Kryzys wieku średniego

Czyli jak utlenia się zdolność do brylowania w towarzystwie a skrapla przytłaczająca obawa o przyszłość cywilizacji.

Z przykrością uświadamiam sobie, że w miarę upływu czasu degraduję się coraz bardziej i to głównie na polu szeroko rozumianej edukacji. Przerażeniem napełnia mnie powoli majacząca już na horyzoncie konieczność rozwiązywania z dziećmi zadań z fizyki, że nie wspomnę już o chemii. A  publikacje zadań maturalnych roznoszą w puch mój inteligencki, lichy fundamencik. Obawiam się, że obecny system edukacyjny zaklasyfikował by mnie co najwyżej do szkoły zawodowej gdyby taka oczywiście istniała. No ale zawsze można się podnosić na duchu ilością przeczytanych książek. I tu spotkała mnie dzisiaj przykra niespodzianka. Otóż na swych stornicach, miesięcznik Malemen publikuje sto najważniejszych zdaniem redakcji książek. Raźno przystąpiłem do lektury. Małżonka uprzejmie zaproponowała analizę w podziale na książki znane i przeczytane. Ha! Nie będzie mi tu kobita ułatwiać pomyślałem bojowo po to by za chwilę ……….. z ulgą zaakceptować taki podział. O ile 63 lektury z przedstawionego zestawienia znałem to już zaledwie 37 przeczytałem. W sumie przynajmniej więcej niż 25% więc kwalifikuję się na więcej niż ćwierć inteligenta ale generalnie optymizmem to nie napełnia. Oczywiście można by się łatwo zasłonić argumentem, że przecież wielu pozycji tam nie ma. Bo gdzie choćby „Korzenie totalitaryzmu” Arendt, „Mieć czy być” Fromma, „Archetypy i symbole” Junga, dowolna pozycja z Witkacego, „Armia konna” Babla, „Biesy” Dostojewskiego, „Lochy Watykanu” Gide’a  i wiele, wiele innych. Nie ma to jednak znaczenia ponieważ odnosimy się do przekroju który za pewne przygotował jakiś zespół i w swoim gronie uznał, że jest reprezentatywny. No to sobie nie błysnę raczej w tym towarzystwie o nie. W sumie jak się człowiek wziął za blogowanie to wypadało by podciągnąć tabory i przypomnieć sobie to i owo ze starych lektur. No ale od czego mamy net! Nie ma tytułu którego lepszego czy gorszego streszczenia, opisu albo małej rozprawki nie da się znaleźć. Pytanie oczywiście na ile jest to opis ścisły, ale jeśli czytaliśmy pozycję to się przecież skapujemy. W gorszym położeniu są oczywiście ci którzy zapragną uniknąć obowiązku przebicia się przez setki stron lektury.

I tu jak bumerang wraca poruszana już wcześniej kwestia wiarygodności materiałów dostępnych w sieci. Ostatnio po raz kolejny natrafiłem na hasło w Wikipedii, gdzie bardzo odważnie  postawionej tezie towarzyszył dopisek ( uzupełnić źródło ). Taka elegancka forma dania upustu własnej fantazji przy zachowaniu pozorów rzetelności. Ofiarą konwencji padł nawet pewien portal historyczny który pewnego dnia umieścił zapis o odkryciu rewelacyjnych dokumentów potwierdzających współpracę Romana Dmowskiego z Ochraną. Po tym jak artykuł zrobił furorę, jego autor wyznał że to fałszywka napisana wyłącznie po to aby ośmieszyć teorie spiskowe! Celu nie zrealizował, ba! stworzył istniejący w sieci dowód na prawdziwość tego rodzaju domysłów.

W świecie w którym portal internetowy staje się wolnościowym symbolem wypada się zastanowić co i jak długo jest fikcją a kiedy staje się rzeczywistością. „Wojna światów” Orsona Wellesa, to jedno z pierwszych wysoko budżetowych słuchowisk które w czasie pierwszej emisji w USA ( lata 30te ) wywołało regularną panikę Amerykanów przekonanych, że Marsjanie wylądowali naprawdę. Jesteśmy już krok dalej niż rzeczywistość „Wag the dog” gdzie dla celów politycznych montuje się fikcyjne relacje wojenne. Dzisiaj można już wykreować w zasadzie dowolny fakt który może uzyskać globalny zasięg i jak najbardziej realnie odcisnąć się na rynkach światowych.

Przyznam, że niezwykle interesuje mnie to w kontekście biznesowym. Ciekaw jestem czy istnieją już firmy których zadaniem jest wykreowanie krótkotrwałego przekonania, że na przykład ceny cukru spadną. Kto miałby być zleceniodawcą? Ci którzy chcą ten cukier taniej kupić oczywiście albo posiadacze niewygodnych kontraktów.

 Jak dzisiaj odróżnić rzeczywistość od fikcji? Kto jest czarny a kto biały? Media kształtują nasze opinie. Dzięki nim statystyczny Polak uważa, ze jedynymi agresorami w Jugosławii byli Serbowie, Saddam posiadał broń masowego rażenia a Czeczeni to wyłącznie terroryści.

Internet to potężna broń tyle że obosieczna. Nie wiemy przecież, czy ostatnie egipskie protesty zwołali obywatele samodzielnie organizujący się przeciwko tyranom czy też czynownicy nowej ekipy która chciała skatalizować wybuch społeczny. Nie wiadomo i pewnie nigdy nie będzie wiadomo. Zresztą jakie to ma znaczenie. Jak widać sprawy się dzieją. Ale w jakim faktycznie zasiegu?

Ciekawe jak sobie Internet poradzi z budowaniem informacyjnej wiarygodności. Gdzie jak gdzie, ale w Internecie o wszystkim decyduje przecież rzeczywista, mierzalna frekwencja budująca pierwsze pozycje w przeglądarkach.

Teoretycznie, ludzie głosują kliknięciami. Teoretycznie ludzie.

Powiązane wpisy

5 Comments
Previous Post
Next Post