Szczepionka

Czyli o tym, że choroby wieku dziecięcego mają się dobrze, prewencja kosztuje a koncerny zwiększają zyski.

Niezmordowana w donoszeniu o najnowszych nowinkach na każdym froncie Gazeta Wyborcza, tym razem poinformowała o zgubnej modzie nadchodzącej zza oceanu. Zdziwiłem się. Dla publicystów z tej formacji Stany Zjednoczone Ameryki Północnej to wylęgarnia samych nabożnych i godnych kultywowania idei. A tu – niespodzianka.

Mowa o robiącym karierę w USA „Pox Party”, czyli celowym zarażaniu dzieci ospą. Cóż, przyznam, że dokładnie taki sam pomysł przyszedł mi swego czasu do głowy, toteż przystąpiłem do lektury z prawdziwym zainteresowaniem. Było nie było dzieci mam dwoje, akcję ospa przechodziłem i swoje zdanie mam. Czego dowiadujemy się z artykułu? W zasadzie jednego: jedyna cywilizowana metoda unikania ospy u dzieci to szczepionka, a cytowany w artykule pediatra dr Aldona Kopeć celowe zarażanie wskazuje jako czynność absolutnie barbarzyńską, powołując się na potworne komplikacje związane z ospą. Gdyby nie 3 lata spędzone w branży medycznej, pani Aldona mogłaby mnie przekonać. Mogłaby, ale nabyta przez ostatnie lata świadomość czym naprawdę owa branża jest napędzana, wiarygodność pani Aldony skutecznie ogranicza, żeby nie powiedzieć znosi w całości.

Każdy rodzic bez większego trudu ustali, że przebieg ospy u dzieci jest zazwyczaj łagodny, a powikłania zdarzają się wyjątkowo rzadko. Ryzyko rośnie wraz z wiekiem i w zasadzie najbardziej dotyczy dorosłych, u których do powikłań dochodzi znacznie częściej, a i sama choroba ma ostrzejszy przebieg. Tym samym szczepienia dzieci mają bardziej wymiar lifestylowy : eliminują czynnik niepewności związany z zachorowaniem malucha, którego nie wysypie nam w trakcie urlopu albo przed ważnym wydarzeniem rodzinnym. Moja córka zaraziła skutecznie swoją mamę tuż przed… ślubem jej siostry, na którym miała być druhną.

Debata zwolenników i przeciwników szczepień trwa od lat, a od pewnego czasu toczy się również w Polandzie. Mniejsza o argumenty obydwu stron sporu. Znacznie bardziej interesujące jest co innego: kto i w jaki sposób poddaje kontroli koncerny farmaceutyczne, które zajmują się owych szczepionek produkcją. O ile w każdym kraju istnieje mniej lub bardziej nieprzenikniona machina badań klinicznych oraz zatwierdzania leków do dystrybucji na rynku, o faktycznym wpływie na dystrybucję najlepiej świadczy inicjatywa o nazwie GAVI. Powołana do życia w 2000 roku jest de facto finansowanym między innymi ze środków publicznych… kartelem zrzeszającym GlaxoSmithKline, Merck, Johnson&Johnson oraz Sanofi-Avensis. Żeby było jeszcze sprawniej, GAVI oważ – niosąca kaganek medycznej oświaty organizacja, jest zorganizowana jak fundusz inwestycyjny pozyskujący środki z rynku, a także od donatorów publicznych i prywatnych. Nie będę tu cytował ich własnej reklamy inwestycyjnej http://www.gavialliance.org/about/mission/why-invest/. Wypada mi jednak stwierdzić, że jest przekonująca.

Nie można bowiem nie zarobić na sprzedaży szczepionek do krajów, którym wcześniej udziela się pożyczek na zakup owych szczepionek. Oczywiście po cenach ustalonych w ramach kartelu.

Oczywiście znawca tematu wspomni w tym miejscu, że w czerwcu 2011 roku, rada GAVI zadecydowała o znacznym obniżeniu kosztów szczepionek oferowanych w krajach ubogich. Podano przykład szczepionki, której cena ulegnie zmniejszeniu z 50 do 2,5 USD. Piękna inicjatywa. Co zrozumiałe mogłaby zaniepokoić inwestorów przywiązanych do stabilnych zysków. Dlatego też w dokumentach finansowych możemy się upewnić, że oważ obniżona cena zapewnia jednak „sufficient profit margin”. Tym samym można sobie wyobrazić poziom rentowności w cenie regularnej! No, ale jak twierdzi szef Glaxo, „należy powrócić do inwestowania w nowe generacje szczepionek” czemu ma między innymi służyć system zapewniania sprzedaży szczepionek finansowany przez GAVI. Staje się tym samym oczywiste, że do takiej Etiopii gdzie w latach 2006 do 2010 GAVI przyznało 76 mln USD pomocy przekazanej producentom szczepionek, Glaxo najnowszych produktów nie przekazało. W interesujących zestawieniach dotyczących tego projektu przeczytamy o znacznie obniżonej śmiertelności zaszczepionych dzieci. Pytanie jest takie – co owe dzieci będą robić, gdy dorosną? Byłoby miło, gdyby przejmował je następie kartel producentów spożywczych, a po nim producentów motoryzacyjnych, ale trudno się spodziewać takiej hojności, gdyż na takich programach się nie zarobi. Duże kłopoty logistyczne i niska marża.

Ale wróćmy do naszej ospy. Skąd w ogóle debata? Sprawa jest dość prosta: szczepionki na ospę nie ma na liście szczepień obowiązkowym – tym samym rodzice mogą zadecydować sami o jej stosowaniu.

Tu, gdzie pojawia się możliwość decyzji, trzeba już nieco zainwestować. Poszukujący informacji o szczepieniach trafią na pewno na stronę akcji społecznej pod wiele mówiącym tytułem „Szczepię, bo kocham”. Ta wzniosła inicjatywa traci nieco na obiektywności, gdy zerkniemy w zakładkę, do której przeciętny rodzic zagląda rzadko. „Nota prawna” wyjaśni nam, że choć koncern Pfeizer jest właścicielem serwisu, to nie bierze odpowiedzialności za zawarte w nim informacje. Pfeizer to jeden z fundamentów NYSE i jeden z 3 medycznych przedstawicieli w indeksie Dow Jones Industrial Average zrzeszającym zaledwie 30 firm. Firma, której przychody zbliżają się do 70 mld USD a zysk netto do 20 mld USD informuje, że wśród planów na rok 2012 realizuje projekt obniżenia kosztów badań o prawie 2 mld USD. To niewątpliwie ucieszy posiadaczy akcji tym bardziej, że spółka szykuje się do kolejnego skupu akcji.

Analiza DJIA potwierdza przypuszczenie, że produkcja leków to bardzo rentowne przedsięwzięcie. Więcej, przedsięwzięcie bardzo perspektywiczne, ponieważ spożycie leków stale rośnie. Na tym tle doskonale wypada nasz bieżący spór lekarzy i aptekarzy. Ci pierwsi zostali zwolnieni z ustawowej odpowiedzialności za wadliwie przepisane leki, ci drudzy owej odpowiedzialności zostali poddani. W grze jest ponad 9 mld jakie państwo rocznie wydaje na refundację leków. Analiza zasad, w oparciu o które takie czy inne leki otrzymują refundację, to temat na inny artykuł. Obecny problem doskonale oddaje naturę polskiego środowiska medycznego: unikanie za wszelką cenę jakiejkolwiek odpowiedzialności za leczenie. Dlatego też możliwe jest kuriozalne założenie, że pani w okienku realizująca receptę może oceniać sensowność jej wystawienia. Ustawodawca uważa, że choć nie ma do tego uprawnień może ponosić odpowiedzialność za wadliwe wypisanie leku. Ciekawa konstrukcja.

Ale czemu ważna? Zwolnienie lekarzy z odpowiedzialności za wadliwie wypisaną receptę doskonale rozwinie rynek szczepionek, na którym refundacji podlegają wyłącznie te, które są wpisane do obowiązkowego programu szczepień. Znacznie trudniej ów program poszerzyć niż oddziaływać na przepisywanie kolejnych szczepionek poprzez szkolenie i inne inicjatywy dla pediatrów. To ważny kierunek wzrostu sprzedaży, bo przecież jeśli „nasza” zaufana pani doktor twierdzi, że przed pneumokokami trzeba się szczepić, to jak tego nie zrobić?

Szczepionkami, które GAVI przeceniły najbardziej są te przeciwko rotawirusom i pneumokokom. Kosztują po kilka dolarów. Być może te same pediatrzy zalecają masowo w Polandzie. Być może gdzieś jest to opisane w raporcie dla akcjonariuszy. Bo zdrowie jest ważne. Ale w zdrowiu najważniejsze są zyski.

Powiązane wpisy

20 Comments
Previous Post
Next Post