U-boot

Czyli o tym, że wszystko ma drugie dno, niemiecka myśl techniczna jak zawsze pobudza wyobraźnię a czasem nawet zalane słońcem plaże  mają  swoje tajemnice.

Każdy kto stanie przy bramie cmentarza w Cofete i rozejrzy się dookoła natychmiast zauważy zadziwiający budynek prężący się u podnóża niebotycznych z tej perspektywy skał. Liche krzyżyki na wpół przysypanym piaskiem cmentarzu, który zdaje się mozolnie pełznąć do oceanu złowieszczo dają do myślenie. Cofete to co najwyżej 6 ludzkich siedzib i niepozorna knajpa. Smagana wiatrem nekropolia zaświadcza o 244 nieboszczykach, których ziemskie truchło utknęło tuż przy plaży. Jeśli znaleźć się tu w słoneczne południe, słońce rozproszy rzucany przez nagrobki cień. Jeśli, Drogi Czytelniku, znajdziesz się tam o zachodzie słońca, ten dziwny budynek na skale będzie do ciebie mówił. Nie. Nie mówił. Szeptał. Kiedy cień pokrywa dolinę i niestrudzenie podąża ku oceanowi, w atmosferę wkrada się nieuchwytny, ale wyczuwalny klimat grozy żywcem ze Stephena Kinga. I choć mieszkańcy wydają się być nadal przychylni, w ich ukradkowych spojrzeniach można się dopatrzeć jakiegoś dziwnego błysku, a propozycja noclegu zdecydowanie zachęca do wyjazdu. Wyjazdu, który nie jest taki prosty.

Bo do Cofete prowadzi tylko jedna, kręta górska droga. Uważne oko dostrzeże natychmiast jak ogrom pracy włożony w jej drążenie niewspółmierny jest do atrakcyjności wieńczącego ją celu. Najbardziej wizjonerski urzędnik UE nie zdecydowałby się na sfinansowanie tego drogiego kaprysu. Staje się zatem oczywiste, że siła, która zaprzęgła ludzi do tej pracy musiała być ziemska, ale z dużym prawdopodobieństwem – nieczysta. Domysł jest słuszny, bo kolejne metry w morderczym wysiłku wykuwali więźniowie z obozu koncentracyjnego w Tiefe, resocjalizacyjnej placówki założonej dla przeciwników reżimu Franco. Czy zatem ów mroczy budynek miał być letnią rezydencją Caudillo?

Nie, zwalista fuzja wiejskiej posiadłości ze średniowiecznym zamkiem nosi niewinną nazwę Willa Winter. I choć oważ nazwa budynku ani trochę do niego nie pasuje, to ujawnia coś innego: swojego właściciela i architekta. Gustav Winter był postacią niezwykle zagadkową. Urodził się w Niemczech, pierwsza wojna światowa zastała go … w Anglii w której znalazł się przypadkiem w drodze z Argentyny. Udając Brytyjczyka przedostał się do Hiszpanii i z tego też okresu datowane są pierwsze doniesienia jakoby był  niemieckim agentem. W 1921 roku ukończył studia inżynierskie w Madrycie, a następnie rozpoczął karierę biznesową na Wyspach Kanaryjskich. W latach 30-tych, po odbyciu kilkunastu rejsów w towarzystwie niemieckich kartografów zainteresował się leżącym na południu Fuertavetury półwyspem Jandia. Mroczny, spacerujący z olbrzymim czarnym dogiem Niemiec jest tu w zasadzie udzielnym księciem, ponieważ należąca do niego spółka, obficie udrapowana hiszpańskimi notablami, wydzierżawia praktycznie cały półwysep. To nawet dzisiaj bezludne terytorium, wówczas było praktycznie pustynią gdzieniegdzie zamieszkaną przez tubylców.

Niebawem teren, który ma być objęty wielkimi inwestycjami agrotechnicznymi, zostaje zmilitaryzowany. Dzięki temu możliwe staje się przesiedlanie mieszkańców i to bez stosownych odszkodowań. Winters daje się również poznać jako filantrop. Morro Jable otrzymuje kościół, szkołę i reprezentacyjną ulicę. Ale to tylko przykrywka, bo właściwe prace trwają już gdzie indziej. Osada przekształca się w port, a z dala od ludzkich oczu, w Cofete,  za masywem górującym nad miasteczkiem rusza budowa tajemniczej willi. Mimo, że całą okoliczną ludność wysiedlono, dostępu do terenu budowy bronią uzbrojeni strażnicy, a na jej teren wpuszcza się jedynie tych, których tożsamość osobiście potwierdzi Winter. Choć pierwsze prace wykonują przywożeni na dzień i wywożeni przed zmrokiem tubylcy, ich miejsce szybko zajmują fachowcy sprowadzeni z Niemiec. To głównie górnicy i to ich obecność przyczyni się do powstania większości otaczających mroczną budowlę legend.

W 1938 roku w Cofete odwiedzi Wintersa podobno sam Wilhelm Canaris, co najlepiej świadczy o istotności wykonywanych tu prac dla hitlerowskiej machiny wojennej. W tym czasie równolegle do wybrzeża rozciąga się już pas startowy. Na wieży willi zostają zamontowane urządzenia nadawczo-odbiorcze oraz latarnia morska. Dzisiaj po tych i innych urządzeniach  pozostają tylko instalacje elektryczne sugerujące zapotrzebowanie na wielkie moce. Co je dostarczało i gdzie znajduje się dzisiaj?

W trakcie II Wojny Światowej „Kanary” miały dla podwodniaków niezwykle istotne znaczenie. O ile wiadomo na pewno, że U booty kilkakrotnie stacjonowały w porcie Las Palmas, to ich tutejsza aktywność wymagała na pewno znacznie bezpieczniejszego i przychylniejszego ukrycia niż łatwy do inwigilacji port na Gran Canarii. Bezludny półwysep Jandia do takich celów nadawał się doskonale, szczególnie jeśli przyjąć, że niemieccy technicy zdołali wykorzystać istniejące pod górskimi masywami wulkaniczne tunele i groty. Wedle przekazów łodzie pojawiały się również w niedalekiej od Cofete zatoce Ahuj. I choć dowodów na to akurat nie ma, warto wspomnieć, że w 1940 roku Winters został zmobilizowany i skierowany do portu w Bordeaux gdzie…. znajdowała się wtedy baza niemieckich oceanicznych U Bootów. Winters służył tam do ostatniej chwili. W hiszpańskim San Sebastian znalazł się dopiero jesienią 1944. W stopniu pułkownika.

I właśnie co do końca wojny na Jandii jest najwięcej domysłów. To wtedy mieszkańcy nabiorą najwięcej podejrzeń, a zamknięty półwysep ujawni nieco ze swoich tajemnic. Na wyspie codziennie ląduje wiele samolotów, pojawiają się w dużej liczbie ewakuujący się z Europy Niemcy. Nic dziwnego. To idealny przystanek na drodze do Ameryki Południowej.

Ponieważ do dzisiaj nie wiadomo co dokładnie kryje się w kompleksie Reise, podobnie jak w wielu innych pozostawionych przez Niemców budowlach, także w Polsce, willa Winter na długo zachowa dla siebie tajemnice II Wojny Światowej. Wedle lokalnych badaczy była punktem nawigacyjnym dla niemieckich łodzi podwodnych, których baza kryła się w podwodnych grotach głęboko pod powierzchnią wulkanicznej wyspy. Robotnicy wspominali o podziemnych korytarzach, do których nie było im wolno wchodzić; korytarzach, po których nie ma dzisiaj śladu. Resztki linii kolejowej ciągnące się od willi w kierunku gór sugerują poważne prace prowadzone również poza budynkiem. W latach 70-tych w Cofete pojawiła się grupa hiszpańskich i austriackich turystów poszukujących dwóch łodzi podwodnych, które miały nadal pozostawać w podziemnym basenie portowym. Statek, na którym bazowali, eksplodował i zatonął a grupa, która wybrała się do podziemnych tuneli wulkanicznych zginęła bez wieści.

Wyjaśnianiu tajemnic Cofete nie pomogą na pewno hiszpańskie władze. Zaledwie 30 km w linii prostej od tajemniczej willi znajduje się bowiem ulubiony poligon jednostek specjalnych hiszpańskiej armii, w tym hiszpańskiej Legii Cudzoziemskiej której tercio „Juan de Asturia” stacjonowało tu po wycofaniu w 1976 z Sahary Zachodniej. Widok samolotów bojowych nad plażami Fuerty nie jest niczym rzadkim, a pamiętać należy, że turyści znajdują się głównie na wschodnim wybrzeżu wyspy, więc ich oczom ukażą się tylko te manewry lotnicze, których inaczej wykonać się nie da. Utyskiwania lokalnych władz nie odnoszą również skutku w innej sprawie: wojsko nadal prowadzi tu ostre strzelania.

Winters pojawił się na Fuertaventurze dopiero w 1947 roku. I choć jego żona twierdzi, że willa wielości koszar miała służyć wyłącznie rodzinie a jej mąż był tylko inżynierem jego nazwisko znalazło się na listach niemieckich agentów których wydania alianci domagali się od Franco. I choć wydany nie został to …. w latach 60tych zniknął. Co ciekawe Andreas, syn Gutava, chciał odzyskać willę i wybudować w niej hotel. Władze hiszpańskie odmówiły mu zgody. Dzisiaj willa jest własnością hiszpańskiej firmy, która ma wobec obiektu pewne plany. Eksploracji jej przeszłości absolutnie nie przewiduje.

Sielskie i słoneczne Wyspy Kanaryjskie mają swoje tajemnice i starsze, i nieco bardziej współczesne. Mało kto pamięta, że Francisco Franco rozpoczął swój udział w buncie przeciwko Republice właśnie jako głównodowodzący Wysp Kanaryjskich. To właśnie z Las Palmas uprzejmie dostarczony przez współpracowników spiskowców samolot „Dragon Rapide”, należący do Olley Air Services, a opłacany przez potentata Juana Marcha,  zabierze Franquito do Tetuanu, gdzie obejmie on dowództwo zbuntowanych wojsk marokańskich jedynej liczącej się siły, która faktycznie poprze rebelię.

Ale to nie koniec, bo w gorących latach 60-tych na Wyspach powstanie konspiracja niepodległościowa, która dzięki finansowaniu z Algierii w latach 70-tych przekształci się w terrorystyczne Fuerzas Armadas Guanches. Organizacja zasłynęła kilkoma atakami bombowymi, z których najsłynniejszy – zdetonowanie bomby w kwiaciarni na lotnisku w Las Palmas 27 marca 1977, doprowadził do zaburzeń w przestrzeni powietrznej, a te zakończyły się katastrofą dwu Boeningów. Zginęły 583 osóby i do dzisiaj jest to najtragiczniejszy wypadek w historii lotnictwa cywilnego.

Ciekawe to Wyspy.

Hola!

Powiązane wpisy

0 Comments
Previous Post
Next Post