Złoty deszczyk

Czyli o tym, że umiejętność maskowania może się okazać śmiertelnie niebezpieczna.

– Uuuu, z tego to już nic nie będzie…. – zasępiła się pani z hali maszyn, a widząc moje zdziwienie dodała wyjaśniająco: – No przecież on w tym Wyszkowie kredyt ma!

Zasępiłem się i ja, bo wiarygodność informacji uzyskiwanych od pań z hali maszyn była zazwyczaj najwyższej próby. Teoretycznie powinienem wiedzieć o wszystkich kredytach mojego klienta, ale w praktyce bywało różnie. Należało zatem przyjąć, że projekt, nad którym pracowałem kilka miesięcy polegnie na najbliższym komitecie. Było czego żałować. W owych czasach kredytów nie konsolidowało się jeszcze zbyt często, a w moim planie było nie tylko połączenie w jeden kredytów udzielonych przez kilka oddziałów PBK, ale także udzielenie nowego kredytu, który umożliwiłby spłatę kredytów w innych bankach. Po tej operacji Tadeusz Gołębiewski i jego biznes miał być kredytowany tylko przez nas, a hotel w Mikołajkach przekształcony w spółkę. To ostanie było szczególnie istotne: po pierwsze – przestałby już stanowić osobisty majątek Gołębiewskiego, który prowadził go w ramach swojej działalności gospodarczej, po drugie – po długich negocjacjach udało się zapewnić interesujący pakiet udziałów dla banku. Podówczas miało to spore znaczenie. Wyglądało na to, że w niedalekiej przyszłości pojawi się chętny do nabycia prestiżowego hotelu w Mikołajkach. Było o co powalczyć.

Dlatego też w dniu komitetu w bojowym nastroju zameldowałem się w prestiżowej sali konferencyjnej na pierwszym piętrze. Razem ze mną Oddział Pisz – cichy beneficjent planowanej operacji. Oblicze Antka Nerkowskiego biło nietypową o tej porze dnia jasnością uzasadnioną jednakowoż powagą chwili. Było nie było, dzisiejszy dzień mógł należeć do zupełnie kogoś innego. Hotel w Mikołajkach kredytował zarówno Pisz, jak i równie bliskie Giżycko, którego dyrektor cieszył się znacznie lepszymi notowaniami w centrali. Pasmo sukcesów przerwał jednak incydent, który skutecznie obniżył notowania w stolicy. Ów przykry i to samobójczy gol padł na spotkaniu prowadzonym na własnym boisku w zdawałoby się doskonałych warunkach. Liczni notable przybyli do motelu pod Ełkiem, aby koncelebrować sukces ugody bankowej świeżo zawartej w tutejszej chłodni. Dyrektor T. brylował pośród znamienitych gości wspominając mimochodem, że niebawem to ho ho pojawi się jeszcze ten, a może nawet tamten, a kraśniejące oblicza poinformowanych dowodziły niezbicie, że do uszu sączyły się nazwiska odpowiednio prominentne i ważne. Czas jednak płynął, najważniejsi, jak to najważniejsi, nie byli punktualni, a suto zastawiony stół pociągał gastronomicznym magnetyzmem. Zasiadłszy, towarzystwo zwiększyło nieco tempo spożycia, a po dłuższej chwili personel kobiecy podający do stołu znalazł się w kategorii zwierzyny łownej. Temperatura rosła, a zaawansowana wieczorna godzina nie studziła już krwi. O tej porze najważniejszych już się nikt nie spodziewał. Obecni, straty na niwie wielkiej polityki, powetowali sobie pełną ikry zabawą, która w okolicach 24 nabrała już wszelkich cech niezwykle udanego wesela.

I kiedy orkiestra grała już najbardziej chwytlywe numery w przyciężkim foyer motelu zdominowanym przez szkaradną fontannę zmaterializowali się długo oczekiwani goście. Przewodził vice prezes banku powszechnie znany z daleko idącej niechęci do służbowych libacji, a tej nocy dodatkowo obciążony vice ministrem, któremu zapragnął zaprezentować terenowe sukcesy banku. Całość uzupełniał wojewoda suwalski w towarzystwie urzędników URM o nieustalonej pozycji w urzędzie. Wnikliwe oko pozwalało jednak natychmiast stwierdzić, iż nieco dotknięci tym określeniem „koledzy z Warszawy” są dla pana wojewody powodem do istotnego niepokoju. Całość dosadnie określiła pani Krysia z recepcji kwitując jasno: „Pewnie kontrol ma”.

I kiedy konfuzja zacnego towarzystwa wydawała się nie mieć granic, tuż przy fontannie pojawił się dyrektor T. Szklisty wzrok mówił aż nadto wyraźnie, że wykwintna konwersacja na tematy społeczno – gospodarcze nie jest tym, czego lokalny sternik gospodarki jakoś szczególnie by pragnął, wojewoda postanowił zmobilizować T. do podjęcia niezbędnych lobbystycznych czynności. Organ Założycielski kalkulował zapewne, że widoczne lekkie wstawienie jest wynikiem przedłużającego się oczekiwania i być może umknie uwadze prominentnych gości, jeśli odpowiednio szybko zamieni się w niezawodną w takich sytuacjach uniżoną służalczość. I byłoby tak w istocie, gdyby nie fakt, iż bohater wieczoru znajdował się w stanie modnej w owych czasach „pomroczności jasnej”, czyli mówiąc wprost był schlany jak świnia. Powyższe zdiagnozowaliby  bez trudu bliscy kompani dyrektora, weterani libacji z czasów nieboszczki PRL, kiedy „godna prezencja”  dyrektora T. utrzymywana nawet po potwornym przepiciu zapewniała mu popularność na najwyższych piętrach pewnego zjednoczenia. Tej nocy owa umiejętność miała się jednak okazać samobójczo groźna. Kompletnie nieprzytomny  T., ulżył sobie do fontanny, obecnością stołecznych delegacji nie krępując się w ogóle, po czym wykonawszy zgrabny w tył zwrot  bez słowa udał się tam, skąd dochodziły dźwięki niezwykle udanej libacji. W oka mgnieniu, lub raczej uryny brzmieniu, zakończyła się solidna lokalna kariera.

Kiedy zacierając ręce Antoni Nerkowski łypał na mnie przed wejściem na komitet, byłem pewien, że przypomina sobie tamto wydarzenie i rolę kolegi dyrektora w spektakularnej kompromitacji, która odbiła się szerokim echem w całym PBK.

Niestety już pierwsze minuty dały mi pełną jasność: nic z mojego projektu nie będzie. Pośród wieloznacznych westchnień „też Wyszków…”, sprawę przekazano do dalszego rozpatrzenia, czyli można ją było odłożyć między bajki. Cóż było robić, należało się dokładnie dowiedzieć o co chodzi z tym Wyszkowem. O tym, że oddział jest „trefny” mówiło się już od dawna. Kiedy znalazłem się w sekretariacie macierzystego departamentu, w sali konferencyjnej dobiegało końca jakieś nerwowe spotkanie. „Strzelać to się chyba nie będziemy” – jakiś typ podpierał się władczo – „bo ja to mam w tej dyscyplinie znacznie lepszy zespół!” – zadrwił z uśmiechem.

„Kto to, kurwa, był?!”- zapytałem Roberta Oppenheima, gdy tajemniczy dżentelmeni zniknęli za drzwiami. „Producent gorzały z Suwałk” – wyjaśnił, a widząc moje zdziwienie dodał: „Właśnie przejęliśmy portfel do restrukturyzacji z Wyszkowa”. Dalszy komentarz był zbędny. Zanosiło się na nowe ciekawe wyzwania, choć klienci z Wyszkowa mieli najwyraźniej wyrobione zdanie na temat zasad współpracy z bankiem PBK.

Temat „Gołębia” przepadł, ale wiosna 1995 zapowiadała się bardzo interesująco :)

Powiązane wpisy

0 Comments
Previous Post
Next Post