Psy wojny 2.0

shutterstock_245654278

Czyli o tym, że „stare” wraca na całym froncie

Europa nie zdążyła się jeszcze otrząsnąć z kryzysu wywołanego tysiącami emigrantów, a musi się już mierzyć z zagrożeniem, które niebezpiecznie wyziera zza horyzontu. Konflikt w Syrii, jeśli przerodzi się w bezpośrednie starcie Rosja: NATO straszy europejskie stolice artykułem piątym: zobowiązaniem, by ruszyć na pomoc wojskom napadniętego. W efekcie wojna, która do niedawna była konstrukcją czysto teoretyczną, przybrała formę całkiem realnego problemu – już nie tylko politycznego. Rozważania o tym, czy i gdzie może wybuchnąć, zeszły z poziomu profesjonalnych mediów i orbitują dzisiaj wokół niejednego stolika restauracyjnego.

Choć istnieje rzecz jasna wiele sposobów na to, aby elegancko zobrazować mentalny dystans, który dzieli nas od lat 90., ciekawych wniosków dostarcza analiza kina wojennego. „Szeregowiec Ryan”, który w zgodnej opinii widzów i środowisk filmowych miał już po wsze czasy puentować to wszystko, co na temat zabijania ma do powiedzenia kino, wpisywał się doskonale w triumf jasnej strony mocy, który dobitnie potwierdził upadek Związku Radzieckiego. Nowy ład rodził się zatem bezboleśnie, bez tradycyjnego rytu przejścia w postaci krwawego konfliktu militarnego. Jako że wielkiej zmianie przydałby się solidny symbol, sięgnięto do ostatniego wielkiego wysiłku militarnego. Rzeź, którą po raz pierwszy w historii kina przedstawiono tak plastycznie, flankował jasny, niemal ewangeliczny przekaz: za pryncypia trzeba czasem oddać życie, a nad bezmiarem zła może zatriumfować człowiek.

Obraz Spielberga powstał w dość archaicznej jak na dzisiejsze czasy narracji i gdyby tylko doczekał się remake’u, w postać Ryana wcieliłby się zapewne Afroamerykanin, rolę Toma Hanksa zagrałaby dziarska pani kapitan, a w tle przewinąłby się zapewne związek gejowski. Co ważniejsze, pod zupełnie innymi auspicjami wykonywałby swoją ważną robotę… snajper.

„Mój Boże Tobie ufam i niech nie doznam zawodu, a moi wrogowie niech nie zatriumfują nade mną” szeptał szeregowy Daniel Jackson, pociągając za spust wyposażonego w lunetę Springfielda. O tym, że Opatrzność czuwa, przekonaliśmy się chwilę później, gdy kula dosięgła niemieckiego snajpera. Bóg tym razem był z Amerykanami, choć – jak głosi celna maksyma Napoleona – zazwyczaj staje po stronie silniejszych batalionów. Ponieważ przejściowo takowymi dysponowali Niemcy, szeregowy Jackson wypełnił klatki filmu kolejnymi celnymi strzałami, okraszonymi dla odmiany psalmem 144. Cel tej śmierci był aż nadto wyraźny: nadmiernie zapalczywi w walce również zostaną ukarani. W superprodukcji Spielberga zasady były bowiem jasne: nietknięci z koszmaru wyjdą wyłącznie Ci, którzy bliźnich pozbawiają życia opornie i ze stosowną wstrzemięźliwością.

Kiedy 18 lat później na ekrany wszedł „American Sniper”, początkowo nie wróżono mu oszałamiającego sukcesu i to pomimo iż promocję zapewniała mu absurdalna śmierć protoplasty głównego bohatera. O potencjale superprodukcji prędko przekonały liczby. Agitka Eastwoooda rekordy ustanawiała również w… Rosji, która wiosną 2015 do przyjaciół Ameryki bynajmniej się nie zaliczała. Imponująca frekwencja przełożyła się na przychody, które niemal w kilkanaście tygodni pozwoliły pokonać takie żelazne pozycje jak „Rambo II”, „Przeminęło z wiatrem” czy „Pearl Harbour”. W połowie 2015 roku film znalazł się na szczycie box office’u i pokonał lidera wszechczasów „Szeregowca Ryana”. Tym samym historia najskuteczniejszego snajpera w historii armii USA stała się najbardziej dochodowym filmem wojennym w historii kina. Czemu?

Swój udział ma sława głównego bohatera. Kyle, mimo iż nie pobił rekordu świata (palmę pierwszeństwa nadal dzierży Simo Hayla z wynikiem 705 trafień), to bezdyskusyjnie zdystansował innych snajperów armii amerykańskiej. Wybitną skuteczność zapewniał mu „killer instinct”, dar, który pracowicie szlifował jako żołnierz jednostki specjalnej. W tym miejscu film dość zasadniczo rozmija się z wydaną w 2012 roku książką. Chris Kyle opisany w autobiografii to zawodowiec dumny z wykonanej pracy i osiągniętych wyników, który nabawił się PTSD, nie mogąc znieść, iż nie wszystkich wrogów zdołał wyeliminować. Podczas gdy dla innych snajperów fundamentem stresu była wątpliwość, czy aby swoje cele eliminowali faktycznie w „słusznej sprawie”, Kayle nie miał najmniejszych wątpliwości, że tysiące kilometrów od rodzinnego domu broni amerykańskiej wolności, a sam Irak wyzwala i umacnia w nim demokrację.

Jakie to wszystko ma znaczenie? Całkiem  spore. „American Sniper” powstał w 2014 roku przy wydatnym udziale środków budżetowych. Miał z definicji budować morale armii, która stawia przed sobą bardzo poważne cele. Jakie? Można się z nimi zapoznać na http://www.tradoc.army.mil/ i choć są to publiczne zasoby, dowiedzieć się tego i owego o planach najsilniejszej światowej armii. Przede wszystkim zaś tego, że mimo planów kolejnego zmniejszenia liczby personelu pod bronią, armia ma się stać jeszcze silniejsza i bardziej bojowa niż obecnie. Wszystko to za sprawą konsekwentnego wdrażania założeń strategicznych opracowanych w latach 90. przez pułkownika Douglasa MacGregora. Zgodnie z nimi czas wielkich związków taktycznych minął wraz z upadkiem sowietbloku, a nastał czas niewielkich (max 5k żołnierzy), lecz ekstremalnie mobilnych grup bojowych, które doskonale konfigurują się z innymi rodzajami broni. Ze założeń strategicznych wynika wyraźnie, że lekcja z Iraku i Afganistanu została skutecznie odrobiona, a US Army nie planuje kolejnych okupacji dużych obszarów – a już w szczególności tych gęsto zaludnionych. Najwyraźniej cały świat odnalazł się już w realiach wojny hybrydowej.

Sztabowcy zapewne słusznie zakładają, że wszędzie tam, gdzie naruszone zostaną interesy USA, znajdą się tacy, którym owo naruszenie odpowiadać nie będzie. Udzielanie im wsparcia może skutecznie ograniczyć ilościowy udział personelu wojskowego USA, a jednocześnie nie zapewnić prowadzenia działań zgodnie zaakceptowanym w Waszyngtonie scenariuszem. Doświadczeń w tej materii dostarczyła z nawiązką „Arabska wiosna”, a w szczególności konflikty, które wyrosły na jej bazie. Wygląda bowiem na to, że amerykańscy stratedzy owe wydarzenia dogłębnie przepracowali i w oparciu o nie spodziewają się – zamiast jednej wielkiej wojny – wielu wojen znacznie mniejszych, za to prowadzonych równocześnie i w odległych zakątkach.

Czy tradycyjnie – w obronie demokracji i zachodnich wartości? O, to już niekoniecznie. Współcześnie cele należy postrzegać znacznie bardziej elastycznie, czego również dowiadujemy się dzięki uprzejmości amerykańskiej armii. Pozostał zatem jeszcze mały krok i za chwilę będzie można uznać, że powoli wraca stare. Kto wie, czy w niedalekiej przyszłości armia USA nie przekształci się we współczesne wydanie Kompani Wschodnioindyjskiej? Niemożliwe? No cóż, jako organizacja samobilansująca mogłaby znacznie skuteczniej realizować cele polityki amerykańskiej, a jednocześnie w celach taktycznych służyć również innym zleceniodawcom. Taki zgrabny krok rozwiązałby ostatecznie wszelkie socjotechniczno medialne problemy, których dostarcza w nadmiarze globalna wioska, a szeroko rozumiane „skutki uboczne” działań bojowych są zawsze mniej lub bardziej niewygodne.

Spory kawałek historii Europy i świata napisały wojska zaciężne, osobliwie potrzebne zawsze wtedy, gdy zamiast masy liczą się znacznie bardziej umiejętności profesjonalne. Chris Kyle był zawodowcem, który jako dojrzały facet wybrał taką a nie inna życiową drogę. Nie trafił na front w gronie poborowych wygarniętych z domów nagłą, rządową ustawą. Szkolono go do zabijania, pojechał zabijać i robił to bardzo dobrze. Państwo, które wysłało go na misję, było bardzo zadowolone z jego zawodowych osiągnięć.

Spora cześć współobywateli znacznie miej. I ten element zleceniodawcy będą chcieli wyeliminować.

Powiązane wpisy

5 Comments
Previous Post
1
Next Post
shutterstock_342737048