapomnianego dzisiaj nieco RS AWS w 1998 roku zobowiązanie odnowiono po raz kolejny, a już za chwilę wskazano grunt i 2 maja 1999 r. na Polach Wilanowskich odbyła się stosowna uroczystość.

I tu mała dygresja. W 1999 roku w promieniu kilku kilometrów od Świątyni pasły się krowy. Przysłowiowy koniec miasta wytyczała Aleja Wilanowska, a do rozpoczętej budowy nie było w praktyce dojazdu. 12 lat później Świątynia w budowie stoi już przy Alei Rzeczpospolitej w otoczeniu lepszej albo gorszej, ale generalnie udanej architektury. Dlaczego mimo państwowych dotacji budowa się jeszcze nie zakończyła? Łatwo się  nie dowiemy. Tak czy inaczej jest to najbardziej, jak do tej pory, zaawansowana budowa obiektu powołanego do życia w 1793 roku. Wolałbym, aby dobiegła końca, gdyż poprzednie dwie stanowią dość przykre memento dla naszej mało stabilnej państwowości. Dzięki obrotności posłów państwo jakoś środki znajdzie (budowę finansuje się obecnie jako przedsięwzięcie muzealno – narodowe). Pytanie: czy Świątynia znajdzie odpowiednią ilość wiernych?

Kiedy dotarłem tam ze święconką usłyszałem, podobnie jak pozostali przybyli w tym celu, że dzieci nie mogą przyjeżdżać rowerami, przychodzić w ubrankach sportowych i kaskach. Choć przybyłem na piechotę, nie mogłem się nadziwić skąd ten dogmatyzm, tym bardziej, że świecenie odbywało się w katakumbach, pod podłoga głównej nawy, jako żywo przypominających schron przeciwatomowy. Kiedy wychodziłem na powierzchnię przez pomieszczenie, które w niczym kościoła nie przypominało, jedno z dzieci z wyrzutem zwróciło się do mamy: „Przecież to zupełnie jak nasz garaż w bloku!”.

Cóż, najwyraźniej zarządzający parafią liczą na pielgrzymów z innych regionów, a nie na okolicznych mieszkańców. Założenie nie dziwi, szczególnie wobec silnie manifestowanej w Świątyni opcji politycznej.

Ale to i tak drobiazg, bo przecież najważniejsze jest to, że Kościół, jako taki, był jednym z podstawowych przeciwników Konstytucji 3 Maja, której upamiętnieniem jest miedzy innymi Świątynia. Skąd ta ówczesna niechęć? Powód był ten sam, co zwykle. Jeszcze przed uchwaleniem Konstytucji 3 Maja w 1789 roku Sejm zadecydował o przekazaniu części dochodów z diecezji krakowskiej na finansowanie armii. Ponadto unoszący się nad ustawą duch rewolucyjnej Francji pachniał nieprzyjemnie tamtejszymi zmianami. Dlatego też wśród najaktywniejszych Targowiczan znajdziemy biskupów: Józefa Kossakowskiego, Ignacego Massalskiego, Wojciecha Skarszewskiego i Michała Romana Sierakowskiego. Nawiasem mówiąc wszyscy w trakcie Insurekcji Kościuszkowskiej zostali skazani na śmierć: dwu powieszono, jednego wyreklamował Kościuszko, a jeden został skazany zaoczenie. Oczywiście gdyby nie warszawski zrewoltowany lud wyreklamowano by pewnie wszystkich ale Massalskiego tłum po prostu wywlókł z wiezienia a Kossakowskiego z pałacu.

Świątynia Opatrzności Bożej stoi zatem na grząskim gruncie. O ile w historii nikt nie będzie grzebał, przyszłość nie jest różowa, a do wybudowania pozostało jeszcze sporo. Dla mnie punkt odniesienia to Sagrada Familia, kościół budowany w Barcelonie od 1882 roku. Fakt, ze Gaudi uczynił sporo, aby nie był to budynek prosty w ocenie, ale ponad 100 lat budowy robi wrażenie, prawda? Co ciekawe Gaudi zmarł w 1926 roku. Koniec budowy planowany jest obecnie na 2026 rok. Ile to potrwa na Polach Wilanowskich? Trudno ocenić, podobnie jak to, czy skończona budowa przerwie złą passę poprzednich. Ale już dzisiaj polityczny manifest dekorujący oddaną wiernym część budowli nie pozostawia wątpliwości że nie buduje się tam Świątynia zgody narodowej, ale symbol podziału.

Sacrum Prawdziwych Polaków, Częstochowa w potopie klasy średniej na jej sztandarowym warszawskim osiedlu. Ale kto wie co z tego wyniknie bo jako naród wiemy przecież jedno od lat: jak trwoga to do Boga.

 

5 komentarzy

Bóg, Honor i Ojczyzna.

Czyli o tym, że media kształtują nasze opinie, politycy wiedzą lepiej co jest dla nas dobre  a honor jest najważniejszym aktywem narodowym.

W jednym ze wcześniejszych postów pozwoliłem sobie na stwierdzenie, że do wojny z Niemcami doprowadziły niemożliwe w realizacji niemieckie żądania. Uproszczenie to było wynikiem roboczego oparcia się na historycznym fundamencie: Polska racja stanu nie przewidywała wojny po stronie Niemiec a ewentualny udział w takim sojuszu wywołać miał kolejne, bardziej agresywne żądania niemieckie których realizacja była by nieunikniona. Taki punkt widzenia prezentuje choćby Stanisław Żerko historyk z Instytutu Zachodniego w Poznaniu.

Ale warto się przez chwilę zastanowić jakie okoliczności spowodowały składanie Polsce jakichkolwiek ofert. Otóż 30 września 1938 roku, Polska wystąpiła z 12 godzinnym ultimatum w którym domagała się od Czechosłowacji zwrotu Zaolzia. Jak wiemy z historii, rząd czechosłowacki w obliczu SGO Śląsk zgromadzonej na granicy i dywersyjnych ataków zaolziańskich Polaków na urzędy czechosłowackie ugiął się i w efekcie 2 października na teren Zaolzia wkroczyły wojska polskie. Warszawska ulica pijana sukcesem fetowała wielki sukces mocarstwowej Polski.

W sferze faktycznej Polska i Węgry u boku Niemiec wzięły  jak najbardziej realny udział w rozbiorze Czechosłowacji. Nie podeptano tym przyjaźni polsko czechosłowackiej bo nigdy jej nie było. Zakończono w sprzyjających okolicznościach konflikt który zaczął się jeszcze w 1918 roku ( kiedy to wojska czechosłowackie zaatakowały słabe polskie jednostki zajmując tereny etnicznie polskie ) a finalizował w 1920 kiedy rząd Benesza wykorzystał Bitwę Warszawską do wymuszenia na Polsce ustępstw terytorialnych. Nie było zatem nigdy szans na współpracę państw które przez cały okres międzywojnia same znajdowały się w stanie zimnowojennym.

Wedle stanu z października 1938 Polska jest jednym z aktywnych sojuszników Hitlera i trudno się dziwić, że w ten właśnie sposób przedstawiana była w europejskiej prasie. Trudno uwierzyć, że wkroczenie do Czechosłowacji dokonało się bez jakichkolwiek porozumień z Niemcami szczególnie, że wojsko polskie zdołało zająć węzeł kolejowy w Boguminie uprzedzając zmierzające tam wojska niemieckie. Ów akt agresji nie mieścił się moim zdaniem ani trochę w lansowanej przez Becka polityce balansowania pomiędzy ZSRR a Niemcami. Trudno się zatem dziwić, że 24 października 1938 Von Ribbentrop wezwawszy ambasadora RP Lipskiego złożył po raz pierwszy następującą propozycję:

W zamian za udział w wojnie z ZSRR, włączenie Gdańska do Rzeszy i budowę eksterytorialnej autostrady, zaoferował podobnie eksterytorialny dostęp Polski do portu gdańskiego, gwarancję granicy polsko – niemieckiej i wydłużenie paktu o nieagresji na 25 lat.

Cóż, szczególnie w cieniu świeżo zajętego Zaolzia trudno powyższą propozycję choćby porównać z dyktatem Niemiec wobec Czechosłowacji która poszarpana po układzie w Monachium, w marcu 1939 padła ofiarą zaakceptowanego przez Europę formalnego rozbioru! Nasuwa się zatem dość oczywiste pytanie: jak polityczne elity do tej propozycji się odniosły? Otóż nijak się nie odniosły ponieważ Beck najprawdopodobniej owej propozycji poważnie nie potraktował tym bardziej, że w owym czasie zajęty był budowaniem relacji z Węgrami i Rumunią która to nawiasem mówiąc na rozbiór Czechosłowacji nie miała ochoty. Nie bez znaczenia jest również fakt, że w owym czasie Józef Beck był już człowiekiem poważnie chorym co usprawiedliwia go o tyle, że jeszcze w 1937 roku złożył dymisję na ręce prezydenta Mościckiego. Dymisja nie została jednak przyjęta, ponieważ ówczesną Polską steruje triumwirat: Beck, Śmigły Rydz i Mościcki i to zapewne w tej kolejności. Jednego wielkiego człowieka po 1935 roku zastąpiły trzy polityczne fantomy. Najwyraźniej mogły rządzić jedynie razem. To ci trzej ludzie dopiero 7 stycznia 1939 roku zadecydują o zwrocie politycznym ponieważ Beck osobiście usłyszy od Hitlera, że sugestie przekazane wcześniej Lipskiemu to de facto ultimatum. Jeszcze 25 stycznia 1939 von Ribbentrop pojawia się w Warszawie dorzucając do wcześniejszej oferty Słowację jako trofeum wojenne.  Warszawa odpowiada NIE, powołując się na zawarte porozumienie wojskowe z ZSRR. I w tym miejscu polityka polsko niemiecka mija „no return point” dalej w marcu 1939 okrojona Czechosłowacja w raz z całym swoim rządem zamieni się w protektorat Czech i Moraw z tym samym prezydentem Hachą a 40 czeskich dywizji walnie dozbroi Wehrmacht. W takich warunkach odrzucano niemieckie awanse uważając, że jakakolwiek współpraca z Hitlerem nieuchronnie prowadzić będzie do katastrofy. Co ciekawe, ta decyzja polityczna podejmowana była przez ludzi, którzy przez 4 lata samodzielnych rządów nie zmienili ani na jotę doktryny wojennej armii II RP która od zarania państwa zakładała w zasadzie wyłącznie wojnę na wschodzie! Plan  wojny na zachodzie przygotowywano na kolanie wiosną 1939.

Odrzuceniu współpracy z Niemcami, towarzyszy powtarzane przekonanie o tym, że Polacy a przede wszystkim korpus oficerski był takim porozumieniom całkowicie niechętny. Zwłaszcza drugiego członu tej popularnej tezy nie jestem w stanie zrozumieć. Jak armia która przez kilkanaście lat ćwiczy obronę przed Rosją zarzucając prawie kompletnie ( poza nielicznymi fortyfikacjami ) strategię wojnę na zachodzie i północy może być świadomie gotowa na konflikt z Niemcami?  

Pytanie o faktyczne nastroje społeczne było by również jak najbardziej na miejscu. W kraju w którym nośnikiem informacji były gazety panowało potworne rozwarstwienie społeczne a komunikację dodatkowo utrudniał…. analfabetyzm. W Polsce międzywojennej dotyczył prawie 25% populacji. Radio było luksusem posiadanym przez nielicznych. Zastanawia mnie zatem, czy społeczeństwo które jeszcze  w październiku 1938 fetuje zajęcie Zaolzia i domaga się marszu na Kowno jest faktycznie bardziej antyniemieckie niż antyrosyjskie? Jeśli nawet dzisiaj, w społeczeństwie doświadczonym przez niemiecki nazizm dominuje postawa antyrosyjska słuszne jest założenie, że w 1939 dominowała akurat antyniemiecka? A jeśli tak faktycznie było, jaką rolę w kreowaniu tej postawy odegrały media?

Rządzący Polską triumwirat popisał się co najmniej brakiem politycznego realizmu wybierając walkę w sytuacji w której musiał być świadom zarówno niemieckiej przewagi ( złamanie szyfrów enigmy ) jak i iluzoryczności francusko niemieckiej pomocy.

W słynnym sejmowym przemówieniu z 5 maja 1939 Józef Beck ujawnił się obywatelom jako polityk twardy. W ponurym cieniu rzucanym przez wypowiedziany przez Niemcy pakt o nieagresji podkreślił, że Polska od Bałtyku odepchnąć się nie da, a pojęcie pokoju za wszelką cenę dla Polaków nie istnieje. Jako rzecz bezcenną, w swoim przemówieniu transmitowanym na cały kraj a nagrodzonym przez posłów stojącą owacją wskazał, że dla Polaków bezcenny jest honor. To przemówienie wywołało wielką falę patriotyzmu ale nie towarzyszyła mu choćby próba mobilizacji. Sejm zwiększył budżet, FON odnotował większe wpłaty a kraj patriotyczne manifestacje. Faktyczna mobilizacja została ogłoszona dopiero 29 sierpnia i praktycznie natychmiast odwołana wobec sprzeciwu Anglii i Francji. Ogłoszona ponownie dzień później wywołała chaos który na dzień dobry osłabił zdolność bojową armii.

W kampanii wrześniowej w walkach z Niemcami zginęło 66 tysięcy żołnierzy i oficerów, ponad 130 tysięcy odniosło rany a 400.000 dostało się do niewoli. O ile straty zadane przez Rosjan były mniejsze, to do niewoli dostało się prawie 250 tysięcy żołnierzy i oficerów. Straty wśród ludności cywilnej są od pewnego czasu poddawane wielostronnym analizom których celem jest analiza prawdziwości PRL owskiej jeszcze  tezy o 6 mln obywateli polskich zabitych w trakcie działań wojennych.

Czy śmierć tych ludzi, i materialne zniszczenia były warte tego honoru o którym mówił w przemówieniu Beck? Czy wybrali wojnę świadomie czy też wybrano ja w ich imieniu? Pytanie prowokacyjne, ale warto się zastanowić jakie straty poniosła by Polska jako niemiecki koalicjant. Taką opcję nawet w dyskusjach kompromituje się zazwyczaj od razu. To dziwne, szczególnie wobec popularnej dzisiaj germanofilii. Warto jednocześnie pamiętać, że udział w wojnie po stronie Niemiec nie był jednoznaczny z utratą państwowości bo w tej sytuacji była przecież zarówno Rumunia, Węgry, Bułgaria czy Finlandia która dzięki położeniu strategicznemu doczekała się nawet wycofania radzieckich oddziałów okupacyjnych.

Ta historyczna analiza może się wydawać całkowicie pozbawiona sensu. Nic bardziej błędnego. Dzisiaj żyjemy w świecie samych sojuszy i wzajemnych państwowych świadczeń dodatkowo kontrasygnowanych przez jakiś „uber rząd” w Brukseli. Trudno mi założyć, że dzisiejsza wartość porozumień międzynarodowych jest większa niż ówczesna. Warto o tym pamiętać, choćby dlatego że Józef Beck, dowiedziawszy się o wypowiedzeniu wojny Niemcom przez Anglię i Francję odetchnął i wyznał jednemu ze swoich współpracowników, że bez tego naród miałby prawo postawić go pod ścianą i rozstrzelać. Cóż, „dziwna wojna” moim zdaniem tego prawa narodowi polskiemu nie odebrała.

„Lawirujcie między Niemcami i Rosją póki można, a jak już się nie da wciągnijcie do walki cały świat” zalecił w swoim politycznym testamencie Józef Piłsudski. Wykonawcy jego politycznej woli, z tego akurat zadania wywiązali się jak wiadomo w 100%. Ludzie bez kalibru, na nic więcej nie potrafili się zdobyć. Czy z lepszego materiału ulepieni są nasi obecni przywódcy? Że mają dzisiaj prostsze zadania? Projekt wojny prewencyjnej z Niemcami lansowany przez Piłsudskiego i wybuch II wojny światowej dzieli zaledwie 6 lat. Toż to raptem półtorej kadencji. Stefan Stażyński w przemówieniu do mieszkańców 24 sierpnia 1939 miał powiedzieć: „Spokój jaki cała ludność stolicy zachowuje w rozgrywających się wypadkach międzynarodowych, jest dowodem dojrzałości obywatelskiej” i zachęcał do dobrowolnego włączania się w akcję kopania rowów przeciwlotniczych.

Z tym zdaniem w roku 1989 zgodził bym się w zupełności. Dzisiaj nie jestem już tego taki pewien.

14 komentarzy

Afrika Korps 2.

Czyli o tym co to jest Greenstream, jak się ma NATO do OKW oraz o tym, kto stworzył Libię i kto się szykuje do jej rozmontowania.

W prasie modny jest obecnie spór włosko-francuski z Libią w tle, który czytelnikom może się wydawać abstrakcyjny. Otóż nic bardziej błędnego. Rywalizacja Francji i Włoch w tym regionie datuje się właściwe od XIX wieku i być może wejdzie teraz ponownie w fazę ostrą. Otóż warto zauważyć, że Libia, jaką dzisiaj znamy, to w zasadzie wyłącznie twór włoskiego kolonializmu, który połączył w jedno Trypolitanię, Cyranejkę i Fezzan. Włochy – państwo zjednoczone skutecznie dopiero w 1871 roku poszukiwało rynków zbytu dla swojego prężącego muskuły przemysłu. Młode Królestwo Włoch nie miało jednak wielkich szans na północy Europy, toteż interesowało się Afryką jako terenem potencjalnie łatwiejszym. Warto pamiętać, że liderami kolonializmu byli podówczas Anglicy i Francuzi bardzo niechętnie patrzący na konkurentów. No, ale od czego są wojny. W efekcie porażki z Prusami w 1871 dokonało się, jak wiemy, zjednoczenie Niemiec, tak więc wśród chętnych na posiadłości zamorskie zrobił się spory tłok. W tym kontekście strategicznie najważniejsza była flota. A tego obszaru zazdrośnie broniła Francja i Anglia. Pod bokiem zaczęły im jednak wyrastać floty Niemiec i Włoch, których budowę lobbowały silne środowiska przemysłowców. Od 1882 roku dzięki zabiegom Bismarcka, Włochy przytuliły się do Niemiec, co dodatkowo zaostrzyło europejskie podziały. I nie wiadomo jakby się to wszystko ułożyło, gdyby nie to, że w 1890 r. Bismarck został odwołany ze swojego kanclerskiego stołka. Powód był prozaiczny: nowy cesarz pozbył się faceta, którego kiedyś wielbił; statek nie potrzebuje zazwyczaj dwóch kapitanów. Cesarz – zatwardziały militarysta, widział wojnę jako cel, Bismarck – jako element polityki. Ta ważna zmiana w prowadzeniu polityki zaczęła być widoczna prawie od razu i odbiła się na relacji Francja – Włochy. Francja zraziła sobie Włochy zajmując w 1881 r. Tunezję, ale teraz zaproponowała sprytnie Włochom poparcie w przypadku, gdyby zdecydowali się na lądowanie w zitalianizowanej Trypolitanii, w której trzymało się jeszcze Imperium Osmańskie. Tak też się stało i, pod pretekstem wyzwolenia tamtejszych obywateli, włoski desant w lutym 1911 r. zajął Trypolis w zasadzie bez większego problemu. Ale że apetyty były większe, wojownicy wybrali się na podbój Cyranejki i tu również szło dobrze aż dostali łupnia pod Tobrukiem. I mogłoby być bardzo niedobrze, gdyby nie wybuch I wojny bałkańskiej, który zmusił Turków do ewakuacji wojsk na ważniejszy teatr działań. W efekcie od 1912 roku Włosi zawładnęli całością obszaru, który nazwali Libią.

Aż do wybuchu II wojny światowej wszystko układało się doskonale. W zgrabnie rozwiniętych obozach koncentracyjnych przetrzymywano ok. 100.000 Arabów i nie tylko, a przemysł włoski dynamicznie rozwijał handel oraz poszukiwał ropy i gazu. Ale ponieważ Duce miał poważne ambicje, we wrześniu 1940 r. włości zaatakowali Egipt z marzeniem o zamoczeniu butów w Kanale Sueskim. Stało się jednak inaczej, bo już po kilku miesiącach Brytyjczycy zajęli całą Cyranejkę i doprowadzili front prawie dokładnie do tego samego miejsca, w którym znajduje się obecnie. No, ale na tym etapie pojawili się Niemcy z bratnią pomocą i w efekcie już w lutym 1941 w Libii pojawił się Afrika Korps, która w błyskotliwym pochodzie dociera aż do El Alamein, by tam – jako pokonany, opuścić ostatecznie kontynent w lutym 1943 r. Dodać należy, że DAK (czyli Deutsche Afrika Korps) zapisał się na zawsze w historii taktyki broni pancernej i nie tylko, a jej dowódca: Erwin Rommel, stał się jednym z najbardziej znanych dowódców II wojny światowej. Dzisiaj byłby na pewno militarnym celebrytą.

Równie znana, jak on sam, (zarówno w Niemczech jak i w krajach alianckich) była dowodzona przez niego formacja, opisywana namiętnie i często. Świadectwa obu stron konfliktu dowodzą, że były to walki prowadzone w sposób całkowicie odbiegający od wówczas znanego z innych teatrów działań. Na porządku dziennym były wymiany jeńców, wzajemne prowadzenie chorych, a zdarzały się nawet dostawy materiałów strategicznych, w tym benzyny! Być może miał tu swój udział TE Lawrence, którego „Siedem Filarów Mądrości” stanowiło lekturę oficerów po obydwu stronach frontu, a być może – niska zapalczywość walczących, którzy potykali się przecież na całkowicie abstrakcyjnym froncie. Mimo to walki były zacięte, a włoskie dywizje takie, jak choćby „Ariete”, walczyły dzielnie nie ustępując niemieckim. Tam, gdzie pojawiał się kontekst etniczny, robiło się bardziej krwawo i mniej rycersko. To forma walki stała się udziałem Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich wykrwawionej w Tobruku.

Ta przydługa dygresja ma na celu jedno: wskazanie, że polityka regionalna nie prowadzi się sama i jest zawsze funkcją czegoś. W tym regionie prowadzi się ją w funkcji surowców strategicznych i to, jak widać, od wielu lat. Tym samym nagłaśniany w mediach konflikt Francji i Włoch musi mieć swoje uzasadnienie. I ma. Uzasadnienie nazywa się Greenstream i jest podwodnym gazociągiem, który wprost z gazonośnych pól zachodniej Libii biegnie sobie do terminalu rozładunkowego na Sycylii. Tym samym ponad połowę libijskiego gazu odbierają Włochy, a resztę Europa Zachodnia, poprzez terminal NLG w Marsa El Brega. W przypadku ropy jest równie ciekawie, bo Włochy to ponad 40% libijskiego eksportu, a na dalszych pozycjach są Niemcy (10%), Francja (9%) i Hiszpania (8%), co tym samym daje prawie 70% eksportu alokowane do tych 4 krajów!

Tym samym Włochy są dosłownie „podłączone” do Libii, a struktura libijskiego eksportu wyraźnie dowodzi, że dla Amerykanów to sprawa drugoplanowa toteż przekażą prędzej czy później dowodzenie operacją w ręce NATO czyli i tak samym sobie bo przecież od zarania sojuszu dowodzą nim amerykańscy generałowie. Co ciekawe, poza NATO legalna wojna jest w tym regionie w zasadzie niemożliwa wiec Amerykanie w każdym wariancie trzymają rękę na pulsie, a jedyne co marginalnie łamie ich monopol to militarna współpraca francusko niemiecka.

Uzależnienie Włoch od Libii rzuca światło na inny aspekt sprawy. Współpraca z Kadafim była najwyraźniej niezwykle udana, i żadne zmiany nie były z perspektywy Włoch potrzebne stąd pewnie niegdysiejsze Włoskie ostrzeżenia o tłumach uchodźców. Reżim dbał, aby sycylijskie plaże nie musiały przyjmować tysięcy Libijczyków. Jak będzie z demokratycznym rządem ludowym? Nie wiadomo. Czy to dziwne, że Francja tak namiętne wyrywa się do dowodzenia operacją i bombardowania Libii w przypadku, gdy nie ma tam żadnej instalacji? Warto dodać, że Greenstream należy w znacznym stopniu do włoskiego Agipa i pewnie jest ubezpieczony, ale raczej nie od nalotów. Duża by to była strata. Ale wojna w Libii to nie tylko straty włoskie. Nasze media jakoś tak nie wspominają o tym, że w dniu 9 grudnia 2007 r. PGNiG uzyskało prawo do prowadzenia prac poszukiwawczych i podpisało z Libią umowę o ich przyszłej eksploatacji prawdopodobnego złoża w Murzuq w Zachodniej Libii. I co teraz? Czy nowy rewolucyjny rząd aby na pewno utrzyma koncesję?vOczywiście można dojść do wniosku, że to po prostu lud się burzy i mamy do czynienia z kolejnym usprawiedliwionym zrywem uciśnionych. Owi uciśnieni mają jednak broń i amunicję, a tej jak wiadomo nie sprzedaje się w supermarketach, więc musieli ją od kogoś dostać. Media donosiły, rzecz jasna, o przechodzących na ich stronę jednostkach, ale to całkowicie sprawy przecież nie wyjaśnia. Warto zwrócić uwagę na co innego. Obszar od Maroka do Tunezji od lat pozostaje we francuskiej strefie wpływów. Mimo niepodległości w każdym z tych krajów elity posługują się francuskim, który jest również drugim językiem w tych krajach. Mimo kolonialnych doświadczeń, Francja pozostała metropolią, która bardzo poważnie wpływa na sposób myślenia swoich dawnych klientów. W Libii choć takich uzależnień nie ma, pozostała skłonność do słonecznej Italii. Ale to przecież Francja od początku obecnych rebelii nagłaśnia je i ostentacyjnie udziela im poparcia.

Dzisiaj, kiedy świat trzeszczy w szwach, a kryzys energetyczny w całej rozciągłości puka do drzwi, wojna w Libii staje się kolejnym testem spójności Unii, tyle że tym razem chodzi o interesy w starym stylu gdzie na szali jest coś więcej niż kolejne miliardy deficytów budżetowych na programy równości. Kontrola zasobów będzie wymagała zastosowania jakiejś realnej siły.

A w Libii prędzej czy później jakaś mutacja Afrika Korps pojawić się musi, nawet jeśli odgrzebie się stare granice i na nowo podzieli Libię na Cyranejkę i Trypolitanie połączoną z Fezzanem. Sarkozy ma ochotę odbudować potęgę Francji w regionie, a ma ku temu lepsze predyspozycje niż Berlusconi, jako że armia francuska jest nie tylko dwa razy większa od włoskiej, ale też dysponuje własnym potężnym arsenałem atomowym oraz, co chyba najważniejsze, bazami wojskowymi w Afryce, w tym w sąsiadującym z Libią Czadzie, a na odległej o dwie godziny lotu Korsyce – utrzymuje w ciągłej gotowości elitarny 2 regiment powietrzno desantowy Legii Cudzoziemskiej.

Czas pokoju  się kończy a Libia to pierwsza europejska wojna o zasoby które trzeba kontrolować samemu bo ceny surowców strategicznych mogą wywalić w powietrze budżety najmocniejszych krajów.  Francja to najwyraźniej wie: było nie było, po raz pierwszy od wielu lat otworzyła nową wojskową bazę zagraniczną. W Emiratach Arabskich. Wraca do łask doktryna Clausewitza: wojna to nadal polityka tyle, że  prowadzona innymi środkami.

6 komentarzy

Generał, agent i NRD. W tle.

Czyli o tym, że Kościół potrafi liczyć pieniądze, przewrót wymaga planowania, a ofiary nie zawsze otrzymują swoje pomniki.

Koniec niechlubnego bytu Komisji Majątkowej, choć towarzyszyła mu pewna niewielka wrzawa, w zasadzie nie odbił się szerszym echem. A powinien, bo pośród afer ostatniego 20-lecia tropionych z zacięciem i często słusznie przez wielu, ta jest z całą pewnością największa. Co więcej, prawdziwej skali nie poznamy prawdopodobnie nigdy. Teoretycznie jest jeszcze niewielka nadzieja, że niezawiśli sędziowie odniosą się do tego niebywałego kuriozum, ale jak powszechnie wiadomo zamachy na powagę Kościoła kończą się źle, a ten jest szczególnie przewrażliwiony na punkcie swojej szkatuły. Czemu Komisja znalazła się w Trybunale? Pytanie powinno brzmieć inaczej: dlaczego dopiero teraz?

Zauważyłem, że większości materiałów, które napisano na ten temat rzadko pojawia się następująca informacja: NIE BYŁO żadnej kontroli ustaleń tej komisji, a na jej orzeczenia nie przysługiwał ŻADEN środek odwoławczy. Jak to możliwe? Komisja powstała jako relikt PRL toteż utworzono ją wyłącznie jako wsparcie dla MSW, a potem MSWiA, które miało zajmować się podejmowaniem decyzji o zwrocie majątku. Komisja, której sposobu funkcjonowania ustawodawca do końca nigdy nie określił, składała się z przedstawicieli państwa i Kościoła. I tylko w tym gronie zapadała decyzja o tym czy i po jakiej wycenie majątek zostanie Kościołowi zwrócony. Przez 11 lat jej istnienia nie dokonano skutecznego podważenia tej kompletnie niekonstytucyjnej zasady. Co ciekawe Trybunał Konstytucyjny biedzi się nad tym dopiero teraz. Oj jak niepolitycznie dla naszych niezawisłych sędziów. A wyjścia są dwa: można po prostu umorzyć postępowanie albo ….. wskazać oczywistą niekonstytucyjność przepisu, który choć wykluczał „odwołanie”, to przecież nie mógł uniemożliwiać „skarżenia” przed sądem postanowień komisji. Ale tu jest kolejna mina. Bo grabione z majątku samorządy skarżyły się do sądów, ale te w oparciu o wyrok NSA z 1991 roku owe skargi oddalały.

Wiem, że to brzmi jak bełkot, ale taka konstrukcja tych przepisów w 1989 roku ma prozaiczne uzasadnienie: choć w PRL nie brakowało wybitnych prawników wybrano ponownie podobną technikę jak w latach 40 i 50-tych. Aparat siłowy w postaci MSW miał być jedyną i ostateczną wyrocznią co dawać a co nie. Ustawodawcy wydawało się zapewne, że będzie trwał przez kolejne dziesięciolecia i nagradzał (bądź nie) Episkopat za popieranie linii politycznej realizowanej przez władzę. Ale się ustawodawca przeliczył, bo o ile sejm kontraktowy został dokładnie zaplanowany i przeanalizowany w Magdalence i nie tylko, to zmian społeczno-politycznych oraz ich dynamiki już się przeliczyć nie dało. Ale w zasadzie się nie dziwię, bo nawet Czesław Kiszczak nie mógł przecież przewidzieć, że politycy „Stronnictwa Drżących” tak szybko odkleją się od głównego nurtu. Jak się okazuje kompetencje służb specjalnych kończą się wtedy, gdy już wolno swobodnie krzyczeć na ulicy, bo wtedy dochodzi do owej tajemniczej metamorfozy, która zamienia konfidentów w rewolucjonistów. Nie tylko towarzysz Kiszczak zawiódł się w swoich kalkulacjach. Znacznie poważniejszy błąd strategiczny popełnił największy i najsłynniejszy demiurg służb: generał Markus Wolf.

O tej postaci można by napisać wiele, jednak w tym kontekście interesuje nas transformacja w Niemczech. Towarzysz Wolf piastujący od 1958 funkcję szefa HVA czyli wywiadu zagranicznego STASI odszedł z niej w 1987 roku z powodów zdrowotnych. Faktycznie odsunięty przez Honeckera, który nie miał ochoty odejść choć oczekiwali tego od niego towarzysze radzieccy wyraźnie domagający się odwilży w NRD. Wolf szykował się do przejęcia władzy dokładnie tak samo, jak ekipa w Polandzie do jej utrzymania: poluzowanie opozycji, koncesje dla kościoła a w szczytowym 1989 pamiętne masowe wyjazdy obywateli NRD na Węgry, które po naciskach USA  zlikwidowały zasieki i pola minowe na granicy z Austrią. Wolf liczył na przejęcie władzy przez umiejętnie szykowany do tego aparat polityczny wsparty resortem siłowym. I też mu się nie udało.

O zasięgu i skuteczności STASI nie trzeba nikogo przekonywać, a zawartość archiwów instytutu Gaucka to przecież marny skrawek zasięgu organizacji wzorowanej na hitlerowskim RSHA. Ciekawe jest co innego: jak niewiele napisano o tym jak bardzo STASI interesowała się wydarzeniami w PRL oraz jak bardzo chciała na nie wpływać. Ciekawy epizod bratnich relacji dotyczy Mariana Zacharskiego. Nasz „polski Bond” nie został wydobyty z więzienia przez polskie MSW. Bezpośrednim sprawcą jego uwolnienia był właśnie Markus Wolf i słynny Wolfgang Vogel, którego życiorys nadawałby się na kilka filmów sensacyjnych. Co więcej, kapitan Zacharski po powrocie do Polandy miał poważne kłopoty z aklimatyzacją. Trudno się w zasadzie dziwić, bo wrócił jako prezent towarzyszy z NRD. Co więcej, jak sam przyznaje udawał się do NRD z bratnimi wizytami dokładnie w okresie poprzedzającym odejście ze stanowiska Markusa Wolfa. Trudno się spodziewać, aby jedynym powodem takich wizyt było zapoznawanie towarzyszy niemieckich z wywiadowczym warsztatem. Znacznie ciekawsze mogły być jednak rozmowy o stanowisku do systemu i ewentualnych jego zmian wśród elit MSW, które przecież Zacharski doskonale znał i to nie tylko ze szkoły w Kiejkutach. O, miał na pewno o czym opowiadać, bo przecież za chwilę przejdzie przez sitko weryfikacji oficerów SB a w 1995 roku otrze się nawet o stanowisko szefa UOP.

Gdzie się to wszystko wiąże? W koncesji, drodzy czytelnicy, w koncesji. Wolności, pomijając już wagę tego słowa w tym kontekście, nikt w naszym kraju nie wywalczył. Zmiany były wynikiem transakcji, ale to nie budzi we mnie sprzeciwu, ponieważ jest to forma, która odpowiada mi znacznie bardziej niż ofiary na ulicach. Na tej samej zasadzie agenci carskiej Ochrany zasilili służby Dzierżyńskiego, oficerowie Dwójki szkolili funkcjonariuszy MSW, akcję „Wisła” wymyślił i dowodził nią przedwojenny przecież Generał Mossor, Amerykanie w ramach operacji „paper clip” wywieźli i naturalizowali w stanach naukowców i wszelkiej maści niemieckie aktywa wywiadowcze, a Niemcy z RFN i NRD korzystali masowo z byłych nazistów.

Bo w każdej przemianie chodzi o pieniądze. Bez nich nie da się finansować takiego czy innego aparatu, który jest zawsze potrzebny do utrzymania i dystrybucji władzy. W kraju nad Wisłą jesteśmy szczególnie skorzy do przypisywania zasług bohaterom i ich krwi. Ale tu też jest jeden przykry wyjątek. Być może się mylę, ale nie wydaje mi się, aby gdziekolwiek w Polsce istniał pomnik poległych w zamachu majowym 1926 roku.

W maju 1926, 379 osób zginęło w ciągu dwu dni. Powołana w 1989 roku Komisja Rokity stwierdziła 122 niewyjaśnione zgony w trakcie trwania stanu wojennego. Mimo że oba wydarzenia sporo łączy, nie zamierzam ich porównywać. Zwracam jedynie uwagę na to jak perspektywa historyczna zniekształca ocenę faktycznych wydarzeń. Jak to się z kolei łączy? Bardzo, moi drodzy, bo maj 1926 wpłynął na stanowiska wielu oficerów a czystka nie dotyczyła wszystkich. Różnice były głębokie i ujawniły się zaraz po zakończeniu kampanii wrześniowej. Mieliśmy Berezę Piłsudskiego, ale swój obóz koncentracyjny miał również Sikorski na szkockiej wyspie.

I z tej perspektywy, 24 miliardy złotych majątku odzyskane przez Kościół to cena być może wysoka, ale czy cena za łagodną zmianę systemu może być wygórowana? I na zakończenie jeszcze jedno: ustawa nie dotyczyła wyłącznie Kościoła Katolickiego, choć głównie on był jej beneficjentem. Beneficjentem łapczywym, ponieważ domagał się zwrotu dóbr wywłaszczonych przez cesarstwo austriackie a także zajętych w trakcie akcji „Wisła” dóbr unickich. W ostatnich latach w komisji aktywne były również gminy żydowskie, więc rewindykacja na finale przebiegała bardzo ekumenicznie i ekspresowo.

A Skarb Państwa oświadczył właśnie, że chwilowo kończymy z wszelkimi zwrotami mienia bo budżet w złej kondycji itp. Teraz już można, bo zlikwidowanej komisji majątkowej przecież już nikt teraz jako zarzutu nie wyciągnie. Że wiarygodność Skarbu Państwa nas nie dotyczy? Drodzy obywatele, nic tylko kupować obligacje skarbowe! Pewny zysk bez ryzyka. W latach 30 reklamowano je tak samo.

4 komentarze