Browsing Category o wszystkim

Na ścianie u mnie nie zawiśnie

Czyli o tym, że nic nie jest takie jak nam się wydaje, a choć plastikowy kubeczek spalić może każdy to już nie każdy otrzyma za takie dzieło 100 tysięcy euro.  

Na premierze www.trendwizor.pl w Instytucie Wzornictwa Przemysłowego wpadł mi w ręce kolejny numer Art&Business. Niezwłocznie przystąpiłem do lektury, bo wypada wiedzieć co publikują, było nie było, pokrewne tytuły. A&B ma misję jasną: przekonuje, że kolekcjonowanie sztuki to zajęcie dochodowe. Z tym większym zainteresowaniem przewertowałem i po raz kolejny przekonałem się, że koneserem sztuki nie jestem i najpewniej nie zostanę. Moja wrażliwość, lub raczej brak wrażliwości, zamyka się w sympatii do kilku malarzy, dla których kolor czy forma ma jeszcze jakieś pierwotne znaczenie. W A&B zderzyłem się z dziełem, od którego lekko zadrżały mi ręce. Chodzi o prace Katarzyny Marczak. Cóż w nich dziwnego? Tu, jak zwykle, słowa zawiodą; toteż pozwolę sobie na zamieszczenie jednej z prac. (Mam nadzieję, że wydawnictwo się nie obrazi.)

Katarzyna Marczak, archeolożka z wykształcenia, czym tłumaczy się poniekąd „wykopaliskowy” charakter jej prac, na jednych z najbardziej znamienitych targów fotografii zaprezentowała cykl tatuaży pobranych z nieboszczyków i zamkniętych w wypełnionych formaliną słojach. Praca wywołała spontaniczną reakcję krytyki, a Eric Franck, renomowany brytyjski galernik, zapewnił jej w marcu 2011 nowojorską premierę. Coż… nie potrafię sobie wyobrazić kogo ma zachwycić takie dzieło. Zamysł twórczyni przeraża mnie tym bardziej, że jak się dowiedziałem z artykułu, współpracuje ona obecnie z Zakładami Medycyny Sądowej. Dzięki jej pracy światło dzienne ujrzą młotki, siekiery, ale również znacznie bardziej niewinne przedmioty, za pomocą których odebrano komuś życie. To z całą pewnością naturalny krok artystki po preparatach skórnych. Dla mnie to kolejny krok do piwnic dzisiejszej cywilizacji, która coraz częściej wielbi w świetle dnia to, co jeszcze niedawno pokrywał wstyd i mrok. W zapale znoszenia wszelkich tabu docieramy do jakiejś granicy, za którą znajduje się coś o czym nawet boję się myśleć. Być może już dzisiaj ktoś kręci torturowanych, aby ich potem pokazywać zachwyconej widowni wysmakowanych krytyków sztuki. Może gdzieś już istnieje i działa artysta, który udokumentuje uśmiercanie świadomych ofiar i przygotowywanie z nich wykwintnych potraw. Dokąd to wszystko zmierza? Pytam bezradnie samego siebie. Oczywiście owo pytanie obnaża mnie w całości jako osobę, której brak wyrobienia we współczesnym świecie sztuki. Trudno. Zdyskwalifikuję się bardziej, bo z równym zdumieniem, choć już bez drżenia rąk, obserwowałem „Artony” w skądinąd doskonałym Piktogramie www.piktogram.org . Tym razem chodzi o prace Włodzimierza Borowskiego – jednego z pierwszych polskich artystów, którzy sięgnęli po performance i plastik jako dostępny i łatwo modyfikowalny materiał.

Nie zrozumiałem tej sztuki, ale w artykule „Plastyk i Plastik” Agnieszki Szewczyk znalazłem epitafium dla współczesnej cywilizacji. Plastik okazał się cywilizacyjnie nietrwały i zrobione z niego dzieła ulegają rozkładowi. Ostatnio rozsypała się w proch pierwsza na świecie plastikowa szczoteczka do zębów z kolekcji Smithsonian Institution. Nie ma co,  po prostu ZGROZA:) Ciekawa ile była warta.

Do ery kamienia łupanego nie zawróci nas III wojna światowa. Wrócimy do niej sami, bo brak ropy wyeliminuje plastik, a na nim opiera się przecież dzisiejsza cywilizacja. Hmm… ciekawe jak się teraz czują ci inwestorzy, którzy swoje portfele dzieł sztuki nowoczesnej wyposażyli w dzieła z plastiku. Ale co tam, były przecież giełdowe  blue chipsy które utleniały się nie mniej spektakularnie niż ten plastik. Bez wątpienia znajdujemy się na zakręcie większym niż mi sie wydawało. W uszach zabrzmiało mi jakoś samo z siebie  „Wpadnę tam na chwilę zanim spuchnie atmosfera, wódki dwie wypiję potem cicho się pozbieram……..”. 

Życie to nie teatr. Moje toczy się w innej scenografi.

 

 

 

3 Comments

Ewangelizacja 2.0

Czyli o tym, że wujek Józek popełnił być może kilka błędów wychowawczych, Lucek to dobry syn, a Joshua to niepoprawny idealista który stawia na viral marketing w rozwoju firmy rodzinnej.

Teatr przeżywa prawdziwy renesans, a przekona się o tym każdy kto spróbuje nabyć bilet na cokolwiek co jest obecnie grane. Dowiemy się, że nie ma i nie będzie – a zazwyczaj nie sympatyczna Pani w kasie (bo z portalem nie pogadamy przecież) poinformuje nas o możliwości zakupu wejściówek,  czyli sytuacja jako żywo z lat 80tych. Ale mylił by się ten kto by pomyślał, że podobnie jak drzewiej bywało w teatrze zaangażowana młodzież, a na scenie ważne treści. Każda z moich ostatnich wizyt pogłębiała dojmujące przekonanie, że oglądane treści z powodzeniem zmieściły by się w formule „Klanu” albo innego produktu tego typu. Zacząłem się zastanawiać czy aby nie jest po prostu tak, że teatr kompletnie zmienił formułę i nie jest już miejscem intelektualnej prowokacji rozumianej inaczej niż wymiot wulgaryzmów czy  detaliczna wiwisekcja seksu w dowolnej kombinacji najchętniej w połączeniu z narkotykami. Kolejne przedstawienia umacniały mnie w pierwotnym poglądzie aż do wczoraj.

Ojciec Bóg” Katarzyny i Jacka Wasilewskich to w mojej opinii teatr w najlepszym wydaniu. Marcin Perchuć choć nie ucieka od pewnej maniery, brutalnie skłania do myślenia w kontekście który niby towarzyszy nam od zawsze ale niekoniecznie jest oczywisty jako współczesny rezerwuar wartości. „Ojciec Bóg” to w zasadzie rodzaj współczesnej Biblii Pauperum albo raczej chciało by się powiedzieć Wiki Biblii. Uproszczenie jest rzecz jasna duże, ale chodziło mi tym razem o oddanie pewnej idei, a nie aptekarską precyzję.  Inna sprawa, że to przedstawienie głównie dla rodziców. I nie koniecznie ojców do których autorzy odnoszą się wprost, ale rodziców właśnie  ponieważ „one”, choć pojawiają się w monodramie wyłącznie jako kontekst, to ów kontekst jest nie mniej wyczuwalny niż dla rumaka wędzidło.

W zasadzie zastanawia mnie tylko jedno. Że za ewangelizację wziął się facet o silnie lewicowym kolorycie. Czyżby to kolejny dowód na to, że najdoskonalszy mit współczesnej epoki to teologia wyzwolenia czyli mariaż Jezusa z marksizmem? Wasilewscy nie ewangelizują nachalnie. Ich Bóg jest taki jak widzowie, co w sposób zdecydowany odbiega od ortodoksji betonowanej przez JPII, a konsekwentnie umacnianej dzisiaj przez „Panzer” kardynała. Wszystko to na czasie i dużym wyczuciem tętna społecznych potrzeb, bo już niebawem może się okazać, że masy potrzebują jednak jakiegoś opium.  Jeśli go nie mają odurzają się wyłącznie konsumpcją. Co ciekawe, modne od jakiegoś czasu określenie „fetysz konsumpcji” pochodzi z kart „Kapitału” Marksa, czyli wydawałoby się lektury całkowicie skompromitowanej przez historię. Wydawałoby się, bo każdy kto dzisiaj sięgnie po ten tytuł przekona się, że jak nadal jest aktualny choć głównie w warstwie socjologicznej. Marksa
rewolucjonistę możemy sobie darować, a jako odtrutkę dla tych którzy wierzą w ten mechanizm budowania jasnej przyszłości, polecam zawsze „O rewolucji” Arendt.

Wracając do tematu: „lewicowa” wrażliwość zacznie powoli odzyskiwać społeczne uznanie, choćby dlatego, że wrażliwość „prawicowa” nie istnieje, a jeśli już, to albo podszyta jest cierniem kościoła wojującego albo wisielczym kapitalizmem w którym zakochać się raczej trudno.

Być może ta sztuka to barometr pewnej epoki? W sumie to naturalny proces w którym syci nabierają ochoty na solidaryzm społeczny. Oczywiście sprawiedliwość widziana z góry zawsze wygląda inaczej niż z dołu co plastycznie w ładnie zagranej szarży wyłożył  wczoraj Perchuć w roli Boga.

Ecce Homo przypomina Wasilewski i nie drwi jak Piłat (choć w zasadzie nie jest pewne jakie tym drugim targały uczucia, a wersja Bułhakowa jest mi osobiście bardzo bliska). Ecce Homo Anno Domini 2011. I należy sobie uświadomić, że ostatnia wielka idea społeczna ma już prawie 150 lat. W międzyczasie nie powstała żadna inna uniwersalna platforma, na której dokonać się może zbliżenie rasowe i narodowe. Toteż albo powstanie jakiś nowy, uniwersalny  ruch społeczny albo osuniemy się w otchłań cywilizacyjnego regresu opartego na separatyzmach wszelkiej maści. Chciałbym wierzyć w to pierwsze, spodziewam się drugiego.  Każda ze znanych cywilizacji padała w chwili swego największego wzlotu. Czyli najwyraźniej nie jest to żaden przypadek.

Alea iacta est.

3 Comments

Kryzys wieku średniego

Czyli jak utlenia się zdolność do brylowania w towarzystwie a skrapla przytłaczająca obawa o przyszłość cywilizacji.

Z przykrością uświadamiam sobie, że w miarę upływu czasu degraduję się coraz bardziej i to głównie na polu szeroko rozumianej edukacji. Przerażeniem napełnia mnie powoli majacząca już na horyzoncie konieczność rozwiązywania z dziećmi zadań z fizyki, że nie wspomnę już o chemii. A  publikacje zadań maturalnych roznoszą w puch mój inteligencki, lichy fundamencik. Obawiam się, że obecny system edukacyjny zaklasyfikował by mnie co najwyżej do szkoły zawodowej gdyby taka oczywiście istniała. No ale zawsze można się podnosić na duchu ilością przeczytanych książek. I tu spotkała mnie dzisiaj przykra niespodzianka. Otóż na swych stornicach, miesięcznik Malemen publikuje sto najważniejszych zdaniem redakcji książek. Raźno przystąpiłem do lektury. Małżonka uprzejmie zaproponowała analizę w podziale na książki znane i przeczytane. Ha! Nie będzie mi tu kobita ułatwiać pomyślałem bojowo po to by za chwilę ……….. z ulgą zaakceptować taki podział. O ile 63 lektury z przedstawionego zestawienia znałem to już zaledwie 37 przeczytałem. W sumie przynajmniej więcej niż 25% więc kwalifikuję się na więcej niż ćwierć inteligenta ale generalnie optymizmem to nie napełnia. Oczywiście można by się łatwo zasłonić argumentem, że przecież wielu pozycji tam nie ma. Bo gdzie choćby „Korzenie totalitaryzmu” Arendt, „Mieć czy być” Fromma, „Archetypy i symbole” Junga, dowolna pozycja z Witkacego, „Armia konna” Babla, „Biesy” Dostojewskiego, „Lochy Watykanu” Gide’a  i wiele, wiele innych. Nie ma to jednak znaczenia ponieważ odnosimy się do przekroju który za pewne przygotował jakiś zespół i w swoim gronie uznał, że jest reprezentatywny. No to sobie nie błysnę raczej w tym towarzystwie o nie. W sumie jak się człowiek wziął za blogowanie to wypadało by podciągnąć tabory i przypomnieć sobie to i owo ze starych lektur. No ale od czego mamy net! Nie ma tytułu którego lepszego czy gorszego streszczenia, opisu albo małej rozprawki nie da się znaleźć. Pytanie oczywiście na ile jest to opis ścisły, ale jeśli czytaliśmy pozycję to się przecież skapujemy. W gorszym położeniu są oczywiście ci którzy zapragną uniknąć obowiązku przebicia się przez setki stron lektury.

I tu jak bumerang wraca poruszana już wcześniej kwestia wiarygodności materiałów dostępnych w sieci. Ostatnio po raz kolejny natrafiłem na hasło w Wikipedii, gdzie bardzo odważnie  postawionej tezie towarzyszył dopisek ( uzupełnić źródło ). Taka elegancka forma dania upustu własnej fantazji przy zachowaniu pozorów rzetelności. Ofiarą konwencji padł nawet pewien portal historyczny który pewnego dnia umieścił zapis o odkryciu rewelacyjnych dokumentów potwierdzających współpracę Romana Dmowskiego z Ochraną. Po tym jak artykuł zrobił furorę, jego autor wyznał że to fałszywka napisana wyłącznie po to aby ośmieszyć teorie spiskowe! Celu nie zrealizował, ba! stworzył istniejący w sieci dowód na prawdziwość tego rodzaju domysłów.

W świecie w którym portal internetowy staje się wolnościowym symbolem wypada się zastanowić co i jak długo jest fikcją a kiedy staje się rzeczywistością. „Wojna światów” Orsona Wellesa, to jedno z pierwszych wysoko budżetowych słuchowisk które w czasie pierwszej emisji w USA ( lata 30te ) wywołało regularną panikę Amerykanów przekonanych, że Marsjanie wylądowali naprawdę. Jesteśmy już krok dalej niż rzeczywistość „Wag the dog” gdzie dla celów politycznych montuje się fikcyjne relacje wojenne. Dzisiaj można już wykreować w zasadzie dowolny fakt który może uzyskać globalny zasięg i jak najbardziej realnie odcisnąć się na rynkach światowych.

Przyznam, że niezwykle interesuje mnie to w kontekście biznesowym. Ciekaw jestem czy istnieją już firmy których zadaniem jest wykreowanie krótkotrwałego przekonania, że na przykład ceny cukru spadną. Kto miałby być zleceniodawcą? Ci którzy chcą ten cukier taniej kupić oczywiście albo posiadacze niewygodnych kontraktów.

 Jak dzisiaj odróżnić rzeczywistość od fikcji? Kto jest czarny a kto biały? Media kształtują nasze opinie. Dzięki nim statystyczny Polak uważa, ze jedynymi agresorami w Jugosławii byli Serbowie, Saddam posiadał broń masowego rażenia a Czeczeni to wyłącznie terroryści.

Internet to potężna broń tyle że obosieczna. Nie wiemy przecież, czy ostatnie egipskie protesty zwołali obywatele samodzielnie organizujący się przeciwko tyranom czy też czynownicy nowej ekipy która chciała skatalizować wybuch społeczny. Nie wiadomo i pewnie nigdy nie będzie wiadomo. Zresztą jakie to ma znaczenie. Jak widać sprawy się dzieją. Ale w jakim faktycznie zasiegu?

Ciekawe jak sobie Internet poradzi z budowaniem informacyjnej wiarygodności. Gdzie jak gdzie, ale w Internecie o wszystkim decyduje przecież rzeczywista, mierzalna frekwencja budująca pierwsze pozycje w przeglądarkach.

Teoretycznie, ludzie głosują kliknięciami. Teoretycznie ludzie.

5 Comments

Zabili mu syna

Czyli co łączy Piaseckiego z Olewnikiem, Józefa Jędrucha z Mittalem oraz jaki wpływ mają służby specjalne na bezpieczeństwo państwa.

Afera „Olewnika” jest już za pewne nieco nudna dla przeciętnego czytelnika, choć nagłe zwroty akcji, takie jak choćby niedawne oświadczenie Jacka Karpinskiego – przyjaciela świętej  pamięci Krzysztofa Olewnika,  że jednak ma coś na sumieniu dodają jej nowego smaczku. Wielokrotnie powtarzany w mediach skrót tej historii zapeklował już skandal który kosztował życie denata i karierę kilku osób nie wspominając już o tajemniczej fali samobójstw która nawiedziła nawet jednego ze strażników.

Jak wiadomo dzięki kumulacji tych  nieprawdopodobnych wydarzeń sprawa okazała się przez chwilę na tyle priorytetowa aby zajęła się nią specjalnie powołana komisja sejmowa, a minister Ćwiąkalski stracił stanowisko. To taka nasza Polandowa specjalność zarezerwowana w zasadzie wyłączenie do afer. Ustawodawcy wydaje się bowiem, że polityczna emanacja jego ciała w bliskim kontakcie z przestępstwem i telewidzem ( choć dziwnym zbiegiem okoliczności afery Olewników nikt nie transmituje ) podniesie autorytet i wiarygodność państwa.

Nic bardziej błędnego. Komisja na pewno może pomóc ambitnemu posłowi w zrobieniu kariery. No ale musi być jeszcze do tego nośny temat, a sprawa Olewnika to raczej grząski grunt. Mimo, że kolejna prokuratura zabrała się ostro do pracy to nadal nie wiadomo nic poza poprzednimi ustaleniami. Owszem dowiedziono zgubienia olbrzymiej ilości dowodów, lekceważenia doniesień, niefrasobliwości funkcjonariuszy czy wręcz pobranych zeznań. Nikt nie odpowiedział jednak na podstawowe pytanie: kto zlecił to porwanie i dlaczego porwanego przetrzymywano tak długo zanim został zamordowany. Nie mówiąc już o tym jak to się stało, że sprawą interesowały się od jej zarania najwyższe czynniki państwowe.

Mogło by się również wydawać, że to jedyna taka sprawa w Polandzie kiedy wielki aparat siłowy jakim jest prokuratura i policja nie może sobie poradzić z ustaleniem podstawowych faktów. Otóż nic bardziej błędnego. Miał już miejsce podobny przypadek. Aż dziw, że nie został jeszcze wskazany przy tej okazji.

Uczeń od Świętego Augustyna

17 stycznia 1957 do grupy uczniów wychodzących z lekcji podszedł nieznajomy mężczyzna. Wymienił nazwisko jednego z chłopców pytając czy znajduje się w grupie. Nieświadom niebezpieczeństwa chłopak ujawnił się. Nieznajomy przedstawił mu następnie legitymację okazał plik dokumentów i poprosił chłopca aby udał się razem z nim. Tak też się stało. Chłopcy zauważyli jeszcze, że ich kolega wraz z dwoma mężczyznami o wyglądzie „typowych tajniaków” wsiadł do zaparkowanej niedaleko taksówki. Zdołali również zanotować jej numer. I nie było by pewnie w tym nic dziwnego gdyby nie to, że chłopiec nazywał się Piasecki i był synem charyzmatycznego wodza PAX-u.  W taki właśnie sposób zaczyna się jedna z największych afer kryminalnych PRL. Gdzie tu analogie? Porwano pierworodnego syna, domagano się okupu angażując bliskich w skomplikowane podążanie tropem kolejnych wskazówek i mimo pełnej woli do zapłacenia okupu porwany został zamordowany i odnaleziony w zasadzie przypadkiem prawie dwa lata od śmierci. I coś jeszcze. Mimo pościgu rozpoczętego godzinę od porwania sprawców nie udało się zatrzymać! Ba, w efekcie szeroko zakrojonego śledztwa prowadzonego w policyjnym totalitarnym państwie ujęto zaledwie Ignacego Ekelringa kierowcę feralnej taksówki. Co ciekawe, człowiek którego współudział w porwaniu był na 100% pewien, zatrzymany został wyłącznie dzięki nieustępliwości i kontaktom ojca porwanego. Zatrzymano go w ostatniej chwili na granicy w Zebrzydowicach. Co więcej, mimo tych okoliczności nie został zatrzymany od razu. Dopiero po kilku miesiącach wydano stosowny nakaz i Ekelring znalazł się w areszcie. Niestety na kilka dni przed wyznaczonym początkiem procesu prokuratura wycofała z sądu akt oskarżenia. Był grudzień 1959. W chwilę później Ekelringa zwolniono z aresztu, a sprawa praktycznie wisiała w powietrzu aż do 1982 roku kiedy została oficjalnie umorzona na skutek przedawnienia. Ciekawe prawda? W czasach wszechwładnej bezpieki organom ścigania ginęło wszystko: taśmy z nagraniami dzwoniących do Piaseckiego porywaczy, zeznania świadków, zebrane dowody w tym list wysłany przez porywaczy a podejrzani bez przeszkód wyjeżdżali za granicę. Mało tego, kilku świadków którzy złożyli zeznania demaskujące matactwa Ekelringa zostało później pobitych albo zastraszonych. Napastnicy nie kryli się z intencjami. Domagali się milczenia. W 1992 roku Antoni Maciarewicz przekazał rodzinie część akt związanych ze sprawą. Część ponieważ reszta do dzisiaj znajduje się w zbiorze zastrzeżonym co oznacza, że służby specjalne nadal uważają te materiały za istotne mimo upływu 52 lat od tej zbrodni. Najprawdopodobniej dla samych służb. Czemu?

Porwanego Bogdana znaleziono prawie dwa lata po porwaniu w piwnicy jednego z warszawskich domów. Nie został wprawdzie w tej piwnicy zamurowany żywcem ( jak do dzisiaj głosi plotka ) ale faktycznie zabójcy postarali się aby ciała nie odkryto za prędko. Chłopiec ze sztyletem wbitym prosto w serce został umieszczony w piwnicznej toalecie którą następnie zabito gwoździami. To wraz z fetorem rozkładającego się ciała skutecznie odstraszało ewentualnych dociekliwych. I tu pora na smaczek. W budynku o którym mowa znajdował się lokal operacyjny  MSW a człowiek odpowiedzialny za ten lokal znał zarówno Ekelringa jak również pozostałe osoby których udział w sprawie udało się ustalić. Sam Ekelrigng dożył spokojnej starości. Umarł w 1977 roku. Do dnia śmierci utrzymywało go MSW. Śledczym nic ciekawego nie wyjawił poza jednym. Zeznał kiedyś, zapewne w chwili słabości „tych którzy to zrobili boję się bardziej od was” To nie niechlujstwo, błędy organizacyjne czy ludzkie powodują zaginięcia dokumentów w tego typu sprawach. W każdym systemie prawnym istniał, istnieje i będzie istnieć jeden wytrych: służby specjalne. To obecność służb spowoduje, że nie dowiemy się dlaczego w kluczowym momencie więźnia pilnuje jeden a nie trzech strażników, dlaczego ma alkohol we krwi lub dlaczego nie ma żadnych dokumentów na jego temat. Jeśli nawet pozostanie jakiś ślad wydanych poleceń, to ów będzie tajny i siłą rzeczy wyłączony z dalszego powstępowania. Czy służby stoją ponad prawem? Pośrednio odpowiada na to nazwa aktualnej niemieckiej policji politycznej: „Urząd ochrony konstytucji”. Jak ktoś chroni, to zazwyczaj wie lepiej co jest dla tej konstytucji dobre.

Dlatego w niektórych sprawach akta będą ginąć ponieważ skradziony zostanie samochód którym są przewożone, dowody ulegną zniszczeniu w magazynie a świadkowie zmienią zeznania lub po prostu nie da się ich odnaleźć. Porywacze Piaseckiego nawet nie zamierzali chłopca kiedykolwiek przekazać rodzinie. Obdukcja choć przeprowadzona  po śmierci nie pozostawiała wątpliwości: zabito go praktycznie od razu. Żądania okupu miały wyłącznie zmylić tropy i ojca. Czy Franiewski zamierzał oddać Krzysztofa Olewnika? Nic na to nie wskazuje, rodzina nie unikała płatności okupu. Wykonawca porwania był doświadczony kryminalista ba doświadczonym milicyjnym agentem ale nie morderca. Być może to wyjaśnia gehennę Olewnika w amatorskim więzieniu pod Kałuszynem. W Polandzie brakowało podówczas doświadczonych morderców. Dzisiaj poszło by pewnie łatwiej! Obecność w Iraku i Afganistanie dostarczyła naszemu krajowi odpowiedniej dawki ostrzelanych facetów którzy nie odnajdują się po powrocie.

Każda służba w każdym kraju posługuje się kryminalistami ponieważ tak jest po prostu łatwiej. Po co omijać wymagania dokumentacyjne skoro można nie dokumentować żadnych poleceń? Wystarczy facetowi złapanemu na kradzieży samochodów wydać polecenie kradzieży wskazanego. Czemu to zrobi? Bo jak go złapią na kolejnej własnej robocie to ktoś go pewnie wyciągnie. Pan Jacek Karpinski również „przypomina” sobie nowe fakty i nie zaprzecza już udziałowi w porwaniu. Dzieje się zapewne dlatego, że równolegle toczy się przeciwko niemu postępowanie związane z jego działalnością biznesową czyli handlem stalą. Każdy kto pamięta KFI Colloseum Józefa Jędrucha zrozumie jak bardzo się nim swego czasu interesowano. Na wszelki wypadek jednak przypomnę. Pan Jędruch skupował długi wielkich zakładów a następnie za owe długi te zakłady przejmował. Powyższe ze zrozumiałych względów niezwykle niepokoiło polskie władze ponieważ w portfelu znajdowała się między innymi Huta Ferrum i Huta Pokój. Jędruch był poważnie traktowany jako kandydat do zakupu Huty Im Sędzimira. Jeśli nabycie tych hut przez faceta z nikąd nie uzasadnia w oczach czytelników rozwinę to w osobnym poście. Zwracam tylko uwagę, że w 2001 roku twarz Józefa Jędrucha poznali wszyscy w Polsce dzięki gigantycznej kampanii bil bordowej. To jemu właśnie zawdzięczamy koncepcję koncernu Polskich Hut Stali, hasło którym się wtedy reklamował. W owym czasie toczyła się poważna gra o to koto skonsoliduje polski przemysł stalowy. Jakoś trudno założyć aby Krup Stal Karpińskiego i Olewnika w ogóle w tamtej grze nie uczestniczył. Oczywiście nie w roli wielkiego gracza. Ale w jakiejś kombinacji operacyjnej? Któż to wie.

1 Comment

PKP Przewozy regionalne – poligon secesjonistów

W zasadzie to już tylko Przewozy Regionalne bo spółka w słusznym gniewie na macochę wykasowała jej literki z nazwy. Kolejny fałszywy akord w nieustającej restrukturyzacji PKP, wybrzmiewa sobie po cichu ponieważ nikt się już dzisiaj kolejami nie przejmuje. Ostatnie zawirowania z rozkładami jazdy przypomniały na chwilę opinii publicznej o istnieniu takiego tworu ale śniegi zelżeją, transportu samochodowego przybędzie i problem się znowu zmniejszy.

Na temat PKP mam własne zdanie jako, że przez 5 lat orbitowałem na rubieżach tego imperium. Nadzorowałem dwie spółki zajmujące się budową trakcji kolejowej PRKI Wrocław i PKRE Warszawa czyli dzisiejszą Trakcję Polską. Nadzorowałem to w zasadzie nie do końca dobre określenie. PKRE dokupiłem do mojego ówczesnego funduszu z zamiarem połączenia z PRKI i jak to sie wtedy mówiło “wodowania” na GPW. Kryzys moskiewski pokrzyżował te plany ale ta historia nauczyła mnie wiele o  fuzjach  i naszym narodowym przewoźniku .

PKP, ze swoją paramilitarną strukturą były przez ostatnich 20 lat niezwykle łakomym kąskiem dla kolejnych politycznych ekip. Dość wspomnieć, że w roku 1990 liczyły sobie prawie 300.000 w 1999 nadal nieco ponad 200.000. Dzisiejsze 94.000 wypadają już blado ale to nadal spora siła oddziaływania. 9,6 mld przychodów to też nie mała pozycja i sporo się w niej da utopić bo nie mniej imponująca strata za 2009 rok w wysokości  1,1 mld najlepiej świadczy o efektywności tej organizacji. Pośród aktywów znajdują się perełki takie jak LHS, energetyka kolejowa czy 15 tys ha gruntów zlokalizowanych najczęściej w centrach miast. O ile, większość z nich kosztuje pewnie więcej niz jest warte to takiego na przykład dworca centralnego nie sposób przecenić. 16 mln pasażerów rocznie to traffic którego może pozazdrościć nie jedno centrum handlowe. O LHS należało by też kiedyś napisać osobny post. Historia powstania tej linii jej rola gospodarczo wojskowa dla ZSRR zasługuje na więcej niż wzmiankę.

Ale do rzeczy, czyli do separatyzmu. Przewozy Regionalne to twór który powstał poprzez wyeksportowanie z PKP największego problemu czyli przewozów regionalnych właśnie. Tej tkanki, która najbardziej służy owym zwykłym obywatelom o których dobro politykom zawsze idzie najbardziej. Ta właśnie tkanka, dowożąca do pracy w aglomeracjach gestem Skarbu Państwa, stała się nagle własnością 16 samorządów. Można by powiedzieć wspaniały przykład przeniesienia odpowiedzialności na właściwy poziom. Ale jest małe ale. Struktura właścicielska PR przedstawia się następująco: Mazowieckie 13,5% Wielkopolskie 9,7% Śląskiej 9,2% Dolnośląskie 7,3% Pomorskie 7,1% Małopolskie 6,4% Kujawsko – pomorskie 5,8% Zachodniopomorskie 5,8% Łódzkie 5,7% Lubelskie 5,5% Warmińsko mazurskie 5,3% Podkarpackie 4,9% Podlaskie 3,8% Lubuskie 3,6% Opolskie 3,4% Świętokrzyskie 3%

Jaki to ma sens? Teoretycznie związek regionów mógłby dawać pewne efekty w postaci nacisku na dostawców ale jeśli weźmiemy pod uwagę, że gross kosztów to personel i opłaty do PKP PLK za korzystanie z torów to trudno uwierzyć w taki argument. Na przykładzie tej spółki przećwiczymy sobie rozpad dzielnicowy. Rząd wyłączył bowiem ważny dla udziałowców instrument gry ekonomicznej. Udziały mogą zbywać wyłącznie między sobą. Nie ma powodów aby jakiekolwiek województwo w tej strukturze było zainteresowane zwiększaniem swojego udziału poprzez wykup innego województwa. Tym samym, jest tylko jedna droga, rozpad tej zadłużonej I nieefektywnej spółki.

Dlaczego tak uważam? Istnieją już od kilku lat Koleje Dolnośląskie i Mazowieckie, niebawem ruszą Koleje wielkopolskie i Koleje śląskie. Po co tym organizmom kolej interregio? W tej misji zrealizuje się doskonale ogólnopolski przewoźnik na co ma zresztą od dawna ochotę. Temu przecież służyło przejęcie od Przewozów Regionalnych przed ich oddaniem pociągów pośpiesznych i doładowanie ich do Intercity które z punktu straciło swoją rentowność po tym zabiegu.

Po cichutku dokona się niebawem pierwszy demontaż  instytucji między samorządowej. Spółka upadnie bo nie będzie chętnych do finansowania jej strat. Poszczególne województwa nie mają raczej ochoty na dotowanie chronicznie niedochodowego molocha. I sprawa zasadnicza. Gdzieś przecież zarabia a gdzieś traci. W większych aglomeracjach przewozy będą bardziej efektywne. W mniejszych mniej.

Atomizacja państwa to nieuchronny proces który pojawia się zawsze w tle pogarszającej sie sytuacji gospodarczej. U nas  przyspieszy go dodatkowo  polityka unijna która dedykuje spore środki na poziom samorządowy.

Pora jeszcze wyjaśnić zdjęcie załącznik do tekstu. Widzimy tu efekty kuracji jaką zaaplikowano ostatnio rekordowo zapyziałemu Dworcowi Centralnemu w Warszawie. Zaiste trzeba było 20 lat Polandy, prywatyzacji wielkich podmiotów gospodarczych, rekordów na GPW i nie wiadomo czego jeszcze aby ten dworzec po prostu wyglądał jak przestrzeń publiczna. Stałem na tej hali do połowy czystej i w połowie takiej jaką jest już od wielu lat i oniemiałem z wrażenia. Otóż przypomniałem sobie czasy kiedy jako dziecko przychodziłem tu aby w niemym zachwycie podziwiać to właśnie wnętrze i prowadzące doń szklane drzwi rozsuwające się na fotokomurkę. 20 lat Polandy dało mi na razie połowę dworca którego mieszkaniec tego miasta się po prostu nie wstydzi.

Cóż za kamień milowy. Ale jakie państwo takie osiągnięcia.

1 Comment

Między młotem i kowadłem

Tak jak się spodziewałem, wsadziłem kij w mrowisko. Mogłem przekonać się empirycznie, że ów podział na endecki i piłsudczykowski punkt widzenia nadal trwa. Prowadzenie rachunku krzywd w nieskończoność ma ten minus, że upływ czasu odrealnia faktyczne cierpienia i sprowadza pojedynek totalitaryzmów zwyczajnej  ikonografii. W tej konkurencji, KL Auschwitz które doczekało się już nawet ekspresji w klockach LEGO ( Libera ) zawsze zbierze dodatkowe punkty wobec znacznie mniej plastycznego mordu, który jawi się na zdjęciach opuszczonych sowieckich gułagów.

Nie jest moim celem prowadzenie jakiegokolwiek rachunku krzywd. Pochodzę z rodziny boleśnie dotkniętej zarówno nazizmem jak i stalinizmem. Nie zmienia to faktu, że należy wreszcie zdać sobie sprawę, że interes Polski warto widzieć z innej niż wyłącznie historyczna perspektywy.

W dzisiejszych czasach realia gospodarcze powinny wpływać na nasze decyzje polityczne, znacznie bardziej niż nagrobki. A jest się nad czym zastanawiać.

Niemcy były, są i za pewne będą liderem światowego exportu który istotniej części trafia do USA. Tym samym można darować sobie dyskusję komu odpowiada mocny dolar. Rosja jest co prawda w ujęciu całościowym dopiero 9 eksporterem ale jeśli tylko przeprowadzimy analizę w obszarze surowców strategicznych okaże się, że ……….. awansuje na 4 miejsce! Niemiecka gospodarka od zawsze miała problem z surowcami, Rosja od zawsze miała ich nadmiar tyle, że nie wytworzyła gospodarki która była by w stanie je w całości przetwarzać. Zainwestowała jednak w system gazo i rurociągów które umożliwiły efektywny eksport i kontrolę gospodarczą satelitów. W efekcie powstał praktyczny system ofensywny tym lepszy im większe zużycie mediów. Fikcja? Praktyczne zastosowanie broni gazowej cała Europa mogła śledzić w styczniu 2009.

Jak wyglądamy na tym tle? Marnie ponieważ nasz export do Rosji to ca 10% całości naszego exportu podczas gdy ten sam kraj jest odpowiedzialny na prawie 15% naszego importu! Tym samym nie zastanawia fakt, że właśnie owe obroty są odpowiedzialne za ponad 1/3 deficytu exportowego w Polsce. Warto wreszcie zwrócić uwagę, że importujemy z Rosji strategiczne towary o niezwykle inflacyjnym wpływie na naszą gospodarkę. Ceny gazu i ropy to de facto instrument bezpośredniego wpływu  Moskwy na politykę na Wisłą. Wobec bankructwa wszelkich inicjatyw które na przestrzeni ostatnich 20 lat miały zaowocować zmniejszeniem owego uzależnienia należy postawić na jedyny mechanizm który naturalnie łagodzi jego skutki. Rozwój exportu do Rosji powinien być jedną z podstawowych prerogatyw Rządu tym bardziej, że przedmiotem owego exportu mogą być obecnie dobra przetworzone. Dzisiaj liderem exportu jest przemysł elektromaszynowy  a nie tak jak to miało miejsce w PRL głównie żywność.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że systemowy hamulec dla niezależności energetycznej Polski włączył nie kto inny jak Adam Glapiński  wprowadzając  koncesje na obrót paliwami. Gdyby nie ten zabieg, prawo popytu i podaży zapewniło by nam za pewne niezależne dostawy a trudy inwestycji ( rurociągi ) mogły by spocząć na barkach komercyjnych inwestorów choć przykład niemiecki dowodzi, że to akrat nie jest takie proste.  

Mój postulat to dodatni bilans obrotów z Rosją. Można taki mieć, ponieważ legitymują się nim choćby Czechy.  Polski produkt w Rosji ma dobre tradycje i nie jest traktowany jako gorszy od innych zachodnich ponieważ jest również zachodni. W unii już jesteśmy i wiele więcej w niej nie wygramy. Rok polskiej prezydencji należało by maksymalnie wykorzystać do rozbudowy obecności na wschodzie tym bardziej, że leży to przejściowo również w interesie Niemiec.

Na zakończenie drobiazg ze Smoleńskiem w tle. Niemcom nic tak się nie przyda jak rurociąg biegnący poza terytorium Polandy. Dzisiaj wiadomo jak jest, jutro może zdarzyć się wszystko wiec bezpośrednia nitka na pewno poprawiła by samopoczucie sterników niemieckiej gospodarki. Ujadająca Polska tego obecnie wstrzymanego zresztą procesu nie zablokuje ale szkodzić mu może. Pod koniec marca 2010 Niemcy zadecydowały o wstrzymaniu prac nad północną nitką ze względu na sytuacją gospodarczą. Eksplozja miłości polsko rosyjskiej po Smoleńsku, na pewno zachęci Berlin do nieco bardziej pro rurociągowej polityki.

Mamy teraz 5 minut na cyniczną grę własną autonomią i gospodarczymi korzyściami. Kurestwo? Kwestia punku widzenia. Jak się okazuje w naszej historii łatwiej wysłać ludzi na pewną śmierć i tłumaczyć się z tego w memuarach niż podejmować trudne decyzje gdzie może i cierpi honor ale przynajmniej pęcznieje szkatuła. Tak wiem. Bluźnierstwo w kraju który jest dumny z Powstań. Czesi od czasu wojen husyckich nie byli żywiołem aktywnym. Kpimy z nich wymyślając im od pepików, nabijając się z braku woli walki w 1939. Nabijamy się bo nie wiemy, że w 1918 i 1945 byli militarnie bardzo aktywni w budowie własnych granic a na Śląsku w 1945 roku doszło nawet do mikro wojny polsko czeskiej. Nabijamy się bo nasza skłonność do szafowania daniną krwi, nasza odwaga w burzeniu domów i fabryk daje nam prawo do oceny wszystkiego i wszystkich.

Powiedziano kiedyś że Polacy potrafią ładnie umierać. To wiadomo. Pytanie, czy  potrafią równie  ładnie i roztropnie żyć.

2 Comments

Lech duma Wielkopolski

Nie bywam zbyt często na meczach, ale na pojedynek Lecha z Juventusem nie mogłem się nie wybrać. Kiedy w 12 minucie meczu stadion zaryczał ze szczęścia po pierwszym choć niestety ostatnim golu dla Kolejorza zrozumiałem na co faktycznie się patrzę. Uderzyła mnie analogia do dwu innych stadionów i dwu całkowicie odrębnych klimatów piłkarskich. Słuchając wiwatów przypominałem sobie Barcę i Dinamo Zagreb. Te stadiony łączy jedno: duma odrębności.

Różne scenariusze kryją jednak wspólne liczby. Katalonia to 25% hiszpańskiego PKB a  Chorwacja w trudnym 1990 roku popisać się nadal mogła bardzo podobnym udziałem w PKB Jugosławii. Wielkopolska to zaledwie 10% narodowego PKB tyle, że rozwarstwienie gospodarcze Polski powoduje ze 5 z 17 województw generuje 60% PKB! Wśród nich wielkopolska zajmuje 3 miejsce po Mazowieckim i Sląskim.

Może się zatem okazać, że niebieskie i białe kolory Lecha nabiorą dla jego kibiców i fanów znaczenia większego niż dzisiejsze. Tradycyjny, wielkopolski, lokalny patriotyzm, otrzymał właśnie wspaniałą arenę na której kibolski mikrokosmos zespoli się z miejskim establishmentem w cyklicznym paroksyźmie radości lub klęski. Prędzej czy później, nad głowami licznie zgromadzonej przy bułgarskiej publiczności, załopocą transparenty z mniej lub bardziej jasno sformułowanym oczekiwaniem zwiększenia regionalnej odrębności.

Po co? Określona wcześniej struktura% PKB powoduje, że Wielkopolska więcej do centrum oddaje niż z niego otrzymuje. Tak być musi, ponieważ wymaga tego idea solidaryzmu społecznego na której opiera się nasz ustrój. W praktyce, ów argument zdaje się nie wytrzymywać próby czasu choćby w Hiszpanii, gdzie zliberalizowana do ostateczności umowa federacyjna w zasadzie już prawie niczym nie różni się od niepodległości. Kierunek jest zawsze ten sam a więc już niebawem polityka upomni się o dusze fanów Lecha, choćby w skali Poznania. Dlaczego? Ponownie przekonają nas liczby. W ostatnich wyborach samorządowych w mieście uprawnionych do głosowania było ok 430 tysięcy tyle ze frekwencja wyborcza wyniosła ok 34%. Tym samym do urn udało się ok 142 tysięcy poznaniaków. Ilu kibiców wspierał swój ukochany Kolejorz w ostatnim meczu? 43 tysiące.

Jeśli prawie 1/3 wyborców przesiaduje często w jednym miejscu, to nie można się chyba spodziewać, że nikt tego nie wykorzysta. Oczywiście robi się to również dzisiaj, ale w skali która urąga powadze tego klubu. Mecz to nie jest popis kurtuazji to substytut wojny. Drużyna wchodzi na murawę aby przeciwnika zniszczyć, a czy osiągnie to finezyjną techniką czy brutalnością ataku dla kibiców nie ma już większego znaczenia. Wzorcowym przykładem  powyższego był choćby ostatni mecz Realu Madryt i Barcelony. Drużyna reprezentująca kastylijski integryzm została po prostu zmieciona z pola gry a sam mecz przekształcił się w koncert fauli głównie w wydaniu bezsilnych kopaczy z Madrytu. Jeszcze niedawno, duma ze zwycięstwa reprezentacji była wspaniałym przykładem na nadrzędność spojeń Hiszpanii. Ostatnie starcie Realu i Barcy pozbawiło już raczej wszelkich złudzeń, a nad murawą uniósł się ten specyficzny aromat krwi. W takiej samej atmosferze w trakcie meczu Dinamo Zagreb i Crvenej Zvezdy Belgrad, kibice posunęli się jednak nieco dalej,  rozpoczynając bójkę w trakcie meczu na murawie boiska. To właśnie wtedy, w maju 1990 Zvonimir Boban kopniakiem znokautował jednego z jugosłowiańskich policjantów stając się z punktu ozdobą panteonu współczesnych, chorwackich bohaterów narodowych. Ten mecz, stał się symbolicznym początkiem wojny choć ta rozpoczęła się faktycznie  dopiero za kilka miesięcy.

Nie zakładam, że murawa stadionu przy bułgarskiej spłynie krwią w trakcie meczu Lecha z Legią Warszawa. Wyrażam jednak przekonanie, że rosnąca siła oddziaływania klubu przestanie być tylko biernym wsparciem dla lokalnych polityków i niebawem klub zyska świadomość sam w sobie. Lech jest jedynym klubem w mieście, agreguje więc całe My i nie traci energii na wewnętrzne spory. Społeczność Lecha rozwinie być może rozmaite działalności które nadadzą jej formę stowarzyszenia a to już pierwszy krok na drodze do własnej polityki. Jakież, może mieć cele? Takie same jak wszyscy, czyli dobro miasta potem regionu. Ale dobro nie pod flagą dość zużytych frazesów i lewo prawej politycznej orientacji. Jaki jest koń każdy widzi. Duma Wielkopolski, ze swoją przyszłą polityczną emanacją stała by się z punktu formacją najbardziej reprezentatywną dla wyborców, choćby w myśl zasady, że co jest dobre dla Lecha jest dobre dla Poznania. Warto pamiętać, że manifestacje kibiców na stadionie Barcy nie zaczęły się wczoraj. To już w zasadzie stara tradycja, ale przyniosła wymierne efekty i nie mam wątpliwości, że FC Barcelona ma swój walny wkład zarówno w świadomość jak i dobrobyt Katalończyków. Kiedy, kibole śpiewają hymn, w lożach leniwie palą się cygara i nikt nie zaciska pięści. Ale jest jasne dla każdego o co toczy się gra i kto w tej grze wygra. Triumf jedności tak różnych środowisk w realizacji wspólnego dążenia może być pewnego dnia katalizatorem podobnych zachowań na stadionie Lecha.

2,7 mln Wielkopolan, może mieć różnych bohaterów i różne przekonania. Lech jest jeden a kibicowanie w europie już dawno nie jest zajęciem wyłącznie dla fanatyków i zadymiarzy. To lifestyle który jak się dzisiaj dowiedziałem zaowocował olbrzymim przyrostem liczby  widzów na stadionach. Na Lechu pojawi się jeszcze więcej rodziców z dziećmi, a tym samym reprezentatywność tej grupy i status społeczny solidnie wzrośnie.

Dinamo Zagreb i Barca to awers i rewers tej samej monety tyle, że jak widać z historii różnie można nią zagrać. Lech zwycięski pójdzie za pewne drogą Barcy budując niewątpliwie prestiż miasta. Takiemu celowi Legia Warszawa nie jest w stanie sprostać z powodów których w tym poście nie ma sensu wymieniać. Równocześnie,  Legia w czyichś sprawnych rękach może się stać zarówno symbolem warszawskiego integryzmu, jak i ze względu na TVN modelu konsumpcji który z wielkopolska oszczędnością nie ma wiele wspólnego.

Na razie to tylko licencia poetica. Na razie.

3 Comments

Googlus Rex

Chiny mój faworyt do roli hegemona wyznaczają nowy kierunek również w cyberprzestrzeni. Jak donosi GW tamtejsze władze skazały 46 letnią Chinkę za nieprawomyślny wpis na Twitterze. Wyrok? Rok obozu pracy. Grubo bo wpis jest co najwyżej ironiczny wiec aż strach pomyśleć co groziło by za faktyczny policzek wymierzony tamtejszej totalitarnej władzy. Kara śmierci?

O ile Chiny nie kryją się z cenzurą i blokowaniem dostępu do Internetu to w całej wolnościowej cyberprzestrzeni wszelkie treści powinny być komunikowane bez skrępowania. Koszmarna fikcja.

Czytaj dalej

1 Comment

Gibraltar

Dla nas to wyłącznie symbol związany z Władysławem Sikorskim, który ginie tu w nie wyjaśnionych do dzisiaj okolicznościach. Katastrofa gibraltarska, która w moim przekonaniu  była zamachem to jeden z bardziej za pewne ponurych epizodów w relacjach polsko – brytyjskich. Nasz nadwiślański stereotyp chce widzieć w nich honorowych partnerów, podczas gdy prawda historyczna nawet bez kontekstu wspomnianej katastrofy obnaża raczej Albion jako cynicznego handlarza cudzą śmiercią. Oczywiście z brytyjskiego punktu widzenia trudno się temu dziwić: ratowali imperium koszty, szczególnie jeśli ponoszone przez innych nie miały większego znaczenia. Anglia wojny II burskiej która kształtowała młodego Winstona Churchilla ma się nijak do tej którą przyszło mu rządzić w trakcie największej miejmy nadzieję wojny światowej. Oj sporo draństwa kosztowało ratowanie zwietrzałego prestiżu.  Ale świadek eksterminacji Burów na skalę która było nie było zainspirowała nazistów nie był raczej wrażliwym człowiekiem ponieważ jest pierwszym politykiem w historii który osobiście wydał rozkaz użycia gazu i to nie przeciwko wojsku ale cywilom. Jeśli dodamy, że działo się to w Iraku w latach dwudziestych to nasz dyżurny krwawy satrapa Saddam staje się chyba już nieco mniej odrażający prawda? Churchill był politykiem radykalnym i zawsze agresywnym. Warto tu zauważyć, że do władzy po kilkuletnim niebycie który zawdzięczał zresztą gospodarce ( wydał rozkaz strzelania do strajkujących robotników ) przywróciła go w zasadzie II wojna światowa. Gdy upadł rząd Chamberleina, Winston mocno uchwycił stery. Przyzwyczailiśmy się do założenia, że z Niemcami walczył cały świat. Być może sporym zaskoczeniem będzie stwierdzenie, że pomiędzy lipcem 1940 a czerwcem 1941 walczyła w zasadzie wyłącznie Wielka Brytania. Jak to się ma do Gibraltaru? Każdy kto tam kiedyś trafi organoleptycznie dozna dwu olśnień: że cieśnina gibraltarska jest faktycznie cieśniną i bez zgody brytyjczyków nie dało się nią przecisnąć oraz że katastrofa to raczej mało prawdopodobne wyjaśnienie tego co się stało z Sikorskim. Punkt pierwszy jest ważny o tyle, że Niemcy nie mogli poważnie myśleć o podboju afryki nie kontrolując Gibraltaru. Zdobycie go wydawało się takie proste. Samo OKH przewidywało, że wystarczą do tego dwie elitarne dywizje. Ale był jeden mały feler> potrzebny był do tego Franco. A Franco nie miał ochoty na wojnę po stronie Niemiec tak długo jak długo Anglia jeszcze dychała. Tym samym, najcięższe straty na Gibraltarze są dziełem bombowców ……. francuskich! I nie chodzi tu o pierwsze naloty odwetowe których dokonano zaraz po ataku brytyjczyków na francuską flotę w Afryce, ale o naloty z 24 sierpnia w trakcie ataku Brytyjczyków na Dakkar.

Ten przydługi wstęp ma jeden cel: wskazać, że Winston Churchill był w praktyce specem od wojny i zwolennikiem ostrych siłowych rozwiązań. Trzeba było mieć jaja aby w 10 dni po zawarciu rozejmu niemiecko francuskiego wydać rozkaz bombardowania floty francuskiej i de facto potencjalnie stworzyć porozumienie niemiecko francuskie przeciw Anglii. Churchill od zawsze uważał, że najlepszą formą obrony jest atak i przez całe życie hołdował tej zasadzie. Nie inaczej było zapewne w czerwcu 1943 roku kiedy sojusznicza Polska stanęła twarzą w twarz z informacją o katyńskiej zbrodni. Trudno zakładać, aby ów fakt choć upubliczniony przez Niemców nie miał wpływu na morale walczących na zachodzie. Dodajmy, że 30 czerwca Niemcy aresztowali generała Roweckiego. Sytuacja musiała być poważna skoro Sikorski wyprawił się na daleki wschód do Andersa celem uspokojenia nastrojów. Zauważyć należy, że wojsko ewakuowane z ZSRR to podówczas ważny związek taktyczny dla Anglików którzy gorliwie wspierali jego ewakuację z ZSRR. Warto się zastanowić jakich nacisków należało użyć aby Stalin się na taką ewakuację zgodził. Jakoś trudno mi uwierzyć aby mogło się to dokonać bez konkretnych postulatów brytyjskich w tym zakresie. A Brytyjczycy są na bliskim wschodzie po prostu słabi. Siedzą w Palestynie i Egipcie ale na zachodzie są Niemcy i Włosi a w Syrii wojska Vichy z którymi Anglia jest de facto w stanie wojny! Ten czterdzieści kilka tysięcy polskiego wojska miało wtedy olbrzymie znaczenie.

I nagle okazuje się, że ten zdecydowanie antykomunistyczny materiał ludzki, może jeszcze otrzymać silny polityczny impuls. Sikorski, musiał wiedzieć, że Roweckiemu zaproponowano zmianę frontu. Po decyzji Paulusa pod Stalingradem potrzebowali już nowych sojuszników. Nie twierdzę, że zmiana frontu miała by jakikolwiek sens albo znaczenie z w tamtej wojnie. Musiała jednak zaprzątać głowy ludzi którzy tak się akurat złożyło więcej krzywd doznali od Rosjan niż od Niemców. Rowecki podoficerem został na kursach w CK armii a szlify oficerskie zdobył w organizowanym  przez Niemców Polnishe Wechrmaht i to w marcu 1918 czyli na kolka dobrych miesięcy przed pojawieniem się w Warszawie Piłsudskiego. W tym czasie Niemcy trzymają się jeszcze mocno. To nie jest ta zrewoltowana armia która jesienią wycofa się z Polski. Jaki stąd wniosek? Dla Niemców Rowecki musiał być wiarygodnym partnerem już od kilku lat walczącym z tym samym wrogiem czyli Rosją. Czy aby na pewno 25 lat później nie ma żadnej płaszczyzny porozumienia pomiędzy generałem a ludźmi którzy go aresztowali? Wszędzie można przeczytać, że na wszelkie propozycje współpracy przeciw Rosjanom generał reagował niechętnie. Być może ale tu mała rewelacja: w 1918 roku szefem zaciągu do tej formacji był uwaga Władysław Sikorski! Nie jest możliwe, aby nie współdziałał ( nie używam określenia kolaborował ) w owym czasie z wywiadem niemieckim który jest przecież niezwykle aktywny! Jak wiadomo dostarcza do Rosji Lenina a nikt również nie zaprzecza, że decyduje o zwolnieniu z twierdzy Piłsudskiego. Sikorski i Rowecki znali się osobiście i nie jest wykluczone, że od owego 1918 roku znali wspólnie oficerów niemieckich nadal służących w swoich armiach. Fundamentem współpracy w 1918 roku była niechęć do Rosji to w 1943 roku jest bardzo ważne.

Czy tej wiedzy w 1943 roku nie miał Winston Churchill? W Polsce nie pisze się wiele o wywiadzie brytyjskim ale na przykład Adolf Hitler miał na jego punkcie prawdziwą fobie choć jak się okazało jego osobiste otoczenie infiltrowały jednak służby radzieckie. Tym nie mniej należy założyć, że jeśli w samej II RP miało znaczenie kto w jakim zaborze robił karierę to i uwadze państw ościennych to zapewne nie umknęło.

Premier Wielkiej Brytanii decydował się szybko i potrafił być stanowczy o czym przekonali się choćby lądujący pod Narwikiem. Moim zdaniem krótka analiza wystarczyła mu aby podjąć decyzję o usunięciu Sikorskiego. W strukturach emigracyjnych nie było polityka o podobnych koneksjach w świecie przy jednoczesnym autorytecie we własnym obozie i armii tym samym wraz z generałem kończyła się era silnego przywództwa. Rosja już realizowała swój plan powołania własnej wasalnej armii polskiej i własnego lojalnego obozu politycznego. Smierć Sikorskiego w tych planach na pewno pomogła, życie jak sądzę i tak by im nie zaszkodziło.

Jedna z fundamentalnych łacińskich maksym, będących podstawą cywilistyki brzmi: Czyja korzyść tego wina. Z tej perspektywy  rozstrzygnięcie wydaje się jasne. Wydaje się, bo prawdę skrywają archiwa których Brytyjczycy nie chcą ujawnić mimo, że od „wypadku” upłynęło już 67 lat. Widać mają powód.

4 Comments