Demokraci z politbiura

Czyli o tym, jak etos UPA można połączyć ze stażem w aktywie KPZR.

Jak powszechnie wiadomo, warunkiem podstawowym, aby robić udane interesy jest posiadanie odpowiedniego zasobu gotówki. Na temat technik zwiększania owego zasobu traktuje kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt teorii, przy czym najważniejsza i najprostsza zakłada po prostu… drukowanie pieniędzy. To skądinąd proste, choć często brzemienne w skutki rozwiązanie, pozwala  szczególnie w historycznie dogodnych momentach na zakumulowanie majątku, o którym w normalnych czasach można by jedynie śnić. Śledczy polskich przemian transformacyjnych nie wiedzą zapewne, że w padającym bloku sowieckim istniał kraj, w którym nową walutę wydrukowano w gigantycznych ilościach, marnie zabezpieczono, a banknoty z pierwszej emisji nie miały… numerów seryjnych :) Powyższe doskonale ułatwiło pierwotną akumulację i walnie przyczyniło się do koncentracji majątku w rękach politycznej nomenklatury. Kraj, o którym mowa to Ukraina, a architektem tej sprytnej koncepcji był nie kto inny, wielbiony przez wolnościową zachodnią prasę, miłośnik demokracji Wiktor Juszczenko. Teoretycznie w erze powszechnego „googlowania” wszystko to powinno być oczywiste. Ale nie jest, podobnie jak fundamentalne różnice w trybie dojścia do niepodległości w Polsce i u naszego wschodniego sąsiada.

Jako, że samostijna Ukraina stała się ostatnio tematem gorących debat nad Wisłą, trudno nie pochylić się nad relacją, która byt naszego wschodniego sąsiada określać będzie zawsze. Mowa tu o stosunkach z matuszką Rasiją, która wbrew obiegowym opinią z niepodległością swojego spichlerza nie pogodziła się nigdy, a zaryzykuję twierdzenie, że najpewniej nie pogodzi się również w przyszłości. Ta z pozoru banalna konkluzja ma jednak poważne uzasadnienie historyczne. Jest nim kruchy fundament ukraińskiej państwowości. Ponura prawda jest bowiem taka, że pierwsze samodzielne państwo ukraińskie de facto powołali do życia… Niemcy.

Ponieważ traktat brzeski kojarzy się nam głównie z własną historią, w społecznej pamięci pomijamy fakt, że to właśnie tam 9 lutego 1918, Niemcy i Austro-Węgry zawarły separatystyczny pokój z… Ukraińską Republiką Ludową. To błyskotliwe posunięcie, zaproponowane przez sztabowców Ober – Ost spowodowało, iż w ciągu kilku tygodni  od jego podpisania linia frontu wyglądająca wcześniej tak jak prezentuje mapka po lewej, zmieniła się diametralnie, co najlepiej prezentuje mapka po prawej :)

Wszystko czego nie udało się Niemcom osiągnąć w ciągu kilku lat wojny, zrealizowano błyskawicznie i to praktycznie przy niewielkich  stratach własnych. Wojska niemieckie podeszły na 150 km do Petersburga, w kwietniu 1918 Bałtycka Dywizja Morska wylądowała w Finlandii i 12 opanowała Helsinki. Armia Imperium Rosyjskiego przestała istnieć, bolszewicy wycofali się do Moskwy. Te wspaniałe sukcesy nie byłyby możliwe, gdyby nie wymyślona przez niemieckich sztabowców niepodległość Ukrainy. Nowe państwo poprosiło państwa centralne o pomoc i już następnego dnia po podpisaniu traktatu przez dawną linię frontu przetoczyła się 450 tysięczna niemiecko-austriacka armia. Równolegle zawarto pewien biznesowy interes. W zamian za uznanie ukraińskości ziemi chełmskiej, wolna Ukraina zobowiązała się dostarczyć  milion ton pszenicy do głodzonych blokadą brytyjską Niemiec.

Rzecz jasna niezwłocznie po zajęciu terytorium młodego państwa wszelka ukraińska państwowość zaczęła Niemców bardzo uwierać. Co więcej, politycy ukraińscy, rekrutujący się głównie ze środowisk literackich, bardzo niechętnie podchodzili do formowania własnej armii głównie z obawy o utratę własnych stanowisk. Jak się okazało były to obawy słuszne, ponieważ już kwietniu 1918 Pawło Skoropadski, dawny generał carski, wraz ze swoją dywizją przejął władzę i obwołał się Hetmanem. Warto zauważyć, że chęć do walki o niepodległość wyparowała mu wraz z wycofaniem się Niemców, toteż już w grudniu 1918 zaproponował bolszewikom inkorporację do Rosji.  Ale wtedy na scenie pojawił się Symeon Petlura i jego strzelcy siczowi. Skoropadski uciekł wraz z Niemcami, Petlura poszukał wsparcia w tworzącej się Polsce. Dalszy ciąg tej historii jest już powszechnie znany: państwo ukraińskie nie przetrwało nawet dwu lat. Gdyby nie sprytny wybieg sztabowców Ober-Ost, którzy w ramach tej samej technologii zapewnili niepodległość Finlandii, Estonii, Łotwie i Litwie, nie przetrwałoby nawet 6 miesięcy. Jakie to ma znaczenie dla współczesności?

Zasadnicze. Istnienie tego państwa było i jest wypadkową interesów międzynarodowych. Zarówno w 1917, jak i 1991 niepodległość Ukrainy była wynikiem politycznej rozgrywki, a nie narodowej emancypacji. Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich zawiązany 30 grudnia 1922 przez Rosję, Białoruś, Ukrainę i Zakaukazie rozpadł się 26 grudnia 1991 wyłącznie dlatego, że nomenklaturowe elity ukraińskie widziały w tym swój własny interes. Pozostawanie w ramach takiego czy innego związku z Rosją i Białorusią nie dawałoby pola do rozległych interesów, które zmaterializowały się już za chwilę. Kto najlepiej uświadamiał sobie walory niepodległości i związanej z nią własnej waluty? Bankowcy. I tu demokratów może spotkać spore zaskoczenie.

Wiktor Juszczenko, stosowne doświadczenie zdobywał jeszcze w strukturach bankowości ZSRR, a zmierzch systemu śledził z fotela dyrektora departamentu rolnictwa w ukraińskim oddziale Banku Centralnego ZSRR. Co ciekawe, ukraiński Bank Centralny (NBU) powstał… w marcu 1991, czyli jeszcze w związkowej ukraińskiej republice, która z ZSRR wystąpiła dopiero 26 grudnia 1991 :) Pierwsze lata wolnej Ukrainy  Juszczenko spędził w  Agroindustrial Banku, aby już z początkiem 1993 roku zasiąść na fotelu prezesa NBU. I tu kolejna ciekawostka: jakiekolwiek konstytucyjne podstawy istnienia ukraiński Bank Centralny uzyskał dopiero w 1996 roku, czyli w tym samym mniej więcej czasie, kiedy podłego karbowańca (pierwszy pieniądz Ukrainy), zastępowała koszerna Hrywna. Warto wspomnieć, że „karbowaniec” nie był nawet pieniądzem jako takim tylko „zaświadczeniem wartości ” określonym w karbowańcach, co walnie przyczyniało się do napędzania inflacji :) Okres 1992-1996 to cztery lata „wolnej amerykanki” w ukraińskiej gospodarce, okres w którym dokonała się jej faktyczna prywatyzacja. Jeśli weźmie się pod uwagę, iż większość zobowiązań za nabywany w tym czasie majątek miała charakter kredytowy, wysoka inflacja nie powinna nikogo dziwić. W jej rezultacie wielkie zakłady nabywano za realnie niewielkie sumy ze szczególnym uwzględnieniem tych, których produkcja lub zasoby mogły być sprzedane na eksport. Prawdopodobnie wieczystym symbolem tej epoki będzie rozpad floty czarnomorskiej, która na początku lat 90. była drugą pod względem wielkości cywilną flotą na świecie. Jej „prywatyzacja” dokonała się poprzez niekontrolowany podział na mniejsze organizmy i przejęcia tychże przez prywatne firmy, które często były lokalnymi agentami tego przedsiębiorstwa, a wszystko dokonało się… na kredyt. Co ciekawe, mimo inflacji i zatrzymywania dla siebie opłat frachtowych przejmujący w większości swoich zobowiązań wobec ukraińskiego państwa nigdy nie spłacili, ani też nie byli o ich spłatę specjalnie niepokojeni. Jedną z osób zaangażowanych w ten proceder był… syn pierwszego prezydenta Ukrainy Leonida Krawczuka. Warto przy okazji zauważyć, że prywatyzowana flota nie stała w portach, ale pływała po całym globie. Marynarzom nie płacono latami pozwalając im na samodzielny przemyt zamiast wynagrodzeń. W efekcie dla „nabywców” stała się źródłem gigantycznych zysków, co najważniejsze realizowanych w poszukiwanych dewizach.

W równie interesujących okolicznościach rozwinęła się kariera innej wielbionej przez zachodnie media działaczki: Julii Tymoszenko. Ta zaradna kobieta, zaraz po ukończeniu studiów w 1984 trafiła do pracy w strukturach finansowych przemysłu zbrojeniowego, a w 1988 roku za pożyczone w banku pieniądze otworzyła sieć wypożyczalni video :) O ile nie wiadomo, jak dobrze sobie radziła w swojej pierwszej firmie, o tym jak poszło jej w drugiej (Ukraiński Koncern Paliwowy) wiadomo doskonale. W latach 1991-1995 jej firma miała wyłączność na dostawy paliwa dla sektora rolniczego, a w 1995 przekształciła się w Zjednoczone Systemy Energetyczne Ukrainy. ZSEU kierowane osobiście przez Julię stały się głównym importerem gazu na Ukrainę i oficjalnym agentem Ukrainy w ramach obrotów tym paliwem z Rosją. Trudno się dziwić, że samostijność Ukrainy szybko zachwiała się w posadach, a wybory prezydenta Ukrainy w 1994 przyniosły zwycięstwo Leonidowi Kuczmie.

Ten niezwykle prominentny przedstawiciel dniepropietrowskiego klanu (najzamożniejszego lobby przemysłowo – politycznego na Ukrainie), zwyciężył jak widać dzięki poparciu rosyjskojęzycznej  wschodniej Ukrainie, która siłą rzeczy optowała za bliskimi związkami z Rosją. Oczywiście, jak wykazuje tamtejsza praktyka, za głosującymi stali ich pracodawcy, czyli prywatny lub prywatyzujący się przemysł, siłą rzeczy powiązany z rosyjskim sąsiadem.

Po wyborze Kuczmy kariery Juszczenki i Tymoszenko wyraźnie przyspieszyły, a w zupełnie nową erę weszły po z trudem wygranych wyborach Kuczmy na kolejną kadencję w 1999 roku.

Jak widać w gronie popierających Kuczmę znaleźli się ci, którzy 5 lat wcześniej poparcia mu odmówili co zapewne oznacza, iż kierunek polityki przyjętej przez Kuczmę magnatom ze wschodu już nie odpowiadał. Rok 1999 przyniósł Juszczence fotel premiera. Jego zastępca odpowiadającym za sektor paliwowy i energetyczny została Julia Tymoszenko. Dalsza kariera Julii naznaczona była potyczkami z magnatami znanego jej doskonale sektora, a latem 2000 roku aresztowano jej męża, który zastąpił ją na fotelu prezesa Zjednoczonych Systemów Energetycznych Ukrainy. Mimo to, Julia broniła się aż do stycznia 2001, kiedy na żądanie prezydenta Krawczuka wyparowała z rządu. Co ciekawe, urzędujący nadal premier Juszczenko nie zareagował na to wydarzenie, ale sam utrzymał się zaledwie 3 miesiące dłużej. W kwietniu parlament sterowany przez oligarchów przegłosował miażdżącą większością votum separatum dla rządu.

Przez kolejne lata Juszczenko i Tymoszenko zbierali siły do starcia jakim miały być wybory 2004 roku. Juszczenko startując jako kandydat niezależny, starł się z popieranym przez oligarchów urzędującym premierem Janukowyczem. Efektem niezwykle emocjonalnej kampanii, pełnej wyborczych malwersacji, była Pomarańczowa Rewolucja. Seria publicznych masowych protestów, które w konsekwencji doprowadziły do zwycięstwa Juszczenki. W styczniu 2005 Tymoszenko została nagrodzona fotelem premiera i wyglądało na to, iż jej wcześniejsza decyzja, aby nie konkurować z Wiktorem o fotel prezydencki była bardzo słuszna. Okazało się jednak inaczej, a prezydent Juszczenko odwołał panią premier już w sierpniu 2005. Jednym z powodów miała być zgoda na skuteczne objęcie 50% zakładów metalurgicznych w Nikopolu nabytych za jedyne 80 mln USD przez zięcia Kuczmy, Wiktora Pinczuka.

Miarą politycznych wolt prezydenta Juszczenki było powołanie na fotel premiera… Wiktora Janukowycza niemal dokładnie rok po odwołaniu Tymoszenko. Kolejne lata miłośnik demokracji Juszczenko poświęcił na próby wcześniejszego rozwiązania parlamentu, systematycznie bojkotowanego przez skonsolidowaną opozycję. Miarą upadku polityka pozbawionego zaplecza były wyniki z pierwszej tury wyborów prezydenckich w 2010 roku. Juszczenko, jako jedyny urzędujący prezydent ubiegający się o reelekcję uzyskał wynik poniżej 6% i przestał się liczyć w dalszym wyścigu, w którym ścierali się Janukowycz i Julia Tymoszenko. Odchodzący prezydent, którego powszechnie fetowały polskie media zdążył jeszcze wynieść na piedestał weteranów OUN i UPA, nadając im prawa kombatanckie i przyznając, iż stanowią fundament ukraińskiej niepodległości.

Ukraina pod wodzą prezydenta Janukowycza natychmiast skręciła w kierunku Rosji. W kwietniu 2010 podpisano umowę pozwalającą rosyjskiej flocie czarnomorskiej na dalszą eksploatację bazy w Sewastopolu za co Rosja odwdzięczyła się odpowiednią umową gazową.

Kilka lat później na wieść o odstąpieniu od planów stowarzyszenia z UE na ulice wyległy tłumy. Kontrmanifestacje organizowane w oparciu o opłacanych przyjezdnych z Donbasu natychmiast okrzyknięto mianem rządowych inscenizacji. O tym, kto finansuje protesty media milczą, choć z całą pewnością za namiotami, kuchniami polowymi i innymi elementami organizacji pojawią się na pewno jakieś pieniądze. Rzecz jasna „czyste”, pochodzące z takich czy innych walczących o demokrację i wolność jednostki organizacji.

I choć media szermują hasłami o wolności trudno nie zauważyć analogii do 2004 roku, kiedy powszechne poparcie dla Pomarańczowej Rewolucji pozwoliło na podważenie zmanipulowanych wyników wyborczych.

Ale czy aby na pewno? Kto wie, czy masami zgromadzonymi na Majdanie, cynicznie nie gra ręka zainteresowana wyłącznie destabilizowaniem polityki Moskwy? Czy ludzie, którzy gromadzą się w proteście przeciwko antyunijnej polityce, faktycznie walczą o swoje lepsze jutro? Tego się zapewne nie dowiemy. Mimo upływu lat są przecież dwie Ukrainy. Samostijna i ta, która chętnie ponownie stałaby się Rosją. W weekendowej GW Mirosław Czech obwieszcza, że Ukraina „uczy Unię”, jak ważne są prawa człowieka, domniemuje, że choć część społeczeństwa mogłaby się wejściem do UE rozczarować, to „na pewno nie większość społeczeństwa marząca o dołączeniu do UE”. Skąd Czech to wie? Twierdzi, że protestujący „chcą, aby Ukraina nie była biednym krajem bogatych ludzi, z których garstka ma miliardy, a pozostali nic lub niewiele. Z pomocą Unii może im się udać”, rozstrzyga.

Bardzo to interesujące. W tej samej gazecie na stronie nr 9, Tomasz Bielecki relacjonuje spotkanie protestujących z władzą. Redaktorowi Bieleckiemu, jako wielki atut jawi się poparcie jakiego protestującym udzielił… Rinat Achmatow, najbogatszy Ukrainiec i wpływowy oligarcha z otoczenia Janukowycza. Ale nastrój paradoksu najlepiej oddaje ilustrujące artykuł zdjęcie: po jednej stronie siedzą reprezentanci protestujących, naprzeciw nich: obecny prezydent Wiktor Janukowycz i wszyscy byli prezydenci Juszczenko, Kuczma i Krawczuk.

Czas oskrobywania imperialnej Rosji już po prostu minął tyle, że zgromadzeni na Majdanie jeszcze o tym nie wiedzą.

 

Powiązane wpisy

9 Comments
Previous Post
Next Post