Browsing Category wydarzenia

Afrika Korps 2.

Czyli o tym co to jest Greenstream, jak się ma NATO do OKW oraz o tym, kto stworzył Libię i kto się szykuje do jej rozmontowania.

W prasie modny jest obecnie spór włosko-francuski z Libią w tle, który czytelnikom może się wydawać abstrakcyjny. Otóż nic bardziej błędnego. Rywalizacja Francji i Włoch w tym regionie datuje się właściwe od XIX wieku i być może wejdzie teraz ponownie w fazę ostrą. Otóż warto zauważyć, że Libia, jaką dzisiaj znamy, to w zasadzie wyłącznie twór włoskiego kolonializmu, który połączył w jedno Trypolitanię, Cyranejkę i Fezzan. Włochy – państwo zjednoczone skutecznie dopiero w 1871 roku poszukiwało rynków zbytu dla swojego prężącego muskuły przemysłu. Młode Królestwo Włoch nie miało jednak wielkich szans na północy Europy, toteż interesowało się Afryką jako terenem potencjalnie łatwiejszym. Warto pamiętać, że liderami kolonializmu byli podówczas Anglicy i Francuzi bardzo niechętnie patrzący na konkurentów. No, ale od czego są wojny. W efekcie porażki z Prusami w 1871 dokonało się, jak wiemy, zjednoczenie Niemiec, tak więc wśród chętnych na posiadłości zamorskie zrobił się spory tłok. W tym kontekście strategicznie najważniejsza była flota. A tego obszaru zazdrośnie broniła Francja i Anglia. Pod bokiem zaczęły im jednak wyrastać floty Niemiec i Włoch, których budowę lobbowały silne środowiska przemysłowców. Od 1882 roku dzięki zabiegom Bismarcka, Włochy przytuliły się do Niemiec, co dodatkowo zaostrzyło europejskie podziały. I nie wiadomo jakby się to wszystko ułożyło, gdyby nie to, że w 1890 r. Bismarck został odwołany ze swojego kanclerskiego stołka. Powód był prozaiczny: nowy cesarz pozbył się faceta, którego kiedyś wielbił; statek nie potrzebuje zazwyczaj dwóch kapitanów. Cesarz – zatwardziały militarysta, widział wojnę jako cel, Bismarck – jako element polityki. Ta ważna zmiana w prowadzeniu polityki zaczęła być widoczna prawie od razu i odbiła się na relacji Francja – Włochy. Francja zraziła sobie Włochy zajmując w 1881 r. Tunezję, ale teraz zaproponowała sprytnie Włochom poparcie w przypadku, gdyby zdecydowali się na lądowanie w zitalianizowanej Trypolitanii, w której trzymało się jeszcze Imperium Osmańskie. Tak też się stało i, pod pretekstem wyzwolenia tamtejszych obywateli, włoski desant w lutym 1911 r. zajął Trypolis w zasadzie bez większego problemu. Ale że apetyty były większe, wojownicy wybrali się na podbój Cyranejki i tu również szło dobrze aż dostali łupnia pod Tobrukiem. I mogłoby być bardzo niedobrze, gdyby nie wybuch I wojny bałkańskiej, który zmusił Turków do ewakuacji wojsk na ważniejszy teatr działań. W efekcie od 1912 roku Włosi zawładnęli całością obszaru, który nazwali Libią.

Aż do wybuchu II wojny światowej wszystko układało się doskonale. W zgrabnie rozwiniętych obozach koncentracyjnych przetrzymywano ok. 100.000 Arabów i nie tylko, a przemysł włoski dynamicznie rozwijał handel oraz poszukiwał ropy i gazu. Ale ponieważ Duce miał poważne ambicje, we wrześniu 1940 r. włości zaatakowali Egipt z marzeniem o zamoczeniu butów w Kanale Sueskim. Stało się jednak inaczej, bo już po kilku miesiącach Brytyjczycy zajęli całą Cyranejkę i doprowadzili front prawie dokładnie do tego samego miejsca, w którym znajduje się obecnie. No, ale na tym etapie pojawili się Niemcy z bratnią pomocą i w efekcie już w lutym 1941 w Libii pojawił się Afrika Korps, która w błyskotliwym pochodzie dociera aż do El Alamein, by tam – jako pokonany, opuścić ostatecznie kontynent w lutym 1943 r. Dodać należy, że DAK (czyli Deutsche Afrika Korps) zapisał się na zawsze w historii taktyki broni pancernej i nie tylko, a jej dowódca: Erwin Rommel, stał się jednym z najbardziej znanych dowódców II wojny światowej. Dzisiaj byłby na pewno militarnym celebrytą.

Równie znana, jak on sam, (zarówno w Niemczech jak i w krajach alianckich) była dowodzona przez niego formacja, opisywana namiętnie i często. Świadectwa obu stron konfliktu dowodzą, że były to walki prowadzone w sposób całkowicie odbiegający od wówczas znanego z innych teatrów działań. Na porządku dziennym były wymiany jeńców, wzajemne prowadzenie chorych, a zdarzały się nawet dostawy materiałów strategicznych, w tym benzyny! Być może miał tu swój udział TE Lawrence, którego „Siedem Filarów Mądrości” stanowiło lekturę oficerów po obydwu stronach frontu, a być może – niska zapalczywość walczących, którzy potykali się przecież na całkowicie abstrakcyjnym froncie. Mimo to walki były zacięte, a włoskie dywizje takie, jak choćby „Ariete”, walczyły dzielnie nie ustępując niemieckim. Tam, gdzie pojawiał się kontekst etniczny, robiło się bardziej krwawo i mniej rycersko. To forma walki stała się udziałem Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich wykrwawionej w Tobruku.

Ta przydługa dygresja ma na celu jedno: wskazanie, że polityka regionalna nie prowadzi się sama i jest zawsze funkcją czegoś. W tym regionie prowadzi się ją w funkcji surowców strategicznych i to, jak widać, od wielu lat. Tym samym nagłaśniany w mediach konflikt Francji i Włoch musi mieć swoje uzasadnienie. I ma. Uzasadnienie nazywa się Greenstream i jest podwodnym gazociągiem, który wprost z gazonośnych pól zachodniej Libii biegnie sobie do terminalu rozładunkowego na Sycylii. Tym samym ponad połowę libijskiego gazu odbierają Włochy, a resztę Europa Zachodnia, poprzez terminal NLG w Marsa El Brega. W przypadku ropy jest równie ciekawie, bo Włochy to ponad 40% libijskiego eksportu, a na dalszych pozycjach są Niemcy (10%), Francja (9%) i Hiszpania (8%), co tym samym daje prawie 70% eksportu alokowane do tych 4 krajów!

Tym samym Włochy są dosłownie „podłączone” do Libii, a struktura libijskiego eksportu wyraźnie dowodzi, że dla Amerykanów to sprawa drugoplanowa toteż przekażą prędzej czy później dowodzenie operacją w ręce NATO czyli i tak samym sobie bo przecież od zarania sojuszu dowodzą nim amerykańscy generałowie. Co ciekawe, poza NATO legalna wojna jest w tym regionie w zasadzie niemożliwa wiec Amerykanie w każdym wariancie trzymają rękę na pulsie, a jedyne co marginalnie łamie ich monopol to militarna współpraca francusko niemiecka.

Uzależnienie Włoch od Libii rzuca światło na inny aspekt sprawy. Współpraca z Kadafim była najwyraźniej niezwykle udana, i żadne zmiany nie były z perspektywy Włoch potrzebne stąd pewnie niegdysiejsze Włoskie ostrzeżenia o tłumach uchodźców. Reżim dbał, aby sycylijskie plaże nie musiały przyjmować tysięcy Libijczyków. Jak będzie z demokratycznym rządem ludowym? Nie wiadomo. Czy to dziwne, że Francja tak namiętne wyrywa się do dowodzenia operacją i bombardowania Libii w przypadku, gdy nie ma tam żadnej instalacji? Warto dodać, że Greenstream należy w znacznym stopniu do włoskiego Agipa i pewnie jest ubezpieczony, ale raczej nie od nalotów. Duża by to była strata. Ale wojna w Libii to nie tylko straty włoskie. Nasze media jakoś tak nie wspominają o tym, że w dniu 9 grudnia 2007 r. PGNiG uzyskało prawo do prowadzenia prac poszukiwawczych i podpisało z Libią umowę o ich przyszłej eksploatacji prawdopodobnego złoża w Murzuq w Zachodniej Libii. I co teraz? Czy nowy rewolucyjny rząd aby na pewno utrzyma koncesję?vOczywiście można dojść do wniosku, że to po prostu lud się burzy i mamy do czynienia z kolejnym usprawiedliwionym zrywem uciśnionych. Owi uciśnieni mają jednak broń i amunicję, a tej jak wiadomo nie sprzedaje się w supermarketach, więc musieli ją od kogoś dostać. Media donosiły, rzecz jasna, o przechodzących na ich stronę jednostkach, ale to całkowicie sprawy przecież nie wyjaśnia. Warto zwrócić uwagę na co innego. Obszar od Maroka do Tunezji od lat pozostaje we francuskiej strefie wpływów. Mimo niepodległości w każdym z tych krajów elity posługują się francuskim, który jest również drugim językiem w tych krajach. Mimo kolonialnych doświadczeń, Francja pozostała metropolią, która bardzo poważnie wpływa na sposób myślenia swoich dawnych klientów. W Libii choć takich uzależnień nie ma, pozostała skłonność do słonecznej Italii. Ale to przecież Francja od początku obecnych rebelii nagłaśnia je i ostentacyjnie udziela im poparcia.

Dzisiaj, kiedy świat trzeszczy w szwach, a kryzys energetyczny w całej rozciągłości puka do drzwi, wojna w Libii staje się kolejnym testem spójności Unii, tyle że tym razem chodzi o interesy w starym stylu gdzie na szali jest coś więcej niż kolejne miliardy deficytów budżetowych na programy równości. Kontrola zasobów będzie wymagała zastosowania jakiejś realnej siły.

A w Libii prędzej czy później jakaś mutacja Afrika Korps pojawić się musi, nawet jeśli odgrzebie się stare granice i na nowo podzieli Libię na Cyranejkę i Trypolitanie połączoną z Fezzanem. Sarkozy ma ochotę odbudować potęgę Francji w regionie, a ma ku temu lepsze predyspozycje niż Berlusconi, jako że armia francuska jest nie tylko dwa razy większa od włoskiej, ale też dysponuje własnym potężnym arsenałem atomowym oraz, co chyba najważniejsze, bazami wojskowymi w Afryce, w tym w sąsiadującym z Libią Czadzie, a na odległej o dwie godziny lotu Korsyce – utrzymuje w ciągłej gotowości elitarny 2 regiment powietrzno desantowy Legii Cudzoziemskiej.

Czas pokoju  się kończy a Libia to pierwsza europejska wojna o zasoby które trzeba kontrolować samemu bo ceny surowców strategicznych mogą wywalić w powietrze budżety najmocniejszych krajów.  Francja to najwyraźniej wie: było nie było, po raz pierwszy od wielu lat otworzyła nową wojskową bazę zagraniczną. W Emiratach Arabskich. Wraca do łask doktryna Clausewitza: wojna to nadal polityka tyle, że  prowadzona innymi środkami.

6 Comments

Zmierzch bogów

Czyli o tym, że w Polandzie jest więcej o Kupisza, a na świecie mniej o Galliano, szok zadaje się być niemodnym towarem w vogue, a konwenans jednak zobowiązuje.

Na naszym nadwiślańskim nieboskłonie pojawiła się nowa gwiazda: Robert Kupisz, do tej pory znany jako tancerz, fryzjer, stylista i celebry ta, postanowił ujawnić się w roli projektanta. Jako że miałem swój mały udział w tej przemianie postanowiłem przekonać się jakie wrażenie na licznie zebranej publiczności wywoła pierwsza kolekcja Roberta. Kolejny pokaz w Soho Factory, które zyskuje już zasłużoną sławę dzielnicy kreatywnej, zgromadził prawdziwą celebrycką śmietankę. Nie będę wnikał czy na widowi pojawiła się pełna czy nie pełna ramówka wszystkich szanujących się w tym kraju telewizorów: dość, że tłum znanych twarzy zawzięcie walczył o miejsca w pierwszym rzędzie toteż gradientu vipów na metr kwadratowy można Robertowi szczerze pogratulować.

Ale nie tylko gości, a przede wszystkim samego pokazu należałoby gratulować. Po raz pierwszy na wybiegu pojawił się luz, uśmiechnięte modelki i modele zdawali się po prostu dobrze bawić zarówno formą, jak i treścią. O ile na zapleczu tego luzu na pewno była jakaś żelazna scenografia, to nie narzucała się widzom i nie zakłócała podstawowego przekazu, którym przecież była pierwsza Robertowa kolekcja. O ile miałem okazję widzieć ją wcześniej, to do prawdy zaskoczyły mnie wykończone wzory, które jeszcze tak nie dawno widziałem jako cytaty. To dowód, że Kupisz do swojej pracy podszedł poważnie, choć same modele kuszą swobodą znamionującą luz projektanta.

Niekłamany zachwyt wywołały zakapturzone modelki w sukniach z dzianiny. Druidki z gołymi plecami i nietypowe dzisiaj plisowane spódnice namiętnie oklaskiwał między innymi Andrzej Chyra, widoczny obecnie jako twarz z kampanii MaleMen’a. Jola Przetakiewicz, zachwycała się dla odmiany męskimi dżinsowymi kurtkami ,które zasłużyły sobie również na aplauz pozostałej części publiczności. Bardzo unisexowa kolekcja wpisała się doskonale w nowojorski klimat panujący obecnie w stolicy. Etniczne T-shirty z motywem Indianina dają początek zupełnie nieobecnej nad Wisłą kulturze, w ramach której tagowane w taki czy inny sposób podkoszulki stają się symbolem jeśli nie epoki to przynajmniej sezonu istotnego dla swoich twórców. A czy to wszystko trafiło do licznie zgromadzonej rzeszy adeptów kieleckiej szkoły Roberta? Tego nie wiem, ale była uczennica – Edyta Herbuś wydawała się nie opuszczać stanu ekstremalnej egzaltacji w trakcie całego pokazu. Czy to prawda czy poza, przekonamy się niebawem. Faktem pozostanie, że Robert złamał nieprzyjemny trend nabzdyczonych modeli i modelek na wybiegu i zamienił te postawy na szczery lub dobrze udawany zachwyt przestrzenią. Jego wyjście ze wzruszoną do łez Mamą doskonale harmonizowało z wyczuwalnie energetycznym pokazem. Bajka.

Łyżka dziegciu w tym ogólnie udanym projekcie to jego przyszłość. Że Robert odnajdzie się doskonale wśród naszych uznanych twórców, nie mam najmniejszych wątpliwości. Ale to czy jego produkt ujrzymy w sklepach to już zupełnie inny problem, który dotyczy wielu projektantów w Polandzie. Pytanie, czy dostępność jest faktycznym celem Kupisza. Jak wiadomo Tomasz Ossoliński, Dawid Woliński czy nawet Maciek Zień istnieją bez sieci sklepów, więc może się okazać, że newcomer podąży właśnie tą droga, bo przecież gazety napiszą o nim zawsze, a środowisko zaludni pokaz. Z tej perspektywy kosztowny i drogi proces budowy sieci i marki można uznać za zgoła niepotrzebny balast:). Generalnie może się za chwilę okazać, że wielcy projektanci tworzą wyłącznie dla siebie, bo Brandy wymagają talentu, ale przede wszystkim dużej dawki wrażliwości na to, co się dzieje dookoła nich. Świat wysokiej konsumpcji musi przecież zauważyć, że jeden z większych kataklizmów epoki wymazał z mapy kawałek Japonii, a Północna Afryka zalicza falę społecznego wyzwolenia. Może się okazać, że Galliano swoim antysemickim wybrykiem tylko wbił ostatni gwóźdź do swojej trumny. Tajemnicą poliszynela było, że Dior od pewnego czasu był już delikatnie mówiąc rozczarowany swoim wielkim designerem. Choć swego czasu Galliano postawił markę na nogi, to od tamtej pory upłynęło już sporo czasu. Słowny zamach na holocaust w kraju, który wyprodukował pierwszy poważny polityczny incydent antysemicki (sprawa Dreyfussa) jest poważnym wykroczeniem, ale nie mogę się pozbyć wrażenia, że został wyreżyserowany. Pokaz Diora był zawsze jednym z ważniejszych wydarzeń paryskiego tygodnia mody. Zgodnie z wieloletnią tradycją na zakończenie na wybiegu pojawiał się sam Galliano w stylizacji sugerującej kolejną kolekcję. Ten swoisty rytuał powtarzał się co rok i …. cementował gallianowość w Diorze. Czy w tym roku pokaz się nie odbył? Ależ odbył się. Co więcej w zaplanowanym wcześniej miejscu i czasie. Z jedną różnicą: na widowni zabrakło nieprzebranych tłumów celebrytów, a przed pokazem prezes Diora w zgrabnym przemówieniu podzielił się problemem jakim było rozstanie z Galliano. Najważniejsze było jednak dalej. Kto bowiem ukazał się oniemiałej publiczności na zakończenie pokazu? 40 umundurowanych bielą prawników atelier czyli owi niemi i cisi współtwórcy sukcesów Diora.

To genialne socjotechniczne posunięcie, które porwało widownię do stojącej owacji, nie było na pewno dziełem przypadku. Z olbrzymim prawdopodobieństwem ktoś wypracował tą cudowną przemianę pasywa w aktywo. Ale w tym kontekście nie idzie wyłącznie o Galliano. Może się okazać, że dokonuje się na naszych oczach swoista zmiana warty. Zmieniły się czasy. Ludzie tacy jak Galliano, Alexander McQuinn, Tom Ford czy Marc Jacobs mogą już być poza orbitą estetyk nadchodzącej dekady. Być może McQuinn był już tego świadom odbierając sobie życie w lutym tego roku.

Prowokacja i szok to dzisiaj nie domena wybiegów, ale rzeczywistość telewizyjnych wiadomości. Trudno zakładać, aby rzeszom nabywców marzyło się dalsze zwiększanie dawki frustracji związanej z otaczającym nas światem. Nie zdziwię się, jeśli wielkie marki zamienią się teraz w arki stylu, jakości i swoiste rezerwuary „jakości życia” oferujące nie tani rozgłos, ale godność.

Nonsens? Przekonamy się niebawem. Kiedy Frida Giannini przejmowała schedę po Tomie Fordzie w Gucci jej kolekcjom zarzucano, że nie kreują stylu. Być może, ale marce to najwyraźniej nie przeszkadzało i nie przeszkadza do dzisiaj. Świat mody się zmienia. Przekonała się o tym niedawno Carine Roitfeld wylana z Vogue’a za sesję Toma Forda. Moim zdaniem to doskonała soczewka, bo jeszcze do niedawna we francuskim Vogue można było zrobić wszystko. Ale najwyraźniej owo „wszystko na sprzedaż” nie wpływa już na słupki sprzedaży tak dobrze, jak dawniej. Być może zatem w nadchodzących latach małe dziewczynki będą po prostu chodzić do szkoły, a nie na wybiegi, a kobiety i mężczyźni będą się od siebie zdecydowanie odróżniać dokładnie wbrew promowanej ostatnimi czasy androgenicznej modzie. Ale mogę się oczywiście mylić i być może czeka nas jakaś całkowicie niespodziewana obyczajowa rewolucja.

Kiedyś w Hiszpanii opowiadano mi, że Largo Caballero – socjalistyczny premier republiki w trakcie rewolucji hiszpańskiej, na wieść o upadku powstania anarchistów w Barcelonie, które pieczętowało dominację ZSRR nad madryckim rządem, wybrał się do krawca obstalować nowe ubranie. Zapytany po co to robi miał odpowiedzieć: rewolucja czy nie, mężczyzna umierając powinien być elegancko ubrany.
No pasaran!

1 Comment

Moda i dyskretny urok złudzeń

Czyli o tym, że potrzebny jest w biznesie sprawdzony model rozwoju,projektant jest niezbędny dla marki a wiara czyni cuda.

W ostatni czwartek „warszawa” udała się na  spotkanie z Donną Karan i Karen Berg. Foyer Opery Narodowej licznie wypełnili luminarze mediów, biznesu a nawet poszukujący nowej optyki politycy. Jako że okazja zobowiązywała w stopniu ponadstandardowym, Operę wypełniła rzadka w tym miejscu wytworna elegancja, a panie masowo przyoblekły się w suknie wielkich projektantów, w tym oczywiście gwiazdy wieczoru. Choć nie jestem najlepszym jurystą w tej kwestii ze swojej perspektywy mogę stwierdzić jednoznacznie: panie wspięły się na poziom, którego na imprezach w Polandzie jeszcze nie widziałem. Trzeba przyznać, że organizacja przedsięwzięcia była dość zaskakująca. Zaproszeni, wbrew naturalnemu założeniu nie zasiedli na widowni, lecz na scenie. Tym samym po raz pierwszy w życiu miałem okazję popatrzeć na widownię Opery Narodowej z tej niecodziennej perspektywy i oniemiałem uświadamiając sobie jak doskonale jesteśmy widoczni dla aktorów. Oj, na repertuarze klasycznym będę musiał jakoś lepiej zwalczać senność.

Ale wracając do rzeczy: event, co zdumiewające, zaczął się w zasadzie o czasie, a spóźnieni Bardzo Ważni Goście uzyskali wspaniałe wejście przemykając z gracją na oczach wszystkich zgromadzonych. Jak wywnioskowałem z otaczających mnie rozmów oczekiwano mody, mody i jeszcze raz mody. Tychże oczekiwań początkowo nie rozwiewał prowadzący Marcin Prokop tradycyjnie balansujący w swojej konferansjerce pomiędzy obrażaniem słuchaczy i występujących. W międzyczasie na stołach pojawiły się błyskawicznie podane przystawki a cichy brzęk sztućców elegancko akompaniował szmerom przyciszonych rozmów. Emocje rosły, cukier – nie koniecznie; podana sałatka miała chyba za zadanie wyostrzyć zmysły słuchaczy. I wtedy na scenie pojawiły się one… a po kilku zdaniach już nie było wątpliwości: agitka.

Tym samym postacią wieczoru nie okazała się Donna Karan, a Karen Berg, osoba nie mniej, jeśli nie znacznie bardziej, interesująca niż ikona mody. To pani Berg we własnej osobie, wraz ze swoim przedsiębiorczym małżonkiem, powołała do życia Centrum Nauczania Kabały, które w krótkim czasie awansowało do ekstraklasy dochodowych przedsięwzięć mistycznych. Być może w ogóle do ekstraklasy, ale tego się raczej nie dowiemy, bo w USA takie inicjatywy są w zasadzie ustawowo nieprzejrzyste. Skąd to powodzenie? Jak zwykle: dzięki nowatorskiemu podejściu. Dzięki małżeństwu Berg studiowanie Kabały stało się dostępne nie tylko dla ponad 40 letnich męskich i doświadczonych badaczy Talmudu, ale co najważniejsze również dla kobiet, które wcześniej takiej możliwości nie miały w ogóle. Szacuje się, że zabieg feminizacji kabały powiódł się nadspodziewanie dobrze, a prawdopodobnie szczytowym osiągnięciem organizacji Bergów było pozyskanie do projektu Madonny, która od tamtej pory niezwykle konsekwentnie promuje czerwoną nitkę. Dzięki jej duchowemu oddaniu i niemałym materialnym dotacjom Centrum Nauczania Kabały stało się znaną marką wśród opiniotwórczych środowisk na całym świecie.

A że w tle są pieniądze? W triadzie z wiarą i zbawieniem są zawsze i wszędzie. Nie ma chyba systemu religijnego, który skutecznie od pieniędzy stroni, bo nawet jeśli tak oznajmia pismo, to praktycznie zawsze nad jego interpretacją czuwa jakaś organizacja. Klinicznym przypadkiem w tej materii był i jest rzymski katolicyzm.

Wybrałem się na ten wieczór w uznaniu dla twórczości i talentu Donny Karan – jednej z ciekawszych postaci  wielkiej mody. Dla mnie ciekawej szczególnie dlatego, że osoby z poza branży traktują DKNY jako markę równie starą jak Gucci, Dior czy LV podczas gdy fakty są przecież zupełnie inne.

Donna Faske, bo pod takim nazwiskiem się urodziła, zdobywała szlify w firmie i jednocześnie marce należącej do Anne Klein, prawdopodobnie jednej z najbardziej utalentowanych kobiet w modzie. Klein słynęła z dwu umiejętności: wyszukiwania talentów oraz reanimowania upadających marek odzieżowych. Była jedną z pionierek designu, jako że jej zainteresowania to nie tylko moda: zajmowała się również projektowaniem dla przemysłu lotniczego i motoryzacyjnego. Kiedy w 1968 roku założyła firmę „Anne Klein and Company” zatrudniła podówczas 20 letnią Donnę, która po śmierci Klein w 1974 roku została główną projektantką i de facto przejęła stery firmy. Oczywiście nie sama. W tle działała Takihyo Corporation of Japan, która od lat współpracując z Anne Klein, wiedziała już na co ma stawiać. (Ten element stanie się za chwilę niezwykle ciekawy). Donna pracowała dla Anne Klein aż do 1984 roku, kiedy to wraz z Japończykami założyła własną markę. Japończycy, mimo że posiadali większość Anne Klein uświadamiali sobie, że nie zrobi się już z niej marki globalnej. Potrzebna była wyraźna zmiana i nowy brand, który da się uplasować wśród uznanych „wysokich” marek. W ten sposób narodziła się „Donna Karan New York”. Początkowo ściśle ekskluzywna, już po dwóch latach poszerzyła się o DKNY – tańsze wydanie dla młodszych kobiet, aby w 1990 roku oferować już wszystko łącznie z linią męską. Kolejne 10 lat to faktyczny rozwój marki, który wieńczy transakcja z LVMH, które nabyło całość przedsięwzięć pod marką Donna Karan za jedyne 640 milionów dolarów.

Od kiedy zacząłem się interesować modą ten przypadek mnie zawsze inspirował. Opis powyżej jest bardziej niż lakoniczny, ale cały „case” DKNY mówi o jednym: współpracy inwestora z projektantem.

Na takiej właśnie podstawie od początku oparty był RAGE AGE. Razem z Rafałem Czapulem postanowiliśmy zrobić prawdziwy luksusowy brand. Wierzyliśmy, że możemy go zrobić dobrze, ponieważ stanowimy tandem, w którym moda rozumie pieniądze, a pieniądze – modę. Można było tak założyć, ponieważ przepracowaliśmy wspólnie parę lat, a istotna część restrukturyzacji Vistuli to nie tylko Pierce Brosnan, ale również projektant, którego zdecydowałem się bardzo promować. Uważałem i uważam, że po porostu nie ma BRANDU bez projektanta. Przez kilka lat w tej branży przekonałem się również o tym, co stanowi podstawę sukcesu Donny Karan: dobry projekt to taki, który spodobał się klientom a nie taki, który bardzo podoba się wyłącznie projektantowi. Oczywiście marka to również poszukiwania, czasem gubienie się w lesie, ale ma się to nijak do większości młodych projektantów, którzy w przekonaniu, że dysponują talentem nie wiedzą nawet czy ich projekt da się wyprodukować masowo, a jeśli tak, to za ile.

Dzisiaj nasz RAGE AGE by Czapul skutecznie działa w Polsce i za granicą – naszym oczkiem w głowie jest sklep w Mediolanie, który jest jednocześnie pierwszym sklepem otwartym w mieście mody przez markę z nadwiślańskiego kraju. Można powiedzieć, że to taka mała sprawa, ale dla mnie wielka satysfakcja, że można skutecznie wyeksportować coś w tak specyficznej dziedzinie.

Patrzyłem w ten czwartek na Donnę Karan i choć nie mówiła o modzie cieszyłem się, że jako RAGE AGE jesteśmy w gronie sponsorów tego wydarzenia, bo mój biznesowo-modowy wzorzec znalazł się na wyciągnięcie ręki. A że było o Kabale? Jak powiedziała kiedyś Madonna: „wszystkie pytania metafizyczne stanowią punkt wyjścia do poszukiwania jakiejś religii, bo religijność mamy we krwi i bo taka jest natura ludzka. Ja swoje odpowiedzi znalazłam w Kabale”. Ja ich w Kabale nie znalazłem i pewnie już nie będę miał okazji. Nie zmienia to faktu, że Rousseau napisał, że „gdyby Boga nie było, należałoby go wymyślić.”

Per aspera ad astra.

0 Comments

Ewangelizacja 2.0

Czyli o tym, że wujek Józek popełnił być może kilka błędów wychowawczych, Lucek to dobry syn, a Joshua to niepoprawny idealista który stawia na viral marketing w rozwoju firmy rodzinnej.

Teatr przeżywa prawdziwy renesans, a przekona się o tym każdy kto spróbuje nabyć bilet na cokolwiek co jest obecnie grane. Dowiemy się, że nie ma i nie będzie – a zazwyczaj nie sympatyczna Pani w kasie (bo z portalem nie pogadamy przecież) poinformuje nas o możliwości zakupu wejściówek,  czyli sytuacja jako żywo z lat 80tych. Ale mylił by się ten kto by pomyślał, że podobnie jak drzewiej bywało w teatrze zaangażowana młodzież, a na scenie ważne treści. Każda z moich ostatnich wizyt pogłębiała dojmujące przekonanie, że oglądane treści z powodzeniem zmieściły by się w formule „Klanu” albo innego produktu tego typu. Zacząłem się zastanawiać czy aby nie jest po prostu tak, że teatr kompletnie zmienił formułę i nie jest już miejscem intelektualnej prowokacji rozumianej inaczej niż wymiot wulgaryzmów czy  detaliczna wiwisekcja seksu w dowolnej kombinacji najchętniej w połączeniu z narkotykami. Kolejne przedstawienia umacniały mnie w pierwotnym poglądzie aż do wczoraj.

Ojciec Bóg” Katarzyny i Jacka Wasilewskich to w mojej opinii teatr w najlepszym wydaniu. Marcin Perchuć choć nie ucieka od pewnej maniery, brutalnie skłania do myślenia w kontekście który niby towarzyszy nam od zawsze ale niekoniecznie jest oczywisty jako współczesny rezerwuar wartości. „Ojciec Bóg” to w zasadzie rodzaj współczesnej Biblii Pauperum albo raczej chciało by się powiedzieć Wiki Biblii. Uproszczenie jest rzecz jasna duże, ale chodziło mi tym razem o oddanie pewnej idei, a nie aptekarską precyzję.  Inna sprawa, że to przedstawienie głównie dla rodziców. I nie koniecznie ojców do których autorzy odnoszą się wprost, ale rodziców właśnie  ponieważ „one”, choć pojawiają się w monodramie wyłącznie jako kontekst, to ów kontekst jest nie mniej wyczuwalny niż dla rumaka wędzidło.

W zasadzie zastanawia mnie tylko jedno. Że za ewangelizację wziął się facet o silnie lewicowym kolorycie. Czyżby to kolejny dowód na to, że najdoskonalszy mit współczesnej epoki to teologia wyzwolenia czyli mariaż Jezusa z marksizmem? Wasilewscy nie ewangelizują nachalnie. Ich Bóg jest taki jak widzowie, co w sposób zdecydowany odbiega od ortodoksji betonowanej przez JPII, a konsekwentnie umacnianej dzisiaj przez „Panzer” kardynała. Wszystko to na czasie i dużym wyczuciem tętna społecznych potrzeb, bo już niebawem może się okazać, że masy potrzebują jednak jakiegoś opium.  Jeśli go nie mają odurzają się wyłącznie konsumpcją. Co ciekawe, modne od jakiegoś czasu określenie „fetysz konsumpcji” pochodzi z kart „Kapitału” Marksa, czyli wydawałoby się lektury całkowicie skompromitowanej przez historię. Wydawałoby się, bo każdy kto dzisiaj sięgnie po ten tytuł przekona się, że jak nadal jest aktualny choć głównie w warstwie socjologicznej. Marksa
rewolucjonistę możemy sobie darować, a jako odtrutkę dla tych którzy wierzą w ten mechanizm budowania jasnej przyszłości, polecam zawsze „O rewolucji” Arendt.

Wracając do tematu: „lewicowa” wrażliwość zacznie powoli odzyskiwać społeczne uznanie, choćby dlatego, że wrażliwość „prawicowa” nie istnieje, a jeśli już, to albo podszyta jest cierniem kościoła wojującego albo wisielczym kapitalizmem w którym zakochać się raczej trudno.

Być może ta sztuka to barometr pewnej epoki? W sumie to naturalny proces w którym syci nabierają ochoty na solidaryzm społeczny. Oczywiście sprawiedliwość widziana z góry zawsze wygląda inaczej niż z dołu co plastycznie w ładnie zagranej szarży wyłożył  wczoraj Perchuć w roli Boga.

Ecce Homo przypomina Wasilewski i nie drwi jak Piłat (choć w zasadzie nie jest pewne jakie tym drugim targały uczucia, a wersja Bułhakowa jest mi osobiście bardzo bliska). Ecce Homo Anno Domini 2011. I należy sobie uświadomić, że ostatnia wielka idea społeczna ma już prawie 150 lat. W międzyczasie nie powstała żadna inna uniwersalna platforma, na której dokonać się może zbliżenie rasowe i narodowe. Toteż albo powstanie jakiś nowy, uniwersalny  ruch społeczny albo osuniemy się w otchłań cywilizacyjnego regresu opartego na separatyzmach wszelkiej maści. Chciałbym wierzyć w to pierwsze, spodziewam się drugiego.  Każda ze znanych cywilizacji padała w chwili swego największego wzlotu. Czyli najwyraźniej nie jest to żaden przypadek.

Alea iacta est.

3 Comments

Festung Izrael.

Czyli o tym, że zasobność portfela ma jednak znaczenie, niepokoje społeczne wymagają kanalizacji a archetypy i symbole walki męczeńskiej mogą niespodziewanie stać się znowu modne.

Tyle się ostatnio pisze o tym gdzie i pod kim będzie Egipt a w zasadzie nie wiadomo gdzie jest teraz i jak się ma do swoich sąsiadów.  Rzut oka na podstawowe relacje w regionie może chyba przyprawić o solidny ból głowy amerykańskich strategów. Z poniższego wykresu wynika bowiem dość wyraźnie, że usunięcie Saddama w zasadzie wykreowało lokalnego lidera. Jest nim irańska republika islamska.

Arabia Saudyjska notuje wprawdzie lepsze rezultaty ale funkcjonuje w symbiozie z USA podczas gdy Iran systematycznie boryka się z sankcjami. Mimo to, ostatnie 10 lat to okres sporych sukcesów Ajatollachów, którzy zdołali wyjść poza model przeżerania  petrodolarów i rozbudowali  zaplecze przemysłowe. Między innymi lotnicze, dzięki któremu produkują dzisiaj własny myśliwiec odrzutowy. Po bliższej analizie okazało by się pewnie, że ów „własny” to zapewne modyfikacja Miga lub Mirage’a natomiast ważniejsze jest to, że wytwarzany we własnych zakładach. Dlaczego? Ponieważ w trakcie wojny z Irakiem, lotnictwo cierpiało olbrzymie braki w częściach zamiennych  i kilkakrotnie było praktycznie całkowicie uziemiane przez Irakijczyków.

Miarą mocarstwowych ambicji Iranu, jest jego program atomowy jeszcze do niedawna spędzający sen z powiek izraelskim politykom. Do niedawna, ponieważ spekuluje się, że w wyniku pierwszego na świecie cyber ataku, ów program został w zeszłym roku zatrzymany. Czy to fakt, czy wygodny pretekst raczej się nie dowiemy ważniejsze jest coś innego: Izrael już nie nawołuje do prewencyjnego ataku na irańskie instalacje wojskowe. Może się jednak okazać, że to raczej wynik gry niż sprawnych umysłów hakerów albo jedno i drugie. Sytuacja się po prostu zmieniła. Amerykański straszak nie jest już tak silny jak kiedyś, a na linii USA Izrael znowu trzeszczy. Dla Izraela największym zagrożeniem był zawsze jadowicie antyizraelski Iran, gorliwie sponsorujący zarówno Hamas jak i Hezbollach. II wojna libańska ( 2006 ) i starcie z Hamasem  w 2008 roku mimo błyskawicznej i stanowczej reakcji ze strony Izraela nie dały mu żadnych faktycznych korzyści przy sporych kosztach obu operacji. Być może w regionie ani Ameryka nie jest taka silna ani Izrael taki straszny. Bo o ile ten drugi potrafi mocno atakować w śmiałych rajdach, to obaj mają duży problem z upilnowaniem zajętego terenu. A to poważny problem z uwagi na liczebne muzułmańskie populacje.

Przykład Libanu z okresu pierwszej wojny nie jest dobry ponieważ tam, Izrael mógł opierzeć się na chrześcijańskiej lokalnej falandze a sami Palestyńczycy nie byli w Libanie najchętniej widziani. Falangiści wydatnie pomagali w opanowaniu i kontroli nad terytorium. Na podobne wsparcie nigdzie indziej Izrael nie może już liczyć.

Iran ze swoją zdolnością do zmobilizowania 600 tysięcznej Armii w regionie jest prawdziwą potęgą. W trakcie niedawnych manewrów pokazano światu jak w ciągu jednego dnia armia irańska przemieszcza 120k żołnierzy wraz ze sprzętem z jednego końca kraju w drugi. Zapewne daje to mocno do myślenia analitykom w izraelskim sztabie generalnym bo analiza wojny iracko irańskiej sugeruje, że Persowie mogli by się okazać przeciwnikiem dość trudnym a dodatkowo licznym.

Ktokolwiek wygra walkę o dusze Arabów, gospodarcza cena za ostatnie wypadki będzie bardzo wysoka, a gniew ludu,  trzeba będzie  jakoś skanalizować. Może się zatem faktycznie okazać jak spekuluje choćby Hans Klos, że zgrabnym celem dla mas będzie rozprawa z wieloletnim wrogiem czyli Izraelem. Posunięcie ryzykowne, ale do pewnego stopnia politycznie rozsądne, bo przecież nawet jeśli się nie uda, Izrael i tak nie będzie kontrolował większego terytorium niż obecnie bo nie da technicznie rady. A gdyby się udało? Wszystko zależy od morale armii. Gdyby miała do wyboru pacyfikację własnych obywateli albo atak na Izrael? W trakcie wojny 6 dniowej w czerwcu 1967 Egipt, Syria, Jordania i  Irak bezpośrednio brały udział w walkach ale Maroko, Tunezja, Algieria i Kuwejt były gotowe do akcji militarnej. Stronnikiem Egiptu była podówczas również Arabia Saudyjska. Iran ówczesny aliant USA zachowywał się ostrożnie.  Mimo to przegrali.

Jak wyglądało by starcie dzisiaj? Podówczas agresorzy wyposażeni byli w sprzęt rosyjski którym na dodatek nie potrafili się dobrze posługiwać. Efekty jak wiadomo były opłakane. Nie potrafię określić jaka jest dzisiaj przewaga militarna Izraela, ale naprzeciw podobno niepokonanego czołgu Merkava mogą wyjechać między innymi Abramsy amerykańskiej produkcji. Jak wskazuje przykład bitwy pod Kurskiem, El Alamein czy choćby bitwy pancernej na Synaju w 1967 ( największa bitwa od czasów II wojny światowej ) wyszkolenie i morale załóg pancernych jest najważniejsze.

W trakcie poprzednich wojen, motywacji do walki nie brakowało na pewno wyższym dowódcom wojskowym, którzy jednak nie płoną zazwyczaj w czołgach i nie giną w okopach. Zwykły egipski czy jordański rekrut być może w ogóle nie pałał nienawiścią do Izraelczyków. Dzisiaj, sprawa może wyglądać zupełnie inaczej. Nieoceniona na froncie walki ideologicznej Al – Jazeera wzorem czerpanym od najlepszych wybudowała już odpowiednią podbudowę ideologiczną do systemowej i masowej nienawiści. Pytanie na ile silną sprężynę udało im się nakręcić.

Paradoksalnie zniszczenie Izraela choć nieprawdopodobne, mogło by jeszcze bardziej pogłębić społeczne niepokoje ponieważ trudno sobie wyobrazić aby taki incydent społeczność światowa pozostawiła bez reakcji gospodarczej. Taki konflikt zmusił by do sporego wewnętrznego konfliktu Turcje, głównego partnera Niemiec w regionie. Tym razem wojna z Izraelem mogła by się okazać długim i kosztownym dla wszystkich projektem o niepewnym zakonczeniu. W historii zdarzało się jednak, że wypadki nie pozostawiały decydentom wielkiego wyboru. Dla Świata byłby to jednak początek bardzo niebezpiecznego procesu.

Region świata w którym turystyka stanowi istotne źródło przychodów może stanąć wobec prostego wyboru pomiędzy wojną wewnętrzną albo zewnętrzną. Jeśli postawi na agresję, może się okazać, że doświadczymy niezwykłej powtórki z historii. Paradoksalnie, Izrael zewsząd zaatakowany przez muzułmanów mógłby się zwrócić do świata chrześcijańskiego o pomoc. Wyprawy krzyżowe Anno Domini 201x to byłby naprawdę rechot historii. Nie spodziewam się nadmiaru ideowych chętnych ale za pieniądze? Doświadczenia irackie dowodzą, że to wyłącznie kwestia budżetu. A że na gruncie medialnym coś z tym trzeba zrobić, prędzej czy później współcześni kondotierzy weterani z Polski, Ukrainy, Ameryki, Serbii i wielu innych krajów przyoblekli by się w szaty męczenników za wiarę. Cóż, ich krzyżowi protoplaści również nie walczyli za darmo choć cele mieli wzniosłe.

To oczywiście skrajne political fiction tym bardziej, że jak do tej pory Izraelczycy samodzielnie radzili sobie z przeciwnikiem. Dzisiaj mogło by być różnie, a wsparcie ostrzelanych żołnierzy jest w każdym konflikcie nieocenione. Brzmi nieprawdopodobnie ale kto wie co się wydarzy? Życie jak wiadomo pisze najciekawsze scenariusze.

PS. Plik graficzny który wstawiłem do tego postu pierwotnie nazywal się Iran.jpg . Ładowałem go 4 razy  i rezygnowałem bo za długo to trwało. Już miałem się zabrać za mozolne wykonywanie tabelki kiedy przyszła mi do głowy pewna myśl. Zmieniłem nazwę pliku na kontras dla wiekszej konspiry przez k. I załadował się od razu. Hmm niby nic a do myślenia skłania:)

4 Comments

Ryk Afryki

Czyli o tym, że każdy satrapa prędzej czy później oddaje władzę, głodny lud powstanie przeciw czołgom oraz o tym, że brak perspektywy szkodzi i państwu i obywatelom.

Jeszcze kilka miesięcy temu nikt by nawet nie pomyślał, że w takich, jakby się zdawało, spacyfikowanych krajach jak Tunezja czy Egipt, może nagle dojść do wybuchów społecznych. Nie zdziwię się, jeśli 2011, choć niestety nieparzysty, przejdzie do historii, jako kolejny rok Afryki tyle że tym razem północnej. W 1960 oniemiały świat oklaskiwał narodziny 17 nowych państw w tym roku równie oniemiały może powitać nowe republiki islamskie a jak pójdzie źle może nawet jakiś kalifat. Wszystkie kraje począwszy od Egiptu skończywszy na Algierii, to de facto reżimy wojskowe ukształtowane w latach zimnej wojny. Najciekawszym egzemplarzem w tym panteonie satrapów jest autor zielonej książeczki, czyli Wódz Libii – towarzysz Kadafi. Dla przeciętnego czytelnika europejskich gazet każdy Arab to prawie terrorysta, więc nie spodziewam się, aby opinia publiczna nadmiernie interesowała się obecną sytuacją. Faktycznie, islamiści zbiorą spore żniwa, ale trudno się temu dziwić skoro wszystkie reżimy poza libijskim opierają się na wojsku i świeckiej administracji a’la wczesna Turcja Ataturka. Dobrej recepty chyba nie ma. Izrael nie ma szans na rolę wiodącej siły gospodarczo politycznej a Arabia Saudyjska za pomocą eksportowanych masowo wahabickich wojowników nadaje się na pewno na replikę Talibanu ale to nie jest najciekawsza opcja dla było nie było społeczeństw nieco innych niż afgańskie. Problemem regionu który teraz doprowadzi do destabilizacji na niespotykaną skalę, jest brak wyraźnego lidera.

Aby właściwie zrozumieć powody, należałoby jak cofnąć się nieco w przeszłość. Trop, jak to w ostatnich czasach bywa, zaprowadzi nas do Amerykanów. Reagan był pierwszym prezydentem USA, który na masową skalę zastosował broń gospodarczą. Lektura opracowań (National Security Decision Directives) wskazuje na to aż nadto wyraźnie. RR uważał, że opłaca się ostre finansowanie zbrojeń, jeśli się coś za nie uzyska. Doktryna Reagana przewidywała podstawianie nogi ZSRR wszędzie gdzie się da, tyle że przy użyciu amerykańskich dolarów zamiast amerykańskich żołnierzy. Z ówczesnych opracowań strategicznych wyłania się jasno konieczność kontroli zasobów. Dlaczego to ważne? Mało kto wie skąd USA importuje ropę. Na miejscu pierwszym jest…. Kanada, następnie Meksyk, Wenezuela i dopiero na 4 miejscu Arabia Saudyjska. Ale tak jest dzisiaj. W latach 80-tych ranking wyglądał inaczej. Ameryka chciała kontrolować wszystkich strategicznych dostawców surowca dlatego też bliskim wschodem i Afryką północną musiała się interesować. Europa wschodnia była tylko jednym z boisk, na których angażowano zasoby ZSRR. Tu zresztą doktryna walki długiem sprawdziła się celująco.

Ale w chwili dojścia Reagana do władzy Ameryka w zasadzie ledwo zipie. Dwucyfrowa inflacja, recesja, a właściwie ładnie rozwinięta stagflacja i, delikatnie mówiąc, solidny spadek prestiżu USA na świecie. 5 lat po wycofaniu z Wietnamu to najprawdopodobniej najgorszy okres we współczesnej historii USA, zwieńczony podwójną kompromitacją w Iranie. Z jednej strony bezbronność wobec napastników (studenci wdarli się do ambasady USA i aresztowali wszystkich funkcjonariuszy), z drugiej strony nieudolność desantu wysłanego z odsieczą (komandosi Delta Force pogubili się na pustyni, zniszczyli sprzęt i ledwo uszli z życiem).

Ale Ronald Reagan był prawdziwym odkrywcą. O ile jego poprzednicy żyli w cieniu podlejącego po 1971 roku dolara, RR odkrył, że zamiast bać się zadłużenia należy korzystać z obfitości środków, jakie owo zadłużanie stwarza. A ponieważ wiadomo, że najszybciej pobudza się gospodarkę militaryzacją, RR już w przemówieniu inauguracyjnym nie pozostawiał wątpliwości wyborcom, jaki kurs będzie realizował. Finansowane długiem zbrojenia pozwoliły Ameryce dokonać testującego świat desantu na Grenadzie (1983) i odbudowywać pozycję w Europie i na świecie. Czy RR zamierzał faktycznie zaatakować Związek Radziecki? Wątpię. Jego doktryna oparła się na założeniu, że ZSRR jest słaby ekonomicznie i nie wytrzyma nacisku zarówno materialnie, jak i psychologicznie. Jadwiga Staniszkis w swojej wspaniałej pracy o rewolucji militarnej oddaje rację temu podejściu wskazując na konflikt pomiędzy sztabem generalnym a partią w ZSRR. Politycy bali się wojny. Wojskowi parli do wojny konwencjonalnej zakładając, że Reagan blefuje. Tak czy inaczej najlepszym interesem dla USA było wygrać wojnę budując siły, które zajmą nowe dochodowe terytoria w zasadzie bez walki. Co najciekawsze do arsenału militarnego wciągnięto tu nową, finansową broń. Zakładano operowanie długiem celem uzależnienia państw na terenie przeciwnika, choć równocześnie warto zauważyć, że właśnie w latach 80-tych przypada rekord zadłużenia ówczesnych państw komunistycznych. Długi przekraczają 100 mln USD i poważnie obawiano się, że ZSRR może nakazać swoim wasalom odrzucenie długów (zrobiła tak Rosja sowiecka z długiem carskim). Otoczenie Reagana twierdziło jednak, że to tego nie dojdzie z uwagi na zapotrzebowanie tamtejszych gospodarek na import towarów, którymi same nie dysponowały. Równolegle jednak, za pomocą szeregu dyplomatycznych nacisków RR wymusił na RPA obniżenie cen złota, a uzależniając Bliski Wschód od dostaw amerykańskiej broni skutecznie zaniżał światowe ceny ropy. Tym samym ZSRR tracił na przychodach ze swoich dwu najbardziej strategicznych surowców eksportowych. W takiej skali i zakresie nikt jeszcze gospodarczo nie wojował.

USA wygrały rozgrywkę z ZSRR już w 1985 roku. Warto pamiętać, że Gorbaczow został wybrany na genseka 11 marca 1985, a już w marcu wznowiono radziecko-amerykańskie rozmowy pokojowe w Genewie. Trudno o lepszy sygnał. Od tej pory Ameryka zmieniła priorytety. Teraz liczyło się przede wszystkim zabezpieczenie surowców na Bliskim Wschodzie.

Na tym trudnym odcinku jedynym kłopotem była otwarcie wojująca z USA Libia. Towarzysz Kadafi, mistyk a dodatkowo jeszcze zaangażowany muzułmanin, operował retoryką bardzo podobną do irańskich ajatollahów. O ile jednak z tymi drugimi Ameryka potrafiła robić interesy ( Iran Contras), to z Kadafim zupełnie nie szło. Po 1985 roku relacja z ZSRR zmieniła się na tyle, że Ameryka mogła już dać wyraźny sygnał, że powinien się jednak towarzysz nieco pilnować. 15 kwietnia 1986 bez wypowiedzenia wojny samoloty amerykańskie zbombardowały Trypolis i Bengazi niszcząc cele wojskowe i, oczywiście „przypadkiem”, cywilne. Jaki był powód? 10 dni wcześniej, w berlińskiej dyskotece w wyniku libijskiego zamachu zginęło 5 żołnierzy amerykańskich (230 innych osób odniosło rany). Jeśli ta reakcja nadal nie wydaje się dziwna, dodam, że w 1983 roku w zamachu libijskim w Libanie zginęło 240 żołnierzy Marines. Wtedy RR musiał przełknąć taki policzek bojąc się reakcji ZSRR. W 1986 mógł sobie już pozwolić na ostrą zagrywkę. Choć w rewanżu Kadafi zmasakrował pasażerów samolotu Pan Am (Lockerbie) to lekcję odebrał i on, i reszta świata: Ameryka będzie pilnować źródeł ropy. Taktyka „zastraszania” przynosiła, zatem wspaniałe rezultaty. Świat nie tylko nie potępił amerykańskiej akcji, ale niebawem potraktował Libię wszelkiej maści embargami, co jak się można spodziewać, wymiernie wpłynęło na wydobycie ropy i dostawy technologii. Kadafi wprawdzie nie znalazł się na deskach, ale zaliczył techniczny knock out. 

Ponieważ system działał, należało zwiększać skalę długu. Paul Volcker, ówczesny szef FED, już się do tak agresywnej polityki nie nadawał. Dlatego zapewne, stery drukarni pieniędzy objął Allan Greenspan – entuzjasta, agresywnych technik, a jednocześnie dobrze ułożony towarzysko polityk. Rynki powitały go spadkami, ale prawdziwym problemem był dzień określany do dzisiaj, jako „Czarny poniedziałek”, kiedy to DJ posypał się o 22%. Drodzy czytelnicy, to był 1987 rok. Allan Greenspan na lata wyznaczył wtedy kierunek, jakim było zasypywanie pieniądzem każdego kryzysu. Tym samym wykreował niespotykany wcześniej okres ciągłego wzrostu podaży pieniądza. Uznał, że nieustanne pompowanie do systemu jest lepsze niż regres gospodarczy, do którego musi dojść w wyniku kryzysów.

Ale nas interesuje Afryka. Pod koniec lat 80-tych wszystko dzieje się dokładnie tak, jak sobie tego życzą Stany Zjednoczone. W Algierii trwa w zasadzie wojna domowa, rośnie zadłużenie zagraniczne, a wydobycie ze znacjonalizowanych w 1971 roku złóż ropy jest limitowane przez odbiorców. Kadafi w Libii już intensywnie czuje efekt embarga i powoli robi się skłonny do oddania czci Imperium. Na mapie pozostaje wyłącznie problem Iracko-Irański, ale ten jak wiadomo rozwiązano dzięki pierwszej wojnie w Zatoce, o czym już wcześniej obszerniej pisałem.

Tym samym, od 1990 roku aż do dzisiaj, Ameryka prowadziła własną politykę imperialną w tej części świata. Handel ropą do dzisiaj jest rozliczany w USD, a tym samym sprzedaż ropy jest w każdym kraju rodzajem subsydiowania budżetu USA. (Wyjaśnienie dla niedowiarków: jeśli USA drukują pieniądze bez pokrycia (czemu już nawet nie zaprzeczają), to w zamian za „zielone kawałki papieru”, jak dolara po 1971 roku nazywał Richard Nixon, otrzymują całkiem prawdziwe produkty.)

Chciałoby się powiedzieć „do dzisiaj”, ponieważ wieloletnia polityka rosnącego sprzedawania własnego deficytu innym, doprowadziła w końcu do ujawnienia się silnej presji inflacyjnj.

Zaraz, czy w tej tabelce nie ma błędu? Indonezja, Chiny, Indie? Jak to się ma do Afryki?! Otóż ma się, ponieważ pokazuje pewien przykry kierunek. Indonezja ( dawniej Holenderskie Indie Wschodnie ) była przez przez wiele lat dużym eksporterem ropy naftowej. Od 2009 roku nie jest już nawet w OPEC, ponieważ została IMPORTEREM ROPY. Mimo miana azjatyckiego tygrysa nie poradziła sobie z tym, że żywność importować musi. Jeśli tak marnie na tle gospodarek znacznie lepiej rozwiniętych wygląda Indonezja, która jednak sporo w siebie inwestowała, to można sobie wyobrazić jak prezentuje się kondycja Algierii, Libii, Iraku czy wreszcie Egiptu. ( Dodajmy, że właśnie Algieria, Libia i Irak to dawne agresywne skrzydło w OPEC forsujące agresywne rozwiązania polityczne ).

W moim przekonaniu rewolty w tych krajach nie powstrzyma nic. Tamtejsze władze nie mają po prostu środków, a dławienie demonstracji przemocą nic nie da. W mediach mówi się dużo o Tunezji i Egipcie, ponieważ tam leje się krew. Nie wspomina się wiele o Algierii, gdzie władze obiecały obniżki cen strategicznego w Afryce północnej cukru. Obiecały, więc demonstranci wrócili do domów – niektórzy z siatami pełnymi fantów z rabowanych sklepów. Ale owe władze nie są w stanie dotrzymać obietnicy, więc lud na ulicach pojawi się znowu.  Ponura prawda jest taka: kraje, które w latach 70-tych rzuciły na kolana cały świat ( w 1973 roku podniesiono cenę za baryłkę z 3$ do 11$ ) nie zdołały wybudwać własnych gospodarek, a sporą część petrodolarów przeżarły, wydały na zbrojenia i zainwestowały w obligacje USA.  

Nie zdziwię się, jeśli sytuacja w regionie doprowadzi do rozpadu OPEC. Ciężko będzie pogodzić intersy Wenezueli i pozostałych państw. Może się okazać, że Libijczycy i Algierczycy pójdą w zwiększone wydobycie przy stałej cenie. Gdyby Peak Oil zmaterializował się szybciej niż myślimy, miliony ludzi na tamtym kontynencie nagle straci jakiekolwiek środki do życia.

Zapomina się często jakim upokorzeniem zakończyła się angielska i francuska obecność militarna na tym niezwykle ważnym obszarze. W 1956 roku Anglia, Francja i Izrael wspólnie zaatakowały Egipt z chęcią ponownego zajęcia znacjonalizowanego Kanału Sueskiego. Wszystko szło pięknie, krwią płacili główne Izraelczycy, a dwa niezależne desanty: brytyjski i francuski, zakończyły się powodzeniem. Ale w końcu zdenerwowała się Ameryka, której ta impreza była absolutnie nie na rękę. Wezwała Anglię i Francję do zabrania zabawek, ale bez skutku. I wtedy prezydent Eisenhower, przedstawił Anglikom następującą propozycję: albo się wycofają, albo zacznie wyprzedaż funta szterlinga. Wycofali się natychmiast.

W historii politycznej to symbol upadku Imperium Brytyjskiego, które utraciło wtedy globalną autonomiczność. W historii gospodarczej pierwsze bezpośrednie użycie broni walutowej.

Ostatnie 100 lat intryg na bliskim wschodzie i w Afryce północnej wskazuje wyraźnie, że żandarm jest w tym rejonie bardzo potrzebny. Problemem jest to, że jedni się już do tej roli w zasadzie nie nadają, a drudzy tej roli jeszcze pewnie nie rozumieją. Afryka Północna pozostawiona sama sobie może eksplodować, a skutki tej eksplozji z AK-47 w dłoniach mogą przemaszerować przez Półwysep Apeniński w poszukiwaniu żywności.

9 Comments

Sztywni elastycznie.

Czyli o tym, że nie ma to jak kolonie, że warunki ekonomiczne zmieniają się w czasie, sojusze zależą od kryteriów etnicznych, a Królowie bywają niemoralni.

Z Pulsu Biznesu dowiadujemy się, że Belgia traci zaufanie rynków ponieważ od 6 miesięcy nie jest w stanie powołać rządu. Ponieważ gazeta jest biznesowa a nie polityczna nie dowiadujemy się skąd taki impas. Powód jest prosty: Belgia jest choć zabrzmi to dziwnie tworem sztucznym podzielonym na dwa różne i mocno niechętne społeczeństwa, a właściwie narody: Flamandów i Walonów.

Jest coś przewrotnego w tym, że na siedzibę emanacji zjednoczonej Europy wyznaczono stolicę najsłabszego w tym systemie państwa. Być może, urzędnikom chodziło o swoiste instytucjonalne sklejenie dziwoląga. Tak uważa większość komentatorów. Ale może było zupełnie odwrotnie? Przecież unia wspiera wszelkiej maści regionalizmy. Alokuje budżety do wskrzeszania języków czy wręcz obyczajów etnicznych. Koncesjonowanie, pęknięcie na dwa osobne państwa lub co bardziej ciśnie się na usta „stany”, może być dla brukselskich władyków swoistym wyznacznikiem trendu. UE osłodzi sobie ewentualne rozstanie z Belgią jeśli łączne wpływy do budżetu unijnego decydowane przez Walonię i Flandrię nie ulegną zmianie. W zasadzie taki wzorowy podział pod okiem euro deputowanych powinien natchnąć nas wszystkich nową nadzieją bo przecież małe jest jak wiadomo piękne. To by była w sumie zgrabna pointa, państwo powstałe pośrednio w efekcie dyplomatycznych zabiegów ( Kongres wiedeński 1815 ) zostało by elegancko, dyplomatycznie rozmontowane.

Jakkolwiek zabrzmi to nieelegancko Belgia w zasadzie od początku jest państwem niejako z przypadku. W dzisiejszej formie istnieje od rewolucji w roku 1830 kiedy to oddzieliła się od Królestwa Zjednoczonych Niderlandów. Podział jak zwykle związany był z pieniędzmi i wiarą. Holandia jest głównie protestancka, Belgia przeciwnie. Dominują w niej katolicy a przynajmniej było tak w roku 1830 kiedy dochodziło do secesji. W Brukseli usłyszymy od tubylców, że Walonowie to nieco gorsi Francuzi a Flamandowie to nieco lepsi Holendrzy. Paradoks wspólnego wyznania spowodował, że znaleźli się w jednym państwie w którym od zarania funkcjonowali odrębnie tworząc wzajemnie hermetyczne społeczności. Flamandowie podlegali licznym prześladowaniom i jako gorzej sytuowani masowo emigrowali do nowych kolonii głównie holenderskich. W trakcie I wojny światowej podziały pogłębiły się jeszcze bardziej jako że gross żołnierzy stanowili Flamandowie, kadry dowódczej Waloni. Rozbicie narodowe było jednym z najważniejszych powodów biernej postawy armii w trakcie wojny w 1940 roku choć liczny udział zarówno Walonów jak i Flamandów w utworzonych w Belgii formacjach SS ( SS Walonia 15 tys SS Langemerck 25 tys ) daje również pewne świadectwo o tym jak kształtowały się w tym kraju sympatie w tych czasach.

Po drugiej wojnie światowej wieloletnia gospodarcza dominacja Walonów zaczęła się zmniejszać. Rozwinięty przemysł ciężki zaczął tracić na znaczeniu wraz z utratą wielkiej surowcowej skarbonki jaką było Kongo. Flamandowie, skutecznie rozwijali firmy rodzinne a przede wszystkim innowacyjne. Flandria stała się jednym z centrów biotechnologii, a olbrzymie znaczenie zdobył port w Antwerpii.

Ciekawe jest to, że w naszych demokratycznych, lewackich czasach najbardziej belgijski w tym kraju jest Król który nie zawsze był jednak symbolem zjednoczenia. Ojciec obecnego władcy zasłynął samodzielną decyzją o kapitulacji przed Niemcami a także tym, że nie wyjechał z kraju wraz z rządem i poddał się osobiście Niemcom. Opuścił kraj dopiero w 1944 roku wywieziony przez Niemców. Wrócił w roku 1950 co wywołało krwawe zamieszki w efekcie których abdykował na rzecz syna.

Jeśli kryzys finansów publicznych rozłoży Belgię na łopatki problem rozłamu ujawni się w całej okazałości. W większości analiz rozłamów państwowych zazwyczaj gubi się ten drobny aspekt. Wielokrotnie pisano o zadłużeniu zagranicznym byłej Jugusławii. Czy ogłaszające niepodległość republiki pobrały porcję swoich długów? Jak reagowali na to wierzyciele?

Deficyt Walonii finansuje dzisiaj Flandria. Czy zapłaci za samodzielność? Cóż, kto by nie dopłacił za pokój z widokiem na morze? Pytanie tylko kiedy pojawi się taka oferta.

1 Comment

Czarnków rulez!

Wczoraj dokonała się ostatnia prywatyzacja w branży piwowarskiej. Browar Czarnków wielkopolski producent kultowego Noteckiego opuścił majątek Skarbu Państwa. O tym wydarzeniu dowiadujemy się praktycznie wszędzie a dla onet.pl to biznesowy top news. Dlaczego? Zapewne dlatego, że branża piwowarska była symbolem pierwszych prywatyzacji i od zawsze elektryzowała opinię publiczną. Być może browar pod nowym zarządem zdoła wrócić do produkcji Kolejorza, piwa które do 2006 roku produkowano tam wyłącznie dla fanów Lecha. Niestety po tej dacie klub przychylił się do propozycji swojego masowego imiennika wiążąc się z dużą i mocną ale pytanie czy wieczną marką. Prowokacja? Historia współczesnego piwa w Polsce zaczyna się od EB, browaru zbudowanego od podstaw zarówno od strony produkcyjnej jak i marketingowej. Brandu kilkanaście lat temu wydawało by się nie do pokonania. Kto dzisiaj go jeszcze  pamięta?

Odpowiedź brzmi: prawie nikt, ponieważ na skutek konsolidacji rynku przez wielkich graczy marka po prostu znikła z rynku. Przemiany na piwnym rynku w Polsce to swoista lekcja psychologii nabywców którzy w katach 90 tych łapczywie nabywali nowe, zachodnie marki. Zwycięski pochód przemysłowego piwa zwolnił tempo na początku XXI wieku kiedy to nabywcy najpierw nieśmiało, a potem coraz odważniej zaczęli sięgać po ginące marki pochodzące z małych browarów. Od kilku ostatnich lat, ten niszowy rynek notuje zaskakujące przyrosty dokumentując ostatecznie trwałą zmianę w obyczajach nabywców. To bardzo ciekawy symptom który już za chwilę wykreśli krzywą zachowań dla większości konsumentów artykułów spożywczych w Polandzie. Jestem przekonany, że w najbliższych latach jak grzyby po deszczu wyrastać będą małe mleczarnie, masarnie i wszelkie inne x- nie jeśli tylko starczy fachowców znających się jeszcze na tych zawodach. W świecie gdzie mówi się praktycznie o nadchodzącej zagładzie ekonomiczniej, zdrowy oddolny imperatyw materializujący lokalne produkty to być może rodzaj naturalnego instrumentu obronnego. Oczywiście w mikro skali, ale może się przecież okazać, że w dłuższej perspektywie wpłynie to jakoś na lokalne rynki pracy. A że konsument ujawni się najpierw przede wszystkim w sklepach pokroju Piotra i Pawła, Bomi czy Almy? To tylko początek, a dowodem niech będzie właśnie czarnkowskie Noteckie. Nie najtańsze a jednak jak widać na tyle chętnie kupowane aby browar zaistniał w ogólnopolskich mediach. Być może piwo nie jest najlepszym instrumentem probierczym ale z całą pewnością bardziej medialnym niż mleko czy masło. Tak czy inaczej symbolizuje pewne interesujące zjawisko: fala globalizujących marek zatrzymała się mimo gigantycznych reklamowych budżetów. To dowód, że świadomość konsumencka jest jednak zupełnie inna niż polityczna. Na tym rynku najbardziej liczy się wiarygodność, lojalność i smak.

Być  może w nadchodzących wyborach Tusk powinien być…….. niepasteryzowany?

2 Comments

Ślepy tor jasnowidzów.

Niesamowite! Udało mi się w czujności obywatelskiej prześcignąć niezmordowaną w dążeniu do prawdy Gazetę Wyborczą. Dzisiaj nasza Trybuna Ludu grzmi o palącym w tą mroźną zimę problemie kolejowym.  A my kibicujemy akcji którą doskonale pamiętam z dzieciństwa: Towarzysz Gierek oburzony zwalniał ze stanowisk, obcinał premie ba! WIZYTOWAŁ trudne odcinki na których zmagano się z trudami boju o socjalistyczną ojczyznę. Dzisiaj jest w zasadzie podobnie. Nasz Premier zabiera głos w każdej ważnej sprawie, jak ten ojciec narodu wie co w trawie piszczy. Trawę odchwaści i sprawi aby rosła równo. Na pewno nie brakuje takich, co się zajmują malowaniem na zielono. Łza się w oku kręci.

Ta medialna dynamika nie pomoże PKP bardziej, niż podobne wypowiedzi władyków 35 lat temu. Ale to zdaje się nikogo nie obchodzić. Niewinnych w tej sprawie nie ma, bo prywatyzacja PKP nie leżała w interesie żadnej z poprzedzających obecną ekip. Premierowi dostaje się w zasadzie odpryskiem, bo stosowana obecnie technologia polityczna wymaga stałej obecności a ta jako żywo przypomina lata propagandy PRL.  Zarówno wtedy, jak i teraz w kuluarach potknięć, odbywa się walka na śmierć i życie o stołki i wpływy. Pan minister Grabarczyk stanowiska nie straci pożegna się z nim za pewne bezpośredni nadzorca PKP w ministerstwie tym bardziej, że jak się zgrabnie składa pochodzi z koalicyjnego ruchu chłopskiego.

Ofiarą zamieci śnieżnych ma paść również Pan Prezes Wach. Komu jak komu, ale temu Prezesowi nie można odmówić braku wiedzy na temat potrzebnych PKP inwestycji ponieważ przez lata był właśnie za nie odpowiedzialny. Ale to oczywiście w takich sytuacjach nie ma większego znaczenia.

Już nie długo prześledzimy sobie w praktyce upadek wielkiej państwowej organizacji której państwo  nie da rady podnieść po raz kolejny. Warto sobie zdawać sprawę, że straty tej organizacji bezpośrednio powiększają nasz deficyt. Że mała kwota? Ziarko do ziarka bo nie jest to przecież jedyna deficytowa instytucja publiczna. Ta się po prostu teraz spektakularnie kompromituje. Być może PKP powinno po prostu upaść? Czytamy o Grecji, Irlandii a pod bokiem mamy taki własny pokaz dystrybucji pieniędzy do chronicznie nierentownego przedsiębiorstwa. Nikt w wyborach nie głosował za deficytowym PKP. Może ktoś wreszcie powinien zapytać  za taką cenę chcemy je mieć w majątku narodowym?

Oby wybory odbyły się jak najwcześniej. Nowe rozdanie zapewni obecnym elitom polityczny byt na tyle, że realne problemy powinny zająć należne im miejsce w debacie publicznej. Jeśli tak się nie stanie, przyszłe wybory samorządowe staną się grunwaldem polityki centralnej.

0 Comments

Demokracja gnije?

Mój dzisiejszy news dnia to informacja z Hiszpanii. W rezultacie długotrwałych strajków kontrolerów lotniczych, państwo decyduje się na prywatyzację wierz kontrolnych. Jak sądzę bankrutująca Hiszpania wytyczy nowy, kierunek przemian. Prywatyzacja infrastruktury lotniczej to łakomy kąsek. Teoretycznie to dziwne bo strajki kontrolerów muszą mieć jakiś powód. I mają, bo ta niezwykle solidarna grupa pracowników państwowych systematycznie wywalcza sobie nowe przywileje posługując się nie byle jakim pistoletem jakim jest bezpieczeństwo pasażerów. Po prywatyzacji problem zniknie jeśli oczywiście rząd wymyśli sposób na obejście zawartych porozumień socjalnych. Ale pewnie wymyśli, bo dzisiaj odpowiada za pewne bezpośrednio za straty spowodowane przez jego agendy. Dlaczego to nowy kierunek? Dlatego, że słabnące państwo będzie się obawiać niestabilności własnych służb. Oparcie się o kontraktowe, automatycznie zapewni większą dyscyplinę i niższe koszty funkcjonowania. Przykłady? Choćby najemnicy w Iraku. A to dopiero niewinny początek.

Co się będzie działo w Grecji jeśli do kolejnego strajku generalnego przyłączą się również policjanci? Przecież też mają swoje związki zawodowe. Im również ( poza tymi funkcjonariuszami którzy akurat lubią bić ) może się przestać podobać pałowanie wobec zniesienia lub ograniczenia socjalnych fruktów za te było nie było trudne warunki pracy. No i pamiętajmy, że po robocie funkcjonariusz przecież do domu wraca. A tam? Każąca ręka ludu może się okazać nadzwyczaj skuteczna.

Nie wiem czy gdzieś podsumowano jaką część PKB Grecji pochłania jeden dzień strajku generalnego. Interesujące było by zestawienie kosztów społecznych protestów z kosztem reform które je wywołały. Nie zdziwię się, jeśli się okaże, że to podobne wielkości. Demonstranci w Grecji krzyczą, że nie chcą być niewolnikami. Rad bym się dowiedział na czym to zniewolenie ma polegać? Od niedawna jestem pracodawcą w słonecznej Italii. Od tej pory pokochałem Polandę z nową żarliwością. Otóż we Włoszech standardowy kontrakt pracowniczy to 14 pensji. Wspominanie całego szeregu pozostałych zdobyczy socjalnych nie ma sensu, ten jeden absolutnie wystarczy. Podaję ten przykład ponieważ plan radykalnych zmian w prawie pracy przeciwko któremu strajkuje Grecja dotyczy między innymi likwidacji 13 i 14 pensji oraz 13 i 14 emerytury. Oczywiście dotyczy to wyłącznie sektora publicznego. I tu ujawnia się cały paradoks współczesnej demokracji. Zbankrutowane państwo zostaje zmuszone do cięć, pracownicy państwowi protestują a koszty ponosi cała głównie zresztą prywatna gospodarka. Wystraszone parlamenty będą przepychały coraz bardziej radykalne ustawy cofając relacje społeczne do ery wczesnego kapitalizmu. A te zmiany o paradoksie wymusi coraz bardziej radykalna ulica. Na koniec porządkami zajmie się prywatna policja która osadzi zatrzymanych w prywatnych obozach pracy bo jestem pewien, że już niedługo takie zobaczymy.

Czy nam się to podoba czy nie, naczelnym spoiwem społecznym nie są idee tylko chęć posiadania. Regres gospodarczy sprowadzi do parteru masy które albo dadzą się spacyfikować albo przejdą w model anarchistyczny w wydaniu hiszpańskim z okresu 1934 1936. Mamy zatem dwa scenariusze wedle których potoczy się teraz historia; agresywny kapitalizm albo para rewolucyjny bunt mas. Socjokapitalizm bankrutuje więc nie ma innej opcji zmian struktury społecznej jak regres lub rewolucja. Dyktaturę proletariatu przypominam sobie dość dobrze, mimo to  mając do wyboru ceny ustalane przez jakąś kolejną emanację Inspekcji robotniczo – chłopskiej lub niczym nie regulowany rynek naprawdę nie wiem co bym wybrał.

Zamiast pointy wspomnienie. W wakacje 1988 roku pod namiotem w Zakopanem spotkałem z moim przyjacielem dwu Duńczyków. Bawiliśmy się z nimi wyśmienicie siła nabywcza ich waluty uczyniła nas przejściowo królami wielu gastronomicznych lokali. Skąd się wzięli w Polsce? Ich zakład strajkował i wysłano ich na wakacje w ramach funduszu socjalnego wraz ze stosownym kieszonkowym. Powód strajku? Brak właściwej ilości natrysków w szatni. To był sierpień 1988, sierpień spektakularnie nieudanych strajków w Polsce. Wspomnienie tamtego spotkania powracało do mnie często. Nie oceniam. Zwracam tylko uwagę, że dla tramwajarza z Charkowa, warunki pracy i płacy w Krakowie były by pewnie szczytem szczęścia, podobnie jak dla tramwajarza  z Krakowa warunki oferowane przez władze Monachium.

Jeszcze niedawno, gazety rozpisywały się o brutalnej greckiej straży granicznej robiącej obławy na imigrantów rujnujących lokalny rynek pracy. Prędzej czy później państwo greckie sięgnie po taka pomoc, zezwoli na pracę Kurdom  a wtedy nic nie uratuje sporej części greckiego społeczeństwa przed pauperyzacją.

2 Comments