Stagflacja cz.1

Czyli o tym, że interesy małych państw wywoływały światowe wojny, Saddam był łosiem, a gospodarka światowa bez ropy już sobie nie poradzi.

Kiedy 22 września 1980 roku irackie czołgi przekraczały granicę Iranu wydawało się, że operacja pozbawiania ajatollahów ich roponośnego południa przebiegnie szybko i bezboleśnie. Chomeini nie zdołał jeszcze podporządkować sobie całego kraju, a armia była podzielona i rozpolitykowana. Co więcej, koncepcja republiki islamskiej – owej unikalnej hybrydy religijno-demokratycznej, w najmniejszym stopniu nie przypadła do gustu feudalnym władcom roponośnych państw. Więcej: urażona w swym majestacie Ameryka, wielki sponsor obalonego przez rewolucję Szacha Rezy Pachlawiego, życzliwym okiem popatrywała na zmierzające na wschód kolumny pancerne, a ich radziecka proweniencja nie obniżała satysfakcji Departamentu Stanu. Nic dziwnego, Saddam realizował podówczas politykę odpowiadającą prawie wszystkim w regionie.

Choć może się to wydawać dziwne, na przełomie lat 60 i 70-tych ulice w Bagdadzie, Damaszku, Kairze, Bejrucie czy Teheranie były znacznie bardziej laickie niż dzisiaj. Na ten egzotyczny z dzisiejszego punktu widzenia klimat miały wpływ całkowicie różne czynniki: z jednej strony umacnianie się wojskowych reżimów zasilanych przez ZSRR; z drugiej rosnąca zamożność eksporterów ropy. W obu przypadkach tyle, że z różnym natężeniem, rosło zapotrzebowanie na tanią siłę roboczą, a ta przybywała masowo z tradycyjnych i zachowawczych wsi. Recesja w drugiej połowie lat 70-tych najbardziej uderzyła właśnie w te warstwy. Tracący pracę i utrzymanie ludzie nie mieli dokąd pójść. W Europie Zachodniej taka grzybnia wydałaby masowe ruchy lewicowe. W rzeczywistości bliskowschodniej ów wrzący kapitał najefektywniej zagospodarowali działacze religijni. A w szczególności jeden z nich: Ruhollach Chomeini. Ów gruntownie wykształcony duchowny kumulował społeczną niechęć wobec coraz bardziej krwiożerczych rządów Szacha opisanych niezwykle plastycznie w słynnej książce Kapuścińskiego. Warto wiedzieć, że zmuszony do emigracji znalazł bezpieczną przystań… w Iraku. Co więcej: ojciec rewolucji islamskiej nie był jedynym orędownikiem zmian. Był jednak owych zmian orędownikiem najbardziej znanym. Co ciekawe, ów zadeklarowany przeciwnik rozmaitej maści szatańskich wynalazków zdobył ogromną popularność dzięki… kasecie magnetofonowej. To błyskotliwe posunięcie zapewniło Chomeiniemu rząd dusz, ale nie dało władzy. Ta przyszła w sposób dla rewolucji naturalny. W chwili, gdy upadek szacha był już pewny, zdradziło go własne zaplecze i zgrabnie zaproponowało współrządzenie Chomeiniemu. Traf chciał, że ów stary i sprawdzony polityczny manewr tym razem nie zaskoczył. Chomeini nie był bowiem zainteresowany samym rządzeniem tylko głęboką moralną rewolucją. Istnieje zresztą cały szereg domysłów czym Chomeini był zainteresowany i przez kogo inspirowany, ale to już zupełnie inna sprawa.  Przez pewien czas w Iranie zapanowała dwuwładza, choć zastosowanie taktyki sprawdzonej w praktyce przez towarzysza Lenina zapewniło ostatecznie zwycięstwo Chomeiniemu. Mnożące się jak grzyby po deszczu Trybunały Ludowe i rosnąca w siłę Gwardia rewolucyjna stały się w krótkim czasie solidnym instrumentem rządzenia. Jak łatwo sobie wyobrazić miecz rewolucji skierował się w pierwszej kolejności przeciw funkcjonariuszom ancient regime’u a w tej liczbie wyższym wojskowym. Trudno się zatem dziwić, że spodziewano się łatwej kampanii. Rozchwiany kraj, armia pozbawiona wyższego dowództwa i rzut beretem za granicą – roponośna prowincja zamieszkała przez braci Arabów marginalizowanych w perskim Iranie. Bułka z masłem. Na dodatek Chomeini otwarcie wspierał bojówki i agitował za rewolucją islamską w Iraku. Zamachowcy dosięgli, choć nie zabili, Tarik Aziza – irackiego ministra spraw zagranicznych.  Powodów do wojny nie brakowało.

Okazało się jednak, że nic tak nie cementuje rewolucji jak wróg zewnętrzny. Od pierwszych dni walki wszystko szło źle: lotnictwo irackie nie zdołało uziemić irańskich sił powietrznych, arabscy bracia pozostali lojalni wobec Iranu, a opór tężał z każdym kilometrem. Im wolniej nacierały irackie wojska, tym głośniej świat domagał się zawieszenia broni. I kto wie, co byłoby dalej, gdyby nie brak doświadczonych dowódców irańskiej armii. Wielkie natarcie pancerne, które mogło zniszczyć całą ówczesną iracką armię, o mały włos nie skończyło się dokładnie odwrotnie. Irańczycy zafundowali sobie swój mały kocioł Falais, tyle że niskie morale irackich żołnierzy nie pozwoliło im podobnie wykorzystać normandzkiego wzorca. Obie strony wyciągnęły wnioski. Chomeini (ponownie wzorem Lenina) nakazał zmobilizowanie „białych” oficerów. Saddam zorientował się, że bez wsparcia tej wojny wygrać nie może.

Przyspieszona mobilizacja zapewniła co prawda napływ rekrutów na linię frontu, ale efekty były marne. Irak się cofał. Już po roku wojny Iran przejął inicjatywę. Gniewne pomruki świata zamieniły się w sankcje. Saddam zaproponował rozejm. Odpowiedzią Chomeiniego było słynne zdanie: „Droga rewolucji do Jerozolimy prowadzi przez Karbale”. Zrobiło się niefajnie. Trudno w tym miejscu nie przypomnieć epizodu jaki wydarzył się w pierwszych tygodniach hiszpańskiej wojny domowej. Jak wiadomo, główną siłę zbrojną faszystów stanowiły jednostki Franco, przerzucone pierwszym mostem powietrznym w historii. Co ciekawe, nie wszystkie Ju52 dostarczone przez Hitlera dotarły do Maroka samodzielnie. Większość załadowano na statki. A te, niedaleko wybrzeża Afryki, zauważył największy okręt republikańskiej floty pancernik Jaime I. Tyle, że pozbawiony dowództwa wymordowanego przez towarzyszy marynarzy nie był w stanie ani zatopić ostrzałem artyleryjskim, ani też doścignąć szybszych jednostek transportowych.

Saudowie i Kuwejt ponownie sypnęli petrodolarami, ZSRR dostarczył nowe czołgi a Francuzi rakiety Exocett. Najistotniejsza była jednak broń chemiczna. Na atakujące z furią irackie oddziały najlepiej działał gaz musztardowy. Głowice bojowe dostarczyła między innymi Hiszpania. Mimo przewagi w sprzęcie Irak cofał się coraz bardziej. Front jako żywo przypominał czasy I WŚ z tą różnicą, że gaz bojowy stosowany był na znacznie większą skalę. I choć Henry Kissinger, portretując stosunek administracji USA do konfliktu powiedział kiedyś „największym problemem wojny iracko-irańskiej jest to, że oba kraje nie mogą jej przegrać”, to w 1984 roku zanosiło się na to, że wygranym będzie Iran. Szariat zbliżał się do Bagdadu wielkimi krokami.

Wojska Saddama nie radziły sobie z przeciwnikiem. Do historii tej wojny przeszły irańskie „brygady rozminowania” złożone z chłopców torujących własnymi ciałami  drogę nacierającej za nimi piechocie, która falami atakowała umocnione irackie pozycje.  Potencjał ludnościowy rozstrzygał na korzyść Iranu.

W czasie tych zmagań przez cieśninę Ormuz w miarę spokojnie sunęły sobie tankowce. Teoretycznie tak być powinno, bo choć jeden ze szlaków prowadzi po wodach terytorialnych Iranu, to zgodnie z prawem morskim każdy statek ma tam prawo drogi. Poza tym wojnę trzeba finansować, więc ropa musi płynąć. I płynie; aż do kwietnia 1984 roku, kiedy to Irak zatopi tankowiec należący do Iranu rozpoczynając tym drugi etap wojny nazywany później „wojną tankowców”. Od tego momentu konflikt nabiera znacznie szerszego wymiaru, a stawką w grze staje się interes państw położonych znacznie dalej niż zasięg rakietowy. Według Lloyds, w okresie wojny zatopiono i uszkodzono ponad 400 statków. Nic dziwnego, że Kuwejt i Arabia Saudyjska poprosiły o ochronę swoich statków. W 1987 roku w roli eskorty pływały solidarnie okręty wojenne ZSRR i USA. Sprawa nie była błaha. O ile ropę transportować można również rurociągami, to siłą rzeczy przebiegają one przez terytoria obcych państw. Przekonali się o tym boleśnie Irakijczycy w 1982 roku, kiedy to sympatyzująca z Iranem Syria zablokowała im rurociąg.

W 1988 roku oba państwa są już skrajnie wycieńczone. Najgorliwsi bojownicy irańscy są już najczęściej poległymi bohaterami, a reżim zaczyna mieć kłopoty w związku z brakiem rozstrzygnięcia. Co gorsza okręty USA zaczynają atakować irańskie cele i to bez wypowiedzenia wojny. Punktem kulminacyjnym jest zestrzelenie cywilnego irańskiego Airbusa. Ginie 220 osób (w tym 66 dzieci), a w Teheranie staje się jasne, że w stosunkach z USA pojawia się nowa jakość. Po latach amerykańscy dziennikarze śledczy nie będą mieli wątpliwości jak zakwalifikować ten „incydent”. Iran Air 655 był zwykłym czarterem cywilnym. Słyszała go kontrola lotów na kilku lotniskach. Amerykanie nie usłyszeli…

Krążownik USS Vincennes – okręt, który zestrzelił cywilny samolot pasażerski, pełni służbę w cieśninie Ormuz. Choć dwa przeciwległe brzegi przesmyku dzieli zaledwie 54 kilometry to faktyczny tor wodny ma zaledwie 10 km. Co więcej tor podzielony jest na 3 osobne szlaki komunikacyjne: jeden w kierunku Zatoki Perskiej, jeden w kierunku Adeńskiej i rozdzielający je techniczny. Zastanawiając się na tymi wymiarami warto zauważyć, że współczesne supertankowce często przekraczają 400m długości i 60m szerokości. Dla lepszego porównania: w najwęższym punkcie cieśniny gibraltarskiej Afrykę od Europy dzieli zaledwie 14 km. Jeszcze w latach 70-tych artyleria fortecy owąż cieśninę dosłownie korkowała.

W mediach znajdujemy informację, że pomysły Iranu z blokowaniem cieśniny są niedorzeczne, ponieważ V flota zmiecie każdego morskiego przeciwnika. Cóż, sytuacja dzisiaj i w 1988 roku nie jest taka sama. Okręty nawodne nie są niezbędne do blokowania Zatoki. Znacznie większe znaczenie ma broń rakietowa. Przy okazji warto wspomnieć, że we współczesnych działaniach morskich wielkie znaczenie ma ręczna broń przeciwpancerna. Owi piraci, na których w Zatoce Adeńskiej V flota poluje już od lat, za pomocą granatników RPG są w stanie skutecznie terroryzować spore jednostki. Rakiety, które ostatnio przetestował Iran mają skuteczny zasięg 200km. Oznacza to możliwość odpalania ich z wnętrza kraju,+ a nie tylko wybrzeża.

Ale wyobraźmy sobie coś znacznie bardziej spektakularnego. Na wody zatoki wypływają małe łodzie wypełnione uzbrojonymi w RPG bojownikami. Łodzie mogą być małe, ale gotowych na śmierć bojowników są setki. Bardzo jestem ciekaw, jak amerykańscy wyborcy odebraliby szatkowanie tych młodzieńców na ekranach swoich telewizorów. A Europejczycy? Nie wspominam o islamskich masach informowanych online przez Al. Jazeerę. Masakra dziesiątek bojowników z miejsca awansowałaby do rangi najważniejszych symboli muzułmańskiego męczeństwa, replikowana w milionach telefonów komórkowych z pewnością wpłynęłaby na postawy i to nie tylko w świecie arabskim podobnie jak masakra w My Lai nie dotyczyła tylko Wietnamu i USA.

A są przecież jeszcze tak trywialne metody, jak na przykład minowanie. Ciekawym przykładem jest tu zablokowanie zatoki Haipong przez w 1972 roku w trakcie wojny wietnamskiej. Mimo użycia zaledwie 40 min zatoka była całkowicie zamknięta aż…. Amerykanie rozminowali ją sami realizując postanowienia zawieszenia broni.

Powiązane wpisy

11 Comments
Previous Post
Next Post