Kałaszka naszego powszedniego

Czyli o tym, że chcieć to móc, ale w tym równaniu liczą się również pieniądze

Przez wiele lat broń i prawo do jej posiadania było tematem, który, i owszem, pojawiał się w polskich mediach, ale obywateli RP w zasadzie nie dotyczył. Tutejsi nieliczni uzbrojeni pielęgnowali swe hobby w ciszy i z dala od ludzkich oczu, łudząc się nadzieją, że ustawodawca nie będzie się nimi specjalnie interesował. O tym jak owe nadzieje okazały się płonne przekonują statystyki: liczba broni w rękach cywili spadała systematycznie, aby wreszcie osiągnąć poziom znacznie niższy niż… na sąsiedniej, reżimowej Białorusi😊.

Trudno się zatem dziwić, iż bolączkami i pragnieniami polskich posiadaczy broni rządzący interesowali się przeciętnie albo wcale, robiąc w zasadzie jedyny wyjątek dla myśliwych, którzy (do niedawna) nęcili jako dobrze zorganizowane środowisko. Wedle danych za rok 2015 owa ponad 120-tysięczna społeczność posiadała średnio 2,36 sztuk broni na osobę, deklarującą zazwyczaj konserwatywne poglądy. Innych, miłośnicy łowiectwa w zasadzie mieć nie mogą jako, że lewicowe siły postępu od lat na czele listy swoich wrogów stawiają w ogólności broń, a w szczególności korzystających z niej w celu „mordowania” zwierząt. Owa narracja przypadła zresztą do gustu rządzącej formacji, która bez wahania postanowiła skasować pozytywne punkty, które zapragnął przyznać spragniony ochrony zwierząt mięsożerny elektorat.

Być może niejako dla równowagi pojawiły się nad Wisłą inicjatywy, które idą znacznie dalej niż skądinąd całkiem niezła Ustawa o Broni i Amunicji z 2011 roku w środowisku strzeleckim zwana złośliwie „ubojką”. Posłowie Kukiz’15 zaszokowali wyborców inicjatywą, która pozwalałaby uzyskać broń wszystkim, którzy ową broń zapragnęliby posiadać, a ów radykalny postulat natychmiast spolaryzował opinię publiczną.  W mediach zagościły statystyki i wypowiedzi autorytetów właściwe pozycjom, na których się okopano. W debacie najczęściej odnoszono się do masakr, zapominając o jednym: czy powszechny dostęp na pewno oznacza, że każdy polski obywatel się uzbroi?

Aby sobie na owo pytanie odpowiedzieć należałoby przyjrzeć się bliżej danym z USA, które są, były i najprawdopodobniej będą głównym punktem odniesienia w rozważaniach na temat broni w rękach obywateli. Tu już na samym początku czeka nas niespodzianka: większość danych to… szacunki. Jak to możliwe?

Choć może to niektórych zaskoczyć, brak pewności w tej wielce drażliwej kwestii jest związany z tym, że nawet dzisiaj są miejsca gdzie Amerykanie mogą kupić broń bez jakiejkolwiek kontroli. Wprawdzie słynny formularz 4473 muszą wypełniać wszyscy nabywcy broni palnej w USA, ale… dotyczy to wyłącznie Kaliforni i Kolorado. W pozostałych stanach z owego obowiązku zwalnia się tych obywateli, którzy dokonują transakcji pomiędzy sobą … w domu😊. Dla wielu, w szczególności ultra prawicowych Amerykanów, wszelka ewidencja to domniemany zamach na ich wolności ze strony państwa, ale zdziwiłby się ten kto myśli, iż takie stanowisko popiera główny wróg liberałów czyli NRA. Tutejsi oficjele od lat surfują w innym kierunku przekonując, że większość strzelców popiera dokładną ewidencję broni palnej. W powyższym jest wiele prawdy, ponieważ podstawowym argumentem przeciwników prawa do posiadana jest przestępczość a ta… no właśnie…

Statystyki zdają się potwierdzać to, co uważa się od dawna: lwiej części przestępstw dokonuje się przy użyciu broni nielegalnej.

Przeciwnicy posiadania broni dowodzą, iż nieuchronne są patologie a najświeższym przykładem z USA jest Stephen Paddock, który 1 października 2017 r., strzelając z okien hotelu Mandala Bay w Las Vegas zabił 58 osób i ranił ponad czterysta. W tym miejscu zaczyna się zazwyczaj gorąca dyskusja, w której koronnym argumentem miłośników broni jest fakt, iż legalni posiadacze prawa jazdy są statystycznie znacznie bardziej śmiercionośni; na co przeciwnicy odpowiadają argumentem, iż prawdopodobnie żaden z nich lub bardzo niewielu zabiło przy użyciu samochodu świadomie i z premedytacją.

Jak zatem przedstawia się amerykańska mapa zbrodni? Najlepiej w takim zestawieniu prezentuje się stan Vermont gdzie w 2010 roku popełniono zaledwie 7 morderstw, w tym dwa przy użyciu broni palnej. Wszystko to miało miejsce w niewielkiej społeczności (625.741), w której posiadacze broni stanowią 1/3 populacji. Co ciekawe czwarta na liście North Dakota przy niemal porównywalnej populacji notuje już 9 morderstw, w tym cztery przy użyciu broni palnej, przy czym broń posiada niemal połowa mieszkańców stanu. Ha! mamy gotowy argument przeciwko dostępności! Tyle, że trzecie na liście słoneczne Hawaje notują 7 morderstw na 24 ogółem przy populacji niemal dwa razy większej od wymienionych wyżej a broń na tych idyllicznych wyspach posiada co drugi obywatel amerykański. Najliczniejsze w top 10 – Iowa i Utah (3 i 2,7 mln mieszkańców) notują bardzo podobną ilość morderstw (21, 22) a na dodatek porównywalny odsetek populacji cieszy się posiadaniem broni palnej (34% i 32%). Tyle jeśli idzie o top 10 najbezpieczniejszych jeśli idzie o gun crimes amerykańskich stanów. Jak wygląda lista tych, gdzie trup ściele się gęściej?

Listę otwiera stołeczny Dystrykt Columbia gdzie w 2010 ofiarą broni palnej padło 99 osób a owo krwawe żniwo dotyczy populacji, w której zaledwie co czwarty mieszaniec posiada broń palną. Co więcej, populacja stanu jest w zasadzie porównywalna z Vermont! Michigan, choć procentowo lokuje się w statystykach znacznie niżej (miejsce 7), przoduje w nich ilościowo głównie dzięki mrocznemu Detroit (413 ofiar). Co ciekawe w niemal 10-milionowym stanie co trzeci mieszkaniec jest uzbrojony, podobnie jak w Arizonie, która zamyka mroczne top 10 ze wskaźnikiem 3,6 morderstwa na 100.000 mieszkańców.

Wnioski? Jak łatwo sobie wyobrazić zwolennicy i przeciwnicy prawa do posiadania broni wyciągają diametralnie inne😊. Czemu? Przyjrzyjmy się poniższej tabelce:

populacja ilość posiadaczy % populacji Morderstwa
Texas 25 145 561 8 976 965 36% 805
Kalifornia 37 253 956 7 488 045 20% 1257
Floryda 19 687 653 6 398 487 33% 669

Warto zauważyć, że w Texasie – czyli istnym El Dorado miłośników broni palnej, posiada ją faktycznie zaledwie 36% ogółu populacji. W Kalifornii, która najzajadlej zwalcza broń, posiadaczy jest faktycznie znacznie mniej, ale… zastrzelono tam o połowę więcej osób! Jeszcze mniej zabrała śmierć na Florydzie, która jeśli wierzyć NRA powstrzymanie fali zbrodni zawdzięcza… liberalizacji zasad wydawania pozwoleń na noszenie broni w ukryciu (concealled carry). Tu ważna dygresja: większość amerykańskich stanów zezwala na jawne noszenie broni palnej (open carry) podczas, gdy zaledwie cztery wykluczają taką możliwość w ogóle… pozwalając jednak na noszenie broni ukrytej co w tamtejszych realiach uchodzi za przywilej, który jeszcze 20 lat temu był bardzo limitowany przez władze. Tyle Ameryka – kraj, w którym przeciętnie co trzeci obywatel posiada co najmniej jedną sztukę broni palnej. Jak na tym tle wypada Europa? Znacznie biedniej.

Small Arms Survey 2007

1 2 3 4 5
Szwajcaria 72,2% 57 0,77 45,7 3 400 000
Finlandia 19,8% 24 0,45 45,3 2 400 000
Szwecja 33,9% 37 0,41 31,6 2 800 000
Norwegia 8,1% 2 0,05 31,3 1 400 000
Francja 9,6% 35 0,06 31,2 19 000 000
Austria 29,5% 18 0,22 30,4 2 500 000
Niemcy 26,3% 158 0,19 30,3 25 000 000
Czechy 11,1% 20 0,19 16,3 1 600 000
Słowacja 11,2% 10 0,18 8,3 450 000
Polska 7,1% 35 0,09 1,3 510 000
  • 1) % morderstw popełnionych przy użyciu broni palnej
  • 2) liczba morderstw
  • 3) morderstwa popełnione przy użyciu broni na 100.000 mieszkańców
  • 4) liczba sztuk broni na 100 mieszkańców
  • 5) ilość posiadanej broni palnej

Trudno się spodziewać, aby nasycenie bronią kiedykolwiek osiągnęło w Polsce poziom notowany w krajach znacznie lepiej rozwiniętych, ale już ten, którym cieszą się Czechy czy Słowacja? Teoretycznie to możliwe, ale… oznaczałoby, że pomiędzy Wisłą a Bugiem pojawi się ponad 7 milionów sztuk nowej broni palnej. Mocna cyfra tym bardziej, że przy średniej cenie 3 tys. PLN taki przyrost to rynek o wartości 21 miliardów. Ale, jak to zwykle bywa, jest jedno „ale”: w rekordowym jak do tej pory roku 2017 wydano cywilom 15.233 pozwolenia na broń we wszystkich kategoriach. Przy założeniu, iż średnio oznaczają one rejestrację 2,24 sztuk broni, wchłonięcie 7 milionów sztuk wymagałoby zwiększenia populacji strzelców o… niemal 3 miliony. Zakładając nawet, że ilość wydawanych pozwoleń się podwoi i wyniesie 30 tyś., osiągnięcie „czeskiego” wskaźnika zajęłoby nad Wisłą… 100 lat. Można oczywiście dywagować jaką ilość pozwoleń przyniosłaby liberalizacja przepisów. Tyle, że częściową odpowiedź na to pytanie dają pozwolenia kolekcjonerskie, których w 2017 roku wydano… ca. 5 tysięcy.

Kwestia, o której w polskiej debacie na temat broni się nie wspomina prawie wcale, to ilość zarejestrowanej broni. Tajemnicą poliszynela jest to, że większość posiadaczy nie wykorzystuje wszystkich promes, które uzyskali wraz z pozwoleniami. Przyczyna jest prozaiczna: ograniczenie budżetowe. Ci, którzy twierdzą, iż broń jest zbyt tania, zapominają zazwyczaj o średniej krajowej w Polsce; tymczasem ta wynosi obecnie dokładnie tyle, ile kosztuje podstawowy pistolet.

Śpijmy zatem spokojnie: kupno broni jeszcze przez wiele lat nie znajdzie się na szczycie list zakupowych. Modyfikacje przepisów o dostępie do broni nie zmienią preferencji gospodarstw domowych. W starciu Gloczka z pralką, długo jeszcze wygrywać będzie pralka😊.

11 komentarzy
Previous Post