KOREA

Czyli o tym, że epoka nowa jest tuż tuż….

Jak doniosły piątkowe media, towarzysz Kim Dzong Un gotów jest na trzecią, być może ostatnią, rundę negocjacji z Donaldem Trumpem. Owo radosne oświadczenie umiłowanego przywódcy nie zaskoczyło ekspertów, przekonanych od dawna, iż reżim Kima ledwo dyszy i z nękającymi go sankcjami USA po prostu dogadać się musi. Ów programowy optymizm towarzyszył już pierwszemu szczytowi Korea Północna – USA  (czerwiec  2018), lecz nadwątliła go nieco konsekwentna wiara Kima w utrzymanie kontroli nad guzikiem atomowym. Aby zrozumieć jej korzenie, wypada się nieco cofnąć w czasie, konkretnie do 25 czerwca 1950, gdy  wojska Korei Północnej przekroczyły 38 równoleżnik.

Błyskawiczne postępy uzbrojonej przez Sowietów Północy solidnie zaskoczyły nie tylko Waszyngton. Niemal powszechnie uważano, że naruszenie koreańskiego status quo to jedynie poligon doświadczalny, ten sam polityczny papierek lakmusowy, którego w 1938 roku użył Adolf Hitler przekonując się o biernej postawie Zachodu. Analogie były tak oczywiste, iż nawet Londyn pod rządami socjalistów z Labour Party niechętnie szykował się do konfrontacji. W wyniku błyskawicznej akcji dyplomatycznej, Rada Bezpieczeństwa ONZ już 27 czerwca podjęła uchwałę o skierowaniu wojsk celem wsparcia konającej Korei Południowej.

Co ciekawe, przez lata uważano, że podjęcie tej ważnej rezolucji było możliwe wyłącznie w wyniku… gapiostwa Moskwy, której przedstawiciel w ramach protestu nie stawił się na owym posiedzeniu. Warto jednak pamiętać, że owym przedstawicielem był towarzysz Jakow Malik – poważny sowiecki dyplomata, który niemal całą II Wojnę spędził jako ambasador ZSRR w Japonii a zaraz po niej pełnił funkcję pierwszego zastępcy szefa MSZ ZSRR. Zgodnie z regulaminem Rady Bezpieczeństwa ONZ, sprzeciw Malika uniemożliwiłby podjęcie rezolucji. Rosjanie wiedzieli o tym doskonale, mimo to ich przedstawiciel się nie pojawił. Trudno się spodziewać, aby ową nieobecność wywołał przypadek. Jeśli zatem była celowa, rozpoczynający się konflikt musiał być po prostu na rękę Josifowi Wissarionowiczowi. Wprawdzie Max Hastings w swojej kultowej pozycji „Wojna Koreańska” stwierdza wprost, iż nie było jasnych dowodów na to, iż reżim Kim Ir Sena działał z inspiracji Stalina, to warto pamiętać, iż jego książka ostatnią redakcję przechodziła w roku 1987.

Ciekawe światło na wydarzenia z tamtych lat rzuca Katheryn Weathersby http://cau.ac.kr/~seronto/SOVIET%20AIMS%20IN%20KOREA%20&%20THE%20ORIGINS%20OF%20THE%20KOREAN%20WAR.pdf przypominając, że zakres sowieckich nabytków na dalekim wschodzie ustalono jeszcze w Jałcie i stanowiły one ni mniej ni więcej tylko wynagrodzenie dla ZSRR w zamian za wypowiedzenie wojny Japonii. Warto bowiem pamiętać, iż mimo przynależności do dwóch wrogich obozów Moskwa i Tokio respektowały zawarty w 1941 roku pakt o nieagresji, co nieustająco spędzało sen z powiek Hitlerowi i Rooseveltowi. Do faktycznych działań zbrojnych przeciwko Japonii Moskwa wyruszyła  w 3 dni po zrzuceniu bomby na Hiroszimę, ogarniając Mandżurię i Koreę do 38 równoleżnika … w 3 tygodnie. Krasnoarmiejców szczególnie gorąco witano w Korei. Entuzjazm budowały nie tylko wspomnienia o morderczej japońskiej okupacji, ale również niechęć do elit, które skompromitowały się współpracą z okupantem. O ile na Północy bardzo szybko postawione na nowe, sławiące sojusz robotniczo chłopski kadry, Amerykanie na Południu poszli zupełnie inną drogą.

Formalnie w 1945 nie dokonano jeszcze podziału półwyspu na dwa osobne organizmy. ZSRR i USA wystąpiły jedynie w roli protektorów odzyskującego niepodległość po latach japońskiej okupacji koreańskiego państwa a ich wspólnym celem miały być rychłe, demokratyczne wybory. O ile zachwyt socjalizmem odpowiadał bardzo Rosjanom ,na północy Amerykanów niepokoił i wróżył rychłe zwycięstwo lewicy pod przywództwem charyzmatycznego Yo Un Hyonga. Dowodzący wojskami okupacyjnymi generał Arnold szybko wdrożył odpowiednie środki zapobiegawcze. Gdy na północy kolaborantów wtrącano do więzień, na południu całą administrację oparto na kadrach… zbudowanych przez Japończyków. Efekty osiągnięto szybko. Yo Un Hyong zginął w zamachu a jego miejsce zajął Li Syng Man – znany niepodległościowiec, ale jednocześnie sprawdzony wasal Ameryki. O ile takim politycznym zagrywkom nie można się dziwić, trudno jednak zakładać, iż przypadły do gustu opinii publicznej. I dlatego właśnie pierwszą powojenna pięciolatkę po obu stronach 38 równoleżnika charakteryzowała przemoc, skrytobójstwo i pełne więzienia.

W zaistniałych okolicznościach Moskwa musiała być bardziej niż pewna, że obrona południa będzie słaba, a atak na reżim poprze zniechęcona do skorumpowanej władzy opinia publiczna. Trudno było zatem o lepszy poligon, na którym w praktyce można by sprawdzić jak skuteczna w ekspansji jest ideologia komunistyczna oraz to na ile sprawni są ci, którzy w radosnym pochodzie mogliby jej przeszkodzić. Ów test był wart tym więcej, iż sowieckie arsenały wzbogaciły się w 1949 roku o własną bombę atomową; tym samym siły w ewentualnym starciu ponownie były wyrównane. Tym większego znaczenia nabierał test pozwalający się przekonać kto radzi sobie lepiej z użyciem w polu broni konwencjonalnej.

Sukcesy armii Kim Ir Sena z pewnością zachwyciły sowieckich strategów. Spektakularna katastrofa rozniesionej w pył 24 dywizji US Army dowodziła, iż Waszyngton dysponuje armią, której morale nie istnieje a sprzęt pamięta II Wojnę Światową. W efekcie niemal całe południe podbito w 6 tygodni. Niemal całe, ponieważ niedobitki obrońców schroniły się w naturalnej fortecy, która przeszła do historii jako „worek pusański”.

Skoro Ameryka upadła tak nisko dlaczego jednak nie została pokonana? Z jednej strony agresorom zabrakło odpowiedniego wsparcia z powietrza, z drugiej cierpieli na nadmiar czekistowskiej gorliwości. Szybko okazało się, iż północny raj ma swoje solidne wady, przy których bledną patologie polityczne znane mieszkańcom Południa. W efekcie postępom armii nie towarzyszyło masowe powstanie ludowe, które założyli w swoich planach komunistyczni planiści.

Rezultatem była dowodzona przez Amerykanów kontrofensywa zwieńczona słynnym desantem Marines pod Inchon. Tyle, że gdy wydawało się, że wojna zaraz się zakończy, zarówno dowodzący wojskami ONZ Douglas MacArthur jak i prezydent Stanów Zjednoczonych zapragnęli udzielenia komunistom lekcji. W efekcie wyruszono na północ a upojone sukcesem wojska błyskawicznie dotarły w okolice stanowiącej granicę z Chinami rzeki Jalu a grudzień 1950 miał przynieść zjednoczenie Korei i koniec wojny.

Ale teraz na polu walki pojawili się… Chińczycy, którzy w ciągu jednej sprawnej ofensywy, w 4 tygodnie odrzucili ONZ ponownie za 38 równoleżnik. Obu stronom starczyło jeszcze energii na 7 miesięcy walk. które wypełniły dwie potężne ofensywy w kwietniu i maju chińska w czerwcu ONZtowska. Lipiec 1951 przyniósł pierwsze rozmowy na temat zawieszenia broni, które rozpoczęły kolejny, najkrwawszy etap wojny. Jeszcze dwa lata zabijano się w sposób znany z okopów I wojny.

Jakie to wszystko ma znaczenie współcześnie?

Całkiem spore. Czytelników może zdziwić fakt, iż amerykańskie straty w wojnie koreańskiej (54.246) były niewiele mniejsze niż te, które Waszyngton poniósł w znacznie lepiej znanej wojnie w Wietnamie (58.209). Co więcej kontyngent amerykański w Korei był znacznie mniejszy niż w Wietnamie zatem pod względem wysokości współczynnika strat, Korea zajmuje pierwszą pozycję. Choć w mediach koreański konflikt przypomina niemal wyłącznie serial MASH, nie zapominają o nim amerykańscy stratedzy. Mimo iż powinien stać się jednym wielkim szkoleniem z zakresu jak nie prowadzić wojny eksportowej, to w praktyce większość popełnionych wtedy błędów popełniono w trakcie wojny wietnamskiej.

Dla Amerykanów 38 równoleżnik stanowi zatem groźnie memento. Być może właśnie dlatego w Korei Południowej stacjonuje cały czas duży 28 tysięczny bojowy komponent US Army. Stacjonuje i kosztuje, a ów budżet bardzo martwi administrację Trumpa tym bardziej, że jest to trzecie co do wielkości zgrupowanie wojsk USA po Japonii i Niemczech. Realne odprężenie w Korei to spore oszczędności a jednocześnie kiepskie wiadomości dla rządu i wojska z Południa. Nikt tam nie ma bowiem wątpliwości, iż ewentualna integracja z Północą to proces trudny i… ryzykowny. Trwające od 66 lat status quo ma swoje wady, ale ma również spore walory; zapomina się bowiem o tym, że aż do początku lat 80tych silniejszą gospodarkę… miała Północ.

Nikt nie ma wątpliwości, że przejmując kontrolę nad północnym arsenałem atomowym Waszyngton będzie musiał pójść na solidne gospodarcze i militarne ustępstwa a wtedy… nowego wymiaru nabiorą ryzyka wojny konwencjonalnej. Północ ciągle utrzymuje pod bronią ponad milionową armię; Południe posiada pod bronią nieco ponad 400 tysięcy. Czy do niej dojdzie? Zapewne nie, ale realne zjednoczenie kraju wywróci na pewno południowy system polityczny tym bardziej, że nie dokona się raczej w modelu RFN+NRD. Rozładowanie zagrożeń atomowych rozwiąże problem strategiczny USA, ale stworzy z całą pewnością nowy punkt zapalny na mapie świata.

Najbardziej nietypowe jest to, że o tym co się stanie zadecydują… dwaj ludzie. Kim Dżong Il i prezydent USA. W historii świata nic nietypowego, ale współcześnie byłby to wyznacznik nowej politycznej ery, w której nie liczą się parlamenty tylko jednooosobowa władza wykonawcza.

2 komentarze
Previous Post