NEON

Czyli o tym, że SOHO dojrzewa, w życiu potrzebna jest również metafizyka a sztuka ma sens.

Zanim zgasną światła a przedstawienie się rozpocznie przed oczami rusza mi ten sam film. Różnica jest jedynie taka, że dziś od wydarzeń, które wspominam dzielą mnie dwa dziesięciolecia:). Bo mowa tu o latach 80-tych, kiedy w teatrze coś się jeszcze przeżywało. „Mała apokalipsa” w Ateneum z Gustawem Holoubkiem w kultowej amerykańskiej M25, z którą nie rozstawał się widywany w pewnych okolicach Konwicki. Teatr Mały ukryty w podziemiach Domów Towarowych Centrum kusił kameralną salą i choć repertuarem nie porywał, to „Tramwaj zwany pożądaniem” zapamiętałem bardzo dobrze. Zupełnie inna atmosfera panowała w Teatrze Studio, gdzie nowofalowy entourage zdecydowanie dominował wśród publiczności. To tutaj po raz pierwszy przekonał mnie do siebie repertuar klasyczny. Ascetyczny, grany z werwą „Hamlet” zachęcał do smakowania słowa. To tutaj, w beckettowskim roku w „Ostatniej taśmie” porywał Tadeusz Łomnicki. O ile pamiętam na to przedstawienie udawało się wejść wyłącznie na wejściówki. I choć miałem dopiero 16 lat, to z czystym sumieniem mogę przyznać, że ów rytuał rejestracji własnego życia dał mi do myślenia. Krapp nie rejestrował przecież sukcesu. Osuwał się albo raczej grzązł w swoim życiu zapisując na taśmie kolejne jego warstwy. Do dzisiaj pamiętam jasność przekonania o tym, czego naprawdę nie chcę w swoim życiu. Trzeba przyznać, że Teatr Studio generalnie skłaniał do myślenia o przyszłości szczególnie, że po przedstawieniach zdarzały się bezpośrednie transfuzje nośnych idei na grunt polski czynione w gościnnych wnętrzach nieistniejącej już kawiarni „Zodiak” lub w zaciszu rozpolitykowanych mieszkań za „Żelazną Bramą”, do których trafiało się po uprzedniej wizycie w rozdrganych trzewiach sklepu nocnego „Rzepicha”. Dywagacje o „systemie” a nierzadko i „babilonie” w sytuacji, gdy w lokalu znajdowały się substancje pochodzenia roślinnego gruntowały we mnie przekonanie, że w życiu potrzebny jest jakiś cel, tym bardziej, że na drogę artysty, która polegałaby na zawodowym owegoż celu poszukiwaniu nie mogłem sobie pozwolić z braku talentu.

I choć Warszawa dostarczała podówczas niemałych wrażeń teatralnych, sale pękały w szwach, a na przedstawieniach granych w Teatrze Polskim publiczność miała w zwyczaju wstawać w trakcie i przerywać gromkimi brawami w najbardziej „aluzyjnych” politycznie fragmentach, to mekką teatromanów był jednak krakowski teatr STU. Każda z wizyt nauczyła mnie tu czegoś nowego. Począwszy od pierwszej, gdy upolowawszy z kolegami doskonałe miejsca, ustąpiliśmy je nobliwym krakowianom w wieczorowych kreacjach. Nasz subkulturowy wizerunek, doskonale dopasowany do klimatu artystycznej Warszawy, w Krakowie ulokował nas na schodach. „Wariat i Zakonnica”, którego wtedy zobaczyłem po raz pierwszy, wywrócił mi zupełnie widzenie Witkacego. Dopełnieniem owego wspaniałego wieczoru było oczekiwanie na nocny pociąg na zapyziałym krakowskim dworcu. Budżet nadwątlony teatralną pierwszą klasą nie pozostawiał wyboru. No ale cóż, nabyta przy okazji wiedza o obyczajach inwestycyjnych oszczędnych krakowian miała mi się przydać znacznie później.

Witkacy Witkacym, ale teatralnym przebojem lat 80-tych był dla mnie Bogusław Scheffer. Brawurowy „Scenariusz dla 3 aktorów” w wykonaniu Grabowskich i Jana Peszka zapierał dech w piersiach. I choć wywoływał śmiech, to miało się to nijak do dzisiejszego, komediowego odbioru tej sztuki. Passus „Ja kangur metafizyczny z workiem pełnym pustych idei….” na finale dekady Jaruzela do śmiechu mnie zupełnie nie skłaniał. Całość odbierałem jako doskonały portret „rzeczywistości umownej”, w której wszystko było tymczasowe. Idealna paralela życia w opakowaniu zastępczym. Lata 80-te w teatrze symbolicznie kończy „Tamara” – przedstawienie, na którym po prostu trzeba było być i to kilka razy, aby obejrzeć toczącą się w kilku miejscach akcję.

Ale to już wszystko było. Od tamtych czasów zaliczyłem kilka rekordów obrzydzenia na widok większej czy mniejszej pornografii, które nie wynikało bynajmniej z niechęci do pornografii jako takiej. Po prostu sztuki o braku wzwodu lub też jego nadmiarze nijak nie pasowały mi do teatralnej atmosfery. Z desek scenicznych spodziewałem się bardziej metafizycznych komunikatów. Z przekonania o tym, że teatr się skończył wybił mnie dopiero fenomenalny „Ojciec Bóg” i natchnął przekonaniem, że być może idzie nowe albo wraca stare. Kolejnym odkryciem było Studio Teatralne Koło – unikalne przedsięwzięcie poruszane od lat wolą wolontariuszy-idealistów oddanych swojej misji. Niestety w realizacji owej misji bezdomnych.

Ale to już przeszłość. Wczoraj dokonało się bowiem symboliczne rozpalenie neonu nad nowym wnętrzem docelowej siedziby Teatru. Wspólnym wysiłkiem, jedną z pofabrycznych hal na terenie SOHO, udało się zaadoptować na teatr, w którym unikalna atmosfera wnętrza dokona zimnej i gorącej fuzji z najwyższej próby żywiołem twórczym. Wczoraj na otwarciu, kiedy słuchałem hymnu skomponowanego z tej okazji przez aktorów, cofnąłem się w czasie:)

Mam nadzieję, że podobne uczucie towarzyszyć będzie widzom na spektaklach.

Powiązane wpisy

6 Comments
Previous Post
Next Post